|
Michał Sutowski: Czy sukces wyborczy Janusza Palikota to świadectwo przemian społecznych czy nowa forma populizmu?
Aleksander Smolar: Te dwie interpretacje bynajmniej się nie wykluczają. Szerzenie się ruchów populistycznych, przyjmujących różną formę, jest objawem kryzysu współczesnych demokracji. Nadto ruch Palikota, mając wszelkie znamiona ruchu populistycznego klasy średniej, wyraża równocześnie istotne potrzeby dużej części społeczeństwa, w tym młodzieży. Sukces Palikota to symptom narastania społecznej świadomości, że konieczny jest rzeczywisty rozdział Kościoła od państwa i zapewnienie świeckości sfery publicznej. I to oceniam bardzo pozytywnie.
Dziesięć procent oddanych na Palikota głosów jest zrozumiałą reakcją szczególnie na to, co wydarzyło się w Polsce po 10 kwietnia 2010. Wówczas to państwo polskie niemal zupełnie ustąpiło Kościołowi katolickiemu, który przejął przestrzeń publiczną – także w dosłownym sensie, jak pod Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. Nie tylko pojedynczy duchowni, ale także biskupi, nieraz w sposób zupełnie pozbawiony realizmu, smaku i samokontroli, podjęli agresywną krytykę państwa i nieakceptowanych wyborów części społeczeństwa, prowadzoną z pozycji klerykalno-prawicowych.
Wielu zwolenników prawicy twierdzi, że po prostu przeżywało żałobę.
Żałoba niewątpliwie była autentyczna – tysiące ludzi spontanicznie przeżywało wielką narodową tragedię. Ale dość szybko można było odnieść wrażenie, że cały kraj – przynajmniej w przekazie medialnym – odleciał na inną planetę; nastąpiła swego rodzaju emigracja z rzeczywistości, wszędzie dookoła była tylko żałoba, a Kościół przejął panowanie od państwa. Nawet w informacjach mediów publicznych i prywatnych nie istniała realna Polska, znikł gdzieś otaczający świat.
Reakcja na to zawłaszczenie przestrzeni publicznej była jak najbardziej zrozumiała. Wiec zwołany przez nikomu wcześniej nieznanego człowieka to zapowiedź późniejszych wielkich demonstracji roku 2011, którymi zasłynęły kraje arabskie, ale rowniez Grecja, Hiszpania… Bez przywódcy, bez ideologii, bez organizacji. Tu jest ciekawy temat do refleksji na temat nowej fazy demokracji.
Symbolicznych źródeł sukcesu Palikota należy zatem szukać u Dominika Tarasa?
Ten moment ukazał popularność haseł Palikota wśród poważnej części młodzieży. Wiec na Krakowskim Przedmieściu stał się katalizatorem ruchu skupiającego zwolenników zmiany relacji pomiędzy państwem a Kościołem.
Ruch Palikota podejmuje zasadnicze kwestie, takie jak kontrowersyjne stosunki majątkowe czy nadmierna tolerancja dla niektórych zachowań o charakterze niemal jawnie kryminalnym. Jego postulat rzeczywistego rozdziału Kościoła i państwa nie wydaje mi się bardzo radykalny. Traktuję to jako naturalny przejaw postępu demokracji w Polsce i dojrzewania Rzeczpospolitej do nowoczesności pod względem kulturowym, społecznym i politycznym. Tylko że koncentracja uwagi na symbolach – krzyżu w Sejmie – prowadzi do szybkiej konfrontacji z calym prawie parlamentem i ogranicza możliwość oddziaływania na sferę realną.
A co z argumentem o chwiejności poglądów Janusza Palikota?
Pod wieloma względami jego osoba budzi moje zasadnicze wątpliwości i zarazem podejrzliwość wobec ruchu, którego jest on twórcą, symbolem i przywódcą. Bardzo różnie oceniam kolejne etapy jego aktywności publicznej. Pamiętam czas, gdy jako mało jeszcze znany przedsiębiorca finansował wiele cennych inicjatyw – zupełnie bez rozgłosu wspierał kulturę wysoką, co nie jest powszechne w Polsce; to była skromna, a zarazem bardzo pożyteczna działalność.
