Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Smolar: PO z centrolewicą? Drukuj
Aleksander Smolar w rozmowie z Cezarym Michalskim   
27.02.2010

Cezary Michalski: Chciałbym przedstawić pewien scenariusz dla polskiej polityki partyjnej i zapytać pana,  na ile on jest realny i co w nim by pan uznał za racjonalne, a co za patologię? Wyobraźmy sobie, że za jakiś rok premierem polskiego rządu jest Donald Tusk, a wicepremierami Jan Krzysztof Bielecki i Włodzimierz Cimoszewicz. Prezydent jest z PO, czy to Komorowski, czy Sikorski, nie ma w gruncie rzeczy większego znaczenia, choć fakt, że obaj są uważani za „konserwatystów”, pozwala wizerunkowo równoważyć poszerzenie układu władzy na lewo. PiS nie ma już prezydenta, ale też nie spotyka go żadna katastrofa. Za pomocą chwytów, które już znamy: projektu konstytucji przelicytowującego w swojej „wyznaniowości” Marka Jurka, za pomocą traktowanego przez Jarosława Kaczyńskiego równie instrumentalnie eurosceptycyzmu, PiS utrzymuje monopol na mniejszościowym ryku elektoratu antymodernizacyjnego, pozwala to też utrzymywać Kaczyńskiemu przychylność o. Rydzyka i co najmniej neutralność Kościoła. PO-PiS u szczytu swojej potęgi. Rozbudowany na lewo i prawo, znacznie ograniczający możliwość pojawienia się „trzeciego kandydata” czy „trzeciego ugrupowania”.

Aleksander Smolar: Rozumiem, że mówi pan o PO-PiS-sie w sensie duopolu, a nie monopolu. Jako o przeciwnikach, a nie koalicjantach, tyle że utrwalających podział elektoratu, który się wydarzył już w 2005 roku. Zaczynając od paru uściśleń: gdyby pański scenariusz został zrealizowany – swoje wątpliwości do jego realizmu przedstawię za chwilę – to naprawdę nowym wydarzeniem byłaby tu ekspansja tego układu politycznego na lewicy, próba wciągnięcia weń centrolewu. Bo obszar będący jeszcze w 2005 roku na prawo od PO-PiS-u lub na skrzydle jeszcze bardziej populistycznym PiS już wchłonął, a te zabiegi, o których pan mówi – wyznaniowy projekt konstytucji, eurosceptycyzm – w istocie dość nihilistyczne, chyba nie do końca pokrywające się z faktycznymi poglądami braci Kaczyńskich, ale wyraźnie postrzegane przez Jarosława jako świetne zagranie taktyczne – służą jedynie do utrwalenia tej pozycji, którą PiS już i tak dzisiaj zajmuje. Zatem realna zmiana nastąpiłaby na lewicy.

Na lewicy liberalnej, bo Cimoszewicz to nie jest SLD, to nie jest partia, choć też nie jest to pojedynczy polityk – to symbol większego środowiska czy nurtu, również takich ludzi jak Hausner, Balicki czy z bardziej liberalnej strony Rosati. A także czegoś, co Jarosław Kaczyński nazwałby „salonem”: wpływowych postaci z obszaru mediów, elit zawodowych, które nie mają własnej reprezentacji w obecnym układzie PO-PiS-owym, zatem mogłyby kontestować PO i promować „trzeciego kandydata”. A tak będą związane lojalnością z układem, który zdominuje PO.


Po pierwsze, przyjęcie takiej hipotezy implicite wymaga dodatkowych założeń. Najpoważniejsze z nich: Platforma zakłada zmianę koalicjanta z PSL na lewicę.

Czy to rzeczywiście konieczne? Tusk może trzymać ludowców w takim szerokim „bloku władzy”, nawet zmarginalizowanych. Wicepremierów już bywało w Polsce więcej niż dwóch, także stanowisk w różnych instytucjach państwowych i okołopaństwowych, w Agencji Rynku Rolnego, KRUS-ie itd. jest mnóstwo i starczy dla wszystkich. PSL oscylujące na granicy 5 proc. zawsze będzie miało swoją kartę przetargową, ale ta karta zawsze będzie słaba. Jak się buduje partię władzy, a nie partię programową, to możliwości puchnięcia wydają się nieskończone. Dopóki balon oczywiście nie pęknie.

