|
Marcin Herman, „Fakt”: Czy w związku z kryzysem i zmęczeniem społeczeństwa i PiS i PO
można mówić o dobrej koniunkturze dla lewicy? Badania pokazują, że
Polacy szukają nowości na scenie politycznej, może „polskiego Obamy”,
polityka zupełnie nowego, i odwołującego się do wrażliwości lewicowej.
Sławomir Sierakowski:
Niestety, Polacy stracili możliwość rzeczywistego wyboru swoich
reprezentantów i skazani są jeszcze przez jakiś czas na istniejące w
parlamencie cztery partie, choć są już nimi wyraźnie zmęczeni. Widać to
po coraz niższym poparciu dla rządu, prezydenta i parlamentu, przy
wciąż wysokich słupkach sondażowych głównych partii. Innych nie będzie,
póki obowiązywał będzie absurdalny system finansowania partii z
budżetu, który faktycznie uniemożliwia powstanie jakiejkolwiek
alternatywy.
Ale problem tkwi też w partiach lewicowych
lub centrolewicowych. SLD i SD, przeżywają kryzys. Są skłócone
wewnętrznie, nie są w stanie zdobyć zaufania społeczeństwa. Dlaczego
tak się dzieje?
SLD ma infrastrukturę niezbędną do
odniesienia sukcesu politycznego, ale działa w oparciu o stare mapy.
Takie SLD miało swój sens dekadę temu, gdy reprezentowało istotną część
społeczeństwa, posiadało czytelne cele i niebanalne osobowości. Ale ten
etap minął, a w międzyczasie nie zdecydowano się na żadną głęboką
przemianę. Taka partia powinna wysłać dwa czytelne przesłania. Klasę
średnią przekonać, że potrafi dać jej więcej swobody w wyborze stylu
życia niż konserwatywna PO. A klasy biedniejsze powinny odnaleźć w niej
bardziej wiarygodnego obrońcę swoich interesów ekonomicznych niż PiS.
To nie jest oczywiście łatwe, ale innej drogi nie ma. Zaś co to jest
SD, to szczerze mówiąc, nie wiem. Nie wiem też, jak to się stało, że
ludzie, dla których mam wielki szacunek jak Władysław Frasyniuk czy
Bogdan Lis stają dziś za cinkciarzami politycznymi, próbującymi
wymienić kamienice na reklamy wyborcze. Ci ludzie powinni walczyć o
otwarcie systemu politycznego, a nie naginać się do niego.
A
dlaczego te ugrupowania nie są w stanie nawet wyłonić kandydata na
prezydenta? Czy np. w SLD jest zbyt wielu dobrych kandydatów, takich
jak Jolanta Kwaśniewska, Włodzimierz Cimoszewicz, Wojciech Olejniczak?
A może wszystkie są za słabe?
SLD potrzebuje kandydata,
który zgodzi się i będzie potrafił ponieść „zwycięską porażkę”. Czyli
uda mu się zająć drugie lub trzecie miejsce z wynikiem daleko lepszym
niż ostatni wynik SLD. Bo stawką w grze są wybory parlamentarne, a nie
prezydenckie, których SLD tak czy inaczej nie będzie w stanie wygrać. I
takiego kandydata będzie trudno znaleźć. Z kolei, jeśli SD będzie się
sypało, zanim w ogóle okrzepnie, Andrzej Olechowski nie będzie chciał
się poświęcać.
Jakie cechy powinien mieć najlepszy kandydat lewicowy na prezydenta w 2010 roku? A może ma pan swój typ?
Dla lewicy najważniejsze jest dziś, aby miała poważną i skuteczną
reprezentację parlamentarną. Potrzebny jej więc jest nie tyle
ponadpartyjny lider, który o włos przegra z Tuskiem, a później nie
będzie potrafił przełożyć swojego poparcia na budowę silnej partii, ale
ktoś bardziej „gęsty” programowo, sygnalizujący nowy etap na lewicy.
Gdyby miał odpowiednie wsparcie, mógłby być kimś takim na przykład
Marek Balicki. Swego czasu wszedł on nawet do drugiej tury z Lechem
Kaczyńskim w wyborach na prezydenta Warszawy, pokonując Andrzeja
Olechowskiego, wówczas lidera PO.
Czemu nowa lewica,
którą pan reprezentuje, mimo, że na „rynku idei” rozwija się
dynamicznie, nie ma przełożenia na politykę i na szersze grupy
społeczne niż ideowi studenci? Niewiele też wskazuje na to, że będzie
miała w 2010 roku.
Jeśli przez politykę, rozumieć życie
partyjne, to zgoda. Ale przecież lewica tylko wtedy naprawdę
przezwycięży kryzys, gdy zbuduje silne fundamenty, przyciągnie wielu
ludzi, wychowa sobie liderów, zbuduje instytucje metapolityczne. A to
idzie nadspodziewanie dobrze, cierpliwości.
Pana zdaniem
możliwa i potrzebna jest Polsce lewica nie postkomunistyczna? Czy
odcięcie się od PRL i może choćby symboliczne rozliczenie
postkomunistów mogłoby pomóc lewicy odzyskać społeczne zaufanie?
To już nie ma znaczenia. Zaufanie społeczne trzeba zbudować dla
programu liberalizacji sfery publicznej i socjaldemokratycznej polityki
gospodarczej. Takiego - klasycznie lewicowego - połączenia nikt jeszcze
nie wypróbował na scenie politycznej, a gdyby było silne
instytucjonalnie, mogłoby odebrać sporo wyborców zarówno PiS-owi jak i
PO.
Badania, które przedstawiała niedawno „Gazeta
Wyborcza” pokazują, że Polacy są coraz bardziej lewicowi gospodarczo, a
coraz bardziej konserwatywni światopoglądowo.
No właśnie.
Dopóki konserwatyzm będzie jedynym dostępnym na scenie politycznej
„pocieszeniem” dla ludzi, których aspiracje ekonomiczne nie są
spełnione, dopóty PiS może być spokojny o swój wynik wyborczy. A tym
samym i PO, które żyje z chronienia ludzi przed byłymi „przyjaciółmi z
PiS”.
Rozmowa ukazała się w „Fakcie” z 4 listopada 2009.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...