Igor Strapko, Klub KP w Kaliszu: W Przewodniku Krytyki Politycznej poświęconym twojej twórczości czytałem o projekcie „Psy z Üsküdar” z 2009 roku [zob. ramka poniżej], który dotyczył ludzi i zwierząt. Czyli mentalnie i politycznie jesteś uwikłana w sprawę relacji międzygatunkowych.
Joanna Rajkowska*: Tak, właśnie wymyłam dupę własnemu psu [śmiech].
Twoja suka Butelka jest ze schroniska, Butelka z recyclingu niejako. Opowiedz jej historię, skąd się wzięła?
Butelka przywędrowała z Wągrowca. Została wystawiona na Allegro za złotówkę pod hasłem „uratuj mnie przed wiecznym snem”. To była zima, przełom 2005 i 2006 roku. Wylądowałam w szpitalu, nie mogłam wyzdrowieć, i mój chłopak, który wiedział, że marzyłam o psie, znalazł to ogłoszenie na Allegro. I tak Butelka wylądowała u nas. Schronisko, które ogłaszało się w ten sposób, próbowało sprzedać psy, które były za małe i nie mogły przetrwać na zewnątrz podczas tamtych straszliwych mrozów. Sprzedawało psy, troszcząc się, żeby przekazać je w dobre ręce. Przyjechały do nas dwie panie z kojcem, z szeleczkami, z karmą, z dziesięcioma przykazaniami, co zrobić itd. Bardzo uważnie oglądały dom i nas, i były wobec mnie wyjątkowo podejrzliwe. Na końcu pogroziły mi palcem i powiedziały, że za tydzień przyjadą i sprawdzą, jak się Butelka ma. Poczułam do nich szacunek.
Nie we wszystkich schroniskach sytuacja jest taka różowa i zależy to niestety głównie od dobrej woli pracowników schronisk, a nie od jasno uregulowanych przepisów. Status schronisk dla bezdomnych zwierząt jest w Polsce dwuznaczny, przepisy niejasne, a nawet sprzeczne. Prowadzi to do tego, że gminy zwykle traktują schroniska jako instytucje zarządzające odpadami komunalnymi, a nie jako instytucje opieki nad żywymi, czującymi istotami. Chodzi bardziej o to, by izolować bezdomne psy od społeczeństwa, wypychać je poza granice miast, niż o rzeczywistą troskę i opiekę.
To wszystko prawda. Przepisy są emanacją naszej kultury, która w zasadzie nie kieruje się szacunkiem do życia jako takiego. Wiem jednak, że w schroniskach w Polsce pracują ludzie, którzy mimo tych regulacji, o których mówisz, traktują zwierzęta jak równorzędnych partnerów, jak inną formę życia, równie cenną jak my sami, o którą trzeba dbać, bo to jest życie po prostu. Znam mnóstwo takich osób. Myślę jednak, że urządziliśmy świat po chrześcijańsku, czyli w najgorszy z możliwych sposobów, kierując się zasadą „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Urządziliśmy to tak, że właściwie jedynie my jako gatunek mamy prawo do tego, żeby tą planetą zarządzać i w związku z tym inne formy życia nie mają szans na koegzystencję, chyba że w jakiś sposób nam służą.
Podporządkowujemy je sobie.
Absolutnie! Kolonizujemy ich tereny i eksploatujemy same zwierzęta. Pomijam zwierzęta dzikie, to osobny rozdział, ale nawet te, które próbują przetrwać na naszych warunkach, po prostu nie mają szans, są wykluczone w sposób jednoznaczny.
Dla mnie największą aberracją, cywilizacyjną, moralną pułapką w relacji człowiek – inne zwierzęta jest produkcja zwierząt-maszyn. Myślę o przemyśle hodowlanym. Obok zbrojeniówki jest to jeden z największych sektorów światowej gospodarki. Produkowane są krowy, świnie, kury, a następnie są traktowane jako maszyny do produkcji nabiału i mięsa. Istoty wyposażone w skomplikowane funkcje psychiczne przetrzymywane są latami w obozach skoncentrowanej eksploatacji. Ten sektor gospodarki odtwarza rokrocznie ból i cierpienie wcielone w miliardy osobników. Myślę, że to dużo mocniejsze świadectwo aberracji systemu, w którym tkwimy niż to, co robimy dzikim zwierzętom w ramach tzw. rozrywki.
