Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sosnowski: Media potrzebują kuracji wstrząsowej Drukuj
Z Jerzym Sosnowskim* rozmawia Jaś Kapela   
06.08.2010

jamedia.jpgJaś Kapela, Krytyka Polityczna: Jak pan ocenia sytuację mediów publicznych Polsce?

Jerzy Sosnowski*: Katastrofalnie.

A z czego to wynika?

Z grzechu pierworodnego, jakim była Ustawa o Radiofonii i Telewizji z 1992 roku. Kiedy ją uchwalano, sam należałem do grona, które zaczęło dyskutować na klasyczny temat zastępczy - od dwudziestu lat to polska specjalność - czyli o tym, czy media w Polsce mają przestrzegać wartości chrześcijańskich. Żeby było jasne, byłem za tym, żeby tego punktu nie było. Głównie dlatego, że nie wiadomo, co to tak naprawdę znaczy.


Natomiast nikt się wtedy nie przyjrzał - ja też taki mądry nie byłem - jak wyglądają mechanizmy zabezpieczające media publiczne przed wpływem polityków. Z grubsza wyglądało to dobrze. W praktyce, w ciągu raptem kilkunastu lat, okazało się, że ustawa stworzyła takie warunki, jakbyśmy we własnym mieszkaniu w obawie przed złodziejami zbudowali potężne drzwi z gigantyczną liczbą zamków. A kiedy złodziej wejdzie przez okno, to okazuje się, że sami nie mamy jak wyjść.

  

Dzięki tej ustawie politycy zyskali ogromne zakulisowe możliwości wpływu na media. Zabezpieczenia, które miały służyć oddzieleniu czwartej władzy od pozostałych, służą tylko blokadzie przy wysyłaniu skarg. Gdy prosi się jakąś instancję - łącznie z właścicielem mediów publicznych, czyli ministrem skarbu - o interwencję, słyszy się: „Ja nie mogę, media publiczne są niezależne”. Kolejne ekipy polityczne sprawdzały, jak daleko można się posunąć i jak duży można zdobyć wpływ na media publiczne. W związku z tym przez te kilkanaście lat było niedobrze, a potem jeszcze gorzej, fatalnie, a teraz jest katastrofalnie, bo ekipa, która objęła władzę w mediach publicznych jesienią zeszłego roku zrozumiała, że nie trzeba już nawet pieszczot, że można po prostu gwałcić.
Jestem pesymistą, bo dziś, dzień po uchwaleniu nowelizacji, mimo zachęcających pomruków PO, nie wygląda na to, żeby ktoś rzeczywiście pracował nad mechanizmem odpiłowania polityków od mediów publicznych. Mamy do czynienia tylko z kolejną zmianą ekipy.

Jednak ta nowelizacja zakłada jawne, otwarte konkursy i… (śmiech)

(śmiech) Tośmy pożartowali. Idea otwartego konkursu oczywiście - tak, tylko że mechanizm jest cały czas taki sam. Teraz PO się dogadało z SLD, a poprzednio SLD się dogadało z PiS-em. A następnym razem dogada się PO z PiS-em, a potem PSL z kimś tam jeszcze. Mam jednak wrażenie, że po tym sabacie, który od wielu miesięcy rozgrywa się w mediach publicznych, rysująca się obecnie koalicja, da nam trochę więcej oddechu.

Trochę.

Trochę. Teraz mamy leczenie objawowe, a powinno być fundamentalne. Jestem rozczarowany, bo wygląda na to, że projekt twórców - nieidealny - poszedł do kosza.

Jednak cały czas mówi się o tym, że obecna nowelizacja jest jedynie tymczasowa. Tak twierdzi PO. Paradoksalnie PiS stał się w tym momencie obrońcą projektu twórców. Być może zmierzamy do tego, żeby te media odpolitycznić? Przynajmniej w tym partyjnym sensie.

