NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sadura: Jakoś to będzie Drukuj
Z Przemysławem Sadurą rozmawia Magdalena Błędowska   
31.08.2011

Magdalena Błędowska, Krytyka Polityczna: Już od października zacznie obowiązywać nowa ustawa o szkolnictwie wyższym, zgodnie z którą nauczyciele akademiccy będą mogli pracować co najwyżej na dwóch etatach. Według ministerstwa poprawi to jakość zajęć na uczelniach. Czy faktycznie?


Przemysław Sadura: Ograniczenie wieloetatowości to próba leczenia objawów choroby, zamiast zajęcia się jej przyczynami. Praca na wielu uczelniach lub łączenie pracy na uczelni z innymi źródłami zarobkowania to po prostu przejaw indywidualnych strategii przetrwania w środowisku naukowym. Należy je postrzegać jako odpowiedź na bardzo niskie, w porównaniu z innymi sektorami, pensje pracowników nauki. Trzy niskie pensje składają się na nienajgorsze miesięczne dochody. Oczywiście łatwiej jest wprowadzić ograniczenia w postaci zakazu pracy na kilku etatach, niż podnieść pensje i zwiększyć dostępność środków na badania naukowe, ale nie tędy droga. 


A może teraz uczelnie prywatne przyciągną pracowników naukowych lepszym wynagrodzeniem i nastąpi ich odpływ z publicznych placówek?


Nie nastąpi, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zrezygnuje z etatu w państwowej uczelni przy tak dużej niepewności na rynku, w tym rynku edukacyjnym. Nowa sytuacja w zasadzie powieli obecną: związaną z funkcjonowaniem tzw. pierwszych etatów, a więc wymogu wskazania przez pracownika naukowego swojej podstawowej placówki, której następnie przypisywane są wszystkie punkty związane z jego dorobkiem naukowym itd. Uczelnie prywatne będą natomiast atrakcyjne dla emerytowanych profesorów, którzy skończyli już karierę naukową i – często słabszych lub nieustosunkowanych – doktorów, dla których i tak zabrakło miejsca na uczelniach publicznych. Przy obecnej nadprodukcji tych ostatnich chętnych raczej nie zabraknie. Uczelnie prywatne nie muszą więc popaść w kłopoty z powodu tej ustawy, co najwyżej jeszcze bardziej obniży się ich poziom nauczania.


To kto zyska na tych zmianach, a kto straci?


Mam wrażenie, że nikt nie zyska, a stracą wszyscy. Degradacja szkolnictwa wyższego będzie postępować w tym samym tempie, jak dotąd. Jakość szkół prywatnych na pewno nie wzrośnie. Nie bardzo wiem natomiast, dlaczego miałaby wzrosnąć jakość szkół publicznych. Czy ustawodawca wierzy, że gdy wykładowcom zabroni się pracy poza uczelnią, to z nudów zaczną pracować sumienniej w swoich macierzystych placówkach? Więcej by zyskano, zakładając, że ludzie decydujący się na karierę naukową podchodzą do swojej pracy z pasją. Gdyby stworzono im możliwość utrzymania się z jednego etatu, nie szukaliby dodatkowych dochodów gdzie indziej.


Ministerstwo twierdzi też, że dzięki temu odgórnemu „zwolnieniu” części etatów uczelnie będą teraz chętniej zatrudniać młodych naukowców.


Zmiany mogłyby podnieść ogólną liczbę wykładowców zatrudnionych na etatach, gdyby liczba studentów w ciągu najbliższych lat pozostawała równie duża jak ostatnio. Od dawna jednak wiadomo, że idzie niż demograficzny, a studiowanie przestało być tak atrakcyjne dla wielu młodych osób. Ogólna liczba etatów w szkolnictwie wyższym może zacząć spadać. Przepisy uniemożliwiające wieloetatowość pozwolą środowisku po równo dzielić kurczący się tort. Poziom nauczania od tego nie wzrośnie. Nie wzrośnie też zanadto poziom frustracji. Za kilka lat zobaczymy, że dryfujemy nadal w tym samym kierunku.


A co mogłoby przerwać ten dryf?