Scenariusz, o którym pan mówi, musiałby być realizowany między wyborami prezydenckimi a parlamentarnymi. Gdyby PSL wiedziało, że to zmierza ku aż tak wyraźnemu ich zmarginalizowaniu w koalicji, w której centrolewicowy udziałowiec będzie miał pierwszeństwo, to mogliby się zbuntować jeszcze przed wyborami, kiedy PO nie ma większości w parlamencie i nie ma alternatywnego koalicjanta. Z kolei gdyby PO chciało rozpocząć realizację scenariusza, o którym pan mówi, to już między wyborami prezydenckimi a parlamentarnymi musi wykonać gesty i rozpocząć zabiegi będące dla ludowców wyraźnym znakiem, że oni spadają na dalsze miejsce w oczach Platformy i Tuska. Gdyby ludowcy czegoś wówczas nie zrobili, mocno nie wierzgnęli, to jeszcze pomniejszyłoby ich możliwości przetrwania. A ludowcy zazwyczaj – znamy to z poprzednich politycznych rozdań – kiedy takie zagrożenie się rysuje, zamiast zadowolić się zupełnymi resztkami, jednak zupełnie racjonalnie wybierają opozycję. Tak zrobili choćby w czasie rządów PiS-u, i to się im opłaciło. Oni wtedy potrafili nie wybrać władzy, bo zrozumieli, że to by była władza bardzo mizerna i docelowo związana ze stryczkiem. W opozycji do PO ich karta przetargowa staje się nieco silniejsza, podczas gdy bycie najsłabszym koalicjantem w szerokiej formacji prowadzonej przez Tuska może być dla nich stryczkiem odroczonym. Nawet jednak akceptując zaproponowane przez pana teoretyczne ćwiczenie z analizy polskiego systemu partyjnego, muszę jednak w tym miejscu podkreślić, że kompletnie abstrahujemy od pewnego wymiaru, jakim jest psychologia Włodzimierza Cimoszewicza. Znam go trochę i dlatego nie bardzo wierzę w realność tego scenariusza. To znaczy wierzyłbym, gdyby to był element politycznego porozumienia programowego, a nie personalnego wchłonięcia Cimoszewicza.

Ale przecież PO może sobie pozwolić na propozycję poważniejszą niż próba „kupienia” Cimoszewicza do swojej drużyny. Na co istotnie Cimoszewicz nie miałby powodu się zgodzić. To może być propozycja dla całego środowiska wskazanego przez Cimoszewicza, to może być także ostrożna propozycja programowa. Nie sprzeczna, tylko jakoś uzupełniająca „pakiet reformatorski” Platformy, o ile takowy istnieje. Uzupełniająca w momencie, kiedy ów pakiet trzeba już będzie pokazać i realizować. Bo nie będzie alibi wetującego prezydenta z PiS-u.

Tu zaczynamy rozmowę poważną. Bo moim zdaniem pański scenariusz mógłby się wydarzyć, gdyby Cimoszewicz widział w nim szansę na zrealizowanie czegoś, co było marzeniem Kwaśniewskiego – porozumienia lewicy i centrum.

Kiedy Kwaśniewski o tym marzył, lewica była silna i „postkomunistyczna”, a centrum słabe i bało się „kompromitacji”. Teraz słaba i rozproszona jest lewica, a liberalne centrum, przesunięte zresztą na prawo, rozdaje karty. Czy to nie utrudnia sytuacji Cimoszewiczowi?

Utrudnia i czyni tym bardziej oczywistą konieczność potraktowania tego sojuszu – przede wszystkim przez PO – jako programowego, instytucjonalnego kompromisu. Tu chodzi też o powagę samego Cimoszewicza. On był już premierem, był ministrem spraw zagranicznych i stanowisko wicepremiera o dość rozmytych kompetencjach nie jest czymś, za co można by go „kupić”. Tymczasem jeśli Jan Krzysztof Bielecki wszedłby do tego rządu, co jest już bardziej prawdopodobne w pana scenariuszu, to objąłby zwierzchnictwo tych resortów, które już dziś znajdują się w obszarze jego zainteresowań i ambicji jako szefa rady gospodarczej przy premierze mającego odpowiadać m.in. za „deregulację” i liberalizację gospodarki. Bielecki musiałby w rządzie zająć stanowisko człowieka, który na bieżąco koordynuje pracę wszystkich resortów gospodarczych. Stanowisko od dwóch lat wyraźnie nieobsadzone, bo w różnych resortach gospodarczych tego rządu są ludzie słabi, od czasu do czasu powściągani czy korygowani osobiście przez Tuska. Nie wiem, czy Cimoszewicz mógłby w tej sytuacji otrzymać wystarczająco dla niego poważną propozycję rządową.