Proszę pamiętać, że ja jestem w siódmym miesiącu kopania się z koniem. Być może mój pesymizm i sceptycyzm są efektem zmęczenia. Otarłem się o salony władzy, kiedy przez chwilę była rozważana moja kandydatura do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, a to, co zdążyłem zobaczyć… Zorientowałem się, że nie ma co się w to angażować. Zresztą moi partnerzy zorientowali się, że nie ma co się we mnie angażować, więc w ogóle nie było o czym mówić. Przez to mgnienie odniosłem wrażenie, że aby przegłosować coś w rodzaju ustawy twórców, to musi się pojawić wśród polityków rzeczywista, zbiorowa wola, żeby te sprawy uporządkować. A wśród znanych mi polityków mogę wskazać pojedyncze osoby, które chcą uporządkować tę sytuację. Zbiorowej woli nie widzę. Wszyscy doskonale wiedzą, że ten bajzel może się komuś przydać. To naprawdę wygląda ponuro.

Z drugiej strony prezydent elekt Komorowski, trochę podstępem, został skłoniony do podpisania się pod listem o 1% na kulturę, Ministerstwo Kultury stworzył manifest kulturalny z hasłem „Kultura się liczy”, ale wydaje się, że to trochę są listki figowe.

1% na kulturę to całkiem spory listek figowy, ja bym z niego skorzystał.

No tak. Ale jednak więcej się mówi o dwóch procentach na wojsko.

Nie chcę być niesprawiedliwy, ale widać, jak wygląda idea dziennikarstwa publicznego w wykonaniu niektórych moich kolegów z prawicy - nie wszystkich, tylko tych, z którymi mam okazję widywać się na korytarzach Trójki. Na tym tle idea kolejnej żelaznej miotły, która wysprząta, poustawia wszystko, jest dość pociągająca. Tylko ja bym wolał, żeby to nie było tak, że gasimy pożar, który wybuchł jesienią zeszłego roku, tylko żeby stworzyć mechanizmy chroniące media publiczne przed ręcznym sterowaniem. To nie jest tak, że projekt twórców budzi mój bezgraniczny zachwyt, ale tam przynajmniej były próby zrobienia rewolucji w mediach. Niestety muszę przyznać z zakłopotaniem, bo mentalnie nie jestem rewolucjonistą, że media potrzebują kuracji wstrząsowej. Nie da się jej zrobić w ten sposób, że dogadamy się i inaczej obsadzimy KRRiT. Jeśli w kolejnych wyborach będą inne wyniki, to inne partie się dogadają i znowu przechwycą media.

Mówi się o przejmowaniu władzy, ale w istocie dotyczy to właściwie kilkudziesięciu osób, a jednak media jako całość pozostają właściwie w tej samej formie. Zastanawiam się, jak duża jest inercja i niewydolność tej instytucji, która podporządkowuje się każdemu, kto w niej przejmie władzę. Można usłyszeć, że nie da się zostać sprzątaczem w telewizji, jeśli nie ma się w niej rodziny. Może należałoby wszystko zburzyć i zbudować od początku? (śmiech)

Pan to mówi, śmiejąc się, bo trudno się gorzko nie śmiać. Ale ja pamiętam, jak pracowałem - trzykrotnie, za każdym razem niezbyt długo - w telewizji etatowo i za drugim razem w 1997 roku, gdy byłem szefem publicystki kulturalnej, moje wrażenie było właśnie takie. Prezes Drawicz, przy wszystkich swoich zaletach, zrobił straszną rzecz, nie decydując się na drastyczne decyzje, bo trzeba było, mówiąc metaforycznie, sprowadzić na Woronicza spychacze, zburzyć wszystko, zalać wapnem i zacząć od początku. Tego nie zrobiono.


Oczywiście, pracują tam tłumy urzędników, pracowników technicznych - nieraz bardzo dobrych - tylko że ostateczny kształt nadaje te kilkadziesiąt osób, które zawsze da się wymienić. I muszę powiedzieć, że znaczną część tych ludzi, których widzę w okienku, których znam i kiedyś lubiłem, mam za pozbawionych kręgosłupa moralnego. Nigdy nie uważałem się za Robespierre’a, ale gdyby istniał etyczny sąd środowiskowy, to postulowałbym zakaz wykonywania zawodu na długie lata przez niektórych ludzi widocznych w okienku np. w Wiadomościach o 19.30. To po prostu skandal, co oni robią. To jest haniebne. Gdyby robili to samo w prywatnych mediach…

Jakieś konkretne przykłady?