Później rozpoczął karierę polityczną od służenia jako podczaszy Tuska, dostarczając przywodcom PO wina i jadła i zdobywając w ten sposob dostęp do dworu. Co wówczas reprezentowal ideowo? Na pewno był ekonomicznym liberalem.
Ale też nie były przypadkiem takie przedsięwzięcia jak tygodnik „Ozon” z Grzegorzem Górnym i Tomaszem Terlikowskim, bardzo konserwatywnymi katolikami. Zważywszy późniejszą woltę – bo trudno mówić o ewolucji – to co to było: cynizm, jakiś rys nihilizmu? Pragmatyzm, aby to samo ująć nieco łagodniej? Już wtedy zdawał się szukać jakiegoś pustego miejsca na scenie publicznej, jakiejś próżni, którą można by wypełnić. I wówczas znalazł na prawicy, wśród integrystycznych katolików, nacjonalistów. Szukał także miejsca w pokoleniu JP2, ale tam już był duży tłok, więc poszedł w drugą stronę, doskonale wyczuwając rosnące społeczne zapotrzebowanie na liberalizm światopoglądowy.
Rosło równocześnie znaczenie w jego zachowaniu technik PR – choć oczywiście nie był ich prekursorem. Pierwszeństwo należy się chyba Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, który zatrudnił francuskiego eksperta od kreowania wizerunku w kampanii, potem był oczywiście Andrzej Lepper z Piotrem Tymochowiczem.
Tymochowicz dziś jest z Palikotem.
Tak, jest to znaczące, ale chyba niewiele mu pomógł. Można Palikotowi wierzyć, gdy mówi, że Tymochowicz jedynie potwierdził jego własne intuicje.
Po okresie antyszambrowania, słabej publicznej obecności, Palikot znalazł prestiżowe miejsce przewodniczącego komisji „Przyjazne Państwo”. Myślę, że można zaufać Tuskowi, gdy przypomina, jak malo zostało tam zrobione.
Wreszcie odkrył metodę spektakularnej obecności w polityce: poprzez skandal. Pamiętna konferencja ze sztucznym penisem służyła zwróceniu uwagi opinii publicznej na skandaliczny przypadek zgwałcenia młodej dziewczyny na komendzie policji. Uważam, że w takim celu należało próbować przebić się przez szum informacyjny za wszelką cenę. Inna sprawa to jego stosunek do prezydenta – z Lechem Kaczyńskim dzieliły mnie poglądy na wiele spraw, ale na stopie prywatnej pozostawaliśmy w przyjaznych stosunkach. Choćby dlatego uważam za niedopuszczalne insynuacje na temat jego – całkowicie wymyślonego przez Palikota – alkoholizmu. Skandaliczne było też nazywanie prezydenta „chamem”, i nieważne, co sądzimy o pamiętnym przesłuchaniu, jakie urządził Radkowi Sikorskiemu. Głowie państwa należy się szacunek niezależnie od tego, co o prezydencie myślimy prywatnie; jest on bowiem symbolem wspólnoty politycznej.
Moj stosunek do Palikota zmienił się wtedy radykalnie – gdy czytałem jego wypowiedzi po usunięciu Schetyny z rzadu, zacząłem w nim widzieć niebezpiecznego człowieka. Mniejsza o wiernopoddańcze słowa o Tusku. Ważna była dla mnie jego koncepcja warunków, jakie powinno się spełnić, aby zrobić karierę w polityce: „[…] Dialektyka pana i niewolnika w relacjach politycznych jest absolutnie kluczowa. Trzeba przejść różne upokorzenia, żeby zwiększyć swoją pojemność. […] Powiem brutalnie: tylko wtedy możesz dać sobie radę, gdy krew i sperma ciekły ci po twarzy”.
