|
Jaś Kapela, Krytyka Polityczna: Jak pan widzi przyszłość Poczty Polskiej?
Sławomir Redmer: Kryzys, jaki dotyka pocztę w Polsce i na świecie, jest związany ze zmianami cywilizacyjnymi. Sposób komunikowania bardzo się zmienił. Są portale społecznościowe, maile, SMS-y. Zmorą pocztowców są e-substytuty. Prawie każdy ma konto w banku, często internetowym. To się odbywa kosztem tradycyjnych usług pocztowych. Oczywiście ze zmianami cywilizacyjnymi walczyć nie można.
Niektórzy próbują.
W ramach Światowego Związku Pocztowego odbywają się spotkania pocztowych bossów pod hasłem „ratuj się kto może”. Dyskutuje się, co robić, gdzie znaleźć oszczędności: czy w kosztach osobowych (ile osób trzeba zwolnić), czy w sieci (ile placówek zamknąć). Poczta Polska też nie jest wolna od tych problemów. My chcemy pracować. Jeśli kurczy się rynek, to prezesi biorą pieniądze za to, żeby wymyślić nowe usługi, znaleźć rynkowe nisze i dać nam pracę. Kryzys w Polsce i tak jest mniejszy niż w Deutsche Post czy poczcie brytyjskiej albo szwedzkiej, ale to marne pocieszenie. Tymczasem pomysł zarządu Poczty, nazywany „restrukturyzacją” (choć jest to po prostu likwidacja placówek pocztowych), polega na tym, że szuka się oszczędności w funduszu osobowym. W tym momencie trwa już czwarta tura zwolnień grupowych. Kosztowne jest też utrzymanie sieci – jak się posiada urząd pocztowy, to trzeba płacić czynsz, media itd. W krajach takich jak Szwecja urząd pocztowy w tradycyjnym tego słowa znaczeniu już nie istnieje. To jest dominujący kierunek rozwoju w Europie. Buntujemy się też przeciwko prywatyzacji usług pocztowych. Z książki Gra o jutro usług publicznych w Polsce pod redakcją profesor Wiesławy Kozek wynikają bardzo ciekawe rzeczy dotyczące na przykład zmian, jakie powoduje prywatyzacja usług publicznych, w tym pocztowych, i jej znaczenia dla standardów zatrudnienia.
A jak wpływa na nie prywatyzacja?
Pojawiają się elastyczne formy zatrudnienia. Kierownictwo oczekuje, że pracownicy będą samozatrudnieni, czemu wszystkie związki zawodowe na świecie są przeciwne. Mam dobrego znajomego, który pracuje w dużej konkurencyjnej firmie kurierskiej. Jest na samozatrudnieniu. Ma żonę i trójkę dzieci. Codziennie o 6 rano wyjeżdża do roboty, wraca o 19 – 20. Dzieci są malutkie, ale chodzą spać o 22 albo później, żeby w ogóle mogły na chwilę ojca zobaczyć. Dla niego pojęcie normalnego urlopu nie istnieje. Jak jest jakieś święto w środku tygodnia latem, to może sobie pozwolić na opuszczenie paru dni, ale nie więcej niż tydzień. Ma trzydzieści osiem lat i już jakieś problemy zdrowotne. To jest ważne pytanie: jaka jest różnica między Pocztą Polską a firmami konkurencyjnymi, jeśli chodzi o standardy zatrudnienia? Tam jest praca na akord, samozatrudnienie. Nie ma w ogóle porównania, jeśli chodzi o przestrzeganie prawa pracy czy warunki socjalne. Ci tak zwani alternatywni operatorzy bardzo psują rynek pod tym względem. Nie ma tam ani związków zawodowych, ani układów zbiorowych. Z jednej strony, przy pełnym szacunku do konkurencji, nie mamy się czego obawiać, bo największa z tych firm, z trzema tysiącami pracowników, nie stanowi dla nas realnego zagrożenia. Ale jest też druga strona medalu: doklejanie przez InPost blaszek, torebek z piaskiem czy zeszycików, żeby listy ważyły powyżej 50 gram – i brak reakcji władzy, czyli Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
Reakcje były, ale nie przełożyły się na wymierne działania.
Poczta wystąpiła w tej sprawie do prokuratury, ale nadal nie ma rozstrzygnięcia. UKE trochę chowa głowę w piasek. Minister też się zachowuje dość biernie. Poczta nie jest już państwowym przedsiębiorstwem użyteczności publicznej, ale jednoosobową skomercjalizowaną spółką skarbu państwa, która ma zarabiać pieniądze i przynosić zysk. Użyteczność publiczna to jest działalność non profit. Gdyby ktoś teraz powiedział, że utrzymywanie sieci pocztowej w małych miasteczkach jest nieopłacalne…
Ale nie może tak powiedzieć, bo Poczta ma ustawowy obowiązek utrzymywania placówek również tam, gdzie jest to deficytowe.