  

Do niedawna sądziłem, że te restrykcje mogą zadziałać w środowisku naukowym zgodnie z zasadą, że im gorzej, tym lepiej. Teoretycznie taki przepis mógłby się przyczynić do lepszej integracji środowiska pracowników naukowych, podjęcia walki o prawa pracownicze. Dziś – gdy do Polski docierają w końcu fale światowego kryzysu – jestem pewien, że jedyna zasada, jaka może w tym przypadku zadziałać, brzmi: im gorzej, tym gorzej. Trzy lata, które dostali obecni wieloetatowcy, to kupowanie spokoju na czas burzy. Wszyscy przyjmą postawę: przeczekamy trzy lata, a potem jakoś to będzie.

Komentarze
Dodaj nowy
m.  - grunt to myślenie strategiczne   |31.08.2011 14:40:07
Zwykle gdy mówi/pisze się o tej reformie, standardowo sprowadza się w
mediach temat do problemu wieloetatowości, który w moim
przekonaniu zaciemnia obraz tego, do czego reforma w rzeczywistości
się sprowadza. Jestem osobą od kilku lat pracującą na JEDNYM etacie,
której pozostało zaledwie kilka lat do habilitacji. Nie będę tu mówić
o swojej pensji, ani o tym, że uczelnia od jakiegoś czasu nie finansuje
mi konferencji, ani tym bardziej badań własnych i jakiejkolwiek
działalności naukowej (którą to działalność jednocześnie systematycznie
(kilka razy do roku) i bezwzględnie ode mnie
egzekwuje). Sugerowałabym, aby ktoś przyjrzał się wreszcie każdej
uczelni od środka, zweryfikował jak poszczególne jednostki wywiązują się z warunków zatrudnienia, jak planują wydatki, a także dlaczego, np., adiunkt nauk humanistycznych,
zamiast wykonywać swoje obowiązki (t.j.: uczyć i prowadzić
badania naukowe), jest proszony także rok w rok przez kierownika
jednostki o sporządzanie budżetu katedry, albo rozlicza faktury VAT
po konferencjach, bo pani z działu finansowego rektoratu uczelni
"nie zajmuje się takimi rzeczami [!?]"… Ja po kilku latach
takiej pracy mam wrażenie, że strategia uniwersytetów, w takim
kształcie, w jakim funkcjonują obecnie (a na pewno mojego) polega wyłącznie
na zapewnieniu przetrwania starym strukturom i
nieznacznie zmieniającemu się gronu osób, którego nie obchodzi jakość
nauki i któremu, co więcej, nie jest na rękę, żeby liczba, np., doktorów
habilitowanych wzrosła. W końcu o niebo lepiej będzie,
żebyśmy habilitacji nie zrobili o czasie, to i podwyżek nam nie trzeba
będzie dać, i zwolnić nas będzie można, albo zdegradować, a i zawsze
jacyś doktoranci-wolontariusze się znajdą, żeby cały ten cyrk dalej
się kręcił. Obrzydliwe to i skandaliczne. I nikt się tym tak naprawdę do
tej pory nie zajął od strony obowiązków jakie Ministerstwo Edukacji i
Uczelnie mają wobec osób przez nie zatrudnianych. A reforma to
sposób trzymania nas na coraz krótszej smyczy, a przede wszystkim
zwykłe mydlenie oczu opinii publicznej, która zapamięta z całego
zamieszania tylko tyle, że naukowcom poprzewracało się w głowach
i zachciało potrójnej pensji.
franiszyn  - @m   |31.08.2011 15:28:00
skoro jest nieprzyjemnie, to dlaczego w tym tkwisz?
zasilasz tę tkankę - więc
pytam: po co?
pracując na tej uczelni, własnym przykładem, utrwalasz tę
bezmyślną zasadność instytucji.

to powinno wyglądać tak: maczam palce w czymś,
co jest niedobre - albo mi to pasuje i bawię się w to dalej, albo mi to nie
pasuje i zaczynam to zmieniać. ja widzę tylko anonimowe gorzkie żale na kp.
r  - finansowanie konferencji   |31.08.2011 16:08:38
z częścią argumentów przedstawionych powyżej przez M zgadzam się - tez pracuję
na uczelni państwowej.

