Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sierakowski: Dmowski nie zasługuje na pomnik Drukuj
Sławomir Sierakowski w rozmowie z Piotrem Zarembą   
09.11.2009

„Dzień 11 Listopada” to dla Pana pusty dźwięk czy ma Pan szczególne skojarzenia z tą datą?


Mam emocjonalny stosunek do tej rocznicy, od kiedy jako dziecko czytające książki historyczne bardzo rozpaczałem nad rozbiorowymi dziejami Polski. Co nie znaczy, że jakoś przeżywam oficjalne uroczystości wypełniające 11 listopada znaczną część telewizyjnego programu. Polska szkoła obchodzenia uroczystości państwowych jako pustego rytuału niewiele się zresztą zmieniła od czasów PRL.

Ale co się Panu kojarzy ze Świętem Niepodległości?


Myślałem, że mnie pan spyta, czy w ogóle jestem patriotą. Co roku dziennikarze wypytują mnie o patriotyzm. I ja mam być tym, który wypowie się przeciw.

Może dlatego, że ludzie o bliskich Panu poglądach nieufnie traktują politykę historyczną. Krzywią się na akademie, rocznice.


Akurat moje środowisko nigdy nie głosiło naiwnej tezy, że historię należy zostawić historykom. Jej interpretacja jest z natury polityczna. A najbardziej ideologiczna jest wtedy, kiedy udaje obiektywną.

Pamiętam jak Magdalena Środa oburzała się na akcję billboardową „Patriotyzm Jutra” zorganizowaną przez Ministerstwo Kultury. Przypominanie twarzy i historii żołnierzy polskich bitew uznała za propagowanie militaryzmu czy nacjonalizmu.


Zaproponowała po prostu własną politykę historyczną. Odbiegającą od mundurowej sztampy, bardziej społeczną, mniej datowo-bitewną, oddającą głos świadkom historii dotąd pomijanym: kobietom, wykluczonym grupom, zapomnianym postaciom.

Ale co począć z dziejami kolejnych czynów zbrojnych?


Są częścią historii, ale historia się do nich nie sprowadza. Odzyskanie niepodległości w 1918 roku przyszło wraz z ustanowieniem jednego z najbardziej postępowych prawodawstw socjalnych na świecie. Zaraz po odzyskaniu przez Polaków niepodległości kobiety otrzymały w Polsce prawo głosu - we Francji dopiero po drugiej wojnie światowej. To było prawdziwe odzyskanie niepodległości przez cały naród.

Pan z kolei sprowadza odzyskanie niepodległości do narzędzia społecznych przemian. Może być Pan podejrzewany o to, że samoistna wartość „bycia Polakiem” obchodzi Pana mniej.


Lubię pamiętać o „sprawie polskiej” w XIX wieku, o formule Lelewela „Za wolność waszą i naszą”. Był to przez dekady najbardziej romantyczny projekt, którym żywo interesowały się najbardziej postępowe kręgi intelektualne Europy.

A tradycja polskiego oręża, kult armii, patriotyczne pieśni?


Jeśli występują jako ekstrakt, to często rzeczywiście służą jedynie podbijaniu nacjonalistycznego bębenka. Owszem, ważny dla mnie jest kult bojowców - na przykład rewolucja 1905. Endecja była wtedy po stronie caratu, podobnie jak Kościół katolicki. Szybko zapomnieliśmy, jak kolejni papieże potępiali powstania, wychwalali zaborców, jak antypatriotycznie i antydemokratycznie zachowywał się kler.

Ale billboardy krytykowane przez Środę dotyczyły czynu legionowego czy drugiej wojny światowej. Widzi Pan problem w samym świętowaniu wojskowych rocznic? Na przykład w nawiązywaniu do cudu nad Wisłą.


Zagrożenie widzę w powielaniu endeckich mitów takich jak cud nad Wisłą. Teraz ja pobronię trochę polskiego czynu zbrojnego naczelnika Piłsudskiego przed historykiem Piotrem Zarembą, który na pewno wie, że wspaniały manewr polskiej armii nie był pomysłem ani gen. Weyganda, ani Matki Boskiej. Inne zagrożenie widzę, jeśli z całej historii robi się głównie historię munduru. W której nie ma ludzi, a jeśli są, to tylko uzbrojeni mężczyźni.

Zbyteczny sarkazm, autorem cudu może być również Piłsudski. Natomiast Bitwę Warszawską trudno przedstawić jako historię postępowych kobiet. To historia dzielnych chłopców w mundurach powstrzymujących nawałę bolszewicką.


A historia Solidarności to dzieje Lecha Wałęsy i stoczniowców? Otóż historię Solidarności można też przedstawić tak, jak to zrobiła Shana Penn, pokazując fundamentalną rolę kobiet w Solidarności.

Solidarność była masowym ruchem społecznym, na dokładkę pokojowym. Dzieje wojny to dzieje głównie mężczyzn.


No właśnie. Im więcej kobiet, tym mniej wojen. A jak już rozmawiamy o II wojnie światowej, to warto dostrzec jej bardzo ważną konsekwencję, jaką było masowe wejście kobiet z domu na rynek pracy. To również część historii.

Jest pytanie, co oznacza to „również”.


Cały cywilizowany świat zaczyna opowiadać historię w inny sposób. To nie może być kilka patetycznych obrazków. Z takich obrazków nie zrobi się skutecznej lekcji patriotyzmu, bo pierwszym patriotycznym obowiązkiem jest wiedzieć i rozumieć dzieje swojego narodu, a nie tylko jego armii.

Ale na Powązki idziemy po to, aby zapalić świeczki naszym dzielnym poległym chłopcom. Także i dziewczętom.


W porządku. Przecież nasz przekaz brzmi „posuńcie się trochę”, a nie „zamieńmy jedno na drugie”.

Na ile identyfikuje się Pan z II Rzeczpospolitą?