Być może był to lapsus, ale bardzo znaczący – odwołanie do najbardziej upokarzającej metaforyki seksualnej wzbudza u mnie wyłącznie najgorsze skojarzenia, także ideowe. Wreszcie – sugerowanie homoseksualizmu Zbigniewa Ziobry przy jednoczesnych deklaracjach akceptacji dla gejów… Ten facet jest zdolny do wszystkiego!
A kampania Palikota po Smoleńsku?
Wystąpił wtedy radykalnie, z niewątpliwą odwagą, zarówno przeciwko zmarłemu Lechowi Kaczyńskiemu, PiS-owi, jak i dostojnikom Kościoła katolickiego, często przesadzając i wyolbrzymiając niektóre kwestie. Słusznie wskazywał jednak na pośrednie przyczyny katastrofy, na atmosferę, jaka towarzyszyła prezydenckiej podróży. Konsekwentnie przebijał balon tego, co Cezary Michalski trafnie nazwał „nową religią smoleńską”. Myślę oczywiście o cierpiętniczej, romantycznej mitologii prawicy, która wypadek samolotu wpisywała w historyczny ciąg narodowych klęsk.
Palikot stał się wówczas niemal trzecim politykiem w państwie, po Tusku i Kaczyńskim; kandydat, a potem prezydent Komorowski dopiero wykuwał sobie pozycję. Sądziłem, że odejście Palikota z PO to wyraz megalomanii, że nie będzie wystarczająco silny i nie zdoła osiągnąć wyborczego sukcesu. Ale okazało się, że wyrazisty przekaz, mocna osobowość i zaplecze finansowe złożyły się na naprawdę dobry wynik.
Czy to bardziej przypomina panu sukces Grzegorza Napieralskiego czy Andrzeja Leppera?
Powiedzmy najpierw, że populizm to bardzo heterogeniczne zjawisko – dotychczas poznaliśmy tylko jego plebejską odmianę, tymczasem Palikot to typowy reprezentant populizmu klasy średniej. To głównie stąd bierze się jego nieco naiwny liberalizm ekonomiczny – zresztą nie przywiązywałbym do niego nadmiernej wagi. Z racji „lekkiego” podejścia do wartości Palikot może się z niego wycofać, jeśli np. uzna, że zakorzenić może się tylko na lewicy.
Swoje idee Palikot zbyt łatwo podporządkowuje doraźnemu interesowi wizerunkowemu. Dobrym przykładem była komisja „Przyjazne Państwo”, w której jako liberał walczący z nadmiarem biurokracji miałby duże pole do popisu, zwłaszcza w obliczu inercji rządu. A tymczasem ważniejsze okazało się usuwanie z komisji Pawła Poncyljusza, ówczesnego członka PiS – choć Palikot i Poncyljusz deklarowali bardzo podobne poglądy gospodarkę.
Jakie?
Resentyment antybiurokratyczny ma znaczenie, ale tu nie ma mowy o wolnorynkowym dogmatyzmie. Analogiczny „średnioklasowy” populizm można spotkać np. w Holandii – dobrym jego przykładem był Pim Fortuyn. Który skądinąd nie był ksenofobem, jak mu się to przypisuje, natomiast domagał się wyraźnie przestrzegania przez imigrantów liberalnych standardów świeckiego państwa.
A co łączy te rozmaite odmiany populizmu? Co mają ze sobą wspólnego Lepper i Palikot?
W moim przekonaniu populizm konstytuują dwie główne cechy: kult wodza i wrogość wobec elit. W przypadku Palikota ten kult jednostki wypada dość groteskowo, czego najlepszym dowodem było „ślubowanie” całej drużyny wodza po ogłoszeniu wyniku wyborczego. To zbiorowe podniesienie ręki zapewne skłoni wrogów Palikota do różnych aluzji, np. à propos słynnego „zamawiania piwa” przez Młodzież Wszechpolską.
A sprzeciw wobec elit?