Tak. Przez to, że Poczta jest operatorem publicznym, ma ten obszar zastrzeżony do pełnej komercjalizacji rynku w 2012. Po 2012 ma się odbyć przetarg na operatora publicznego. Oczywiście dzisiaj nie ma konkurencyjnej firmy z taką siecią, która mogłaby zapewnić usługi pocztowe wszystkim obywatelom, i tym w Bieszczadach, i na przykład w Krośnie. Wiadomo, że ten pierwszy przetarg wygra Poczta. Ale co będzie dalej?
To w ogóle ciekawe, że prywatyzuje się usługi publiczne, tylko po to, żeby mogły zostać wykupione przez firmy państwowe z innych krajów.
Poczta Polska i Telekomunikacja Polska były z początku jedną firmą, więc pocztowcy przyglądają się temu, co się dzieje z TP SA. Dzisiaj TP jest właściwie polska tylko z nazwy, ponieważ wszedł do niej inwestor strategiczny, France Télécom, z minimalnym udziałem Kulczyka. Pieniądze idą do Paryża, w zarządzie są Francuzi. UKE ciągle walczy, nakłada kary, aby umożliwić rozwój innym operatorom.
Trzeba sprywatyzować Pocztę Polską, żeby można było z nią walczyć?
Nie, ale doświadczenia TP są ciekawe i my ich nie bagatelizujemy. Poczta ma wejść na giełdę na takiej samej zasadzie jak PKO BP: akcjonariat rozproszony i pakiet kontrolny państwa. Takie są deklaracje polityków. Oczywiście z powodu wyborów nic się w tej sprawie na razie nie wydarzy, to perspektywa dwóch, trzech lat. Mam też nadzieję, że ostatnie protesty pocztowców zostały zauważone w świecie politycznym.
A co jest przyczyną protestów?
W zeszłym roku po bardzo trudnych negocjacjach związki zawodowe podpisały układ zbiorowy. Uderza on we wszystkich pracowników, jeśli chodzi o nagrody jubileuszowe, odprawy emerytalne, dodatki itd. Oznacza realne zmniejszenie zarobków. Oczywiście nie podpisaliśmy tego z miłości do zarządu naszej spółki, tylko zdając sobie sprawę, że niespecjalnie mamy wybór. Były już trzy tury zwolnień grupowych, właśnie trwa czwarta. Żeby ratować firmę, zdecydowaliśmy się na wyrzeczenia, a teraz czwarta fala zwolnień ma objąć blisko pięć tysięcy pracowników. Jak spojrzeć na to procentowo, to może wydać się nie tak dużo. Ale to jest pięć fabryk po tysiąc ludzi! Zarząd mówi, że będzie tworzył sieć alternatywną, na miejsce likwidowanych placówek powstaną agencje.
W sklepach?
Oficjalnie zarząd mówi, że zlikwiduje trzy tysiące placówek pocztowych, a w to miejsce stworzymy APENT-y, agencje pocztowe nowego typu. Ale jeśli zarząd podpisze umowy na utworzenie takich placówek z totolotkiem czy jakimiś dużymi sieciami handlowymi, to miejsca pracy, które powstaną, nie będą dla pocztowców. Wypowiedzenie grupowe nie jest jednoznaczne z tym, że zwolnieni pracownicy zostaną agentami. Żeby poprowadzić taką agencję, trzeba zainwestować. Niewielka liczba pracowników pójdzie na to, żeby prowadzić samodzielną działalność. Trzy tysiące urzędów to jest kilkanaście tysięcy miejsc pracy. I to jest przyczyna protestów.
Optymistyczne jest to, że w naszej firmie całkiem nieźle działa komunikacja wewnętrzna: mamy wewnętrzne forum dyskusyjne, jest na nim blisko dwanaście tysięcy zarejestrowanych pracowników. Zarząd uważnie śledzi opinie forumowiczów, były regularne spotkania z najaktywniejszymi z nich, były i czaty z członkami zarządu. Ale jednocześnie ciągle mierzymy się z realnymi problemami ekonomicznymi i poczuciem braku perspektyw rozwojowych.
Prezes InPostu twierdzi, że będzie otwierał placówki wszędzie tam, gdzie poczta je zamyka. Czy jest to realne?
Trudno mi ocenić, na ile to jest propagandowy humbug, a na ile realna zapowiedź. Wiem, że dzwonił do naszych pracowników i dopytywał się, gdzie będą likwidowane placówki, bo on będzie otwierał. Pewną nadzieję daje to, że nowy prezes Poczty Jerzy Jóźkowiak, który przyszedł z sektora finansowego, nie potrafi pojąć, dlaczego sieć placówek stała się zbędna, i na razie wstrzymał proces ich likwidacji.