To jedna z najbardziej przerażających rzeczy. Każdy, kto ma zwierzę wie, że ono czuje siebie, wie kim i czym jest, ma podmiotowość; określa swoje terytorium, odczuwa to, co dzieje się naokoło, bardzo wyraźnie określa swoje potrzeby i je manifestuje. Wszystkie hodowle to jedna wielka fabryka śmierci i tyle. Co innego, jak chłop ma krowę, Krasulę, którą zna i do której w pewnym momencie podchodzi i mówi: słuchaj, przyszedł czas, i ją szlachtuje. W jakimś sensie to rozumiem. Tylko że to jest utopia. Zabrnęliśmy w ślepy zaułek, z którego nie ma wyjścia. Musimy zredukować swoje potrzeby, a ceny żywności muszą wzrosnąć. To jedyny sposób, żeby zatrzymać aberrację produkcji. Nie może być tak, że jest fajnie, bo jest tanio. Musi być drożej. Tego rodzaju produkty jak mięso, mleko, jajka, muszą być droższe. Zamiast kupować kolejny komputer powinniśmy pieczołowicie kupować trzy jajka, z całym szacunkiem do sposobu hodowli i pracy rolników, i zwierząt.
Kolejna sprawa: gigantyczny przemysł reprodukcji zwierząt, którymi handluje się jako dobrami luksusowymi, podczas gdy miliony innych zwierząt cierpią bezdomność. Mamy takie Butelki, które czekają, żeby uzyskać szansę na istnienie, żeby zdążyć przed złotym strzałem ze środka usypiającego. Mamy też te bezdomne zwierzaki, które plenią się na potęgę, ale są poza naszym zainteresowaniem. Wreszcie mamy do czynienia ze zjawiskiem tworzenia ras. Kręci nas produkowanie, udoskonalanie, szczotkowanie, wystawianie pudli i amstafów.
Mnie zastanawia sposób koegzystencji zwierząt, konkretnie psów, z ludźmi w Turcji. Tam relacja zwierzęta-ludzie jest nieco inna. To kultura muzułmańska, psy są nieczyste, bo pies podobno ugryzł Mahometa. Psie hordy w Istambule składają się z bardzo podobnych osobników, to prawie ta sama rasa, z małymi modyfikacjami. Są bardzo duże, rozleniwione i przyzwyczajone do pewnego szacunku. Leżą np. na środku chodnika i nikt im nie przeszkadza, ludzie je obchodzą. W innych miastach jest tak samo, psy się omija, daje się im żarcie. W jakimś sensie ich bytowanie w tamtej kulturze jest trochę prostsze, zaryzykuję twierdzenie, że jest bardziej naturalne. Nie rozwiązuje to kwestii bezdomności, chorób, niewłaściwego pożywienia itd., ale tworzy iluzję, że tureckie psy mają podobne prawo do mieszkania w miastach jak ludzie.
Jeśli dobrze zrozumiałem, w Turcji status psa jest niższy niż u nas, a jednak ich egzystencja wydaje się łatwiejsza, przynajmniej jeśli myślimy o tych bezdomnych.
Tak, to jest fenomen. Bałam się wziąć Butelkę do Turcji właśnie z powodu „nieczystości” psów, teraz wiem, że nic by się jej nie stało. Nieliczni ludzie mają tam psy, większość psów jest bezdomna. Są brudne, ale widać też, że są dożywione, w jakimś sensie ludzie zgodzili się na taką koegzystencję z nimi. Może w Istambule zadziałało poczucie winy za wywiezienie psów na niezamieszkałą wyspę, która to historia była osnową mojego projektu. Kiedy wkrótce potem Istambuł odwiedziło trzęsienie ziemi, ludzie odebrali to jako karę za wyeliminowanie zwierząt z ich życia i przywieźli je z powrotem. To, że w ogóle pojawił się wątek kary, czyli winy, jest ciekawe. Oznacza to, że jednak mamy wątpliwości.