II RP to nie tylko odzyskanie niepodległości, ale także likwidacja demokracji, cenzura, strzelanie do robotników, zabójstwa polityczne, zamykanie opozycji w więzieniach, obóz koncentracyjny, getto ławkowe od 1937 roku, zarzucona reforma rolna, haniebna i samobójcza polityka wobec mniejszości narodowych. Jeśli krytykujemy dziś PRL, to zauważmy, że niewiele różni go - wyłączając okres stalinizmu - od „osiągnięć” schyłkowej II RP.

Z tym uproszczeniem kontrastuje młodzież, która, ukształtowana przez szkołę niepodległego państwa, złożyła w czasie drugiej wojny światowej daninę krwi.


Tylko że ta danina krwi wywodzi się z tradycji starszej niż II Rzeczpospolita. To jest tradycja powstańcza. Jest zresztą wielkim pytaniem, czy ta tradycja to zwycięstwo, czy skutek katastrofalnych błędów Polaków.

A jak Pan na to pytanie odpowiada?


Tradycja spiskowo-insurekcyjna była krytykowana z różnych pozycji, przez Romana Dmowskiego, ale i przez Stanisława Brzozowskiego. Naród, który robi jedno nieudane powstanie za drugim, bo nie potrafi upodmiotowić ogromnej części społeczeństwa, i dopiero zaborcy uwłaszczają chłopów, powinien głęboko pochylić się nad swoją historią. Zarazem mam wielki szacunek dla ludzi, którzy byli gotowi na osobiste poświęcenia. Z tego się bierze i moje, trochę romantyczne, nieprzystosowanie do realiów, w których żyjemy. Gdzie inteligencję zastępuje klasa średnia, a postawy zaangażowane społecznie są wypierane przez egoizm rynkowy. Nie mogę natomiast zrozumieć, skąd ta lekka, łatwa i przyjemna pochwała powstania warszawskiego. Mało patriotyczne wydaje mi się tak swobodne korzystanie z przywileju późnego urodzenia przez ludzi wychwalających decyzję o wybuchu powstania o tak drastycznych konsekwencjach.

Jest Pan polskim patriotą?


Jestem. Natomiast nie uważam, żeby z tytułu polskości należało się mi albo komukolwiek coś więcej. Razi mnie, gdy nieustannie słyszę, że w jakiejś katastrofie zginęło 200 osób i prawdziwy żal, że było tam 2 Polaków.

Dla polskiej publiczności śmierć ich rodaków to ważna informacja.


Przecież nie chodzi mi o podawanie telefonów do polskiej ambasady, a chyba bliską panu zasadę, że w sprawach ostatecznych nie ma Greka ani Żyda.

Odczuwa Pan kulturową wspólnotę z miejscem swego urodzenia?


Oczywiście. Identyfikuję się z takim patriotyzmem, jaki najlepiej chyba widać u Adama Michnika. Czyli takim, za którym stoi świadomy wybór walki tu i teraz, w obliczu zastanych tradycji politycznych i kulturowych, które trzeba znać, z którymi się trzeba liczyć i które należy reformować. Tak jak należy zresztą reformować również Adama Michnika.

Opowiada się Pan za jak najściślejszą integracją europejską. To nie jest wyrok na polskość?


Nie, o ile polskość rozumiemy jako kulturę, język, tradycję. Dziś projekt europejski przeżywa głęboki kryzys i obserwujemy raczej renacjonalizację niż integrację. Jeśli mnie Pan pyta, czy w mojej utopii jest demokracja kosmopolityczna, to odpowiem, że tak. Ale proszę się nie martwić, to utopia. A jej realizacja zapewniłaby wielką chwałę narodowi polskiemu.

Czyli jednak polskość jako balast?


Nie. To jest pytanie, czy naród to wspólnota biologiczna, czy polityczna?

Adam Michnik, decydując się na pozostanie w Polsce, rozumiał ją zapewne jako wspólnotę kulturową - z Mickiewiczem i nawet Sienkiewiczem.


Polska kultura nie zniknie. Natomiast filozofię „bliższa koszula ciału” odnoszoną do narodu nie tyle odrzucam, co uważam, że należy trzymać ją pod kontrolą. Żeby nie popadała w konflikt z innymi wartościami. Na przykład sprawiedliwością społeczną, dobrem innych społeczeństw.

Ma Pan ulubioną postać w historii II Rzeczpospolitej?


Nie szukałbym jej wśród polityków, bardziej wśród pisarzy i intelektualistów. Sympatię mam zresztą dla osób z różnych stron. A więc nie tylko Wat, Broniewski albo Strug i Żeromski, bo fascynuje mnie publicystyka Cata-Mackiewicza czy Adolfa Bocheńskiego.

Romanowi Dmowskiemu Pan pomnika by nie postawił?


Nie. Bilans Romana Dmowskiego dla każdego współczesnego patrioty powinien wypaść zdecydowanie negatywnie. Projekt nacjonalistyczny, antysemicki, w pewnym momencie nawet faszyzujący okazał się bardzo szkodliwy dla polskiego państwa i jego bogatej kultury. Dmowski pragnął zerwać z polską tradycją albo zubożyć ją do postaci karła etnicznego, zagrażając zarazem interesowi państwowemu poprzez antagonizowanie Ukraińców, Żydów i innych mniejszości.

Głęboka niezgoda. Amerykanie uznają Woodrowa Wilsona za wybitnego prezydenta, a ma na swoim koncie obronę segregacji rasowej, całkiem niezgodnej, i akurat słusznie, z dzisiejszą polityczną poprawnością. W przypadku Dmowskiego wystarczy, że był współtwórcą polskiej niepodległości. Ma miejsce w panteonie.


Polityka historyczna zakłada sztukę wyboru. A wybiera się postaci pod kątem dzisiejszych wyzwań. One mają być drogowskazem we współczesności.

Wywiad ukazał się w „Polska The Times” z 7 listopada 2009.