Wicepremier i minister spraw zagranicznych. Wzmocniony umieszczonymi w paru resortach lub ważnych instytucjach państwowych ludźmi w rodzaju Hausnera, Balickiego, Rosatiego, być może Środy… Łącznie z dopuszczeniem tego środowiska do współtworzenia realnej agendy władzy na co najmniej kilka lat, agendy negocjowanej oczywiście z liberałami, i to negocjowanej ze słabszych pozycji. Ale przecież Rosati z Bieleckim mogliby się porozumieć, Balicki byłby merytorycznym wzmocnieniem dla PO, jeśli oczywiście Platforma naprawdę chciałaby przeprowadzić jakąś reformę służby zdrowia. Hausner to także nie jest jakiś szatan dla Tuska, który już nie jest KLD-owcem i wie, że trzeba te skrzydła polityczne, wizerunkowe (niestety w najmniejszej może proporcji programowe) rozciągać tak szeroko, jak się tylko da, żeby go znowu Jarosław Kaczyński nie mógł nazwać „reprezentantem Polski liberalnej” i pokonać w wyborach. Gdyby w dodatku Platforma rzeczywiście zaczęła realizować kolejne reformy deregulacyjne czy wręcz poszła w outsourcing kolejnych funkcji administracji państwowej – zasada orlików czy spółek zadaniowych w rodzaju Euro2012 zostałaby wykorzystana bardzo szeroko w inwestycjach infrastrukturalnych, służbie zdrowia, edukacji itp. – wręcz konieczne byłoby dopełnienie tej propozycji wrażliwością społeczną Hausnera, pewną równoważącą rolą Balickiego, który rozumie potrzebę odpowiedzialności państwa za funkcjonowanie służby zdrowia. Wyobraźmy sobie, że Cimoszewicz w takiej koalicji odpowiada za liberalno-lewicowy pakiet programowy: nie tylko za „przewidywalną politykę zagraniczną” – proeuropejską, bez konfliktu z Rosją, konsekwentnie „zapadnicką” i robioną w sposób jeszcze bardziej przewidywalny – ale ma jeszcze pod sobą pakiet minimalnej liberalnej modernizacji, z bardzo delikatnie testowaną obyczajówką, z bardzo delikatnymi rozwiązaniami redystrybucyjnymi. Bielecki to deregulacja, neoliberalizm i outsourcing, a Cimoszewicz to „trzecia droga” w paśmie wyznaczonym na Zachodzie przez Blaira. Konflikt nie jest konieczny, synergia – możliwa. I spełnione są wszystkie warunki, żeby to nie była personalna kooptacja Cimoszewicza.

Balicki rzeczywiście jest jedną z takich osób, które mogłyby stanowić pomost, Rosati także… Różnice są często bardzo ograniczone, Balcerowicz jako wyjątkowo twardy liberał mówił pozytywnie o reformie Hausnera.

Balcerowicz akurat nie jest reprezentatywny dla PO, Bielecki do tej pory bardzo mu zazdrości, że to nie z nim, ale z Balcerowiczem została skojarzona transformacja, mimo że także Bielecki zapłacił politycznie za „bycie liberałem” w tym pierwszym okresie.

