Piotr Gruszczyński: Dlaczego uważasz, że teatr to właściwe
narzędzie do krytykowania rzeczywistości społecznej i politycznego
porządku?
René Pollesch: Teatr to nie tylko instrument
krytycznego wypowiadania się o społeczeństwie, to także miejsce, które
samo domaga się krytyki. Ci, którzy chcą się tutaj wypowiadać w sposób
krytyczny, nie mogą czynić wyjątku dla siebie samych. Musimy mieć
możliwość kwestionowania naszych sposobów życia czy warunków pracy w
teatrze, nie traktując go jak jakiegoś neutralnego miejsca, z którego
wolno krytykować wszystko i wszystkich oprócz samego siebie.
Co
więcej, teatr może być przestrzenią do tego, by niekoniecznie odtwarzać
w niej społeczny konsensus w takich np. kwestiach jak przypisanie
specyficznych ról określonej płci - w teatrze nie są potrzebne te same
wizerunki kobiety i mężczyzny czy inne czarno-białe przeciwstawienia,
jakie obserwujemy na co dzień. Teatr mógłby stać się miejscem, gdzie
zostanie zakwestionowana np. obowiązująca w społeczeństwie
heteroseksualność.
Sądzę też, że teatr ciągle jeszcze jest
obszarem, o którym nie powinniśmy myśleć w kategoriach ekonomicznych,
nie należy go nastawiać jedynie na zysk. Jestem oczywiście świadom, że
jest z tym coraz gorzej, także w Niemczech, gdzie teatry, jakkolwiek
mocno dofinansowywane, działają coraz bardziej „gospodarczo” z
orientacją na zysk. Presja ze strony polityki, której przejawem są
cięcia w wydatkach na kulturę, jest tak duża, że teatry zachowują się
coraz bardziej defensywnie - ale subwencje są chyba po to, żeby
pozwalać sobie na coś, co się nie opłaca.
To dość
niezwykłe - większość reżyserów realizuje repertuar, prześcigając się w
oryginalnych interpretacjach. Ty używasz jedynie własnych tekstów,
nigdy nie wystawiasz cudzych sztuk. Dlaczego?
Tych,
którzy wystawiają klasyków, a więc reprezentantów sztuki z kanonu
wykształconego mieszczanina, postrzegam jako - by rzec radykalnie -
leniwych myślowo. Potrafią tylko przejmować to, co jest, odnosić się do
swoistej konwencji określającej, czym jest teatr. I to właśnie wydaje
mi się z gruntu leniwe. Przeszkadza mi w teatrze właśnie to, że wszyscy
polegają na konwencji i nie ma nikogo, kto zechciałby użyć teatru jako
czegoś nowego, jako narzędzia. Kiedy dwudziestu różnych reżyserów w
Niemczech wystawia Hamleta 20 razy w roku, to każde
przedstawienie będzie miało recenzje krytyków z całego kraju, od całej
niemieckiej felietonistyki! Ja robię sześć, maksymalnie osiem sztuk w
roku, i może cztery z nich zostaną w ogóle omówione. W Niemczech za
prawdziwego reżysera wciąż jeszcze uchodzi taki, który wystawia
klasyków.
Ja tego „klasycznego sportu” do niczego nie potrzebuję.
Nie potrzeba mi medalu „Za wystawienie Hamleta”. Inscenizowanie
klasyków w ogóle mnie nie interesuje, bo ich teksty są niedzisiejsze.
Skoro za każdym razem muszę w nich odkrywać: co ja mam z nimi
wspólnego, to na taką robotę zwyczajnie nie mam ochoty. Sądzę, że dla
teatru byłoby dobrze, gdyby opanowali go ludzie, którzy mają coś do
powiedzenia, coś do zdziałania, a nie tylko tacy, co pragną zachować
muzeum. Gdyby np. Donna Haraway, na której teorie często się powołuję,
zechciała robić teatr, to mógłby on być o niebo lepszy od tego, który
ja sam jestem w stanie zrobić. Ale ponieważ ona się tym nie zajmuje, to
więc ja, który uważam jej teksty za ważne, muszę próbować jakoś je
wprowadzić do teatru.
W kinie od czasu Dogmy Larsa von Triera mamy
prawdziwą rewolucję. Dziś każdy może zrobić film małą kamerą cyfrową i
nie potrzebuje do tego całego studia; każdy, kto ma coś do powiedzenia,
może nakręcić film. W teatrze niestety niczego takiego nie ma. W
teatrze, żeby wyprodukować jedno przedstawienie, trzeba trzymać w
garści tę całą maszynerię. Donna Haraway nie ma do tego dostępu, wcale
jej to zresztą nie interesuje - ale ona ma coś do powiedzenia!