Dokonuje się najprostszych, trywialnych manipulacji w podawaniu informacji. Nie daje się możliwości wyjaśnienia jakiejś decyzji strony rządowej, pozostawia tylko jej krytykę. Osoba prowadząca Wiadomości nazwę jednej partii wymienia z zaciśniętymi zębami i marszcząc się, a przy drugiej jej twarz łagodnieje. To jest konsekwentna strategia! Miesza się informacje z komentarzami. Oni to w Jedynce robią od wielu miesięcy. W informacjach przygotowywanych w kanałach kontrolowanych przez SLD też widać tego rodzaju mechanizmy – ale zespół TVP Info przynajmniej publicznie zaprotestował. Mój ulubiony przykład dotyczy, z przykrością stwierdzam, dziennikarza, którego lubię i szanuję: oto widać na ekranie dyskusję na temat listu Komisji Episkopatu ds Rodziny, o tym, że jak ktoś jest za in vitro, to nie powinien przystępować do komunii. Ten list nie wyrażał mojego stanowiska jako katolika, ale jeśli robi się taką dyskusję w mediach publicznych, to powinno się zaprosić ludzi, którzy pokażą to od rozmaitych stron. A w dyskusji wzięło udział dwóch publicystów lewicujących i Tadeusz Bartoś. No i niech pan zgadnie, jakie były wnioski z tej rozmowy.

Chyba nie trzeba zgadywać.

Ostatnie miesiące zmusiły mnie do przemyślenia, czym się dokładnie różnią media prywatne od publicznych. Kiedy włączam Radio Maryja, to wiem, co włączam i naprawdę nie oczekuję, że tam będzie pluralistyczna dyskusja. Bo to radio stworzono po to, żeby przedstawiać ludziom pewną wizję świata. Jeżeli włączam - nie chcę tutaj zrównywać manipulacji - Tok FM, to rozumiem, że istnieje pewna wspólnota, nie tylko finansowa, ale też światopoglądowa, która profiluje audycje w tym radiu. Natomiast w mediach publicznych dziennikarz ma organizować debatę, a nie tłumaczyć ludziom, jak mają myśleć.

Pojawiły się pomysły, żeby media publiczne sprywatyzować, skoro misji i tak nie spełniają. To się łączy też ze sprawą abonamentu, który postanowiono znieść, czego ostatecznie nie zrobiono, ale co odbiło się negatywnie na budżecie mediów publicznych. W ciągu ostatnich lat wpływy zmniejszyły się bodaj trzykrotnie.

Sprawdzałem dynamikę zmian we wpływach z abonamentu i odkryłem rzecz dziwną. Po słynnej wypowiedzi premiera Tuska, że abonament powinien być zniesiony, wpływy z abonamentu nie spadły. Spadły wcześniej.

Tak?

Bardzo gwałtowny spadek był wcześniej. O ile dobrze pamiętam, Tusk powiedział to w momencie, kiedy ten proces zaczął iść troszkę do góry i od pewnego czasu ma on taką tendencję stałą lub leciutką wzrostową.

W takim razie może to bardziej łączy się z tym, że ludzie przestali wierzyć w misyjność mediów publicznych?

Być może. W każdym razie to popularne w prawicowych środowiskach obciążanie Tuska kłopotami finansowymi mediów publicznych średnio wytrzymuje konfrontację z faktami.

Większość Polaków w ogóle nie czuje się zobowiązana płacić abonamentu. Szacuje się, że mniej niż połowa odbiorników jest zarejestrowana, a z tego i tak tylko część ich płaci.

Aż się boję, żebyśmy nie popadli w banały. Wiadomo, że jest tradycja traktowania tego państwa jako obcego. Nie dalej, jak dzisiaj, na mojej stronie internetowej jeden z internautów powiedział, że obecna RP to jest atrapa państwa. Rozumiem, że gdyby kto inny wygrał wybory, to by nie była atrapa. A skoro to jest atrapa państwa, to czemu mam płacić podatki, abonament. To jest naturalne. Zwłaszcza że za Niemca babcia nie płaciła.