Jesteś w nieustannym ruchu, podróżujesz pociągami, samochodami i samolotami. W wielu podróżach towarzyszy ci Butelka. Wielu ludzi, z którymi zdarza mi się rozmawiać o adopcji zwierząt, traktuje to jako jeden z zasadniczych argumentów na „nie”: bo podróżują, bo „co wtedy ze zwierzęciem?” Jak sobie radzisz z obowiązkiem opiekunki psa?
Butelka ma dużą rodzinę, została wychowana tak, że kiedy znikam, to przechodzi w inne ręce – to jest zazwyczaj mój były chłopak, a jak nie on, to jego koleżanka Zuza. Zuza ma zresztą identycznego psa, Skróta, więc Skrót i Butelka są jak bliźniaki i doskonale się razem czują. Psa trzeba oswoić z podróżowaniem jeśli ma się taki styl życia i przyzwyczaić do tego, że ma wielu przyjaciół, że inni ludzie są tak samo fajni, jak my. Rozmiar psa też jest w tym wypadku istotny, bo z takim małym kundlem jak Butla to nie problem, ale z moskiewskim stróżującym już by był. Butelka jest zdrowym i w miarę młodym psem, do tego jest bardzo wytrzymała, bo to kundel mazowiecki ściągnięty prosto z pola. Pies jest dużo bardziej nieszczęśliwy, jeśli zostanie sam, nawet w luksusowych warunkach, niż kiedy musi się zmęczyć i zziajać, ale jest z ludźmi, których kocha. To jest miłość bezwarunkowa.
Czy po „Psach z Üsküdar” zwierzęta mają jeszcze szansę zagościć w twojej sztuce? Myślisz o tym?
Bardzo bym chciała, bo to jest dla mnie ważny i dziwny moment kontaktu z rzeczywistością, której nie rozumiem. Zwierzęta są bardzo często kluczem, są tym okiem, które pozwala widzieć świat od strony zupełnie nam niedostępnej. Nawet jeśli bezpośrednio ze zwierzętami nie pracuję, to tak jak w przypadku projektu w Szwajcarii, który nazwałam „Nietoperz”, pracuję z pewną ideą obecności zwierząt w naszym życiu i w naszej śmierci. Nietoperz stanowił funkcjonalne pojęcie, które sobie stworzyłam na potrzebę zrozumienia sytuacji przejścia, przekroczenia i rozkładu. Najbardziej interesuje mnie moment, w którym to właśnie zwierzęta kwestionują sensowność naszej kultury.
Są skrajną formą obcości.
Właśnie. A jednocześnie za wszelką cenę próbują nawiązać kontakt. A ponieważ ja z obcością pracuję, wiem, że w przypadku zwierząt obcość jest nieprawdopodobnie sensualna. Można ją badać, można o niej myśleć, można ją empatycznie przeczuwać. Szczególnie kiedy się zna zwierzęta - wtedy patrzy się na świat ich oczami, z innego pułapu i widzi się to wszystko zniekształcone, wyolbrzymione, niezrozumiałe. Podejmuję próbę – tak jak dzisiaj z dziećmi w Cieszynie - rozpoznania świata w taki sposób, który produkuje nowy jego obraz, czasem zniekształcony i obcy, dlatego fenomen obcości zwierząt idealnie odpowiada mojej metodzie. Przy czym nadaje temu obrazowi aspekt nie tylko obcości, ale też dzikości, katastrofy nawet, bo one nigdy nie wejdą w naszą kulturę, bo nie mogą, z racji oczywistych.
Pozostaje pytanie, na ile możemy otworzyć się mentalnie na koegzystencję kultur, subkultur międzygatunkowych i tego wszystkiego, co skrajnie obce. Zaznaczyłaś to podczas tureckiego projektu z cmentarnymi psami: mamy nieustającą tendencję do wypychania tego. Po tym archaicznym momencie próby przyswojenia czy zaproszenia do naszej kultury wilka jesteśmy na takim etapie, że w Turcji zwierzaki wypędzane są na wyspę, a w Polsce gospodaruje się nimi jak odpadami.
