Joasia Pawłowska, Klub KP w Kaliszu: Opowiedz o swoich pierwszych filmach.
Jarek Sztandera*: Były najlepsze
J.P.: Dlaczego?
Bo były pierwsze.
J.P.: Jak wyglądały te pierwsze filmy? Napisałeś
scenariusz, wziąłeś do ręki kamerę i co było dalej? Czy wtedy już
pojechałeś z nimi na jakiś festiwal filmowy?
Nie było scenariusza. Moje pierwsze filmy powstały z
przyjaciółmi. Sam je zmontowałem i pojechaliśmy na festiwal filmu
amatorskiego (nikt wtedy jeszcze nie wymyślił, że kino może być
„offowe”, więc było po prostu amatorskie) do Polanicy-Zdrój. To były
dwa filmy i obydwa dostały Grand Prix. W jury byli Sylwester Chęciński,
Jan Peszek i ś.p. Piotr Łazarkiewicz. I mi bardzo zależało na tym, żeby
ich poznać, szczególnie Jana Peszka. Spaliśmy wtedy w muszli
koncertowej, wspólnie z przyjaciółmi i pod koniec festiwalu, kiedy
ochroniarze byli już pijani, przeszliśmy przez płot na teren, gdzie
mogłem ich znaleźć. I okazało się, że Jan Peszek to bardzo otwarty
człowiek – gdy zaczęliśmy rozmawiać zaczął mówić o moich filmach. A ja
nie wiedziałem, skąd on wie, że zrobiłem jakieś filmy. Powiedział, że
poznaje mój głos, dlatego, że w jednym z filmów, z którymi tam
pojechałem wypowiadałem pewne kwestie. Spotkanie z nim było świetne.
Poznałem też Piotra Łazarkiewicza. W moim ostatnim filmie Luksus
występują dwie małe bliźniaczki, które są jego wnuczkami.
J.P.: I potem postanowiłeś zdawać do szkoły filmowej?
Nie. Już wcześniej, od razu po maturze, próbowałem zdać
do filmówki. Ale odpadłem w pierwszym etapie, na którym odpadają Ci,
którzy nie rokują nadziei. I tak trzy razy z rzędu. Dopiero za czwartym
razem się udało.
Mikołaj Pancewicz, Klub KP w Kaliszu: To co się zmieniło w tobie, że się dostałeś?
Zrozumiałem, na czym polega egzamin wstępny.
Dowiedziałem się, że oni szukają takich młodych zdolnych, którzy nic
nie potrafią, ale chcą się uczyć. Więc przemilczałem wszystkie swoje
amatorskie filmy, a szczególnie nagrody, których wtedy miałem już sporo
z różnych amatorskich festiwali. Udałem, że nigdy nic nie nakręciłem,
nic nie potrafię, ale chcę się uczyć, no i się dostałem.
J.P.: Jak to się stało, że zdecydowałeś się zrobić
film o pielgrzymce niepełnosprawnych do Lourdes? Faktycznie usłyszałeś
o tym w radiu i stwierdziłeś, że skoro musisz zrobić film na zaliczenie
roku w szkole, to po prostu możesz zrobić o tym? Bo umówmy się – częstokroć, gdy jest artysta, to potrzebny jest bodziec, czynnik, który
w jakiś sposób wchodzi nam w głowę i wierci…
Słuchaj, to jest tak, że słyszysz w radiu reklamę
pielgrzymki, że osoby niepełnosprawne z całej Polski, z każdego zakątka
kraju, będą wsadzone do jednego pociągu (do 12 wagonów) i wywiezione do
Lourdes. Nie zainteresowałoby cię to? Mnie to właśnie zainteresowało.
Pomyślałem sobie – chcę wsiąść razem z nimi do tego pociągu.
J.P.: Czyli po prostu – niesamowitość tego przedsięwzięcia?
Tak. Oczywiście miałem osobiste motywacje. To była
choroba, która pojawiała się w mojej rodzinie. Chciałem wiedzieć, jak
inni ludzie radzą sobie z chorobą najbliższych. Po co wsiadają akurat
do tego pociągu. Co daje im takie miejsce jak Lourdes? Czym jest
nadzieja, potrzeba cudu? Wszystko to chciałem wiedzieć. Więc wsiadłem.
J.P.: Ktoś wrócił z pielgrzymki z cudem w ręku?
Myślę, że tak.
J.P.: Co masz na myśli?
Ja! Miałem film (śmiech)! Nazywa się Po cud. Wiesz,
oczywiście nie zdarzył się taki cud, że ktoś wstał z wózka czy coś
takiego, ale tam było pół tysiąca niepełnosprawnych osób.
J.P.: Sporo.
Większość z nich nigdy nie wychodzi z domu. Sam fakt, że
oni mogli wsiąść do pociągu, spotkać się z innymi ludźmi, pojechać na
drugi koniec Europy – myślę, że dla nich to już był cud. Myślę, że to
bardzo zmieniło ich życie. Przynajmniej na jakiś czas.