To są tarcia osobowościowe, ale nie ideowe, bo jednak równocześnie Balcerowicz wyraża prawdziwą liberalną duszę PO, nawet jeśli PO było bardziej kunktatorskie od Balcerowicza w realnej polityce partyjnej. PO głosowało np. przeciwko reformie Hausnera, którą Balcerowicz poparł, nazwał merytorycznie dobrą, tylko z partyjnego oportunizmu, żeby nie podać ręki obozowi lewicy z okresu rządu Belki, obozowi, który i tak już tonął i można było się wzbić na merytoryczne wyżyny, popierając akurat reformę Hausnera. Ale PO myślało wtedy o swoim uczestnictwie w przełomie, który miał to wszystko wymazać, więc poparcia reformy Hausnera nie zaryzykowało, mimo że rząd Belki był wyraźnie rządem przejściowym. Dziś tamten kontekst „konieczności deklaratywnego zerwania” już nie istnieje. Hausner, Rosati, Balicki mogliby spokojnie wejść do rządu w ślad za Cimoszewiczem. Tusk wie, że trzeba łagodzić ostrość polityki liberalnej i tacy ludzie mogliby nadawać tę łagodność, pozwolić jemu samemu, czy też Bieleckiemu, na rozwinięcie tego liberalnego skrzydła rządu w obszarze gospodarki, reformy finansów publicznych. Zresztą takie wyznaczanie konkretnych obszarów, pól wpływu i „personalnych gwarancji” nie jest nawet konieczne. Korygując nieco pana scenariusz: nie sądzę, żeby Bielecki musiał reprezentować radykalny, neoliberalny outsourcing. Wystarczyłoby, żeby rozpoczął liberalną politykę gospodarczą, której ten rząd na razie nie prowadzi. To wszystko są elementy pewnej wizji dosyć racjonalnej. Zejdźmy jednak na ziemię.
W kategoriach politycznych kluczowa jest dzisiaj potrzeba Tuska, aby związać Cimoszewicza, aby nie mieć go jako kontrkandydata w wyborach prezydenckich. Po wyborach prezydenckich potrzeba Tuska znalezienia miejsca w rządzie dla Cimoszewicza nie będzie aż tak ewidentna. Dziś relatywna siła Cimoszewicza wobec Komorowskiego czy Sikorskiego byłaby nawet większa niż wobec Tuska. Jego potencjał jest bardziej osobisty niż obozowy czy środowiskowy. To mit – mający zresztą swoje korzenie w rzeczywistości – człowieka czystego, zdecydowanego, takiego samotnego kowboja. Samotny kowboj jest niebezpieczny w silnie spersonalizowanych wyborach prezydenckich, ale po nich ma mniejsze znaczenie. Tylko w jednym przypadku Cimoszewicz po wyborach prezydenckich mógłby mieć dla Platformy polityczną wartość: gdyby PO naprawdę zmieniło swoje myślenie o polityce i gdyby – tu przywołam pojęcie, którego oni nie lubią i które omijają skwapliwie albo używają go w celach wyłącznie PR-owskich – ich druga kadencja miała być kadencją reform. Wówczas lewica jest lepszym komponentem takiego obozu – proreformatorskiego, liberalnego, prozachodniego, promodernizacyjnego niż PSL. Nie mówiąc już o jakichś zabawach z PiS-em, żeby uczynić go przynajmniej neutralnym. Bo logika duopolu to uniemożliwia. Dzisiaj nie wygląda na to, żeby PO mogło rządzić samodzielnie, nawet po wyborach parlamentarnych, żeby sama PO była w stanie zdobyć większość. Gdyby wybrano myślenie, które było obecne w PO od zawsze, ale nie zawsze miało większościowe poparcie czy poparcie kluczowych liderów – że rządzi się po to, aby reformować Polskę i że lewica jest innym, ciekawszym, bardziej pożytecznym parterem do reformowania kraju niż PSL, to pański scenariusz stałby się realny. Dodatkowo przy osłabieniu PiS-u, przy zapewnionej drugiej kadencji PO strach przed szantażem antykomunistycznym też może być w Platformie mniejszy. Wtedy centrolew, rozbijający część poparcia dzisiejszego SLD, to jest więcej „szabli” od PSL-u, a co ważniejsze, to są „szable” lepszej jakości od PSL-owskich, mogące się przydać do realizowania jakiejś bardziej wyrazistej agendy liberalnej czy reformatorskiej. Wtedy oczywistą rzeczą jest, że najbardziej strawnym liderem lewicy dla PO jest Cimoszewicz. I oczywiście decyzja Cimoszewicza o przyjęciu takiej propozycji – o ile byłaby to propozycja poważna – doprowadziłaby nieuchronnie do kryzysu i rekonstrukcji obozu dziś symbolizowanego przez SLD. Pozycja obecnego lidera Sojuszu jest słaba, jego potencjał się wyczerpał, jego mit, jeśli istniał choćby w stanie śladowym, już nie istnieje. Jeśli Cimoszewicz jest w stanie powiedzieć: ja wam pokazuję drogę wyjścia z tego coraz bardziej ciasnego getta, z sytuacji, w której nawet nie potraficie zebrać wszystkich głosów elektoratu lewicowego, bo nie macie ani wszystkich głosów lewicy liberalnej, która od waszych nostalgii historycznych stroni, ani nie macie szans na zebranie całego elektoratu socjalnego, bo jego najbardziej roszczeniową, populistyczną część trwale zabrał wam PiS. Jeśli potrafiłby ich przekonać, mówiąc: ja wam proponuję udział w budowaniu państwa, udział w realnej władzy, z pozycji mniejszościowych, ale opartych na negocjacjach programowych, w których na razie nie będziemy stroną silniejszą, ale jakąś agendę lewicową możemy przeprowadzić – to rekonstrukcja lewicy byłaby nieuchronna. Byłaby konsekwencją personalnej decyzji Cimoszewicza. A z kolei sam Cimoszewicz znów odegrałby rolę, w której jest bardzo dobry – stałby się liderem, osobą, której pozycja jest kluczowa, nie starając się o to. Znalazłby się w sytuacji, w której to inni do niego przychodzą z propozycją, i go przekonują. On skutecznie odegrał już taką rolę parę razy: kiedy był po raz pierwszy kandydatem na prezydenta, kandydatem partii, która była zagrożona likwidacją, i zapewnił jej 10-procentowe poparcie, bo był człowiekiem stosunkowo najczystszym, nieuwikłanym wcześniej rządzenie, stojącym z boku, trudnym do oskarżenia o koniunkturalizm i oportunizm. I kiedy był premierem. On się o to nie starał, tylko do niego przyszli. Gdy się o coś starał, gdy zaczynał walczyć i próbował przejąć inicjatywę, to mu nie wychodziło. Nie miał wystarczająco grubej skóry, bardzo szybko wycofywał się z gry. Tego akurat nie potrafi.

Załóżmy, że Platformie zależy na tym, żeby jej druga kadencja była kadencją reform, liberalnego zwrotu, ponieważ nie ma już legitymizacji z „uspokojenia polskiej polityki po PiS-ie”, nie ma już legitymizacji z „wetującego prezydenta” i konieczności „zebrania wszystkich narzędzi władzy”, więc bez agendy pozytywnej zacznie być kwestionowana jako obóz rządzący.