Do tego dochodzi w tle konflikt polityczny. Wicepremier Waldemar Pawlak nie może pozwolić na restrukturyzację, który polega na likwidowaniu urzędów w małych miejscowościach i na wsiach oraz zagęszczaniu sieci agencji w miastach, żeby na przykład w Warszawie ludzie nie musieli stać w kolejkach. A nowy prezes patrzy na Pocztę z perspektywy klienta. Walczył ze swoim lokalnym urzędem, gdzie musiał stać w kolejkach. Według mnie będą olbrzymie zmiany w firmie. Plan wprowadzenia Poczty na giełdę też może się jeszcze zmienić. Pytaliśmy ministra Cezarego Grabarczyka, jaki jest sens wprowadzania spółki na giełdę, skoro w 2008 i 2009 miała straty, a obecny rok zakończymy niewielkim plusem głównie dlatego, że firma zwolniła grupowo pracowników oraz znacznie obniżyła wynagrodzenia pozostałych.
To dziwne, że z jednej strony Poczta ma ustawowy obowiązek utrzymywać placówki w miejscach, gdzie nie mogą one przynosić zysku, a z drugiej oczekuje się, że będzie zarabiać.
Kluczowa dla nas będzie ustawa o prawie pocztowym, czyli regulacja, która ustali ład rynkowy i uprawnienia innych podmiotów. Wtedy się rozstrzygną nasze szanse na przyszłość. Poczta Polska jest największym pracodawcą w Polsce. Zwolnienie tysięcy pracowników to są tysiące ludzi w urzędach pracy, którym trzeba wypłacać zasiłki. Według mnie w interesie państwa jest, aby Poczta nie upadła.
A czy nie sądzi pan, że powoli zmienia się w Polsce klimat społeczny wokół związków zawodowych? Jeszcze parę lat temu związkowcy byli przede wszystkim „roszczeniowcami”.
O negatywnym obrazie związków zawodowych w mediach profesor Wiesława Kozek napisała cały rozdział w jednej ze swoich książek. Generalnie ruch związkowy przeżywa w Europie kryzys. Zresztą opublikowaliście w Krytyce [1] duży tekst Davida Osta na temat kryzysu związków w Europie Środkowej i Wschodniej i perspektyw wyjścia z niego. Dzięki zgodzie na przedruk tekst ten dotarł do wszystkich związków zrzeszonych w OPZZ. Związki przeżywają kryzys, zarówno w krajach skandynawskich, jak i u nas. To, co mnie cieszy, to ferment myślowy. Jest coraz więcej seminariów i spotkań, także z pracodawcami. Chyba nareszcie zaczęły się jakieś poważne dyskusje. Ukazało się kilka poważnych opracowań, na przykład profesora Jerzego Wratnego [2], czy praca pod redakcją profesora Juliusza Gardawskiego [3], która zrobiła na mnie największe wrażenie .
Jest jedna rzecz, z której ludzie sobie nie zdają sprawy. W krajach skandynawskich do związków wciąż należy po 90 procent ludzi, u nas – kilkanaście. W czym oni są lepsi? Odpowiedź jest banalnie prosta: w Skandynawii pozycja ustrojowa związków jest o wiele lepsza. Zajmują się pośrednictwem pracy, systemem szkoleń, zarządzaniem funduszami unijnymi. Rządy w tych krajach uznały, że związki są potrzebne. Pracownik, który zapisuje się tam do związku, ma z tego wymierne korzyści. W Polsce natomiast po zmianie ustrojowej w 1989 roku nadeszła fala odbierania związkom wszystkiego, co się da. Gdyby dzisiaj sprecyzować uprawnienia, które daje bycie w związku, to jest ich niewiele, związki de facto zarządzają funduszem socjalnym. To i tak cud, że te kilkanaście procent pracujących Polaków do nich należy. Ale wyzute z wielu uprawnień, słabo umocowane ustrojowo związki zawodowe niespecjalnie mają perspektywy rozwoju.
Myśli pan, że ta sytuacja się zmieni?
Wszyscy mówią, że trzeba zmienić ustawę o związkach. Ale nikt nie jest naiwny. Niedługo są wybory parlamentarne, a temat jest zbyt ryzykowny, więc nikt go nie podejmie.
[1] David Ost, Koniec postkomunizmu, „Krytyka Polityczna” nr 14 (2007/2008).
[2] Jerzy Wratny, Przyczyny spadku uzwiązkowienia w Polsce na tle sytuacji w innych krajach postkomunistycznych. Zagrożenia i propozycje zmian
[3] Polacy pracujący a kryzys fordyzmu, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2009.
*Sławomir Redmer - przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Poczty
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...