To jest taki antysystemowiec z samego centrum systemu; w pewnym momencie był nawet wiceprzewodniczącym klubu parlamentarnego PO. Ale ostatnio atakował praktycznie wszystkich, najsilniej PiS i SLD, nieco delikatniej PO; ignorował tylko PSL, bo dla populisty klasy średniej partia chłopska właściwie nie ma znaczenia. Stwarzał wrażenie, że jest sam przeciw wszystkim, okopanym na zajętych pozycjach – i właśnie dzięki temu jawił się jako alternatywa dla sfrustrowanej, apolitycznej na co dzień młodzieży, która wśród starych partii nie znajduje swojej reprezentacji. Palikotowi udało się zatem zgromadzić elektorat protestu, częściowo tożsamy z tym, który w roku 2007 głosował na Platformę motywowany strachem przez „kaczyzmem”. W tych wyborach doszedł jeszcze silny protest przeciw dominacji Kościoła.
A czy Ruch Palikota ma szanse zbudować trwałą strukturę?
Sądzę, że kluczowa obecnie idea Palikota, tzn. antyklerykalizm, to jednak za mało, żeby stworzyć koherentną siłę polityczną. Stworzenie silnej, zintegrowanej formacji politycznej jest ponad jego siły – zapisano już tony papieru na temat przypadkowego charakteru i braku silnych więzi tego środowiska. Naturalnym procesem będzie odchodzenie niektórych posłów do PO, zwłaszcza drobnych przedsiębiorców – nie od dziś wiadomo, że Platforma ma wielką zdolność podkradania wyróżniających się osobistości innym partiom. Poczucie bezsilności oraz happeningi Palikota będą wewnętrznie rozkładaly jego środowisko.
A ma szansę zbudować koalicję z Platformą, np. jako alternatywa dla PSL?
Nie sądzę, choć taktyczne sojusze w wielu sprawach wydają się bardzo prawdopodobne. Dużo wygodniejszym partnerem dla Platformy mogłoby być osłabione SLD pod przywództwem Ryszarda Kalisza. Natomiast trwałe porozumienie z Palikotem – abstrahując od jego osobistej nieprzewidywalności – byłoby dla PO niesłychanie kłopotliwe. Dzieliloby wewnetrznie Platformę i automatycznie ściągnęłoby na partię i rząd zmasowany atak Kościoła. A od obecnego lekkiego dystansu PO do instytucjonalnego Koscioła - do otwartej wojny droga jest bardzo daleka.
Dlatego też uważam, że obecność Ruchu Palikota w Sejmie paradoksalnie wzmacniać może skrzydło konserwatywne w Platformie, które – z pomocą PiS-u – domagać się będzie bez przerwy dowodów na brak „spiskow” kierownictwa partii z Palikotem.
Jakie są szanse na przeforsowanie poważniejszych zmian w obszarze kulturowo-obyczajowym? Czy widzi pan np. możliwość usunięcia religii ze szkół?
To ostatnie wydaje mi się bardzo wątpliwe – w Polsce wciąż żywa jest pamięć o precedensach okresu PRL. Wycofanie religii ze szkół kojarzyłoby się z manewrami Gomułki, który dopuścił, w momencie slabości, jej nauczanie, by po kilku latach wyrzucić ją ze szkół.
Niemal pewne jest natomiast zezwolenie na zabiegi in vitro, przedmiotem debaty będzie tylko możliwość i zakres refundowania ich przez państwo. Dopuszczone też zostaną w jakiejś formie związki partnerskie osób tej samej płci. Ale wiele dalej w tej kadencji Platforma Obywatelska się nie posunie.
A czy Ruch Palikota ma szanse zająć trwalsze miejsce po lewej stronie sceny politycznej?