Komentarze
Dodaj nowy
kot   |10.11.2009 03:25:55
Jednego nie można odmówić Sierakowskiemu -klasy- intelektualnej.
znikadek   |10.11.2009 16:20:45
Nie ma "dziejów mężczyzn" i "dziejów kobiet" są dzieje. Doprawdy
trudno przyrównywać wkład "grup wykluczonych" w odzyskanie przez Polskę
niepodległości do walki zbrojnej żołnierzy polskich na wszystkich niemal
frontach. Z całym szacunkiem do nowego spojrzenia na historię, gdzie do głosu
dochodzą zapomniani świadkowie, ale zachowajmy proporcje. W imie radykalnej
poprawności politycznej nie można stawiać znaku równości między ludźmi
walczącymi za własny kraj z bronią w ręku z "kobietami, wykluczonymi
grupami, zapomnianymi postaciami", a pamięć o ich poświęceniu nazywać
"mundurową sztampą". Mundur dla tych ludzi oznaczał honor i dumę. Mogli
siedzieć w domu, a znad Wieprza ruszyliby na armię Tuchaczewskiego
"wykluczeni, kobiety i zapomniane postacie". Wtedy pan Zaręba udzielałby
teraz wywiadu po rosyjsku i na zupełnie inny temat. Poza tym fajny wywiad.
viking   |10.11.2009 21:19:09
Aspekt genderowy wojen jest nie tylko taki, że częściej wywołują je mężczyźni.
Gdyby ktoś jutro wypowiedział nam wojnę to Sierakowski stałby się tym
,,uzbrojonym mężczyzną" o którym mówi. Bilet powołania dostałby on a nie
Środa czy Szczuka.
To młodych mężczyzn zmusza się do udziału w wojnie, nie
kobiety- 90% z nich nie ma na to ochoty. Według modnej ostatnio logiki ich
(często wymuszone ale jednak) poświęcenie, ich cierpienie a także śmierć nie
powinny nas aż tak zajmować. W końcu mieli oni, podobnie jak ci przez których
zostali wysłani na front, penisa i jądra. Ta genitalna wspólnota i wyłącznie ona
staje się podstawą do idiotycznego kojarzenia mężczyzn z wojną. Tymczasem
odpowiedzialna za nią jest władza. Tą rzeczywiście sprawowali najczęściej
mężczyźni, ale kobiety, którym udało się po nią sięgnąć nie były wiele bardziej
pokojowe.

Zgadzam się z większością tez, które Sierakowski wypowiada w tym
wywiadzie, ale jednocześnie zgadzam się ze ,,znikadkiem", co do kwestii
poprawności politycznej pamięci. Niestety umieranie na wojnie, konieczność
poświęcenia wywołana sytuacją polityczną to problemy o wiele istotniejsze niż
prawa wyborcze.
Historia wojny jest natomiast oczywiście także historią
kobiet. Przede wszystkim dlatego, że ci chłopcy i mężczyźni, którzy odchodzili
walczyć mieli swoje żony, siostry i matki, które ich kochały, które w czasie ich
nieobecności musiały zająć się wieloma sprawami nie mając pewności czy oni
jeszcze wrócą i wciąż żyjąc związaną z tym obawą.
Spokojny   |11.11.2009 03:32:42
>umieranie na wojnie, konieczność poświęcenia wywołana sytuacją polityczną to
problemy o wiele istotniejsze niż prawa wyborcze.

o naszej krzywdzie jak
najbardziej mowic nalezy. Taka krzywda jest na przyklad sluzba w wojsku w czasie
pokoju, do niedawna zabierajaca kazdemu z nas spokoj, wielu kilka lat zycia i
wielu lamiaca godnosc. Niektorym trauma sluzby wojskowej zlamala psychike
bezpowrotnie. Nie slysze feministek ktore by chcialy dyskutowac o tym na ile
pewne praktyki fali moga byc odroznialne od gwaltu. Taka krzywda o ktorej mowic
nalezy jest tez sluzba w wojsku w czasach wojny, okaleczenia na wojnach
psychiczne i fizyczne, niektore takze nomen omen Nieodwracalne i umieranie
podczas tych wojen. I o tym trzeba mowic. Rzecz w tym jak o tym sie mowi. Bo
jesli mowi sie o tym jak o chwale, slawie i najwiekszym szczesciu i zaszczycie
jakie Mezczyzne spotkac moze, to takie wciskanie kitu nie jest niczym innym niz
tylko narzedziem za pomoca ktorego nas w to wpuszczaja pokolenie za pokoleniem
cwaniaczkowie, ktorzy sami siedza na stolkach i pociagaja za sznurki i nie
narazaja sie wcale. Zamiast tego tluka ciezki szmal na dostawach, dochodza do
zaszczytow i rzną sekretarki. Rozwijanie kultu poleglych bohaterow to narzedzie
za pomoca ktorego oni moga spokojnie nas dymać. I o tym trzeba mowic. Jest grob
Nieznanego Zolnierza, ale powinien powstac grob Oszukanego Zolnierza. Dopiero
taki grob-pomnik przywracalby swoja symbolika prawdziwy wymiar sprawom.
kot   |11.11.2009 08:39:05
Rzecz w tym, że patriotyzm sprowadzający się do celebry jest dla polityków
tanim gestem opłacanym nie swoimi pieniędzmi i nie wymagającym wysilenia się,
skrywającym brak patriotyzmu na czas pokoju. Po wysiłku patriotycznym
związanym z obchodami, polityk z satysfakcją oddaje się zabiegom czynionym
wokół partyjnych i własnych interesów, które są nazbyt często sprzeczne z
interesem społecznym. Patriotyzm wszak ma z głowy!

