|
Jaś Kapela, Krytyka Polityczna: Kilka dni temu na jednym z głównych portali opiniotwórczych trzy leady dotyczył kolejno: szyfranta Zielonki, morderstwa Olewnika i oczywiście katastrofy Tu-154. Zastanawiająca jest ta nadreprezentacja śmierci. Czy to rzeczywiście były najważniejsze wydarzenia ostatnich dni?
Piotr Pytlakowski: Gdyby to były wartościowe newsy, które coś wnoszą do tych spraw - a te sprawy są ważne - pewnie byłoby to uzasadnione. Ale teraz pytanie: na ile tego typu historie są kreowane? Wrzuca się wymyślone zdarzenia, korzystając z nieujawnionych źródeł: „Jak mówi nasz informator”. Nie wiadomo, czy ta osoba jest wiarygodna, ale zakłada się, że wystarczy wykreować jakiś fenomen, jak w przypadku sprawy Olewnika, fenomen drugiej ekshumacji. Media założyły, że w grobie nie znajduje się ciało ofiary, że dokonano jakieś straszliwej manipulacji, tylko po to, żeby - jak podejrzewam - spełnić ambicję jednej prokuratury, która postanowiła prokuraturę z innego miasta wskazać jako przyczynę błędów w śledztwie. Trafiło to - jak zawsze takie informacje - na podatny grunt, bo odbiorcy są żądni sensacji i potrzebują adrenaliny. Dziennikarze, którzy takie informacje puszczają w świat, mają poczucie sukcesu i pewność, że za parę miesięcy, kiedy okaże się to nieprawdą i tak wszyscy zapomną, że to oni byli twórcami mitu. I będzie można tworzyć następny mit.
Według pana to raczej szukanie sensacji niż np. zamówienie prokuratury czy polityczne przepychanki?
Zamówienie prokuratory to za dużo powiedziane, to raczej rodzaj przecieku sterowanego. Polega to też na tym, że ktoś sobie myśli: puszczę w świat szczura…
I będę patrzeć jak rośnie…
…dziennikarz to podchwyci. Nawet gdyby nie wierzył, to podchwyci, bo wie, że kiedyś dam mu w zamian coś prawdziwego - to jest rodzaj handlu wymiennego - i świadomie będzie uczestniczył w manipulacji.
W newsach dotyczących szyfranta Zielonki pojawiały się źródła w postaci zagranicznych blogów. Ktoś, gdzieś, coś napisał. Nie bardzo wiadomo, jaka jest wiarygodność takich informacji.
Sprawa szyfranta Zielonki zaczęła się od jego zniknięcia, które przemilczano. Po miesiącu dziennikarz dotarł do tej informacji i puścił ją w świat. Początkowo wszystko było zgodne ze sztuką dziennikarską. Faktycznie człowieka nie było, faktycznie posiadał zasób wiedzy, która mogła być istotna dla obcych wywiadów. Można było założyć, że śledztwo pójdzie w kilku kierunkach. Dopiero potem zaczęto przydawać temu zniknięciu dodatkowych znaczeń. Pojawiały się informacje, że szyfrant wyjechał z Polski, że jest w Moskwie, że pracował dla chińskiego wywiadu. Powoływano się na anonimowe źródła, anonimowych ekspertów, anonimowych śledczych. W końcu, w styczniu tego roku, dołączyła prokuratura wojskowa, która zaocznie postawiła szyfrantowi zarzut zdrady. Nie wiem, jak oni się teraz z tego wycofają. Wątek, który na początku wydawał się najbardziej wiarygodny, że szyfrant miał kłopoty osobiste, był w depresji, czyli mógł wybrać to rozwiązanie, które - jak się później okazało – wybrał, nie był atrakcyjny. No, bo co to jest samobójstwo? Prywatne samobójstwo, prywatnego człowieka, z prywatnych powodów.
Zastanawiam się nad elementem pychy. Nie wiem, czy są jakieś specjalne powody, żeby zakładać, że Chiny w sposób szczególny interesują się naszymi szyfrantami.
Ponieważ Chiny z naszego punktu widzenia to dosyć hermetyczny świat, zniknięcie tam naszego człowieka dodaje sprawie literackości. Uprowadzenie staje się konfucjańskie, filozoficzne. No, ale - na szczęście albo na nieszczęście - tak nie było. Szyfrant po prostu sam się zabił.
Nikt się naszymi szyfrantami nie interesuje. Ale takich spraw było więcej. Pisał pan o „Iwanie” Zirajewskim, gangsterze, świadku w procesie o zabójstwo Marka Papały. Śmierć Zirajewskiego również wzbudziła kontrowersje i teorie spiskowe.