Natomiast trochę denerwuje mnie postawa
"oczekiwania" az uczelnia sfinansuje np. udział w konferencjach czy
badania wlasne. Minęły juz czasy kiedy sie to "należy" - teraz trzeba
sie starac samemu - wystarczy napisac pare wniosków o granty - nie kazdy wniosek
wygrywa, ale tez nie każdy przegrywa. To różni tez nasze polskie uczelnie od
zachodnich - u nas naukowcy zwykli "czekać" az uczelnia im da pieniądze
i płakać, ze nie daje. Na zachodzie naukowiec jak sobie sam nie pozyska tych
pieniędzy, to wyleci z roboty. I nie trzeba byc szczególnie
"ustosunkowanym" aby takie pieniądze pozyskać. Po prostu trzeba siedzieć
i pisać projekty, starać się o granty. A nie użalać sie.
adiunkt  - jaaaasne, grantem załatwisz wszystko :-)   |31.08.2011 18:24:56
Wszystko pięknie, ale:
- grantowo-uczelniana biurokracja, która sprawi, ze kupią
ci nie taką aparaturę jakiej potrzebujesz, ale taką jaką oferent zaproponuje
uczelni
- uczelnia zabierze ci z grantu kupę kasy i nie da nic w zamian
- z
grantu nie zbudujesz sobie pokoju do spokojnej pracy.

W mojej uczelni nie mam
pokoju nadającego się do pracy, a w domu książki nie mieszczą mi się od wielu
lat. Może ktoś wie o grancie na cele budowlane?
Jeśli nie, to poproszę o wyższą
(czytaj: uczciwą) pensję, a zbuduję coś we własnym zakresie.
Pomijam
"banały" typu: dzieci, żona, auto, wczasy…
Grzesiek   |31.08.2011 20:15:19
Wydaje się, że "m." nie uważa, że mu się pieniądze z badań własnych czy
udział w statutowych należą, lecz zwraca uwagę na następujący mechanizm -
pracodawca nie gwarantując środków do realizacji projektu naukowego, ocenia nas
z jego realizacji. Nacisk w tym miejscu położyłbym na ocenę, która winna być
afektywna dodatnio tj. premiować osoby aktywnie starające się o granty, ale nie
karać osób, które tego nie robią. Poza tym władze obecnie z reguły oceniają
efekty naszych prac, a nie starania, więc…

Podobnie rzecz ma się z drugim
zarzutem o rolę administracji w naszej pracy :) Listę zastrzeżeń można
przedstawić ogromną, ale warto sięgnąć do pierwotnego założenia Webera:
administracja (niejako sama z siebie, ze swej istoty) dąży do przekształcenia w
biurokrację. Dopóki stosunek kadry akademickiej do administracji będzie
oscylował w granicach 50/50 (casus UMCS, gdzie było 40/60!), niewiele się
zmieni… Ideałem, obecnym na kilku polskich uczelniach, jest sytuacja, w której
realizuje się grant zgodnie z procedurą:

1. POMYSŁ na projekt — > naukowiec;
2.
Środki do realizacji (konkretny program) — -> naukowiec lub administracja;
3.
Aplikacja (przygotowanie wniosku z załącznikami) — > administracja, przy udziale
naukowca;
4. Realizacja — > naukowiec, przy udziale naukowca;
5. Rozliczenie — >
administracja, przy udziale naukowca.

Jednakże zdecydowanie częściej można
spotkać się z sytuacją, w której to pracownik naukowy ma wykonać punktu od 1. do
5., przy niewielkiej pomocy ze strony administracji, a bardzo często wbrew woli
poszczególnych działów, którym przeszkadza się w pracy :)
Ktosiek  - na bagnie zamku nie zbudujesz   |07.09.2011 20:05:47
Właśnie zmieniam pracę, przez ostatnie kilka lat robiłem dr i pracowałem naukowo
na uczelni i opisze (przepraszam za chaotyczność) swoje spostrzeżenia.

Tymi
"oboma oto ręcami" podpisuję się pod postem m.
Oczywiście można pisać
wnioski o granty, sam pisałem ile się dało. Ale naprawdę pierwsi w kolejce
zawsze są ci z tzw. poparciem.
Inna sprawa to wszechobecna i powiększająca się
biurokracja. Np zlecana obligatoryjna praca przy różnych akcjach, które
nominalnie nie powinny i w żadnym innym kraju nie są w gestii
adiunkta.

