Michał Sutowski, Oleksij Radynski: W ostatnim rozdziale książki Skrwawione ziemie
pisze pan, że dotychczas „na temat epoki masowego zabijania przesadnie
teoretyzowano, nie w pełni ją pojmując”. Nie sądzi pan, że bez dobrej
teorii takich zjawisk nie będziemy potrafili zapobiec im w przyszłości?
Timothy
Snyder: Nie jestem przeciwnikiem teorii jako takiej, ale raczej
rozdźwięku między teorią a rzeczywistością akurat w tej tematyce.
Dlatego sprzeciwiam się teoriom, które próbują tłumaczyć masowe
zabijanie jedną przyczyną, np. wyłącznie ideologią albo wyłącznie
względami gospodarczymi. Tymczasem najczęściej nie da się tych kilku
czynników rozdzielić. Na tym moim zdaniem polega też problem koncepcji
totalitaryzmu – próbujemy na siłę uznawać np. ideologię, na którą
totalitaryzm się powoływał, za wyłączną przyczynę wydarzeń. A takiej
wyłącznej i jedynej przyczyny nie ma.
W Skrwawionych ziemiach buduje pan jednak pewien schemat
wydarzeń, który można odnaleźć w obu opisywanych totalitaryzmach – u
Hitlera i Stalina. Najpierw utopia, później klęska jej realizacji i
wreszcie masowy mord, który niejako post factum uzasadnia obrany
kierunek polityki. Pojęcia utopii używa pan jednak w wąskim sensie – nie
chodzi o wielki, całościowy projekt, ale o przedsięwzięcie absurdalnie
nierealistyczne, jak np. kolektywizacja ukraińskiej wsi w dziewięć
tygodni.
Niech pan zauważy, że nie używam w ogóle koncepcji totalitaryzmu. Piszę o
utopii jako projekcie, którego po prostu nie można zrealizować w naszym
świecie, ale który inspiruje działanie pewną wizją dramatycznej zmiany.
Jednak wiąże się to w jakimś stopniu z utopią w bardziej klasycznym
sensie, tzn. gigantycznym planem przetworzenia całości świata
społeczno-politycznego. Bez takiego planu, bez całościowej wizji, nie da
się przecież wierzyć w możliwość tak szybkiego skolektywizowania
sowieckiej Ukrainy, jak chciał tego Stalin w roku 1933, czy fizycznej
eksterminacji wszystkich Żydów europejskich, jak planował Hitler po
rozpoczęciu wojny na Wschodzie.
Czy pana zdaniem źródło zagrożenia leży w samym myśleniu utopijnym,
radykalnie wykraczającym poza to, co jest? Mówiąc krótko: czy utopia
prowadzi wprost do Gułagu?
Faktycznie, można w publicznej debacie – nie tylko w Polsce – usłyszeć
nieraz takie argumenty z różnych stron. Ale w moim przekonaniu wynika to
z dość banalnego pomieszania pojęć. Przecież jeśli pragnę na przykład,
by amerykańskie społeczeństwo było zdrowsze, i domagam się wprowadzenia
powszechnych ubezpieczeń, to muszę myśleć w kategoriach poważnego
wykroczenia poza status quo, muszę też posługiwać się dość radykalną
wyobraźnią polityczną, prawda?
Urzeczywistnienie jakichkolwiek postępowych rozwiązań wymaga takiej
wyobraźni, która nie jest tożsama z utopią w jej skrajnym sensie. Co
oczywiście nie zmienia faktu, że kreując polityczne idee czy wizje,
musimy zawsze pamiętać o ich weryfikacji przez rzeczywistość – konserwatyści mają tu swoje argumenty, czysty romantyzm bez zdrowego
rozsądku na niewiele nam się zda.
Przywołuje pan powieści Wasilija Grossmana Życie i los oraz Wszystko płynie,
w których zbrodnie nazizmu i sowieckiego komunizmu zostają ze sobą
zestawione i odarte z ich własnych ideologicznych uzasadnień. Z całej
pana książki również wynika, że istoty stalinizmu i hitleryzmu w żadnym
razie nie można zredukować do ich ideologii. Co więc według pana
najsilniej decydowało o ich obliczu? Imperialna ekspansja?