Wymieńmy instytucje
publiczne działające ku zadowoleniu ludzi, które powstały w okresie ostatnich
dwudziestu lat, przy udziale i patriotycznym zaangażowaniu celebrujących
przeszłość polityków?
viking   |11.11.2009 09:08:58
Spokojny

Feministki nie mówią o fali z powodu owego ,,genitalnego"
sposobu myślenia, o którym pisałem. Ponieważ jest ona krzywdzeniem mężczyzn
przez innych mężczyzn, nie jest szczególnie warta zainteresowania. Jeśli już się
o niej wspomina to wyłącznie jako przykład na to, iż ,,patriarchat jest zły
także dla samych mężczyzn". Tu cierpienie mężczyzn zostaje wprawdzie
zauważone, ale tylko na zasadzie: Jaś bije wszystkie dzieci w piaskownicy
łopatką, ale czasem nasypie sobie też trochę piasku do oczu. Tzn. można uznać
męską krzywdę, ale tylko o tyle o ile niezachwiana pozostanie teza o tym komu
należy się WIĘCEJ współczucia i kto ma ogólnie gorzej w społeczeństwie.
Przy
okazji zapomina się o tym, iż kobiety nigdy nie były zmuszane do przebywania co
najmniej rok w warunkach uwłączających ludzkiej godności (jakie najczęściej
panują w koszarach w Polsce i innych krajach, w których fala jest problemem na
dużą skalę). Trudno więc przewidzieć jak by się w takiej sytuacji
zachowywały.

Ogólnie zgadzam się prawie w 100% z tym co piszesz.Obecny na
prawie każdej lekcji w polskiej szkole, od j.polskiego i historię aż po muzykę,
dyskurs wedle którego śmierć za Ojczyznę jest najwyższym aktem poświęcenia jest
wręcz skandaliczny. Trzeba mówić o wojnie inaczej, głównie o jej
antyhumanistycznym obliczu, które niszczy wszystkie strony konfliktu.
Problem
jednak polega również na tym, że wielu z tych mężczyzn, którzy faktycznie
musieli wziąć udział w wojnie, wiedząc między innymi, jak np. w czasie II WŚ, że
nie ma już innego sposobu na uzyskanie pokoju faktycznie dokonywało bohaterskich
czynów. I jak tak spojrzę na tę wypowiedź Sierakowskiego, w której ten
,,uzbrojony mężczyzna" jest jakąś nieco podejrzaną figurą, nie tak fajną jak
kobiety, o których ,,zapomniano", to myślę, że w związku z modną
współcześnie androfobią warto spojrzeć na Grób Nieznanego Żołnierza jako na
symbol roli przeciętnego mężczyzny w historii, roli, którą niektórzy chcą
unieważnić.
maciej  - I kto ma rację? Kogo broni Policja?   |11.11.2009 11:34:02
Anarchiści pobili się z policją
Choć to 11 listopada, w centrum Warszawy było
gorąco. Grupa anarchistów, która próbowała zablokować przemarsz skinheadów z
Obozu Narodowo-Radykalnego, zaatakowała policjantów. Mundurowi wezwali na pomoc
wóz z armatką wodną. Świadkowie twierdzą, że użyto też gazu łzawiącego.
Policja
zaprzecza, by odpierała atak anarchistów przy pomocy gazu łzawiącego. "Do
tej pory nie dostałem sygnału, że którykolwiek z funkcjonariuszy biorących
udział w akcji użył gazu" - tłumaczy w TVN Warszawa Marcin Szyndler ze
stołecznej policji.
Tuż przed godziną 15 grupa anarchistów zablokowała ulicę
Senatorską przy placu Bankowym w centrum stolicy. Miała tamtędy przejść
demonstracja skrajnie prawicowego ugrupowania, Obozu Narodowo-Polskiego. Policja
ochraniająca przemarsz kilkuset członków ONR wezwała anarchistów do odblokowania
przejścia. Wtedy zaczęła się bitwa.
Policjanci szybko odparli atak
kilkudziesięciu anarchistów. Pomógł im w tym wóz z armatką wodną. Agresywni
demonstranci jednak nie ustąpili. Przegrupowali się i zaatakowali ponownie, tym
razem na ulicy Niecałej. W sumie bitwa trwała kilkadziesiąt minut - relacjonuje
TVN Warszawa.
"Zatrzymano kilka osób pod zarzutem czynnej napaści na
funkcjonariusza" - mówi rzecznik stołecznej policji.
znikadek   |11.11.2009 12:44:46
"Rozwijanie kultu poleglych bohaterow to narzedzie za pomoca ktorego oni
moga spokojnie nas dymać".

Nie mogę przejść nad takimi poglądami do
porządku dziennego. Niezależnie od światopoglądu należy się szacunek osobom,
które oddały życie za Ojczyznę. Czy były manipulowane - wątpie. Nie należy
przykładać dzisiejszych technik manipulacyjnych do sytuacji, w której realna
armia stoi u wrót stolicy. Plakaty propagandowe nie desinformowały - raczej
wizualizowały zagrożenie. Kto ich wówczas "dymał"? Rząd, Naczelnik
Państwa, przedsiębiorcy, fabrykanci, kler? A teraz krytykuje się "rozwijanie
kultu poległych bohaterów". Przecież w rzeczywistości kult bohaterów ma
charakter wyłącznie administracyjny. Prawdziwy kult, który IM się NALEŻY
właściwie nie istnieje. Ludzie nie zdają sobie dzisiaj sprawy, czym CI
BOHATEROWIE płacili chociażby za możliwość wypowiadania się dzisiaj w języku
polskim. To nie patos, to rzeczywistość. Zatracamy proporcję. Czym jest płacz
kobiet wobec realnej ŚMIERCI. Budujmy sprawiedliwszy świat, wspólnie: kobiety,
mężczyźni, heteroseksualni, homoseksualni, wszyscy… ale nie róbmy sobie jaj z
BOHATERÓW, dzięki którym możemy sobie teraz na to pozwolić. Pozdrawiam.
Spokojny   |11.11.2009 14:58:28
>Niezależnie od światopoglądu należy się szacunek osobom, które oddały życie za
Ojczyznę.