Natomiast sprywatyzowanie mediów publicznych jest według mnie bardzo groźnym rozwiązaniem. Trudno mi uwierzyć, żeby tu, w tradycji europejskiej - gdybyśmy żyli w Stanach, to byłoby inaczej - zadania misyjne realizowały media prywatne. Bo przecież w zapisie o misji publicznej nie chodzi tylko o organizowanie debaty, ale też o programy edukacyjne, programy dla dzieci, propagowanie sportu, kultury wysokiej… Oczywiście doceniam, że TVN-owi zdarzyło się wyprodukować kilka reportaży, które powinna była wyprodukować telewizja publiczna. TVN jest współproducentem filmu Beats of Freedom, który mieściłby się w misji propagowania wiedzy o historii najnowszej. Przy wszystkich zastrzeżeniach film Trzech kumpli jest raczej misyjny. Nawet jeśli możemy się spierać o pewne rzeczy, to niewątpliwie mieści się on w profilu telewizji publicznej. To zabawne, że wyprodukowała go telewizja prywatna.
Tylko że gdyby telewizji publicznej w ogóle nie było, to nie wiadomo, czy telewizje prywatne z taką ochotą przechwytywałyby jej zadania. Bo to co innego znaczy wizerunkowo, kiedy potrafimy wejść na pole telewizji publicznej i zrobić coś lepszego. Poza tym w firmach prywatnych panuje bezwzględny rachunek ekonomiczny. To jest ponury paradoks myślenia neoliberalnego, które nie jest mi obce, ale faktem jest, że taki klasyczny leseferyzm sprawia, że pewne obszary znikają.

Chyba w ogóle mam do czynienia z pewnym pomieszaniem pojęć, bo to zarząd telewizji decyduje o tym, które programy uznaje za misyjne. Ostatnio można się było dowiedzieć, że w  TVP 1 jest takich programów 88%. Przy czym, jeśli uświadomić sobie, że 11% ramówki stanowią reklamy, to trudno się nie zastanawiać, który to ten niemisyjny 1%.

Zarząd telewizji ośmiesza się w ten sposób. Właśnie o tym mówiłem: pewne procesy, które można było obserwować w latach dziewięćdziesiątych, teraz przybrały monstrualny kształt. Mówiąc brutalnie: kiedyś była wysypka, a teraz wiadomo, że jest choroba weneryczna. Pamiętam taki groteskowy proceder, który odbywał się w telewizji pod koniec roku: wszyscy ludzie na stanowiskach kierowniczych dostawali polecenie - i to egzekwowane z paniką w oczach - żeby udowodnili, jak strasznie dużo było misji w ich programach. To było polecenie służbowe, więc okazywało się, że jesteśmy tacy misyjni, że głowa mała. Zaś tydzień później przychodziła informacja, że fundusze na programy misyjne na nowy sezon są obcięte o 30%, a czas programów misyjnych – o 50%. A w następnym roku znów: udowodnijcie, że teleturniej Koło Fortuny jest programem misyjnym. No jest, bo uczy, że w polszczyźnie istnieją rozmaite słowa. Albo ten słynny wywód, że program „Gwiazdy tańczą na lodzie” uczy jeździć na łyżwach, więc jest misyjny. A przecież to, co stanowi rzeczywistą misję, jest zapisane w ustawie…

Tylko że to jest bardzo oględne.

Ustawodawca prawdopodobnie zakładał - mylnie - że istnieje zdroworozsądkowe znaczenie słów, ale okazało się, że szefowie telewizji mogą dowodzić absurdalnych tez.


Mnie najbardziej rozbawiło, jak pan prezes Orzeł chwalił się, że są tak cholernie misyjni, że będę otwierać kolejne kanały tematyczne, a jedyny rzeczywiście misyjny kanał, czyli TVP Kultura zamienił się w tej chwili w kanał powtórkowy, został praktycznie zamordowany, choć z pozoru wszystko wygląda normalnie.