J.P.: Zgadza się. Dla tych ludzi, to jest jedyna
okazja, żeby na trochę wyrwać się z domu, poznać ludzi, którzy się nimi
interesują, a nie są członkami ich rodzin. To ważne.
Tak. Myślę, że to jest problem w Polsce. To, że ludzie
niepełnosprawni nie wychodzą z domu. Nie spotykają się, nie integrują
ze zdrowymi ludźmi. I tu nie chodzi o symboliczne trzy schody, czyli
przeszkody architektoniczne. Chodzi o mentalność ludzi. Takie mamy
społeczeństwo.
J.P.: Zjechałeś z tym filmem dużo festiwali?
Pewnie, kilka kontynentów.
J.P.: Otworzyło to jakieś furtki? Pozwoliło ci to
zaistnieć, pojawiły się nagle pieniądze, które mogłeś przeznaczyć na
nowy film?
Tak. Zdarza się, że festiwale przyznają nagrody
pieniężne, które można wykorzystać przy nowym filmie. Więc pod tym
względem tak – to pomogło mi zdobyć pieniądze. Ale to są filmy
studenckie, więc to nie są duże kwoty. Więc to wszystko jest w skali
mikro.
M.P.: Jak wygląda sytuacja z finansowaniem debiutów w Polsce?
Zdecydowanie lepiej niż jeszcze kilka lat temu. PISF ma
specjalną pulę wsparcia finansowego przeznaczoną na debiuty. Powstało
też Studio Munka, którego celem jest produkowanie wyłącznie debiutów.
Moi starsi koledzy, którzy skończyli filmówkę kilka lat przede mną, nie
mieli takich możliwości.
M.P.: Co myślisz o niegdyś funkcjonującym w Polsce pomyśle Zespołów Filmowych?
To było genialne! Szkoda, że już nie istnieje.
Doświadczeni twórcy, ważne postaci, gromadziły wokół siebie ludzi
młodych. Tworzyła się taka naturalna sztafeta pokoleń. Tego brakuje
teraz – nie tylko w filmie jak sądzę. W wielu dziedzinach młodzi nie
mogą się przebić.
M.P.: Debiut filmowy koło czterdziestki – czy to jest normalne?
No właśnie – to jeden z przykładów. Ale to się zmienia. Jest coraz lepiej.
J.P.: Film Luksus podejmujący ważny temat – tutaj
też było tak, że usłyszałeś jakąś historię w radiu, przeczytałeś jakąś
informację w prasie?
Nie mogę o tym opowiedzieć.
J. P.: Dobrze, więc powiedz, jak wyglądały początki
pracy przy tym filmie. Zacząłeś od pójścia na dworzec, czy poszedłeś od
razu do fundacji, która zajmuje się przypadkami dzieci – ofiar
pedofilów, dziećmi prostytuującymi się?
Przez rok pisaliśmy z Tomkiem Olejarczykiem scenariusz i
wspólnie, również z operatorem Radkiem Ładczukiem, chodziliśmy po
różnych miejscach. Spotykaliśmy się z tymi dziećmi, rozmawialiśmy ze
streetworkerami i z psychologami z różnych instytucji, m.in. z Fundacją
Dzieci Niczyje. W czasie tego roku, przez jeden tylko ośrodek, z którym
współpracowaliśmy, przewinęło się dwieście dzieci dotkniętych problemem
dziecięcej prostytucji. Scenariusz do Luksusu został zaczerpnięty z ich
życia. Prawdziwe zdarzenia ubraliśmy w jedną fikcyjną opowieść.
J. P.: Długo film powstawał?
Bardzo długo. Przez rok powstawał scenariusz. Następnie
nakręciliśmy połowę materiału, ale jeden z głównych aktorów zniknął
nagle z planu, więc film został przerwany. Potem przez pół roku
zbierałem kasę na zrobienie kolejnej wersji, to znaczy wznowienie
zdjęć. Musiałem też znaleźć nowego aktora. Nikt w tym kraju nie chciał
zagrać pedofila, alfonsa, dziecięcej prostytucji. Odmówiło nam chyba z
trzydziestu aktorów. Gdy już traciłem nadzieję nagle zgodził się
Zbyszek Zamachowski. Tak więc w końcu nakręciliśmy film i później
jeszcze przez rok go montowałem. Chcieli mnie autentycznie wyrzucić za
to ze szkoły, bo jeszcze nikt tak długo nie kręcił tam filmu.
J. P.: Jak udało ci się wciągnąć w ten projekt Zbigniewa Zamachowskiego?
Zbyszek nie miał żadnych oporów. Gdy dałem mu scenariusz
do ręki oddzwonił po dwóch godzinach i powiedział: róbmy to! Musisz
pamiętać, że to jest film studencki, więc żaden aktor nie mógł
wiedzieć, czy ten film się uda. Myślę, że wielu bało się po prostu
obciachu. Poza tym film powstawał kilka lat temu, a więc w czasie gdy
pedofilia była jeszcze w dużym stopniu tematem tabu. Zbyszek
Zamachowski nam zaufał. Pracował dla filmu właściwie charytatywnie.