nalezy sie szacunek chlopakom ktorzy dostali kule albo ktorym
rozerwalo bebechy, albo ktorzy sie spalili zywcem, albo utoneli, albo zamarzli,
albo zgineli pod gruzami. Na pewno. Dlatego powinni miec wspolny grob
niezaleznie od tego, "za ktora Ojczyzne" to sie w ich przypadku
wydarzylo. Bo gdyby urodzili sie kilkaset kilometrow dalej znalezliby sie w
chwili smierci w tym samym miejscu i mozliwe, ze zgineliby "za Ojczyzne"
tak samo. To jest powazny problem - jak ich jako ludzi oddzielic od tego w co
ich wmanipulowano. Jak zachowac szacunek dla nich w momencie smierci kiedy sie
nie ma szacunku dla przedsiewziecia w ktorym uczestniczyli. Zobaczyc w nich nie
"bohaterow" tylko wlasnie chlopakow ktorym urwalo noge tak, ze krew
wyplynela cala. I nie obsadzic ich przy tym w roli tepych maczo ktorym sie
nalezalo bo przeciez mogli zrobic to co Gombrowicz. To nie jest latwe.
viking   |11.11.2009 19:10:07
To jest trudne, tym bardziej, że pojawia się tu też kwestia dobrze znana
Amerykanom. Otóż gdy ranni, zniszczeni psychicznie, nierzadko kalecy młodzi
mężczyźni wrócili z Wietnamu ich reakcje przybierały trzy formy. Pierwsza
polegała na wycofaniu się z życia, depresji, apatii. Druga na aktywności w
ruchach pacyfistycznych, krytyce państwa i ogólnym rozczarowaniu własnym
krajem. Trzecia natomiast na hiperpatriotycznym uniesieniu, nienawiści do
,,zniewieściałych" hippisów i wierze w podstawowe wartości USA.
Skąd ta,
poniekąd dziwna, ,,trzecia droga" przerabiania traumy? Otóż okazało się, że
część żołnierzy mogła żyć bez ręki czy nogi, ale nie potrafiła egzystować bez
wiary w to, iż tam z dala od domu naprawdę czegoś bronili a ich poświęcenie
miało sens.
Chcę przez to powiedzieć, że kult bohaterów choć może być
niebezpieczny i wykorzystywany do celów militarystycznych czy
imperialistycznych, jest do pewnego stopnia konieczną mitologią przywracającą
godność tym, którzy ją utracili. Chłopak z urwaną nogą być może chciał aby
przynajmniej ktoś nazwał jego i innych jemu podobnych ,,bohaterami". I
dlatego, podobnie jak ,,znikadek" myślę,że nie powinniśmy się bronić przed
używaniem tego słowa.
Z tego też powodu, lewica, zwłaszcza w Polsce, która ma
taką a nie inną historię, powinna się zastanowić nad tym jak nadawać tego
rodzaju mitologii, humanistyczny czy pacyfistyczny wymiar a nie jak ją
dekonstruować. W przeciwnym razie oddamy wszystkie symbole prawicy a bez symboli
nie da się uprawiać polityki.
Spokojny   |12.11.2009 02:58:09
>część żołnierzy mogła żyć bez ręki czy nogi, ale nie potrafiła egzystować bez
wiary w to, iż tam z dala od domu naprawdę czegoś bronili a ich poświęcenie
miało sens.

no na tym chyba polega istota traumy, ze trudno zobaczyc sens
doswiadczenia. Dlatego wiecej takich ludzi pojawilo sie po Wietnamie niz po II
wojnie.

>Chłopak z urwaną nogą być może chciał aby przynajmniej ktoś nazwał
jego i innych jemu podobnych ,,bohaterami.