Mam w tym względzie mieszane uczucia. Palikot zdaje sobie sprawę, że już dość dawno zamknięty został rozdział historii pt. postkomunizm. To się wydarzyło chyba już w czasie afery Rywina i dramatycznym upadku SLD. Symbolicznym domknięciem podziału postkomunistycznego była zeszłoroczna kampania prezydencka, kiedy to Jarosław Kaczyński pozytywnie wypowiedział się o Józefie Oleksym i nawet Edwardzie Gierku jako „komunistycznym, ale jednak patriocie”.
Przed tymi wyborami Palikota poparł związany dotychczas z SLD Jerzy Urban, co moim zdaniem logicznie wpisuje się w linię jego pisma, będącą skrzyżowaniem antyklerykalizmu z ogólnym cynizmem przechodzącym w nihilizm. Wśród kandydatów na rzecznika prasowego klubu Palikota wymieniany jest Andrzej Rozenek, wicenaczelny „Nie”.
Przyznaję, że jestem nieco zdezorientowany – na ile to przemyślane działanie i próba otwarcia na dawną, wymierającą formację postkomunistyczną, na ile zaś jeszcze jedna prowokacja Palikota. Chociaż hipoteza, że Urban, jego pismo i sieć zwolenników odegrali wielką rolę w mobilizowaniu wyborców, może być prawdziwa. Przynajmniej na początku, gdy kula śniegowa poparcia dla niego zaczęła narastać.
Te uwagi dotyczą tradycji i profilu ruchu, który Palikot chce budować. Merytorycznie sprawą zasadniczą jest godzenie lewicowości z integralnym ekonomicznym liberalizmem. Ale sadzę, że bez trudności będzie gotów się go wyrzec.
Janusz Palikot ma problem z trzymaniem się stałych poglądów, swe idee podporządkowuje taktycznej diagnozie: gdzie moze zająć puste miejsce na mapie politycznej. Paradoksalnie, przypomina mi tu Victora Orbana, którego kiedys znałem, gdy był młodym i bardzo zdolnym uczniem mojego przyjaciela Jánosa Kisa. Orban reprezentował wtedy, w latach 80., czyste poglady liberalne, z domieszką libertynizmu i silnym akcentem antykomunistycznym. Ale po upadku Węgierskiego Forum Demokratycznego Józsefa Antalla dostrzegł puste miejsce na węgierskiej prawicy i właśnie je postanowił zagospodarować.
Pewna dawka nihilizmu, zdolności taktycznych i pustka do wypełnienia to schemat odpowiadający także Palikotowi. Z tym że na polskiej mapie politycznej puste pole znalazło się między stetryczałą lewicą i oportunistycznymi postliberalami. Dodał do tego populistyczną antyestablishmentowość i dar w postaci swojej wodzowskiej persony.
A gdzie dostrzega pan źródła słabości SLD?
Banałem jest stwierdzenie, że tradycyjna lewica ma problemy w całej Europie; jej dawne odniesienia ideologiczne przestają odpowiadać wyzwaniom rzeczywistości, a odnalezienie zupełnie nowej formuły nie jest proste. Kryzys przeżywa państwo dobrobytu i w społeczeństwach Europy przybiera fala nacjonalizmu.
Obserwuję ten problem np. we Francji, gdzie duża część Partii Socjalistycznej przesuwa się na pozycje konserwatywnej obrony status quo, antyglobalizmu i sprzeciwu wobec integracji europejskiej. Próbują w ten sposób wyartykułować bunt klasy średniej przeciwko globalizacji, faktycznie sprzyjającej demontażowi państwa opiekuńczego.
Kryzys socjaldemokracji szczególnie silnie dotknął Europę Środkowo-Wschodnią.
Spotkałem się kiedyś z tezą, że rola formacji postkomunistycznych zakończyła się wraz z końcem transformacji ustrojowej – w Polsce można ten moment wyznaczyć na rok 2004, tzn. wejście Polski do Unii Europejskiej. W wielu krajach postkomuniści faktycznie pełnili funkcję amortyzatora, ugrupowania, które legitymizowało - w oczach ludzi ze względów ideologicznych czy historycznych utożsamiających się z poprzednim systemem - przejście do nowego ustroju, usprawiedliwiając wysokie koszty, które ponosiła przy tym duża część społeczeństwa. Ale do Polski ten schemat stosuje się, wydaje mi się, w mniejszym stopniu.