Z TVP Kultura mam trochę problem. Program faktycznie misyjny dostępny jest jedynie w kablówkach, za które trzeba płacić. To jednak mija się z tym, czym powinny być media publiczne. Po co mam płacić abonament, skoro i tak nie będę mógł go oglądać? A z drugiej strony, czy faktycznie nie jest tak, że tych programów rzeczywiście misyjnych jest tyle, ile pieniędzy wpływa z abonamentu?

To jest koncepcja Roberta Kwiatkowskiego: tyle misji, ile abonamentu. Ta koncepcja brzmi rozsądnie tylko z pozoru. Że niby jeżeli telewizja wypuszcza się na rynek reklamowy, to trudno, uczestniczy w grze rynkowej, w dzielenie tortu reklam, a zatem nie może być misyjna, tylko komercyjna. Abonament to jest chyba jakieś trzydzieści procent jej dochodów.

Obecnie chyba nawet mniej.

Niech będzie nawet dwadzieścia pięć, wszystko jedno. Jedna czwarta to będą programy misyjne. No więc jedna czwarta, czyli sześć godzin, OK, będziemy je nadawać od pierwszej w nocy do siódmej rano. Rachunek się zgadza, a przecież to nie jest realizowanie misji. To po pierwsze. A po drugie jednak, kiedy zezwolono na emisję reklam, to pomysł – i to zdrowy - był taki, że misję będzie można uprawiać nie tylko za pieniądze z abonamentu, ale też z reklam. A nie taki, że będą dodatkowe dochody do Skarbu Państwa.


Radio pokazuje, że ten pomysł można było zrealizować. Trójka, łatwo to sprawdzić, przynosi dochody, będąc wyraźnie programem misyjnym. Formuła Trójki pozwala robić atrakcyjną misję. To jest możliwe, tylko trzeba mieć na to pomysł. Faktem jest, że ten wyobrażony telewidz jest istotą troszkę bardziej zdemoralizowaną, jeśli chodzi o upodobania, niż słuchacz Trójki. Mimo wszystko to przeciwstawienie misja kontra atrakcyjność to jest po prostu zawracanie głowy.

A czy są jakieś możliwości zmiany obecnej sytuacji w mediach?

Na krótszą metę nie mam powodu być pesymistą. Wygląda na to, że w ciągu najbliższych dwóch, trzech miesięcy sytuacja wróci do jako takiej zdroworozsądkowej normy. Wygląda na to, że będziemy mieli na razie kłopot z cynicznymi biznesmenami, niż oszalałymi ideologami.

Co też jest kłopotem.

Różnica jest taka, że z cynicznym biznesmenem można porozmawiać, można próbować go przekonać do wypracowania wspólnego modus vivendi. Z ideologami nie da się rozmawiać.

Można być zawsze ideologiem cynicznego biznesu.

No tak. Ale ja myślę o konkretnych ludziach i z moich doświadczeń wynika, że jest jednak jakaś różnica. Natomiast jestem pesymistą, jeśli chodzi o rozwiązanie na dłuższą metę. Mechanizm nie został zmieniony. Do następnego zakrętu dziejowego będzie w miarę normalnie, a potem znowu się gibnie w którąś stronę.


Chciałbym, żeby środowisko dziennikarskie po tych doświadczeniach ostatnich miesięcy czy lat, stworzyło ruch, bądź włączyło się w istniejący ruch obrony mediów publicznych. I chciałbym być częścią takiego lobby publicznego. Wiem, że to dzisiaj brzmi idealistycznie, ale wydaje mi się, że jeśli publiczność, widownia, słuchacze nie wytworzą mechanizmów nacisku na polityków, to nagle się okaże, że w istnieniu mediów publicznych w istotnym sensie tego słowa jest zainteresowana garstka kilkudziesięciu osób, dziennikarzy o na tyle twardych kręgosłupach, że nie będę skłonni się dopasowywać do potrzeb władzy za każdym razem, gdy się zmienia. Dla takiej grupki to nie warto przebudowywać ustroju mediów. Natomiast, jeżeli wytworzy się taki społeczny, masowy nacisk… Albo choć ćwierć masowy. Być może wtedy uda się, choćby na zasadzie jakiegoś obywatelskiego projektu te zmiany wprowadzić. Bo ta ustawa, która działa od 1993 roku, wczoraj znowelizowana, fundamentalnie przegniła, jest w ogóle do wyrzucenia.