Musimy zacząć od początku. Musimy nauczyć się myśleć, że ta planeta jest tak samo dla nich jak i dla nas. Że zwierzęta są naszymi partnerami, mają takie same ciała, świadomość ciała, że – co przecież wiemy doskonale - piekielnie z naszego powodu cierpią. Trzeba zawrócić z drogi. Tak w Turcji, jak i w Polsce.Co ciekawe, w kulturze muzułmańskiej jak się zabija zwierzęta, robi się to zgodnie z wymogami halal. Halal to nakaz religijny, żeby zwierzę nie czuło stresu w momencie śmierci. To już jest próba, choć zapewne teoretyczna, dotknięcia problemu zabijania zwierząt w sposób bezpośredni, ze wskazaniem na emocje.
Jest to wyraz empatii.
Halal sugeruje, że zwierzę cierpi. I niby jest to oczywiste, ale chrześcijanie, tak przecież przejęci nakazem miłości, nie mają najmniejszego współczucia dla zwierząt w rzeźniach. Nie wiem, jak w praktyce wygląda rzeźnia muzułmańska, to ciekawe… Nasz oświeceniowy paradygmat prowadzi do wykluczenia zwierząt albo do ogrodów zoologicznych. My zwierzęta segregujemy, opisujemy, używamy ich, testujemy i izolujemy. Przydatne z różnych względów – mordujemy.
Widok załamanego psychicznie tygrysa w klatce podważa sensowność samej instytucji ogrodu zoologicznego.
Więcej, podważa sensowność całego kulturowego paradygmatu!To jest niewiarygodne, do jakiego momentu aberracji doszliśmy. Zwierzęta w małych klatkach, biegające wkoło w kompulsywnym odruchu, w nigdy nie kończącej się gonitwie – to jest przerażające. I świadczy jedynie o tym, co jako kultura byliśmy zdolni osiągnąć. Potworne.
—
Psy z Üsküdar, cykl fotografii Cykl Psy z Üsküdar jest ściśle związany z prawdziwą historią, jaka wydarzyła się w 1911 roku w Istambule. Stolica ówczesnego Imperium Osmańskiego pełna była błąkających się bezpańskich psów. Władze Istambułu, obawiając się chorób i agresji zwierząt, postanowiły „oczyścić” miasto, wywożąc je na niezamieszkaną przez ludzi wyspę. Niedługo po tym wydarzeniu Istambuł nawiedziło trzęsienie ziemi, co mieszkańcy, nękani wyrzutami sumienia, odebrali jako karę za ich postępowanie względem psów. Postanowili więc przywieźć zwierzęta z powrotem do miasta. Üsküdar, jedna z dzielnic Istambułu, podczas panowania Turków Osmańskich pełniło ważną rolę cmentarzyska miejskiego, znajdującego się poza murami miasta. Choć dziś jest to tętniąca życiem dzielnica mieszkalno-handlowa, wciąż znajduje się tam nieproporcjonalnie dużo cmentarzy – muzułmańskich, ale i chrześcijańskich czy żydowskich. Fotografie Rajkowskiej pokazujące psy, które wybrały sobie za schronienie cmentarz w Üsküdar, przypominają historię o wykluczeniu zwierząt ze społeczności, są też refleksją nad siłą zarówno obcości jak przywiązania między zwierzętami i ludźmi. [fragment książki Rajkowska. Przewodnik Krytyki Politycznej]
—
Joanna Rajkowska (1968) – autorka filmów, instalacji, akcji i interwencji artystycznych w przestrzeni publicznej, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Rajkowska jest jedną z najżywiej dyskutowanych współczesnych polskich artystek. Jej najbardziej znane realizacje z ostatnich lat – Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich (2002 – ) i Dotleniacz (2006 – 2007) – przybrały formę rzeźb społecznych zainstalowanych w przestrzeni miejskiej Warszawy. Instalacje były pretekstem do obserwacji i pobudzenia interakcji międzyludzkich, wywołania inicjatyw oddolnych oraz dyskusji o przeszłości i pamięci miejskiej przestrzeni wspólnej. W 2007 roku artystka otrzymała Paszport „Polityki” za „niezwykłe projekty realizowane w przestrzeni publicznej, za wyciąganie ręki w kierunku błąkającego się po mieście człowieka”.
—
Fot. Ewelina Fordońska (Klub KP w Kaliszu)
Zdjęcia wykonano podczas RajkowskaFest w Kaliszu.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...