Najważniejsza była wyborcza klęska SLD po rządach premierów Millera i Belki. Poprzez aferę Rywina, na fali antykorupcyjnych haseł PiS i PO, społeczeństwo odreagowywało frustrację doby transformacji. Zwłaszcza że SLD wzięło na siebie ciężar przygotowania Polski do wypełnienia kryteriów z Maastricht, co wiązało się np. z koniecznością stabilizacji budżetu. Można powiedzieć, że postkomuniści podjęli się tym samym zadań sprzecznych z ich językiem, z całym „genetycznym” wyposażeniem. A część ich elektoratu potraktowała to jako zdradę.
Napieralski stanął zatem przed niewykonalnym zadaniem?
Jakość przywództwa Napieralskiego to osobna kwestia. Próbował „po wodzowsku” prowadzić partię na wzór Tuska czy Kaczyńskiego, usuwał potencjalnych konkurentów, w ogóle nie mając do tego kwalifikacji. Źle zinterpretował swój niewątpliwy sukces w kampanii prezydenckiej. Wykorzystał wówczas swoją młodość przeciwko dwóm „zgredom” z „pokolenia niewoli”. Do tego udał mu się przekaz, że gdy tamci zawzięcie się kłócą, on twórczo myśli o naprawie państwa. Język ten szybko się zużył i nie mógł zadziałać w wyborach parlamentarnych.
Ale oczywiście kryzys zaczął się długo przed Napieralskim – rok 2005 to faktyczny początek rozbioru SLD. Inteligencką część elektoratu przejęła w dużej mierze PO, zwłaszcza tych głosujących bardziej „przeciw PiS” niż „za Platformą”. Kiedy na znaczeniu traciły takie postaci jak Włodzimierz Cimoszewicz czy Aleksander Kwaśniewski, otwarte na środowisko centrolewicowe i „Gazetę Wyborczą”, SLD zamykał się i prowincjonalizował.
A co z próbami odwołań do mniej zamożnego elektoratu? Po neoliberalnym zwrocie Millera i mocno wolnorynkowym LiD-zie SLD nieco zmienił retorykę na bardziej socjalną.
Dużą część tzw. elektoratu socjalnego przejęło Prawo i Sprawiedliwość, posługując się hasłem „solidarnej” Polski – SLD stracił nie tylko wspomniany wymiar kulturowy, ale także wiarygodność w kwestiach społecznych. Nie bardzo mnie to cieszy, ale niestety lud reprezentuje obecnie PiS. Zwłaszcza że synteza języka socjalnego z narodowym i kościelnym bliska jest dużej części społeczeństwa.
Ale „socjalność” PiS-u ma charakter tylko symboliczny – guru Jarosława Kaczyńskiego w ekonomii jest przecież Zyta Gilowska. PiS obniżało podatki najzamożniejszym.
Nie do końca się z tym zgadzam – przedwyborcza krytyka PO z pozycji liberalnych czy oskarżenia w sprawie długu publicznego to raczej zagrania taktyczne. Dla Kaczyńskiego wzorem są gaulliści, to jest przecież prawica etatystyczna; stąd zresztą bierze się niechęć PiS do społeczeństwa obywatelskiego, do ciał pośredniczących.
Tak czy inaczej odzyskanie przez lewicę elektoratu socjalnego nie będzie proste. Paradoksalnie istnienie PiS blokuje obecnie zarówno powstanie lewicy społecznej, jak i nowoczesnej formacji konserwatywnej.
Co może być receptą na kryzys SLD?