Bardzo nam pomógł. Super człowiek.
J. P.: Nie czuliście się w pewnym momencie ciężko z powodu podjętej tematyki?
Oczywiście, tak. Dzieci, które grają główne postaci cały
czas były pod opieką psychologów z Fundacji Dzieci Niczyje – przed, w
trakcie i po filmie. To trudne, by nie zrobić krzywdy naszym młodym
aktorom.
J. P.: Główny bohater filmu – Luksus, którego gra Piotr Sokołowski został wyłoniony w castingu?
Bardzo długo szukaliśmy odpowiedniej osoby. Chodziliśmy
po wszystkich szkołach na Pradze. Szukaliśmy kogoś w odpowiednim wieku.
J. P.: Jesteś teraz w trakcie robienia czegoś nowego?
Tak, chcę zrobić debiut. Film pełnometrażowy.
M. P.: Po co robić filmy? Dla rozrywki, po to, by filmy miały rolę społeczną? Mają?
Filmy robi się po to, by ktoś mógł je oglądać. A jak je
ogląda, to mają na niego wpływ. To mniej więcej tak samo jak wpływ
księżyca, który teraz na nas świeci. Kiepskie filmy też mają wpływ,
tyle, że kiepski wpływ. Ja robię film po to, by się komunikować.
Jakbyśmy nie rozmawiali ze sobą, to nie bylibyśmy ludźmi.
M. P.: Czyli ty coś komunikujesz poprzez swoje filmy?
Takie jest założenie.
M. P.: Są ludzie, którzy odżegnują się od całkowitego zaangażowania sztuki w życie społeczne, uważają, że to krzywdzi sztukę.
To wszystko zależy od kontekstu. Zgadzam się z tym, że
jeżeli ktoś robi agitkę polityczną i nazywa to sztuką, no to… kłamie.
Wojciech Marczewski powiedział u nas w szkole filmowej bardzo fajną
rzecz, że jak ktoś jest erudytą, potrafi świetnie komunikować się z
ludźmi za pomocą słowa, to niekoniecznie robi później dobre filmy. Po
prostu jego potrzeba komunikacji została już zaspokojona. Ja nie o
wszystkim potrafię mówić, dlatego robię filmy. Jeżeli próbujesz
stworzyć dialog, to po to, by to oddziaływało na ciebie i na osobę, z
którą dialogujesz. I w takim kontekście film jest wpływaniem na innych
ludźmi.
J. P.: Więc to prawda, że sztuka jest sztuką, gdy ma odbiorcę?
Tak, potrzebny jest ten ferment, dialog właśnie.
M. P.: Dla Ciebie to może jest oczywiste, że ludzie
robią filmy po to, by się komunikować, ale nie dla wszystkich. Nie
tylko po to robi się filmy.
Na pewno są różne motywacje, jasne. Ale dla mnie dialog
jest ważny i to od samego początku. Kiedy piszę scenariusz, i na
przykład jadę do Fundacji Dzieci Niczyje, tam zaczyna się dialog.
Słucham o czyichś problemach, poznaję inny świat. W trakcie zdjęć
komunikuję się z wieloma osobami na planie (z aktorem, operatorem,
dźwiękowcem, scenografem, itd.). Razem tworzymy jakąś wypowiedź.
Później, w czasie montażu, zdarza się taki magiczny moment, w którym
film nabiera własnej tożsamości. Zaczyna przemawiać i trzeba się w
niego wsłuchać, podążać za nim. Nagle okazuje się, że film wie o filmie
więcej niż ja i montażysta. Bardzo lubię ten moment, bo dowiaduję się
czegoś nowego. A na końcu film dialoguje z widzem. Tak więc pośrednio
widz dialoguje z tym pierwszym dzieciakiem, z którym kiedyś rozmawiałem
w fundacji, ale nakłada się na to wrażliwość wielu ludzi, którzy film
współtworzyli. To wszystko jest poznawaniem świata innymi oczami.
Dialog.
Rozmowa ukazała się na www.dziennik-wielkopolski.pl
*Jarek Sztandera kończy reżyserię w Szkole Filmowej w Łodzi.
Jego krótkometrażowe filmy: dokumentalny Po cud oraz fabularny Luksus, były pokazywane i nagradzane na kilkudziesięciu festiwalach
filmowych od Alaski, przez obie Ameryki, Europę, Ural, Australię i
Singapur. Film Luksus otrzymał także prestiżową nagrodę na jednym z
najważniejszych festiwali krótkometrażowych na świecie w
Clermont-Ferrnad. Za wybitne osiągnięcia artystyczne Jarek Sztandera
został nagrodzony przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
programem stypendialnym „Młoda Polska”.
Klub Krytyki Politycznej w Kaliszu zorganizował przegląd filmów reżysera Sztandera Fest.
Na podobny temat
|
..się tak w szpitalach traktuje. Choć...
Ależ, co się będą lekarze pacjentami ...