Niestety, w teatrze głos mają artyści, którzy tę całą aparaturę być
może i potrafią obsłużyć, ale nie mają zbyt wiele do przekazania. Przy
tym dobrze wiem od aktorów, których niezwykle cenię, jak ważne jest
właśnie poczucie, że na scenie mówi się tekst, jaki samemu uważa się za
ważny, który pozwala spojrzeć z dużą ostrością na rzeczywistość i
własne w niej stosunki.
W swych sztukach wykorzystujesz
wiele tekstów filozoficznych. Czy uważasz, że teatr to lepsze miejsce
dla ich rozumienia niż dom, w którym można je samemu przeczytać?
Sami
autorzy teorii, na które się powołuję, twierdzą, że na scenie sporo by
one zyskały. Pokazujemy bowiem, jak podmioty są w nie uwikłane. W
teatrze możemy przeprowadzić próbę zastosowania tych teorii. W teatrze
mamy ciała, które z tymi teoriami obcują, ciała uwikłane w teorie. Nasz
teatr nie ulepsza teorii, jedynie wskazuje, że one są stosowalne. Że
mają coś wspólnego z naszym życiem.
Powiedziałeś kiedyś,
że reżyser, który tak jak Ty odniósł sukces, nie ma prawa wypowiadać
się w imieniu „skrzywdzonych i poniżonych”, którzy nawet nie mogą kupić
sobie biletu na jego przedstawienie. Czy sądzisz zatem, że teatr może w
jakiś sposób walczyć za tych ludzi?
Według mnie
odpowiedź na to pytanie nie polega na rozstrzygnięciu kwestii, czy ja,
który jestem w teatrze, mogę mówić za tych, których w nim nie ma. Rzecz
w tym, że w teatrze dominuje pewien konstrukt, pozycja narracyjna, z
której teatr się wypowiada, a którą uważa się za neutralną. Ta pozycja
jest biała, męska i heteroseksualna, a mi chodzi o to, żeby pokazać, że
ona wcale nie jest neutralna. Ta pozycja zawsze oddziałuje tak, jak
gdyby jej wcale nie było. Ale przecież ona jest tym jedynym, co tak
naprawdę jest! Pozycja narratora istnieje! Sądzę, że teatr powinien np.
mówić, że ci, w imieniu których się wypowiada, mają przecież swój
własny język! To w ten właśnie sposób teatr mógłby się upominać o
„skrzywdzonych i poniżonych”, potwierdzając, że oni mają własny język.
I że ten język należy brać poważnie. Bo teraz teatr traktuje poważnie
jedynie swój własny język - biały, męski i heteroseksualny - zaś o
wszystkich pozostałych mówi się: oto ci Inni, im brakuje własnego
języka i dlatego w teatrze trzeba mówić za nich. Ci ubodzy i nędzarze
wpisywani są w określony wizerunek i takimi są pokazywani w teatrze.
Tyle tylko, że ten wizerunek jest moim zdaniem nieprawdziwy. Teatr cały
czas, gdy mówi o innych, podkreśla - to są Inni. A ja chętnie
zakwestionowałbym to ciągłe przedstawianie kogoś jako Innego.
A więc także aktorzy powinni mówić we własnym imieniu?
Powinni raczej mówić o tym, w którym miejscu swego życia napotykają Innych. W moim ostatnim przedstawieniu Der Tod eines Praktikanten
(„Śmierć praktykanta”) pierwsze zdanie brzmi: „Gdzie mam z Tobą do
czynienia?”. Gdzie ja - jako członek klasy średniej - mam styczność z
tym Innym, np. nędzarzem. Ten właśnie stosunek można pokazać, o tym
można mówić. Ale nie beze mnie samego, lecz o tym, gdzie ja mam do
czynienia z Innym. Aktorzy nie mówią o sobie, to zawsze jest
nieporozumienie. Jeśli ktoś mi mówi: robi pan teatr o samym sobie,
odpowiadam: nie! To wy robicie teatr o samych sobie, tylko tego nie
zauważacie! Pomijacie pozycję narratora, która może o wszystkim mówić.
Przeoczacie to, kto tam mówi. Tak właśnie jest. Na scenie nie stoją
nędzarze, lecz biała, męska, heteroseksualna pozycja narratora, której
zdaje się, że może mówić o wszystkim i za wszystkich. I która uważa
samą siebie za neutralną - uważa, że nie jest problemem i wreszcie
przeocza samą siebie. Tak, mówimy o sobie samych, ale nie chodzi tu o
anegdoty z życia wzięte ani o biograficzne detale, ale o rzeczy, w
które jesteśmy uwikłani. A uwikłani jesteśmy także w życie
„skrzywdzonych i poniżonych”, pozostaje pytanie: gdzie? I właśnie o tym
„gdzie?” można rozmawiać.
Twierdzisz, że nie jesteś
przeciwko kapitalizmowi, mógłbyś to wyjaśnić? Twój teatr postrzega się
często jako antykapitalistyczny, a więc taki, który walczy z systemem.