Podobnie jak korporacje, partie polityczne mają bardzo trwałą pamięć instytucjonalną – są silnie osadzone w regułach i warunkach, które obowiązywały w momencie ich powstawania. I pod tym względem SLD tkwi głęboko w przeszłości. Trudno mi wyobrazić sobie ich przejście do dużo bardziej otwartej formuły, uwzględniającej szeroki wymiar partycypacyjny, np. poprzez zaangażowanie ruchów obywatelskich w kształtowanie linii partii.
Rządzący układ koalicyjny będzie kontynuacją poprzedniej kadencji. Czy tak jak przez poprzednie cztery lata ograniczy się on do administrowania bieżącymi problemami i zarządzania wizerunkiem? Są szanse na wizje strategiczne? I na czym ewentualnie mogłyby one polegać?
Chciałbym, żeby przyszły rząd był mniej zachowawczy, ale rozmiary zwycięstwa Tuska skłaniać raczej będą do kontynuacji; polityka „ścibolenia” i „ciepłej wody w kranie”, sprzyjanie powolnemu rozwojowi cywilizacyjnemu i wzrostowi poziomu życia dzięki działaniom indywidualnym i pomocy Unii.
Inna sprawa, że Donald Tusk zapowiedział już, że na pewno nie pozostanie premierem na trzecią kadencję. Jeżeli potraktować poważnie tę zapowiedź, to stwarza to pewną szansę, że spróbuje się jakoś zapisać w historii, dokonać czegoś więcej ponad pierwszy w historii III RP rząd trwający dłużej niż jedną kadencję.
A czy rządowi nie grozi „zderzenie z rzeczywistością”? Jakie czynniki mogą przeszkodzić mu w spokojnym administrowaniu krajem?
Podstawowa i bezsporna kwestia to finanse publiczne i zadłużenie – przedmiotem debaty może być oczywiście sposób rozwiązania tego problemu, ale priorytet stabilizacji budżetu jest poza dyskusją. Musimy się przygotować na czasy, w których nie będzie – albo będzie ona o wiele niższa – renty wynikające z naszego uczestnictwa w Unii Europejskiej.
Tymczasem kampania wyborcza PO opierała się na dwóch wątkach: straszeniu PiS-em i haśle „300 miliardów”, które ma wynegocjować dla Polski nasz polityczno-urzędniczy dream team. Nie będzie żadnych 300 miliardów! Wszystkie kraje Unii oszczędzają, gdzie tylko mogą, a do tego mają na głowie gigantyczne długi państw Południa, z bankructwem Grecji w perspektywie, oraz dramatyczną sytuację systemu bankowego, który trzeba dokapitalizować kosztem podatników.
Osłabienie koniunktury w Niemczech może mieć poważne skutki dla polskiego eksportu i „zieloności” naszej wyspy. A do tego wszystkiego nasze pomysły na politykę zagraniczną na Wschodzie – oparte na Partnerstwie Wschodnim – są kwestionowane, bo w centrum zainteresowania Europy są teraz kraje arabskie.
A co z unijną dyskusją na temat nowego podziału środków? Istnieją silne grupy wpływu, które domagają się przekierowania tych strumieni na badania i rozwój, na innowacje – zamiast na tradycyjne fundusze strukturalne i „twardą infrastrukturę”. Jak możemy się w tej sytuacji odnaleźć?
Nie odkryję Ameryki, kiedy powiem, że nasza zdolność absorpcyjna środków na badania i rozwój jest, delikatnie mówiąc, ograniczona. To jest dylemat, który zarysował na poziomie wewnętrznym zespoł Michała Boniego w Polsce 2030. Osławiony model „polaryzacyjno-dyfuzyjny” to nic innego jak wyraz przekonania, że przy ograniczonych zasobach należy inwestować tam, gdzie efekty bedą potencjalnie największe – tzn. raczej w centrum niż na peryferiach.
Na poziomie Unii oznacza to, że jeśli Europa ma być w awangardzie rozwoju światowego, jeśli ma być narzędziem postępu, to inwestycje będą skoncentrowane tam, gdzie i tak jest już wysoki kapitał ludzki, najlepsza infrastruktura itd. Oczywiście ta logika nie będzie nigdy calkowicie dominować – z racji politycznego oporu chociażby takich państw jak nasze, ale ogólna tendencja nie będzie sprzyjała realizacji ambitnej propagandy PO.