i trudno mu sie dziwic. Klopot w
tym, ze to jest pulapka na nastepnych. Chyba Wankowicz opisywal kiedys takie
urzadzenie stojace na ulicy. Wielki napis "dowiedz sie jaka jest najwieksza
tajemnica swiata, wrzuc 10 centow". Podchodziles, wrzucales i mogles zajrzec
przez wizjer. A tam byl napis "pozwol i innym dac sie zaladowac". No i
kazdy odchodzil z tajemniczym usmiechem a inni patrzyli i tak kolejni wrzucali i
wrzucali.
Teraz moja corka bedzie do sredniej szkoly szla. Historii w ogole nie
zna, wiec zeby cos wiedziala a czasu malo, puszczam jej filmy. Filmy o historii
ktore potrafie znalezc nie opisuja historii. Opisuja wojne toczona przez
mezczyzn. Reszta jest przy okazji. Wszystko co na tych filmach istotne mozna
rozrysowac na mapie w postaci strzalek. Dopiero na tych filmach to widac jak sie
je zbierze razem. Praktycznie zadnych kobiet, zadnej historii idei, zadnej
historii wynalazkow, zmiany urzadzen codziennego zycia itp. Sami bohaterowie
pokolenie po pokoleniu. I wszyscy wspaniali.
znikadek   |12.11.2009 03:37:54
"Wszystko co na tych filmach istotne mozna rozrysowac na mapie w postaci
strzalek. Dopiero na tych filmach to widac jak sie je zbierze razem. Praktycznie
zadnych kobiet, zadnej historii idei, zadnej historii wynalazkow, zmiany
urzadzen codziennego zycia itp. Sami bohaterowie pokolenie po pokoleniu. I
wszyscy wspaniali".
No właśnie - ale to jest zupełnie inny problem. Tak
beznadziejnie skonstruowany jest program nauczania historii w szkołach
wszystkich szczebli. Mało tego - w podręcznikach tematy związane z historią
idei, gospodarki czy kultury są podane w tak nudny i sztampowy sposób, że
uczniowie wolą znacznie "bitewno-rocznicową" historię "wspaniałych
mężczyzn". Tu potrzebna jest rewolucja mentalna i nowe podejście jakościowe
do polityki historycznej. Zgadzam się w tej kwestii z "vikingiem", który
zasygnalizował problem przywłaszczania sobie pewnych symboli przez prawicę.
Mieliśmy ostatnio tego znaczący przykład podczas przemówienia prezydenta 11
listpada. Dotyczy to zwłaczcza słowa "patriotyzm", które zaczyna mieć
konotacje nacjonalistyczno prawicową. Nie mogę się na takie zawłaszczanie języka
zgodzić. Pozdrawiam.
tiramisu   |12.11.2009 14:57:21
Mówicie o chłopakach z urwaną nogą lub ręką, którzy wracali z wojny w Wietnamie
z pokiereszowaną psychiką i jak ważne dla nich było nazwać ich bohaterami, żeby
to, co zrobili i przez co przeszli, miało dla nich jakiś sens.
Zgoda - to jest
ważne dla ICH psychiki, to sposób na radzenie sobie z traumą wojny.
Tylko
zapominacie, że taki kult bohaterów wojennych przybiera w zbiorowej świadomości
formę apoteozy śmierci, umierania dla ojczyzny jako jednej z najwyższych
wartości, bez racjonalnej dyskusji, jaki sens miało to poświęcenie.
Tak jest z
żołnierzami wojny w Wietnamie, tak jest z bohaterami Powstania Warszawskiego.
Liczy się fakt - i tak jest przedstawiany w mediach - że poświęcili życie dla
ojczyzny. Tylko nieliczni mają odwagę powiedzieć o błędach Powstania
Warszawskiego, błędach wynikających z nieprzygotowania, zaślepienia przywódców
itp. Nie mówią o tym również ze względu na szacunek dla żyjących
powstańców.
Takie utrwalanie obrazu wojny i poległych w nim mężczyzn ( i
kobiet, czasami też ) jest bardzo niebezpieczne, szczególnie dla dzieci. Choć
zdarzyło mi się, że pewien chłopiec zapytał: "Proszę pani, a po co są w
ogóle wojny?"
No właśnie, może czas zacząć uczyć, że wojna jest/była jedną
z opcji rozwiązywania konfliktów, że ta opcja przynosi olbrzymie straty, że
śmierć na wojnie nie jest wyłącznie bohaterstwem, jest przede wszystkim
tragedią.
Ważne jest, jak przedstawia się historię, w jakim kontekście sytuuje
się wojny; czy przedstawia się - jak u nas - jako fakt historycznie zaistniały,
stały i bezdyskusyjny, a kolejne rocznice utrwalają stereotyp bohaterskiej
śmierci czy też jak wydarzenie, o którym można dyskutować, spierać się nad jego
sensem, sumować zyski i straty, zastanawiać się, co by było gdyby, w jaki sposób
można było tej wojny uniknąć itp. Takie mentalna obróbka historii wydaje mi
się o wiele cenniejsza, gdyż uczy młode pokolenie dokonywania wyborów,
krytycznego myślenia, szukania najlepszych rozwiązań, a przede wszystkim - i
uważam, że jest to głównie kobiece spojrzenie- uświadamia, że wojna jest zawsze
ostatecznością, a śmierć -nawet jeśli łączy się z bohaterstwem - jest zawsze
tragedią.
Nie wiem, czy będę dobrze zrozumiana, ale chodzi mi o to, że nasze
postrzeganie wojny przebiega niejako od punktu A do punktu B. Rysujemy strzałki,
analizujemy mapy, strategie bitew, programy przywódców, oceniamy ich
kompetencje… Patrzymy na wojnę jako część naszej rzeczywistości, jako coś
naturalnego (nawet, jeśli to tylko fakty historyczne); ten stereotyp utrwalają
rocznice, zawsze tak samo obchodzone i język - pewne utrwalone w nim zwroty,
sformułowania.
A mnie chodzi o to, żeby spróbować spojrzeć na doświadczenie
wojen, jak przybysz z Kosmosu: Po co one w ogóle są? Czemu to służy? To jakaś
aberracja, nieudolność ludzka, tak w pień się wyrzynać, strzelać do siebie i
nazywać to bohaterstwem?
To tylko zmiana akcentów. I propozycja: zamieńmy kult
i świętowanie rocznic na rzeczową dyskusję, spokojny osąd i analizę.
Przy tej
okazji zawsze jest miejsce, by mówić o wartościach i zastanawiać się nad
znaczeniem słowa BOHATER.
Kiedyś i dziś.
viking   |12.11.2009 20:19:19
Myślę, że historia kultury uczy jednego: niemożliwa jest wspólnota pozbawiona
tożsamości a ta z kolei nie jest możliwa bez bohaterów i ich kultu. Nie wszyscy
w Polsce pojmują ów kult w taki sposób jak Kaczyński, a on z kolei, trzeba to
sprawiedliwie przyznać, też nie rozumie go tak samo jak ONR. To oznacza, że mamy
tu doczynienia ze sferą symboliczną, o którą warto powalczyć nadając jej
lewicowe treści. Ową ,,lewicową treść" rozumiałbym przede wszystkim jako
pokazanie historii w szerszym, humanistycznym kontekście, który trafnie opisała
,,tiramisu", więc ja już nie muszę.
W tym co napisałem o np. Wietnamie nie
miałem zamiaru dawania odpowiedzi, raczej chodziło mi o zadanie istotnego
pytania, na które odpowiedzią musi być szukanie jakiegoś środka pomiędzy
dyskursem odmawiającym bohaterstwa ,,bohaterom" a takim, który bohaterstwo
chce wymuszać, uznać za konieczność czy też bohaterstwem jednych przesłonić
niemoralność drugich (jak np. myśl typu: nie było Jedwabnego, bo wszyscy POLACY
byli bohaterami, którzy wyłącznie ratowali Żydów). Nie wiem gdzie dokładnie jest
ten środek, ale na pewno ani nie w wypowiedziach Kaczyńskiego ani nie w
wynurzeniach Marii Janion, które polskie powstania umieszczają w kontekście
męskiej chęci chlania i bicia po mordzie.
viking   |12.11.2009 20:40:28
tiramisu

napisałaś ,,Mówicie o chłopakach z urwaną nogą lub ręką, którzy
wracali z wojny w Wietnamie z pokiereszowaną psychiką i jak ważne dla nich było
nazwać ich bohaterami, żeby to, co zrobili i przez co przeszli, miało dla nich
jakiś sens."

jak rozumiem pisząc ,,wy" miałaś na myśli mnie, bo ja
napisałem o Wietnamie. Obawiam się, że trochę źle mnie zrozumiałaś a na temat
wojny i mówienia o niej mamy prawie takie samo zdanie.

