|
Witold Mrozek, Krytyka Polityczna: Jak ksiądz czuje się z wtorkową sytuacją sprzed Pałacu Prezydenckiego?
Ks. Jacek Prusak*: To przykra sprawa. Mało ma wspólnego z religią, a koncentruje się wokół symbolu religijnego. Religia jest traktowana tu instrumentalnie – jako zjawisko społeczne. Cierpią konkretni ludzie, zmanipulowani zarówno przez niektóre środowiska kościelne, jak i – głównie – przez siły polityczne. Zawłaszczyły one krzyż, czyniąc z niego symbol specyficznie pojmowanych: polskości i patriotyzmu. Sytuacja, do której doszło – paranoiczna i histeryczna – otarła się o profanację krzyża.
Jak ocenia ksiądz zachowanie hierarchii w tej sprawie? Czy nie jest ono dwuznaczne? Początkowo zgodziła się ona na usunięcie krzyża, by potem – podobnie zresztą, jak władze państwowe – wycofać się.
Scenariusz był inny niż to, co stało się na Krakowskim Przedmieściu. Dobrze że księża nie weszli w tę rozemocjonowaną sytuację – nic by w ten sposób nie osiągnęli. Tłum nie przyszedł słuchać tam księży – przyszedł „bronić krzyża”, bronić pewnej – martwej już - wizji Polski. Kościół – jako całość – nie może być w tej sprawie stroną, ponieważ nie jest to sprawa doktryny. Kościół nie jest od rozwiązywania konkretnego społecznego problemu, jakim w tym przypadku jest upamiętnienie ofiar katastrofy smoleńskiej. W tej sprawie podziały istnieją zarówno między katolikami, jak i między obywatelami Polski w ogóle – to samo dotyczy hierarchów i nie można oczekiwać od nich jednego stanowiska. Lokalny ordynariusz – arcybiskup Nycz - mediując w sprawie przeniesienia krzyża do kościoła św. Anny, jednoznacznie pokazał, że widzi to jako lepsze rozwiązanie. Uważam jego zachowanie za odpowiednie. Gdyby arcybiskup zaczął medialną kampanię za przeniesieniem krzyża, oznaczałoby to że opowiedział się po jednej ze stron sceny politycznej, dałby się „wkręcić” w spór między partiami.
Jednak po tym, co się stało, trzeba wyraźniej dać katolikom do zrozumienia, że nie wolno rozwiązywać konfliktów politycznych, biorąc do ręki krzyż albo gdzieś go stawiając. Czeka nas – Kościół – orka na ugorze. Polscy katolicy przyzwyczaili się, że jeżeli biorą do ręki krzyż - to automatycznie mają rację. To niebezpiecznie łatwy argument, bo jego zakwestionowanie traktowane jest jako obraza uczuć religijnych. Jednocześnie wielu duchownych popiera tego typu postawy - wystarczy zobaczyć okładkę ostatniej „Niedzieli” , bo „walka o krzyż” jest ich zdaniem obroną przed „miękką dyktaturą” nowego, liberalnego, rządu - i ci ludzie, którzy we wtorek zostali wykorzystani do politycznej rozgrywki, doskonale o tym wiedzą.
Politycy i duchowni, którzy prowadzą te rozgrywkę, żerują przede wszystkim na ludziach wykluczonych ekonomicznie i społecznie. Czy łatwość, z którą im to przychodzi, nie wynika ze społecznej obojętności Kościoła, z tego – że jak ksiądz zauważył na początku – zabrakło w nim miejsca na wrażliwość lewicową?
Ludzie, którzy znaleźli się poza marginesem społeczeństwa, są podatni na manipulację. Natomiast Kościół w Polsce kojarzy lewicę z historyczną kompromitacją, z „komuną”. Nie ma dialogu z katolikami o lewicowych przekonaniach. To ciągle pole do zagospodarowania. Wydaje mi się trafną teza, że polscy teologowie nie dają odpowiedzi na te koncepcje społeczne, które kształtują współczesne rozumienie społeczeństwa.
Jednak najbardziej lewicowy język w sprawach ekonomicznych cechuje w Kościele bynajmniej nie środowisko określane mianem „Kościoła otwartego”, a Radio Maryja. Nawet najbardziej „otwarte” środowiska – jeżeli w ogóle decydują się na dialog – to dotyczy on sfer kultury czy obyczajowości, nigdy zaś ekonomii czy sprawiedliwości społecznej. Kościół nie miał problemów z dostosowaniem się do języka liberalizmu – pod warunkiem, że chodzi o liberalizm ekonomiczny.
Nie tylko Radio Maryja, ale także spora część hierarchów utożsamia się z PiS nie tylko dlatego, że gwarantuje on obecność Kościoła w przestrzeni publicznej, ale również z tego powodu, że jego hasła socjalne są bliskie wielu duchownym. To także jedna z przyczyn popularności toruńskiej rozgłośni.