Wygląda na to, że nie liczy pan na zbytnią inicjatywność PO. Jaka będzie zatem rola innych podmiotów?
Sytuacja wewnętrzna i zewnętrzna będzie wymuszała przyspieszenie kroku. Na poziomie społeczeństwa wiele środowisk uważających się za „reformatorskie”, z różnych opcji politycznych, dostrzegło już, że inicjatywy takie jak Obywatele Kultury czy Kongres Kobiet odniosły istotny, nawet jeżeli nie zadowalający, sukces. Niektóre ich postulaty zrealizowano, inne się uprawomocniły w debacie publicznej; niektórym, co prawda, praktycznie ukręcono łeb, jak choćby społecznemu projektowi ustawy o mediach publicznych.
Zorganizowana presja społeczna, znajdująca poparcie w siłach politycznych, może wymusić na partii rządzącej konieczne zmiany. Otwiera to duże pole działania w takich choćby obszarach jak edukacja, ochrona zdrowia czy polityka europejska. Na impulsy ze strony partii nie ma za bardzo co liczyć.
W Europie Zachodniej i USA pojawia się coraz więcej ruchów na rzecz zmian w polityce gospodarczej, np. na rzecz wprowadzenia podatku od transakcji kapitałowych.
Niewątpliwie od kilku dziesięcioleci mamy do czynienia z wyraźną nierównowagą między rynkami finansowymi a rządami, co przekłada się też na relację między kapitałem i pracą. Kiedy w czasie kryzysu państwa zaczęły ratować podmioty rynkowe przed bankructwem za pomocą gigantycznych transferów publicznych pieniędzy, przed oczami wyraźnie stanął nam problem legitymizacji: decyzje o przeprowadzeniu operacji bailoutu były podejmowane w sposób, którego demokratyczny charakter budził ogromne wątpliwości.
Rynki finansowe a demokracja – czy to podstawowa sprzeczność dzisiejszej sfery publicznej?
Największa sprzeczność, przynajmniej w Unii Europejskiej, dotyczy dziś problemu integracji politycznej. Dawne marzenie ojców założycieli staje się dziś palącą koniecznością – choćby z powodu nierównowagi finansów i polityki, o której mówiliśmy. Rzecz w tym, że to, co koniecznie, jest w dzisiejszych warunkach niemal niemożliwe. Mamy do czynienia ze sprzecznością między potrzebami całej Unii a logiką procesu demokratycznego w ramach panstw narodowych – ilustracją tego niech będzie wyrok niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego dotyczący granic przekazywania suwerenności narodowej instytucjom europejskim.
Proces integracji jest kwestionowany z dwóch przeciwnych stron: krajów stabilnych i bogatych (vide Niemcy) i krajów pogrążonych w głębokim kryzysie (vide Grecja), ktore buntują się przeciwko spadkowi poziomu życia i bezrobociu.
To wszystko zaczyna przypominać rozszerzoną wersję dylematu więźnia dotyczącego opłacalności współpracy i strategii indywidualnych. Z zastrzeżeniem, że w tym wypadku problemem nie jest zwykła niewiedza co do intencji innych „graczy”, ale niemożność przełożenia perspektyw narodowych na wspólnotowe. Niestety sprzyja to tendencji samobójczej całej Europy. Ale, jak mowią Francuzi, „najgorsze nigdy nie jest pewne”.
W najbliższych dniach zapraszamy do lektury obszernych powyborczych rozmów o przyszłości lewicy m.in. z Włodzimierzem Cimoszewiczem, Agnieszką Graff, Anną Grodzką, Ryszardem Kaliszem, Aleksandrem Kwaśniewskim, Leszkiem Millerem, Wandą Nowicką, Januszem Palikotem, Kazią Szczuką.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...