Dla mnie jest tylko
jeden problem. Nie musimy mówić o Wietnamie, możemy o Iraku. Kto pojechał na tę
wojnę? Ludzie, którzy chcieli zarobić, polepszyć swój start życiowy; niemała
ilość osób o skrzywionej psychice, dla których wojna i zabijanie jest
,,cool" jak gra komputerowa. Ale było też wśród nich trochę takich, którzy
naprawdę wierzyli, że robią coś dla lepszej przyszłości swoich dzieci czy też,że
pomagają zniewolonemu krajowi obalić tyrana.
Pacyfiści i duża część lewicy
uważa (słusznie) przesłanki dla rozpoczęcia tej wojny za fałszywe, spreparowane
a nią samą za jeden wielki ,,shit". Mimo to na spotkaniach dotyczących np.
żądania wycofania wojsk, zawsze podkreślają, iż mają pretensję do władz, ale
uważają większość amerykańskich żołnierzy za bohaterów. Jest to próba uniknięcia
sytuacji wietnamskiej poprzez tworzenie kompromisów pomiędzy różnymi poziomami
opisu rzeczywistości. Pokazuje ona, iż retoryka pacyfistyczna nie musi wykluczać
uznania bohaterstwa.
znikadek   |13.11.2009 03:17:45
"Mimo to na spotkaniach dotyczących np. żądania wycofania wojsk, zawsze
podkreślają, iż mają pretensję do władz, ale uważają większość amerykańskich
żołnierzy za bohaterów. Jest to próba uniknięcia sytuacji wietnamskiej poprzez
tworzenie kompromisów pomiędzy różnymi poziomami opisu rzeczywistości. Pokazuje
ona, iż retoryka pacyfistyczna nie musi wykluczać uznania
bohaterstwa".

No oczywiście, że nie musi. Zaczynamy jednak bardzo już
odbiegać od tematu wywiadu. Sierakowski pytał o 11 listopada, o II
Rzeczypospolitą i ja w tym kontekście pisałem o bohaterstwie. Sprawa Iraku to
kompletnie dla mnie odmienna kwestia. Jeśli chodzi o chłopaków ginących na polu
walki nie ma praktycznie różnicy, czy jest to Bitwa Warszawska w 1920, czy
Karbala w 2005. Jednak budzi się we mnie pewien sprzeciw, bo różnica moim
zdaniem występuje. I tu dochodzimy do kwestii zasadniczej: czy można nazwać
bohaterem człowieka walczącego gdzieś po drugiej stronie kuli ziemskiej, na
obcej ziemi, w imię pewnej polityki (co do której ogromna większość jego rodaków
jest nastawiona krytycznie), za które dostaje określone wynagrodzenie, a do
wyjazdu na wojnę nikt go nie zmusza? Nie wiem. Na pewno człowieka tego należy
nazwać żołnierzem. Zawód - żołnierz: praca wiążąca się z ryzykiem. Ale bohater?
Nie wiem…
viking   |13.11.2009 08:04:03
znikadek

oczywiście, że ,,bohaterstwo" dzisiejszego żołnierza w Iraku,
który najczęściej jedzie tam po to aby przeżyć ,,,przygodę" oraz zarobić
trochę kasy jest problematyczne i nieporównywalne z poświęceniem ludzi, którzy
brali np. udział w Powstaniu Warszawskim. Szczególnie, gdy mówimy o żołnierzach
z Polski czy innych krajów, którym Saddam raczej nie zagrażał tak jak
teoretycznie mógł USA. Za oceanem jednak było wielu ludzi, którzy bali się
reżimu irackiego już od czasu pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. Dlatego w armii
USA było trochę ludzi, którzy poszli na wojnę wierząc w jej konieczność, chcąc
bronić swojego kraju.
Napisałem o tym, być może trochę odbiegając od tematu,
wyłącznie po to, żeby pokazać to co dla mnie w samym temacie jest
najistotniejsze. Wszyscy tu zgadzamy się zarówno ze sobą nawzajem, jak i
Sierakowskim co do tego,że w Polsce o historii i o wojnach mówi się wciąż w ten
sam, zły sposób. Powstaje, więc pytanie jaki sposób byłby dobry. Czy ten który
dekonstruuje całkowicie pojęcie ,,bohaterstwa" czy ten, który je uznaje,ale
chce o nim mówić inaczej niż to najczęściej ma miejsce? Pod tym względem ten
amerykański sposób lewicy, biorący pod uwagę ,,potrzebę" posiadania pewnych
symboli i określonej tożsamości na poziomie tak jednostki jak i wspólnoty wydaje
mi się ciekawą wskazówką dla tych, którzy chcą walczyć z prawicowym dyskursem
historycznym w Polsce.
tiramisu   |13.11.2009 16:25:45
No i tu, viking, trafiłeś w sedno - w jaki sposób mówić o bohaterstwie? Dalej
się upieram, że mówić należy POZA kontekstem wojennym, przytaczać różne postawy
bohaterskie, pokazywać, jak się zmieniały na przestrzeni wieków i tu w naturalny
sposób wyjdzie bohaterswo (lub nie) podczas wojen, powstań, bitew.
Ale mówić
należy również albo przede wszystkim o bohaterstwie cywilnym. O bohaterstwie
kobiet, o bohaterstwie zwykłych ludzi, którzy stanęli w niezwykle trudnej
sytuacji i zwyciężyli. Podawać więcej przykładów jednostkowych, a nie - jak
teraz przy okazji rocznic- mowa jest ciągle o bohaterze zbiorowym. I tworzyć
nową symbolikę, poszerzać tożsamość narodową o współczesne rozumienie
bohaterstwa, o współczesne przykłady. Bo bez tego mówienie o historii będzie
martwe.
Nam cały czas bohater kojarzy się z wojną. Zastanawiam się nad recepcją
słowa "bohater". Co to dziś znaczy dla ludzi? Co to znaczy dla młodzieży
wychowanej w czasie pokoju, dla której wojna jest czymś bardzo odległym,
książkowym wręcz. Czy kojarzy się tylko z filmem albo z grą
komputerową?