Ciekawa jest też pana działalność w Trójce, założenie związku zawodowego. Udało się wybronić, dyrektora Jacka Sobalę odwołać, być może to też jest jakiś model obrony wewnętrznej.

Uczciwie mówiąc, myśmy wybrali związek zawodowy jako formę działania, trochę tak - z zachowaniem proporcji - jak się wybierało tę formę w 80 roku. Nie jesteśmy syndykalistami.

Teraz bardzo źle się mówi o związkach zawodowych, a to wydaję się dowodem, że można w ten sposób coś zdziałać.

Tak, choć obawiam się, że - mówiąc brutalnie - ocaliliśmy nie tyle cnotę, co cnotliwość. Wiadomo, że nam się ten gwałt nie podobał, ale gwałt się odbył. Jednak po audycji pana Tomasza  Sakiewicza „Trójka po trzeciej” na temat krzyża (sprzed kilku dni) w internecie znalazłem zapiski w stylu: Co po takiej audycji w Trójce robią jeszcze przyzwoici dziennikarze? Istnieje bowiem wizerunek firmy, który jest marnowany przez ostatnie miesiące, bo Trójka to naprawdę nie jest Radio Maryja. Mam poczucie, że w tych warunkach więcej się nie dało osiągnąć. Udało nam się przynajmniej części słuchaczy dać sygnał, że między 15 a 16 to nie jest Trójka, że jeżeli wchodzi o 8.15 salon polityczny, to niekoniecznie jest Trójka. Pokazaliśmy, że istnieje pewna tożsamość człowieka Trójki, w stosunku do której nasi nowi koledzy to są - tak grzecznie mówiąc – komandosi, spadochroniarze. Ludzie skądinąd. Dyrektor Sobala został odwołany, Bogu dziękować. Myślę, że mieliśmy w tym zbożnym dziele swój udział. Ale on się podłożył po prostu strasznie. Występ na wiecu poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego to było już za dużo nawet dla ludzi, którzy generalnie popierali zmiany w mediach. Natomiast nie mam poczucia jakiegoś szczególnego tryumfu. Dużo się udało, bardzo dużo się nie udało. Został zrealizowany program minimum.

Ale trzeba walczyć.

Doświadczenie kształtuje świadomość. Widzę to po sobie. Rozumiem więcej z tego, co wolno, a czego nie wolno w mediach, niż dwanaście miesięcy temu. Mam wrażenie, że pewne rzeczy intuicyjnie czułem. Ale przez ostatni okres musiałem ponazywać pewne rzeczy: dlaczego pewne działania w radiu są nie do przyjęcia. Doświadczalnie sprawdziłem, jak wygląda mechanizm obywatelskiego nieposłuszeństwa. I mam wrażenie, że stan świadomości moich koleżanek, kolegów i mnie samego będzie niesłychanie trudno cofnąć. Jesteśmy pokiereszowani, ale mądrzejsi niż byliśmy.


*Jerzy Sosnowski - pisarz, publicysta, nauczyciel-polonista, w latach 90. pracował jako redaktor w TVP, współtworzył magazyn Pegaz, od 2006 roku współpracował z TVP Kultura, obecnie jest dziennikarzem radiowej Trójki. Przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Programu Drugiego i Trzeciego Polskiego Radia, który skupia blisko 100% zespołu Trójki.

Komentarze
Dodaj nowy
antenka_beretowa   |08.08.2010 00:07:07
Kuracja wstrząsowa potrzebuje mediów.
RAWoko   |08.08.2010 18:09:26
kolejne stanowiska da kolesi z PO PSL SLD.Krus banki orlen LOT z
dlugiem 800ml..da sie zyć ciemny lud wszytsko kupi
RAWoko   |08.08.2010 18:12:32
teraz k…. My a mieli przed wyborami oddać ludziom kultury a oni
gremialnie poprali w wyborach mysliwego..kolejny cud Donalda
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 07.08.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Powered By PageCache
Generated in 0.62274 Seconds

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: unable to connect to :80 (php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known) in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273