Muszę
przyznać, że wszystko to, co robimy, ma bardzo ambiwalentny charakter.
Nie jesteśmy sceną agitacyjną, antykapitalistyczną. Na przykład moja
sztuka Pablo w
markecie Plusa jest bardzo ambiwalentna, niesie ze
sobą nie tylko krytykę strategii neoliberalnych, ale pokazuje też
immanentną intensywność, jaką wytwarzają, która nas tak bardzo
interesuje. Sztuka nie mówi po prostu, że „neoliberalizm jest do dupy”,
ale bierze też pod lupę ten rodzaj energii i intensywności, jaki
neoliberalizm uwalnia i jaki możemy afirmować. Chciałbym spojrzeć na
kapitalizm bez uprzedzeń moralnych, nie zamierzam go „opracowywać”
moralnie - a to prowadzi do ambiwalencji, w ramach której muszę
powiedzieć „tak” niektórym jego wytworom.
Nie powiedziałbym, że
robimy teatr prokapitalistyczny, ale raczej teatr, który kapitalizmem
się zajmuje i w kapitalizmie pojmuje sam siebie. W sztukach
mieszczańskich zawsze jest tak, jakby to, o czym mowa, było jak
najdalej od kapitalizmu, jakby miłość czy moralność nie miały z nim nic
wspólnego. My mówimy zaś, że miłość i moralność mają swe miejsce
właśnie na terytorium kapitalizmu.
Sądzisz, że w ogóle jest jakaś alternatywa dla kapitalizmu?
Na
to pytanie niestety nie mogę odpowiedzieć. Wierzę, że może istnieć
ludzki kapitalizm. Ale trzeba by przy tym na nowo zdefiniować
człowieczeństwo. Dotychczasowe mieszczańskie wyobrażenie
człowieczeństwa nie upora się z kapitalizmem. Zresztą nie rwę włosów z
głowy dlatego, że nie ma alternatywnego projektu. Powiedziałbym, że
zajmuję się szczególnie kapitalizmem, który do nas dotarł, który ma
swoje miejsce w nas samych.
Należysz do reżyserów, którzy
swój sukces i pozycję zbudowali na krytyce społeczeństwa. W Polsce taka
sytuacje wydaje się bardzo dwuznaczna: artysta walczy, krytykuje, aż
nagle wchodzi na szczyt. Co wtedy? Można przy tym pozostać uczciwym?
Wydaje
mi się, że w pierwszym roku moich sukcesów udało mi się podjąć trafną
decyzję. W trakcie każdego dosłownie wywiadu tematem czyniłem własny
sukces. Jako paradygmatyczną dla nowej gospodarki historię osiągnięć -
tak chętnie powtarzaną w neoliberalnych kręgach: „znowu się komuś
udało!”. A więc nie zachowywałem się tak, jak gdyby tego sukcesu wcale
nie było. Ciągle zastanawiam się nad tym, co zachodzi w moim życiu, nie
jestem więc ślepy i na to. Jeśli odniosłem sukces, to nie mogę pisać
jako nieudacznik, ufając, że pozycja narratora i tak przecież jest
neutralna i nie jest dostrzegana, niezależnie od relacji ekonomicznych,
w jakich po uszy tkwię.
Sztukę Heidi Hoch z 1999 roku napisałem jako niepewny swego bytu artysta, sztukę Telefavela
z 2003 jako przedsiębiorca z przypadku. „Z przypadku”, gdyż zawsze
chciałem być artystą, a nie biznesmenem - nie mogę jednak przechodzić
do porządku dziennego nad tym, że jestem także przedsiębiorcą. Swój
sukces zawsze zaznaczałem w wywiadach jako problem. Mówiłem także, że
artyści, którym się udało, popierają stosunki neoliberalne. Często
mówię, że jestem właśnie przedsiębiorcą z przypadku. Opowiadam o tym i
robię o tym przedstawienia. A zatem - nie odgrywam bynajmniej
bezrefleksyjnie roli lewicowego, postępowego artysty.
Na
koniec chciałbym zapytać o lektury - czy mógłbyś wskazać teksty, które
w Twoim przekonaniu młody reżyser powinien przeczytać? Oczywiście jeśli
interesuje go teatr krytyczny.
Wskażę tylko kilka: Donna Haraway The Companion Species Manifesto: Dogs, People, and Significant Otherness i Manifest cyborgów, Michel Foucault Życie niegodziwych ludzi, Giorgio Agamben Profanacje, Homo Sacer, Das Offene, Judith Butler: Bodies that matter: on the discursive limits of „sex” i teksty Slavoja Žiżka.
Tłumaczenie: Michał Sutowski.
Foto: Dorota Głażewska.
Warszawa, 18 kwietnia 2007
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...