Tu też była fala spekulacji, które właściwie już nie były spekulacjami, ale faktami prasowymi. Zirajewski raz był ofiarą tajemniczych sprawców, bo za dużo wiedział, raz był samobójcą. Pierwszy - i jedyny - mądry tekst na temat „Iwana” przeczytałem w „Dużym Formacie” w „Wyborczej”. Wartościowy tekst Romana Daszczyńskiego i Marka Sterlingowa, z dużą ilością potwierdzonych informacji, przemknął zupełnie niezauważony i nie przeszkodził w snuciu kolejnych spekulacji na ten temat.
Jaka jest różnica między spekulacją a faktem prasowym?
Fakt prasowy powstał w głowie dziennikarza i do tego się sprowadza. Różnica może wynikać z celu albo z siły rażenia. Manipulacja to bardzo dowolna interpretacja faktów. Zdarzył się fakt, że pod Morągiem strażnik więzienny popełnił samobójstwo. Fakt był prawdziwy, ale potem zaczęto manipulować tą śmiercią. Natychmiast dołączono go do listy ofiar w sprawie Olewnika, ponieważ był strażnikiem w areszcie, gdzie popełnił samobójstwo jeden ze sprawców zbrodni na Olewniku, Wojciech Franiewski. W czasie, kiedy Franiewski popełnił samobójstwo, akurat przypadała zmiana tego strażnika. Nie wspomniano, że na tej samej zmianie, pracowało kilkudziesięciu funkcjonariuszy. Nie ma żadnego śladu, żeby ten człowiek miał jakikolwiek związek z tą sprawą. Ale fajnie było to połączyć, zrobić z tego figurę. Gdyby jakiś czas później sprzątaczkę z tego aresztu potrącił autobus, to nie byłoby to przypadkowe zdarzenie drogowe, tylko dowodzono by, że autobus został wynajęty przez zabójców, a kierowca autobusu był opłaconym mordercą.
Jeszcze jakiejś przykłady takich ewidentych dziennikarskich nadużyć?
Dobrym przykładem są śledztwa dziennikarskie, w których role czarnych charakterów są z góry rozdane. Po latach okazuje się, że wyniki śledztwa, czy procesu wskazują na coś przeciwnego. Tylko że wtedy już nikt się tym nie interesuje.
Parę dni temu, po prawie dziesięciu latach niebytu, wrócił do pracy toruński sędzia. Był bohaterem prasowej nagonki, pisano, że współpracował z mafią, dostał od niej samochód, przyjaźnił się z gangsterem. Dziennikarze dostali za swoją sensację nagrody, a sędzia po cichu walczył o prawdę. Wreszcie wygrał, ale gazeta, która wcześniej go zniszczyła, nawet tego faktu nie odnotowała.
Zastanawiam się, na ile rozwój mediów w tym kierunku jest nieunikniony. Nawet teoretycznie poważne gazety coraz częściej uciekają się do form wcześniej zarezerwowanych dla tabloidów, bardziej interesuje je tworzenie pewnej narracji niż opisywanie rzeczywistego świata.
To jest niebezpieczna tendencja, bo powoduje utratę zaufania do mediów jako całości. Odbiorca może stosować zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Jeśli czyta takie domniemania w poważnej gazecie, a nie w tabloidzie, który w istotę swojej pracy ma wpisane szukanie sensacji, może przestać mediom ufać. Czytając rewelację w tabloidzie, odbiorca ma świadomość, że jest ona stworzona tylko i wyłącznie na jego użytek. Wydarzyło się coś bardzo drobnego, co jak kula śniegowa może urosnąć do olbrzymich rozmiarów, a tworzone jest to po to, żeby zaspokoić próżność odbiorcy. Natomiast jeśli w tej tabloidyzacji uczestniczą media, które z założenia chcą być poważne, odbierane jako wiarygodne w każdym szczególe, które na tym budują i powinny budować swoją pozycję - wówczas utrata zaufania może być bolesna. Tym bardziej że po jednym przykładzie często pojawiają się kolejne. Sprawa Olewnika spowodowała przypadkiem – ale może już się zakodowało, że takie sprawy należy rozgrywać w ten sposób - że właściwie każde wydarzenie obrasta kolejnymi manipulacjami, przekłamaniami, podawaniem nieprawdziwych faktów. To wszystko dzieje się na oczach czytelnika, widza, słuchacza. Odbiorca ma prawo nabierać przekonania, że to wszystko jest grą, informacja nie jest informacją, tylko sztuką dla sztuki, i że właściwie można krzywdzić ludzi, obrzucać ich oszczerstwami, upokarzać i odzierać z godności, tylko w imię rzekomej misji medialnej.
W takim razie, jaka by to była misja?