Kazania i listy Konferencji Episkopatu Polski sprowadzają się najczęściej do kwestii obyczajowych. Problem spraw socjalnych jest w Kościele praktycznie nieobecny. Dlatego jedynym językiem grupy najbardziej zainteresowanej tymi kwestiami staje się dyskurs Radia Maryja. Inne wypowiedzi nawiązujące do tych spraw są albo zbyt hermetyczne, albo zbyt abstrakcyjne. Piękne słowa – za którymi nic nie stoi. Jednocześnie Kościół przyzwyczaił się do liberalizmu gospodarczego, własność prywatna od dawna – choć nie od początku – jest w jego nauczaniu wartością. Nie możemy też zapominać o ekspansji ekonomicznej Kościoła po 1989 roku, która ułatwiła mu wejście w model liberalny, przedstawiany zresztą wszystkim – nie tylko katolikom – jako jedyny skuteczny i sprawdzający się system ekonomiczny.
Jednocześnie istnieje ciągle słabo opisane, ale coraz mocniej obecne zjawisko, które określiłbym jako polski wariant „teologii sukcesu”. Przejawia się np. na antenie telewizyjnego kanału Religia TV. To działalność Szymona Hołowni, realizującego program religijny w warszawskich Złotych Tarasach, czy programy i wypowiedzi ks. Kazimierza Sowy, autora wywiadu-apologii z Leszkiem Balcerowiczem. Również w Krakowie jeden z księży prowadzi gwiazdorskie duszpasterstwo dla biznesmenów.
Z duszpasterskiego punktu widzenia – istnieje zapotrzebowanie na tego typu duszpasterstwo działalność pastoralną. Mamy młode i średnie pokolenie biznesmenów, którzy wzrośli w tradycji katolickiej, wzbogacili się i mają poczucie winy. Należy ich nie tyle od niego uwalniać, co uczyć wrażliwości społecznej i solidarności. Co do przykładów ze sfery mediów – zarówno Szymon Hołownia, jak i zwłaszcza ks. Kazimierz Sowa, to ludzie sukcesu. Szczególnie ks. Sowa jest przekonany do idei wolnorynkowych i kapitalistycznych, które głosi, bo sam w takim modelu korporacyjnym funkcjonuje na co dzień.
Odwrócenie tego typu tendencji mogłoby nastąpić, gdyby pojawiło się młode pokolenie katolików, którzy wrośliby w myśl lewicową i umieli ją zaaplikować do nauczania kościelnego.
Czy jest szansa na pojawienie się takiej grupy? Znani mi młodzi katolicy – nieważne, czy związani z dominikanami, jezuitami czy innymi kręgami – są uformowani przez konserwatywne nauczanie, czy mogą być otwarci na lewicowe idee? Wciąż katolicyzm polski na tle niemieckiego na przykład wydaje się zupełnie niewrażliwy w sprawach społecznych.
Tak jak powiedziałem, w Polsce brak nauczania społecznego, które nie sprowadza się wyłącznie do cytowania katechizmu. Zbyt często przyjmuje ono kształt walki o tzw. dobro Kościoła, przez które rozumie się interes duchowieństwa. Z drugiej strony, patrząc na prężnie rozwijające się środowisko Krytyki Politycznej, wierzę w lewicowy potencjał młodych Polaków. Natomiast jeśli chodzi o oddziaływanie na nich nauki Kościoła – kończy się ono z chwilą zdania matury. Ludzie z wiosek, którzy regularnie brali udział w praktykach religijnych – po przyjechaniu do miasta na studia, w dużej części przestają to robić…
Ale katolicka formacja sporej części młodych elit ciągle trwa. Moi znajomi z dominikańskiego duszpasterstwa akademickiego to nie „ludzie z wiosek”. To studenci z „dobrych” krakowskich mieszczańskich domów, dzieci prawników, lekarzy, architektów. Warto na to spojrzeć w kontekście klasowym.
To środowiskowa specyfika tego duszpasterstwa – trafianie do krakowskiej inteligencji. Są inne, bardziej polityczne przykłady tego zjawiska – Instytut Tertio Millennio założony przez ojca Macieja Ziębę miał wyraźną misję promowania neoliberalnych i konserwatywnych wartości. Środowisko Instytutu było w momencie powstania nie tylko konserwatywne teologicznie, ale i neoliberalne gospodarczo – i stało się wykładnią katolickiej nauki społecznej w Polsce. Formacja świadomie przeprowadzana była w ten sposób, przygotowując zarazem do udziału w życiu politycznym i społecznym. Ten styl myślenia przekładał się nie tylko na duszpasterstwo ludzi młodych, ale i na docieranie do dawnych działaczy ruchu solidarnościowego. Przechwytywano ich w ten sposób, starając się pokazać że „Solidarność” walczyła o wolnorynkowy model gospodarczy, ukazać jego budowę jako kolejny etap jej drogi.
Myśląc o przyszłości, dialogu Kościoła z myślą lewicową musimy pamiętać o obustronnych uprzedzeniach i je przezwyciężać. Chrześcijaństwo bez zaangażowania społecznego to oksymoron. Ja jednak muszę pozostać pozapartyjny, jeśli chcę być wiarygodnym reprezentantem Kościoła otwartego.
Ten Kościół otwarty, który kiedyś wiązaliśmy ze środowiskiem Znaku czy „Tygodnika Powszechnego”, jeszcze w ogóle istnieje?
Jako pojęcie teologiczne, idea - tak. Ale jeśli przez „Kościół otwarty” rozumie się jednorodne środowisko katolickich intelektualistów i duchownych - to czegoś takiego w tej chwili w sferze praktyki społecznej nie ma.
*ks. Jacek Prusak - jezuita, psychoterapeuta, redaktor i publicysta „Tygodnika Powszechnego”
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...