Przede wszystkim trzeba rozumieć, jak Grossman, że ideologia nie
dostarcza odpowiedzi na własne pytanie. Trzeba budować własną
perspektywę intelektualną i moralną, z której można ideologię rozumieć
historycznie. Wątek imperialny niewątpliwie ma zasadnicze znaczenie – zarówno III Rzesza, jak i Związek Radziecki były projektami
neoimperialnymi, jakkolwiek bardzo od siebie odmiennymi. Wspólne było
dla nich tło, tzn. imperium brytyjskie, a zwłaszcza potęga jego
marynarki.
To w odniesieniu do morskiego imperium Wielkiej Brytanii Hitler i Stalin
kreślili własne plany imperialne. Dla Hitlera oczywistym terenem
ekspansji była Europa Wschodnia, a ściślej sowiecka Ukraina – mieliśmy
tu do czynienia z wizją kolonizacji zewnętrznej w ramach planowanego
imperium lądowego. Ponieważ dla Hitlera imperializm był zjawiskiem
naturalnym, ów kierunek ekspansji – Europa – miał przede wszystkim
wymiar taktyczny.
Ze Stalinem sprawy miały się inaczej. Dla niego, przede wszystkim z
przyczyn ideologicznych, trwanie imperiów wcale nie było oczywistą
sprawą, trzeba się jednak było do niej pragmatycznie dostosować. A
ponieważ kolonizacja na zewnątrz nie była od razu możliwa, należało ją
przeprowadzić wobec własnej ludności…
I stąd „kolonizacja wewnętrzna” w postaci kolektywizacji sowieckiej Ukrainy?
Dokładnie. Z tym że chodziło o kolonizację całego kraju. O to, by
potraktować tamtejszych mieszkańców na podobnej zasadzie, na jakiej
tradycyjne imperia traktowały np. ludność Afryki. Aby przetrwać czas
imperializmu, rozumował Stalin, ZSRR musi postępować tak jak choćby
Brytyjczycy – ale na własnym terytorium. Mamy zatem do czynienia z dwoma
projektami neoimperialnymi, bardzo różnie ugruntowanymi ideologicznie,
ale nakierowanymi na niemal ten sam obszar Europy Wschodniej – mniej
więcej pokrywa się on z obszarem, który opisuję w Skrwawionych ziemiach.
Zarazem są to imperia o specyficznym zapleczu ideologicznym.
To prawda, w obu przypadkach kształt ekspansji jest uwarunkowany
ideologią. W przypadku Hitlera skierowanie się do Europy Wschodniej
wymagało przecież uznania, że Słowianie to podludzie – inaczej nie
dałoby się traktować Ukrainy tak, jak Brytyjczycy traktowali Afrykę, czy
nawet gorzej. Tak samo jak nie można było wówczas uznać ZSRR za kraj na
krawędzi upadku bez przyjęcia założenia, że Żydzi opanowali w nim
wszystkie instytucje i tym samym osłabili dramatycznie sowieckie
państwo. Żeby uznać kolonializm za moralny, postępowy i do tego
realistyczny, potrzeba określonej ideologii.
Podobnie w wypadku Stalina, choć oczywiście treść ideologii była inna.
Aby kolektywizować Ukrainę, potrzebna była nie tylko wiara w budowę
socjalizmu – w sowieckim sensie – w jednym kraju, ale także przekonanie,
że ukraińscy chłopi czy „kułacy” to warstwa skazana na śmietnik
historii, w związku z czym nie ma większego znaczenia, czy umrą z głodu
teraz, czy zgodnie z prawem historii znikną jako klasa za kilka bądź
kilkanaście lat. […]
Przekracza pan ramy historiografii narodowych po stronie ofiar,
pokazując złożoność ich tragedii. Z drugiej jednak strony bardzo ostro
odgranicza pan sprawców głównych: Stalina i Hitlera, od pozostałych – kolaboranckich rządów i rzeszy współsprawców. Czy takie podejście, a
także pominięcie rozmaitych „obrzeży Zagłady”, jak choćby historii
opisanych w książkach Jana Tomasza Grossa czy Barbary Engelking, nie
sprzyja obarczeniu „dwóch totalitaryzmów” wyłączną odpowiedzialnością za
wyrządzone krzywdy?