Istotnie, PO może mieć świadomość, że następnej kadencji bez reform, na samym tylko „uspokajaniu sytuacji po PiS-ie”, nie da się przetrwać. Potwierdza to pewien bardzo interesujący niedawny sondaż, gdzie widać wyraźnie, jak wzrosły nastroje proreformatorskie w społeczeństwie. To przypomina pierwszy cykl, po pierwszej reakcji antytransformacyjnej społeczeństwa, która po roku 1989 dała władzę lewicy. Za czasów Oleksego i Pawlaka przeważały jeszcze nastroje konserwatywne, po tym szoku Balcerowicza, Bieleckiego i nawet Suchockiej. Ale już za Cimoszewicza ludzie się uspokoili i zaczęli być znudzeni atmosferą „bezpiecznego zastoju”, którą SLD początkowo oferowała z sukcesem. Moim zdaniem okres rządów PiS-u i początkowy okres rządów Platformy się skończył. Skończył się okres, kiedy to znowu lęk przed dalszymi zmianami decydował o zwycięstwie w wyborach. PiS był zdecydowanie antyreformatorski, nic nie uczynili, jeśli chodzi o zmiany strukturalne, rozhuśtali tylko język „rewolucji moralnej”, język represyjny. Natomiast PO żyło przez te pierwsze lata „uspokajaniem polityki po PiS-ie”. Teraz jednak znowu ludziom zaczyna przeszkadzać zastój. Byliby już gotowi zaryzykować, przyjrzeć się propozycjom reform, gdyby rządzący im je przedstawili. Dzisiaj Polacy już się nie boją np. reform w służbie zdrowia, ale na nie czekają. W dodatku PO znalazło się na pozycji wyjątkowo wygodnej do zmian, na pozycji ugrupowania rządzącego krajem, który stosunkowo nieźle sobie poradził, stosunkowo suchą stopą przeszedł przez kryzys. Co nie jest oczywiście zasługą PO, jest zasługą momentu rozwojowego, w którym się znajdowała Polska, jest też zasługą gigantycznych interwencji dokonanych przez rządy USA, Niemiec, Anglii, Francji na tamtejszych rynkach, z których PO szydziło. Ale to tamte interwencje doprowadziły do rozruszania gospodarek, do poprawy sytuacji w krajach, które są przecież dla Polski najważniejszymi rynkami eksportowymi, najważniejszymi partnerami, więc Polska też na tym zaczęła korzystać. PO miało szczęście, a trzeba mieć szczęście, jak mawiał Napoleon, nawet po to, żeby zostać pułkownikiem. A Tusk zasłużył nie tylko na tytuł pułkownika, ale nawet generała. Zdał napoleoński egzamin ze szczęścia.

Trafiając na kryzys? PiS trafiło na sytuację bardzo wysokiego globalnego wzrostu, to się przełożyło na wzrost polskiej gospodarki pod ich rządami. Tyle że oni mają kłopoty z przeżywaniem sukcesu, z językiem codziennego materialnego sukcesu, oni muszą być „skrzywdzeni i poniżeni”. Gdzie indziej więc przeżywali swoją heroiczną klęskę – na froncie niedającej się wykorzenić hydry WSI, na froncie niedającego się pokonać „salonu”, penetrujących im wszystko niemieckich mediów i rosyjskiego lobby… PO potrafiłoby okres koniunktury przeżywać nieporównanie bardziej autentycznie i przekonująco, wręcz radośnie. Oni potrafią się cieszyć z bogactwa, z indywidualnego materialnego sukcesu.

Ale nie wiem, czy społeczeństwo by to doceniło w podobnym stopniu. Tymczasem propaganda z użyciem tej mapy zielonej Polski na czerwonym tle Europy jest bardziej przekonująca. Jest źle, jest trudno, mamy globalny potop, ale my was suchą nogą przez to przeprowadziliśmy. I drugi przykład szczęścia – ministerstwo zdrowia i problem szczepionek. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby epidemia z całą siłą przetoczyła się przez Polskę. I tu znowu Tusk miał niebywałe szczęście. Wygrał.

Przy okazji okcydentalistyczne PO użyło nagle argumentów antyzachodniej prawicy – patrzcie, w tej Brukseli, Paryżu, Berlinie wszyscy wydają niepotrzebnie miliony na te szczepionki, a my jesteśmy mądrzejsi, my, Polacy, na twardym gruncie stoimy, bez jakichś niesprawdzonych nowinek.

Rządy zachodnie z pełną świadomością prowadziły politykę prewencji, bardzo kosztowną, ale to było świadome ryzyko poniesienia kosztów za uniknięcie ryzyka większego. W przypadku PO to nie była świadoma polityka, ale próba prześlizgnięcia się bez ponoszenia kosztów. Rozmowy w sprawie zakupu prowadzone do ostatniej chwili ze Szwedami itp. To było ogromne ryzyko, i oni mieli szczęście. Ja o tym wszystkim mówię dlatego, żeby podkreślić, jak bardzo ich punkt wyjścia w sytuacji pokryzysowej będzie relatywnie dobry. Tyle że oni na sytuację po kryzysie są nieprzygotowani. Kiedy na Zachodzie mówi się, a co najważniejsze myśli o świecie po kryzysie, to ma się świadomość ogromnych zmian technologicznych, gospodarczych, społecznych, przyspieszonych pod naciskiem kryzysu, wymuszonych przez kryzys. U nas tego myślenia w ogóle nie ma. Z powodu obniżonych oczekiwań społecznych, ulgi, że uniknęliśmy najgorszego, Platforma uzyskała doskonały punkt wyjścia do przeprowadzenia reform. Przy założeniu rekonstrukcji rządu, wzięciu na pokład wdzięcznej, bo rozbitej lewicy, to jest racjonalne.