Przykładowo rok temu przez 10 dni musiałem po 8 h/dobę siedzieć i
adresować/zaklejać koperty, rejestrować kandydatów na studia, bawić się w
sekretarkę itepe. W tym samym czasie akurat miałem rozpoczęty harmonogram badań
którego przerywanie wiązało się ze stratą kilku tysięcy złotych na odczynniki i
materiały eksploatacyjne w labie o najcenniejszym (wakacje to czas
najintensywniejszych badań - bez zajęć ze studentami) czasie nie mówiąc.
Oczywiście również w tym samym okresie Pracownicy administracji uprawiali
ulubione zajęcie - picie kawy bo wakacje to czas bez zajęć…

Na jednej z
uczelni uczelni np doszło do takiego paradoksu, że aby napisać i złożyć projekt
należy mieć pozwolenie rektora, w tym celu koniecznie należy ukończyć specjalny
kurs pisania projektów badawczych. Jeżeli już się ma to zezwolenie a nie wie jak
np obliczać sprawy kosztów aparatury to się dzwoni do specjalnie stworzonego
działu realizacji badań(cały budynek) który nie pomoże, bo zatrudniono tam młode
i nie kompetentne osoby które jak mówią muszą zajmować się czym innym. Gdy
zapytałem to co oni robią w zakresie pomocy naukowca w przygotowaniu wniosków to
odpowiedź była przezabawna - "szkolą" .

Jeszcze lepiej jest z efektami
badań. Jeden z partnerów przemysłowych pyta się tego działu ile sobie uczelnia
życzy za moje badania - bo zgodnie z zasadami komercjalizacji wyników chcą
uczelni zapłacić za część opracowań - od 2 lat nikt nie potrafi udzielić
odpowiedzi. O sprzedaży praw do patentów za przysłowiową złotówkę szkoda
gadać.

Z drugiej strony częstokroć prace które się wykonuje z własnej woli, np.
takie, jak administrowanie sieciami katedr czy redakcja periodyków nagle stają
się pracami obowiązkowymi za których zaniedbanie grożą sankcje dyscyplinarne.
(Jak to stwierdził jeden z rektorów "to co robicie jest waszym zasranym
obowiązkiem, nie dorobkiem" To niszczy jakiekolwiek chęci i inwencję
naukowców.

Kwestia 2 i więcej etatów. Wielu kolegów wieloetatowców już zmieniło
formę zatrudnienia. Naprawdę te przepisy można ominąć. W tym miejscu sygnalizuję
coś innego. Znam wydziały uczelni gdzie rządzi tak naprawdę koteria profesorów
będących właścicielami lub udziałowcami prywatnych uczelni. Częstokroć nawet
programy nowych kierunków są kopiowane i przenoszone do tychże.

Sprawa
habilitacji jest zaś związana z rzetelną oceną rzeczywistego dorobku. Dopóki
będzie przechodziło stosowanie autoplagiatu, publikowanie po 30 art/rok w
czasopismach o podejrzanym autoramencie i zamiast rzeczywistej oceny dorobku
zliczanie punktów dopóty nie będzie uczciwych zasad hab. Wzajemne recenzowanie
prac jest plagą polskiej nauki i obejmuje najwyższe kręgi.

Na uczelniach brak
systemu premiującego pracowitość. Przy angażu nikt nie dostaje zakresu swoich
obowiązków. W efekcie znam ludzi przyjeżdżających do pracy raz w tygodniu,
wypisujących np delegacje po to, żeby sobie pojechać w prywatnych sprawach gdy
ktoś z tej samej Katedry jest wiecznie pod pręgierzem i zleca się mu kolejne
prace.
Mało kto wie np. że najmłodsi adiunkci z publikacjami o wysokim IF na
uczelniach mają angaże na 4 lata po czym proponuje im się przejście na etaty
asystenckie i techniczne gdy starsi adiunkci nie piszący nic siedzą po
kilkadziesiąt lat. Jeden z moich współpracowników w czasie pracy buduje kolejny
dom , nie ma go w pracy za to bezczelnie wykorzystuje młodszych doktorantów do
prac które w jego mniemaniu mogą dać mu habilitację.
Oczywiście ktoś może się
zapytać skąd ta naiwność młodych - tu tłumaczę jak ja to rozumiem - młodzi
adepci nauki często ufają starszym bo wierzą że na uczelni każdy naukowiec to
pasjonat. Szkoda tylko ze często ta wiara kosztuje ich stracone lata a państwo
polskie wielu zdolnych młodych naukowców.