Nie zgadzam się. Ogólnie rzecz biorąc, mamy teraz do czynienia z
mikrohistorią „dołu” (jak u Grossa czy Browninga) albo mikrohistorią
„góry” (jak u Kershawa). W mojej książce główną rolę grają Hitler i
Stalin, ale również sami bezpośredni sprawcy. Książka zaczyna się
mordowaniem Ukraińców głodem przez ich sąsiadów, też Ukraińców. I tak
postępuję aż do końca. Pozwala mi na to właśnie skupienie się na
ziemiach najbardziej skrwawionych. W moim przekonaniu najciekawszy i
często pomijany element to pośrednictwo instytucji. Dlatego u mnie
występują postacie nieraz zapomniane, jak Friedrich Jeckeln albo
Wsiewołod Balicki.
W jednym z ostatnich zdań Skrwawionych ziem pisze pan o
tym, że Hitler i Stalin ukształtowali nasz świat, naszą współczesność.
Chodziło tu panu o wymiar polityczny, geopolityczny czy może też
metafizyczny?
Oczywiście Stalin i Hitler stworzyli naszą współczesność w sensie
politycznym, gospodarczym i instytucjonalnym. Ale akurat w tym ostatnim
akapicie faktycznie miałem na myśli metafizykę. Chodzi o świadomość, że
ludzie mogą ginąć całymi kategoriami – narodami, milionami. Dla nas to
jest już naturalne. Tę naturalność, tę oczywistość zawdzięczamy właśnie
tym dwóm osobom, tym dwóm systemom.
Chciałem napisać tę książkę na strasznie konserwatywnej, albo, jak ktoś
chce, liberalnej metodologicznej podstawie – czyli zaczynając od
indywidualnej osoby. To, wbrew pozorom, dość radykalne posunięcie. Bo
ciężar tej historii jest tak wielki, że historycy i publicyści, chcąc
nie chcąc, zaczynają uciekać się do grup, do myślenia w kategoriach
abstrakcyjnych systemów. Nie łatwo od tego uciec.
[…]
Dziś na Ukrainie dokonuje się ciekawej politycznej manipulacji.
Równanie „stalinizm = nazizm”, zawarte w Deklaracji Wileńskiej OBWE,
zostaje po cichu zamienione na „komunizm = nazizm”. Paradoksalnie na
Ukrainie służy to legitymacji neonazizmu: skoro w polityce ukraińskiej, a
nawet w parlamencie, mamy komunistów-stalinistów, dlaczego by nie miało
tam być narodowych socjalistów z partii Swoboda? Czy potrafimy w taki
sposób zestawiać stalinizm i hitleryzm, żeby nie dochodziło do tego
rodzaju manipulacji?
Żaden historyk nie ma tak bezpośredniej mocy sprawczej. Nawet doskonała
książka historyczna nie położy kresu politycznym manipulacjom. Siła
historii polega na tym, że nie jest polityką. Trzeba pisać nie za czy
przeciw, trzeba pisać w taki sposób, żeby przeszłość miała swój sens.
Jeśli to się uda, czytelnicy na pewno lepiej zrozumieją manipulację.
Chciałem zestawić te systemy w sensie, który dla ludzi był najbardziej
oczywisty – takim mianowicie, że funkcjonowały na tych samych terenach.
Jak się zna źródła – obojętnie, ukraińskie, polskie czy żydowskie – jest
jasne, że ludzie sami porównywali te systemy, pragmatycznie, po prostu
musieli. Dla mnie takie porównania są jednak czymś drugorzędnym. Piszę,
zaczynając od ofiar, i biorę pod uwagę nie tylko ideologię, ale też inne
siły. A jeśli piszę o ideologiach, staram się nie rozumieć ich tak, jak
one same się przedstawiały, ale inaczej i w miarę możliwości
krytycznie. Mam nadzieję, że mi się to udało.
Całość rozmowy w „Krytyce Politycznej” nr 29.
Timothy Snyder - amerykański historyk, badacz ustrojów totalitarnych, znawca problemów nowożytnego nacjonalizmu idziejów Europy Środkowej i Wschodniej.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...