A ryzyko utraty części prawicowego elektoratu przy takim otwarciu na lewo? To ich może powstrzymać?

Myślę, że wszystkie przepływy między PiS i PO już się dokonały. Paroletnia walka między PO i PiS-em była tak wyrazista, że historyczne podziały zostały po raz pierwszy mocno unieważnione. Już w 2005 roku, wraz z podziałem na Polskę „liberalną” i „solidarną”. Oczywiście, podział historyczny był później przywoływany, przede wszystkim przez PiS: ZOMO i stoczniowcy, kolejny 13 grudnia, ale wyłącznie na potrzeby walki z PO. Wszyscy to widzieli. Także to, że Kryże czy Jasiński nie bardzo pasują do antykomunizmu…

Zajmijmy się z kolei trwałością PiS-u w tym scenariuszu. Rydzyk nie odpala kolejnych prawic, bo ma głośne i twarde deklaracje religijne od politycznego nihilisty, ale jednak je ma. Może z kolei swoim powiedzieć: „Nie załatwiłem wam władzy w Polsce, ale załatwiłem wam silną polityczną reprezentację, której nigdy wcześniej nie mieliście. Jerzy Robert Nowak, Macierewicz czy Jurek nie potrafiliby stworzyć 25-procentowej formacji ani nawet przejść wyborczego progu”. PiS, nawet bez prezydenta, może być stabilne jako partia z 25-proc. elektoratem. W oczekiwaniu na nową aferę Rywina, która – jak by to powiedział Kaczyński – obnaży „zgniłość elit”, czyli w oczekiwaniu na bardziej ewidentną wersję afery hazardowej.

To jest możliwe, chociaż ja bym stawiał na pomniejszenie tego obozu. W dodatku tam jest ciągle jeszcze trochę elementów centrowych. I nie wiem, jak długo oni się będą chcieli wiązać z obozem trwałej klęski.

Ale gdzie mają iść? Wierzy pan w gigantyczny rozwojowy potencjał Polski Plus? Nawet, a może szczególnie, od kiedy została wzmocniona przez Ludwika Dorna? Nawet Dutkiewicz nie będzie ich kandydatem, tylko zupełnie rozsądnie wróci pod skrzydła Platformy. Jan Maria Rokita też nie należy do osób, które umieją budować wokół siebie jakąś formację polityczną.

Też mam co do tego spore wątpliwości. I to oczywiście stabilizuje Kaczyńskich. Ale nie mogę wykluczyć występowania kolejnych osób z ich klubu parlamentarnego, tworzenia kół, które będą podejmować współpracę albo ze sobą wzajemnie, albo z Platformą.

Znowu system dążący do jednopartyjności? Znowu to polskie fatum gromadzenia się wszystkich wokół partii władzy?

Pytał mnie pan o zalety, o racjonalność, ale także o patologie pańskiego scenariusza politycznego. Zalety to większy potencjał do reformowania Polski – większy niż samo tylko PO. Silniejsze i trwalsze wsparcie, zakorzenienie społeczne obozu reform, obozu okcydentalistycznego. Wadą jest właśnie to nieukształtowanie się po raz kolejny normalnego systemu partyjnego: z prawicą, centrum i lewicą. Partie wodzowskie, które wraz z wodzem się mogą rozlecieć. Sukcesja w PiS-ie jest wątpliwa. Oni nie umieją ani Ziobry, ani nikogo innego namaścić. Prędzej go wykończą. Sukcesja w PO jest równie trudna do pomyślenia. Ja bym wolał normalny układ polityczny i normalniejsze partie.


Na peryferiach często przeprowadzano modernizację albo autorytarnie, albo zupełnie nie według linii zachodnich ideowych podziałów. Atatürk, pozapartyjna „rada mędrców” podczas japońskiej epoki Meiji…

To były sytuacje w krajach bardzo mocno peryferyjnych, daleko spoza zachodnich standardów. Polska jest już nieco bardziej wewnątrz Zachodu, to powinno się z czasem przełożyć także na bardziej stabilny i ideowo przewidywalny system partyjny. Oczywiście można mówić, że bezideowość, rozmycie i partia władzy zagarniająca lewicę, centrum i prawicę to jest najlepsze narzędzie modernizacji na peryferiach. Ale ja sądzę, że Polska jest w Unii, jest w zasięgu pewnych norm. I dopiero kiedy będą tu partie demokratyczne, a nie wodzowskie, i kiedy pewien konsensus modernizacyjny będzie realizowany przez czytelną lewicę, prawicę i centrum, a nie przez rozmytą ideowo partię władzy, będziemy mogli mówić o przekroczeniu przez Polskę kolejnego Rubikonu. Choć oczywiście póki co wolę nieco rozmytą ideowo partię władzy modernizującą Polskę złożoną z Tuska i Cimoszewicza niż jeszcze bardziej nihilistyczną ideowo partię władzy Kaczyńskiego, która grałaby na antymodernizacyjnych i antytransformacyjnych lękach.