Wiem, że to brzmi bardzo patetycznie i nauczycielsko. Bo, na
dobrą sprawę, gdzie poza szkołą można by o tym mówić? Pytanie retoryczne.
Hubert I   |17.11.2009 15:33:17
@ znikadek
W kwestii formalnej: to Piotr Zaręba zadawał pytania.
A
teraz do rzeczy. Problem definicji patriotyzmu wynika z faktu,
że większość ludzi, jak słusznie zauważył m.in. tiramisu, sprowadza pojęcie patriotyzmu do sytuacji wojennej. Dla wielu największym
patriotą jest ten kto walczył, a najlepiej ten kto zginął, bo
wtedy nikt nie może zapytać, a cóż takiego robił, że akurat przeżył i
tym samym podważyć jego patriotyzmu i bohaterstwa. Ale to właśnie
z nadmiernego nacjonalizmu wypływał ten zły, destrukcyjny patriotyzm,
z którego okowów do dziś trudno wyjść bardzo wielu ludziom, a
szczególnie prawicowym politykom.
Jako dziecko bardzo
lubiłem wszystko co związane z militariami, ale od dłuższego czasu
dostrzegam, że jak chcemy sobie zbudować lepszą przyszłość, to należałoby
prawie całkowicie zlikwidować armię. Oczywiście zdaję sobie sprawę z
ryzyka, które takie działanie mogłoby przynieść, ale z pewnością warto by
było zamienić armie narodowe państw UE na jedne wspólne siły zbrojne
gotowe do stawienia czoła zewnętrznym agresorom. Wydaje mi się, że nowy,
współczesny patriotyzm powinien być, może to paradoksalnie zabrzmi,
ale coraz mniej narodowy, tzn. oczywiście patriota powinien pracować, dawać
coś od siebie dla narodu, ale w kooperacji, a niekoniecznie
w konkurencji do innych narodów. A jeśli ktoś bardzo potrzebuje
narodowych uniesień, to może obejrzeć zawody sportowe.
Hubert I   |17.11.2009 15:33:44
@ znikadek
W kwestii formalnej: to Piotr Zaręba zadawał pytania.
A
teraz do rzeczy. Problem definicji patriotyzmu wynika z faktu,
że większość ludzi, jak słusznie zauważył m.in. tiramisu, sprowadza pojęcie patriotyzmu do sytuacji wojennej. Dla wielu największym
patriotą jest ten kto walczył, a najlepiej ten kto zginął, bo
wtedy nikt nie może zapytać, a cóż takiego robił, że akurat przeżył i
tym samym podważyć jego patriotyzmu i bohaterstwa. Ale to właśnie
z nadmiernego nacjonalizmu wypływał ten zły, destrukcyjny patriotyzm,
z którego okowów do dziś trudno wyjść bardzo wielu ludziom, a
szczególnie prawicowym politykom.
Jako dziecko bardzo
lubiłem wszystko co związane z militariami, ale od dłuższego czasu
dostrzegam, że jak chcemy sobie zbudować lepszą przyszłość, to należałoby
prawie całkowicie zlikwidować armię. Oczywiście zdaję sobie sprawę z
ryzyka, które takie działanie mogłoby przynieść, ale z pewnością warto by
było zamienić armie narodowe państw UE na jedne wspólne siły zbrojne
gotowe do stawienia czoła zewnętrznym agresorom. Wydaje mi się, że nowy,
współczesny patriotyzm powinien być, może to paradoksalnie zabrzmi,
ale coraz mniej narodowy, tzn. oczywiście patriota powinien pracować, dawać
coś od siebie dla narodu, ale w kooperacji, a niekoniecznie
w konkurencji do innych narodów. A jeśli ktoś bardzo potrzebuje
narodowych uniesień, to może obejrzeć zawody sportowe.
viking   |17.11.2009 16:58:19
Nie wiem czy możliwe jest zlikwidowanie armii, natomiast trzeba przyznać, że
jedną z najistotniejszych decyzji ostatnich lat była ta o
,,profesjonalizacji" i likwidacji poboru. Był to po pierwsze krok w kierunku
nowocześniejszej mentalności niż ta, według której: ,,co to za facet, który nie
był w wojsku?", po drugie sposób zapobiegania patologii w strukturach armii
a po trzecie i najważniejsze realna zmiana w życiu chłopaków, dla których
moment zdawania matury, kończenia liceum nie będzie się wiązał ze strachem przed
wylądowaniem w wojsku. ,,KP" niestety niewiele o tym pisała, nawet nie
protestowała zbyt mocno, gdy Kaczyński myślał o powszechnej militaryzacji
młodzieży poprzez zwiększenie poboru. Szkoda.

Natomiast ja też myślę, że
najlepszym sposobem na kreowanie nowego patriotyzmu, pozbawionego
bogoojczyźnianych frazesów jest ulokowanie tego rodzaju uczuć w sporcie. Szkoda
tylko, że w Polsce to wciąż trudne, zważywszy na to, że osiągnięcia naszych
piłkarzy (a to jednak głównie piłka budzi wielkie emocje) raczej nie przynoszą
wielu powodów do dumy.
Rylew   |19.11.2009 06:02:17
viking
myślę podobnie,
Oglądam siatkówkę w której jesteśmy potęgą.
*Ku
pokrzepieniu serc*
:)
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Powered By PageCache
Generated in 0.59887 Seconds

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: unable to connect to :80 (php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known) in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273