|
Magdalena Błędowska, Krytyka Polityczna: Już od października zacznie obowiązywać nowa ustawa o szkolnictwie wyższym, zgodnie z którą nauczyciele akademiccy będą mogli pracować co najwyżej na dwóch etatach. Według ministerstwa poprawi to jakość zajęć na uczelniach. Czy faktycznie?
Przemysław Sadura: Ograniczenie wieloetatowości to próba leczenia objawów choroby, zamiast zajęcia się jej przyczynami. Praca na wielu uczelniach lub łączenie pracy na uczelni z innymi źródłami zarobkowania to po prostu przejaw indywidualnych strategii przetrwania w środowisku naukowym. Należy je postrzegać jako odpowiedź na bardzo niskie, w porównaniu z innymi sektorami, pensje pracowników nauki. Trzy niskie pensje składają się na nienajgorsze miesięczne dochody. Oczywiście łatwiej jest wprowadzić ograniczenia w postaci zakazu pracy na kilku etatach, niż podnieść pensje i zwiększyć dostępność środków na badania naukowe, ale nie tędy droga.
A może teraz uczelnie prywatne przyciągną pracowników naukowych lepszym wynagrodzeniem i nastąpi ich odpływ z publicznych placówek?
Nie nastąpi, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zrezygnuje z etatu w państwowej uczelni przy tak dużej niepewności na rynku, w tym rynku edukacyjnym. Nowa sytuacja w zasadzie powieli obecną: związaną z funkcjonowaniem tzw. pierwszych etatów, a więc wymogu wskazania przez pracownika naukowego swojej podstawowej placówki, której następnie przypisywane są wszystkie punkty związane z jego dorobkiem naukowym itd.
Uczelnie prywatne będą natomiast atrakcyjne dla emerytowanych profesorów, którzy skończyli już karierę naukową i – często słabszych lub nieustosunkowanych – doktorów, dla których i tak zabrakło miejsca na uczelniach publicznych. Przy obecnej nadprodukcji tych ostatnich chętnych raczej nie zabraknie. Uczelnie prywatne nie muszą więc popaść w kłopoty z powodu tej ustawy, co najwyżej jeszcze bardziej obniży się ich poziom nauczania.
To kto zyska na tych zmianach, a kto straci?
Mam wrażenie, że nikt nie zyska, a stracą wszyscy. Degradacja szkolnictwa wyższego będzie postępować w tym samym tempie, jak dotąd. Jakość szkół prywatnych na pewno nie wzrośnie. Nie bardzo wiem natomiast, dlaczego miałaby wzrosnąć jakość szkół publicznych. Czy ustawodawca wierzy, że gdy wykładowcom zabroni się pracy poza uczelnią, to z nudów zaczną pracować sumienniej w swoich macierzystych placówkach? Więcej by zyskano, zakładając, że ludzie decydujący się na karierę naukową podchodzą do swojej pracy z pasją. Gdyby stworzono im możliwość utrzymania się z jednego etatu, nie szukaliby dodatkowych dochodów gdzie indziej.
Ministerstwo twierdzi też, że dzięki temu odgórnemu „zwolnieniu” części etatów uczelnie będą teraz chętniej zatrudniać młodych naukowców.
Zmiany mogłyby podnieść ogólną liczbę wykładowców zatrudnionych na etatach, gdyby liczba studentów w ciągu najbliższych lat pozostawała równie duża jak ostatnio. Od dawna jednak wiadomo, że idzie niż demograficzny, a studiowanie przestało być tak atrakcyjne dla wielu młodych osób. Ogólna liczba etatów w szkolnictwie wyższym może zacząć spadać. Przepisy uniemożliwiające wieloetatowość pozwolą środowisku po równo dzielić kurczący się tort. Poziom nauczania od tego nie wzrośnie. Nie wzrośnie też zanadto poziom frustracji. Za kilka lat zobaczymy, że dryfujemy nadal w tym samym kierunku.
A co mogłoby przerwać ten dryf?
Do niedawna sądziłem, że te restrykcje mogą zadziałać w środowisku naukowym zgodnie z zasadą, że im gorzej, tym lepiej. Teoretycznie taki przepis mógłby się przyczynić do lepszej integracji środowiska pracowników naukowych, podjęcia walki o prawa pracownicze. Dziś – gdy do Polski docierają w końcu fale światowego kryzysu – jestem pewien, że jedyna zasada, jaka może w tym przypadku zadziałać, brzmi: im gorzej, tym gorzej. Trzy lata, które dostali obecni wieloetatowcy, to kupowanie spokoju na czas burzy. Wszyscy przyjmą postawę: przeczekamy trzy lata, a potem jakoś to będzie.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...