Komentarze
Dodaj nowy
Marcin Szymański   |27.02.2010 06:45:34
Im dłużej czytam Michalskiego, tym coraz bardziej mam wrażenie, że to
postmodernistyczny grafoman.
step  - Hausner???   |27.02.2010 07:22:51
Ale o jakiej wrażliwości Hausnera mówimy?

Ten pan już zupełnie się
przechrzcił na neoliberalizm i chciał zniszczyć kulturę.

Co jest lewicowego w
Cimoszewiczu?

Jeden Balicki, być może, używa także lewej półkuli mózgu. Ale
jeden Balicki wiosny nie czyni.

Taki sojusz PO z pseudolewicą byłby już
kompletnym rozmyciem wszystkiego, ostatecznym ultra-kłamstwem
0987  - Zaduma   |27.02.2010 13:26:47
Mam wrażenie, że pan Michalski chce nam zafundować jakąś hybrydę w imię
niedookreślonej modernizacji. Ewentualna lewicowość polityków proponowanych
przez pana Michalskiego sprowadza się tylko do utrzymania obecnego stanu rzeczy
(czyli rezygnacja z dalszej radykalizacji swobód światopoglądowych). I już sam
ten fakt jest przerażający. Zgadzam się z panem Piątkiem, że jednym politykiem
lewicowym tudzież centrolewicowym (w zależności do przyjętej definicji
lewicowości i centrolewicowości) jest Balicki, reszta kandydatów pana
Michalskiego to typowe centrum, oczywiście poza Bieleckim, który niezależnie od
przyjętych podziałów zawsze będzie zajmował dumne miejsce skrajnego
neoliberała.
Niestety panu Michalskiemu z jego wizjami modernizacyjnymi
realizowanymi przez PO bliżej do Gazety Wyborczej i Dominiki Wielowieyskiej,
niż do skromnego ,,ewolucyjnego projektu lewicowego.
mcphisto   |28.02.2010 00:45:05
zgadzam się z przedmówcami. ludzie przedstawiani w materiale jako lewica, lewicą
nie są. Cimoszewicz wypowiadał się niedawno w tvn24 za prywatyzacją KGHM’u,
Hausner w rządzie Belki przygotował neoliberalny plan gospodarczy.

o ile
zgadzam się z możliwością dojścia do koalicji PO z SLD lub jakąś jego częścią,
to nie widzę możliwości, aby na bazie tego potencjalnego koalicjanta wyrosła
jakaś lewica. SLD i ludzie wywodzący się stamtąd są neoliberalni,
centroprawicowi.

SLD nie utraciło prosocjalnego elektoratu, bo PiS im go
zabrało, tylko z powodu prowadzenia neoliberalnej polityki i odwrócenia się od
lewicowych wartości. PiS jest dopiero konsekwencją tego ruchu SLD.

z jakiego
powodu na lamach "Krytyki Politycznej" SLD nazywa się lewicą????
Rylew   |28.02.2010 05:11:20
Można sobie wyobrazić, że ta nowa koalicja rządząca będzie tak samo bezpłodna i
nudna jak ta rozmowa. Na scenie politycznej same partie władzy z wyjątkiem może
PSL które jest bardziej programowo wyraziste.

Na istotne zmiany na scenie
politycznej nie ma co liczyć, nie pozwolą na to progi wyborcze. Te ostatnie
stanowią istotne więzy dla demokracji, więzy których wiekszość ludzi nie
dostrzega bo im wmówiono, że tak musi być,
że na tym polega wolność i
demokracja.

Cokolwiek i kogokolwiek by nie łączyć to można być pewnym, że
interes wielkich grup kapitałowych będzie popierany, a koszty będzie ponosić
całe społeczeństwo, tak jak to się obecnie odbywa, bo taka jest logika partii
władzy u władzy.
W takiej sytuacji mówienie o jakiejś modernizacji w sensie
pozytywnym zakrawa na brak logiki, albo raczej na kiepski żart.

Warto jednak
zdawać sobie sprawę czym *pachnie* prawicowa modernizacja, której rozmówcy
pragną nadać nieco lewicowej przyprawy(Balicki) żeby była bardziej strawna.
Jednym z jej elementów może być na przykład pożądana przez *liberała* Majcherka
modernizacja wsi poprzez wypędzenie z niej biednej ludności do slumsów w
mieście.

Broń Panie Boże lud przed *wrażliwością społeczną Hausnera*:)
jak
i *liberalną modernizacją*.
Właściwie o niej warto byłoby porozmawiać.