Nie ma tej misji. Misją dziennikarza jest informowanie; sprawdzanie i informowanie. Istnieje pewien wzorzec dziennikarski. News powstaje wtedy, gdy mamy dwa niezależne źródła, wzorem BBC. Teraz dziennikarz może bardzo łatwo stworzyć dwa niezależne źródła, zwłaszcza jeśli ich nie ujawnia, bo oba zastrzegają sobie anonimowość. Dziennikarz, który ma dwa rzeczywiste źródła, przegrywa z gościem, który sobie te źródła wymyślił. Jest taki dziennikarz, bardzo aktywny od roku, półtora, który kompiluje swoje teksty. Przeczyta coś w jednym miejscu, przeczyta w drugim, przetworzy, doda fikcyjnych informatorów i tworzy na tej podstawie własne newsy, które stwarzają wrażenie, że wykonał wielką pracę. Koledzy dziennikarze śmieją się z jego dokonań, rozszyfrowali go, ale on jeszcze przez jakiś czas będzie brylował. A potem zniknie w niesławie. Albo i nie.
Są jakieś sposoby rozliczania takich zachowań?
Nie ma. Rada Etyki Mediów nie zajmuje się takimi sprawami, a gdyby nawet się zajmowała, to nie jest to ciało wiarygodne. Pokrzywdzeni mogą skorzystać z drogi sądowej, ale środowisko dziennikarskie patrzy na to z przymrużeniem oka czy pewnym pobłażaniem. Można nawet odnieść wrażenie, że jest pewne przyzwolenie na takie praktyki.
Dlaczego?
Nie ma dobrej metody, żeby temu przeciwdziałać. Denuncjować faceta? Nie wypada. Oddawać do jakiegoś sądu koleżeńskiego? Też bez sensu. Można polemizować. Ale też za bardzo nikomu się nie chce. Środowisko czeka, aż rynek zweryfikuje taką sytuację, czytelnicy się zorientują. Tylko że czytelnikom często jest wszystko jedno.
Środowisko to zresztą niewłaściwe słowo, bo można odnieść wrażenie, że tworzymy jakąś korporacyjną grupę, która wyznacza standardy i pilnuje ich przestrzegania, a tak nie jest. Dziennikarzem może być każdy, w tej profesji nie trzeba spełnić żadnych specjalnych kryteriów. Jedynym kryterium jest odbiorca. Jeżeli on to akceptuje, to jest ok, jak nie, to nie.
Przypomina mi się wywiad z pewną panią psycholog, specjalistką od tabloidów, która przekonywała, że nasączenie treści sensacyjnością i emocjonalnością, która buduje narracje artykułów, jest naturalnym punktem dojścia rozwoju prasy. Z drugiej strony mamy do czynienia z niezwykłą popularnością dokumentów czy literatury faktu, w stosunku do beletrystki. Tak jakby ludzie szukali jednak prawdy o rzeczywistości, a nie tylko dobrze opowiedzianej historii.
Chcemy pewnie tej prawdziwości, ale chcemy jej w atrakcyjne formie. Dlatego ciągle żyje reportaż, choć wieszczono jego śmierć. Bo ma formę literacką. Daje możliwość zbudowania pewnej figury. Z drugiej strony przypadek Kapuścińskiego to jest w gruncie rzeczy opowieść o tym jak reportażysta interpretuje fakty. Wychodząc od faktów, tworzy świat wymyślony, kreuje ten świat. Jednocześnie ma przekonanie, że nie robi nic nagannego, bo w świecie rzeczywistym wszystko dzieje się według fikcyjnego schematu, który on opisuje. Ale to już inna kategoria dziennikarstwa niż to, o którym mówiliśmy do tej pory.
Czyli dochodzimy do wniosku, że najważniejsze są cele.
Kapuściński chciał opisać świat tak, aby każdy mógł zrozumieć mechanizm, który nim kręci. Opisując cesarza, opisywał dyktaturę. Natomiast to, co mówiła przywołana pani psycholog, dotyczyło tabloidów. Ten świat musi się opierać na najprostszych relacjach. Nie ma mowy o skomplikowanych uwikłaniach, które powodują, że percepcja jest utrudniona, więc trzeba odsiewać wątki, które mogą wprowadzić pewien niepokój u czytelnika, zmuszać do myślenia.
Piotr Pytlakowski* - dziennikarz śledczy, scenarzysta (m.in. Świadek koronny, Odwróceni). Autor książek, m.in. Alfabet mafii, Olewnik. Śmierć za 300 tysięcy (wraz z Sylwestrem Latkowskim). Pracuje w tygodniku „Polityka”.
Na podobny temat
|
Ale Piątek się wysilił. Nie ma polotu...
Ojej, jak bardzo wiem o czym jest ten...