W momencie gdy moje otoczenie
uzyskało informację, ze zmieniam pracodawcę nagle wielu współpracowników się
otwarło i tu zauważyłem coś, czego przez lata pracy nie widziałem - z tym wiąże
się największy ból polskiej nauki. Myślę o koteriach. Profesura w części to
uczciwi i dobrzy naukowcy, niestety w części. Niestety częstokroć im wyższy
stopień tym niższe zasady etyczne. Uczelnie często przypominają trochę serial
typu modea na sukces, osoba pracująca naukowo jest traktowana jak trędowata. A
kiedy zdradzisz żonę z którąś ze sekretarek upijesz się z jakimś dziekanem na
konferencji czy zlecisz fuchę w zamian za zaliczenie dla twojego syna albo
przymkniesz oko na autoplagiat w recenzowanym tekście to w zamian możesz
zapewnić sobie wiele lat spokoju. Gdy nie robisz takich rzeczy - wówczas
przepadasz. Kiedyś myślę sobie, gdy już nauczę się pisać w miarę wytrawnie
napiszę opowiadanie wzorowane na przeżyciach z pracy an uczelni. Piłkarski
poker przy tym to "pikuś".

Na tej podstawie budujemy nową reformę -
nikt przy zdrowych zmysłach zamku na bagnie nie zbuduje.
Adam  - Sami naukowcy odpowiadają za to bagno   |08.09.2011 16:34:06
Po przeczytaniu powyższych komentarzy dochodzę do jednego wniosku: to same
środowisko akademickie jest winne patologii, jakie panują
na poszczególnych uczelniach. Zwalanie winy na panią minister czy
mityczny system jest odwracaniem uwagi od meritum albo tanim
racjonalizowaniem własnej nieudolności. Nie wierzę, że w
obrębie uczelni nie da się zorganizować lepszej pracy administracji.
To w końcu naukowcy - rektorzy, dziekani, dyrektorzy instytutów decydują o
jej kształcie i funkcjonowaniu. A rektorów, dziekanów czy dyrektorów
instytutów wybierają szarzy pracownicy. Kto każe zatrudniać
niekompetentnych pracowników administracyjnych w proporcji 50:50 (do
pracowników naukowych)? Podobnie wygląda sprawa z innymi kwestiami
poruszanymi w komentarzach (przyznawanie grantów, ocena
dorobku, wykorzystywanie młodszych przez starszych, brak systemu
motywującego dobrych pracowników…). Skoro jest tak źle, a wszystko da się
zmienić w obrębie uczelni, dlaczego, do diaska, nikt nie próbuje tego
zmienić??? Czy nie jest tak, że jednym to odpowiada, a reszta zachowuje
bierność? Dlaczego w wielu innych instytucjach (nawet państwowych)
udaje się likwidować podobne patologie, a w nauce nie? Naukowcy nie dorośli
do demokracji? Problem tkwi nie w reformach, a mentalności samego
środowiska akademickiego. Powiem więcej: nawet najlepsze przepisy i
reformy na nic się zdadzą, jeśli naukowcy tak dobrze wyspecjalizowali
się w ich omijaniu i naginaniu. Czy w obecnej sytuacji jakiekolwiek
zwiększenie wydatków na naukę nie będzie wywalaniem pieniędzy w błoto?
Bardzo bym chciał się mylić…
ktosiek   |08.09.2011 21:17:01
Adam - masz rację. Gdzieś tam w podłożu tego wszystkiego tkwi wciąż podstawowy
błąd polskiej nauki - mianowicie po zawieruchach wojennych, roku 68 różnych
docentach marcowych i ingerencji polityków wśród kadry rządzącej na uczelniach
ze świecą szukać pozostałości uwielbienia dla czystej nauki, tzw. umiłowania
prawdy. Nie spotkałem się z sytuacją, ze prawdziwy naukowiec jest niemoralny. A
co ma to wspólnego z tematem? - wiele z wymienionych problemów jako jedną z
podstaw ma zwykłą chęć uwalenia lepszych od siebie, stworzenia parasola
ochronnego dla bylejakości i miałkości intelektualnej. Klika rodzinnych powiązań
i konszachtów trzyma prym i każdy kolorowy ptak wysoko nie pofrunie. Na pewno
nie wyżej niż oni.

W tym miejscu oczywiście należy zwrócić uwagę, że są
dziedziny w których warunki do rozwoju naukowego są dobre (np. niektóre obszary
nauk Chemicznych)

Te wybory na uczelni nie są demokratyczne. Zwykle wcześniej
wiadomo, kto ma być szefem katedry/instytutu. Za głosowanie wbrew wiąże się ze
skróceniem kariery na uczelni.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 31.08.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Powered By PageCache
Generated in 0.40367 Seconds

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: unable to connect to :80 (php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known) in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273