Ważniejsze bowiem jest to CO kto robi niż KTO co robi.
rebelle  - nudy   |28.02.2010 05:30:55
Po pierwsze, ale nudy.

Po drugie, jedyny rozsądny wniosek, jaki mógłby
wyciągnąć ktoś o lewicowych poglądach z tych rozważań, jeśli są one prawdziwe,
to głosować na PSL. Do czego jednak nie zachęcam.
kot  - dla porządku   |28.02.2010 15:50:12
Marcinie Szymański.
Czy polityczny projekt może być grafomański? I co to ma
wspólnego z postmodernizmem?
Mówisz jak polski polityk czyli bez sensu.
kot   |01.03.2010 03:44:16
Co do meritum.
Partia władzy po Polsku, to znaczy: my władza dbamy o siebie, a
społeczeństwo samo się wyżywi.
Nie mam nic przeciwko politykom zawodowym, ale
ani nie ma kto ich wynajmować, ani nie ma zawodowców z prawdziwego zdarzenia jak
w ,,Siedmiu samurajach,,.
Modernizacja konserwatywna w Polsce nie jest możliwa.
Nie ma ani odpowiedniej ideologii , ani możliwości pragmatyki. To co pokazał
Michalski jako odniesienie skrytykowane i ostatnie dwadzieścia lat -to właśnie
pokazuje. Projekt drobnych ale coraz szybszych kroków Krytyki jest na razie
bezkonkurencyjny. Możliwe,że nastąpi przyspieszający efekt kuli śniegowej.
Na
teraz udział w polityce wyborowej powinien sprowadzać się do ograniczenia szkód,
które politycy mogą narobić.
Chyba największym zagrożeniem jest teraz
rozwalenie do końca publicznej służby zdrowia.
Wysiłkiem społeczeństwa
zbudowane szpitale mają przejść w ręce prywatne. Trzeba się zastanowić jaki
układ polityczny do tego nie dopuści , a jaki przyspieszy ten akt destrukcji.

Kolejnym zagrożeniem i wyzwaniem politycznym jest oddawanie wszystkiego
monopolom i korporacjom prywatnym co nie ma sensu ani socjalistycznego, ani
wolnorynkowego itp itd.
Myślcie!
Rylew   |01.03.2010 06:58:34
kot
jeszcze co do partii władzy:
to partia która nie ma żadnego wiążącego
planu modernizacji, jest dużą partią mającą znanych ludzi, którzy mogliby zająć
odpowiednie stanowiska rządowe i piastować funkcje oby jak najdłużej, unikając
popełniania błędów, narażaniu się mediom itd. Partia władzy to typowy sługa
dwóch panów.
Z jednej strony wynajmowany jest przez społeczeństwo za
odpowiednie honoraria, z drugiej strony służy tym którzy mają siłę przebicia i
wiedzą dokładnie czego chcą. Natomiast w interesie partii władzy jest
relegowanie wszelkiej odpowiedzialności na niższe szczeble władzy, aż do
człowieka jako jednostki odpowiedzialnej za swój los. Partia władzy nie chce
ingerować w zrządzenia losu, kto urodził się w biednej rodzinie ten po prostu
miał pecha.

Czy Tuskowa liberalna PO ma jakiś plan modernizacji ?
Myślę,
że nie. Taki plan wymagałby jakiejś dyscypliny i odpowiedzialności za jego
realizację, a to nie leży w interesie partii. Moża więc chyba tylko mówić o
modernizacji jako skutku doraźnych działań w ramach sprawowania mandatu władzy,
gdzie podejmuje się różne, niezbyt skoordynowane decyzje na bieżące potrzeby i
żeby się komuś nie narazić
(korporacjom, zw. zaw.), albo uwzględnić czyjeś
potrzeby o charakterze więcej byznesowym niż społecznym.
Mówi się wprawdzie o
zmianie konstytucji, ale raczej jako wytłumaczenie,
że nie można czegoś zrobić.


Tego rodzaju piastowanie urzędów może spowodować jakieś skutki, których nie
nazwałbym liberalną modernizacją. Jakie ?]

To może właśnie być utrata
ubezpieczeń społecznych przez część ludności.
To może być np. zmiana w obrębie
państwowości ( wielkości i kształtu państwa ). Masowy eksodus ludności bez szans
w tym państwie do innych krajów. To może być napływ dużej ilości obcej kulturowo
ludności na terytorium Polski.

Nie wiem czy można się spodziewać np.
realizacji zasady rozdziału kościoła od państwa w przypadku gdyby PO wraz z
zasilającym ją centrolewem uzyskała wielką przewagę w parlamencie.
Może
wprowadzenia wiekszych praw dla mniejszości homoseksualnych i innych podobnie
jak w Hiszpanii ?
kardach   |02.03.2010 05:29:46
Pan Aleksander Smolar to jest, jak rozumiem, obok Kuronia i Michalskiego,
kolejna wielka postać nowej Lewicy.

W kolejce czekają jeszcze:
Środa,Staniszkis,Bochniarz itp.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 27.02.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.19951 Seconds