|
Jaś Kapela, Krytyka Polityczna: Po co potrzebujemy ustawy o związkach partnerskich?
Katarzyna M. Piekarska, posłanka, wiceprzewodnicząca SLD: W Polsce coraz więcej par żyje w związkach nieformalnych, zarówno hetero-, jak i homoseksualnych. To po prostu fakt. Wszyscy jesteśmy równi wobec prawa, a skoro tak, to również te osoby, jako obywatele, powinny móc korzystać z rozwiązań prawnych, które ułatwią im życie codzienne. Nasz projekt wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom. Zawarte w nim przepisy mają pomóc ludziom w rozwiązywaniu problemów, które stawia przed nimi życie, nikogo nie ogranicza on w jego prawach, nie zrównuje też w sensie prawnym związku partnerskiego z małżeństwem, które nadal pozostaje związkiem kobiety i mężczyzny. Jest więc zgodny z konstytucją. Trudno dopatrzeć się w tej ustawie czegoś kontrowersyjnego; wbrew obawom niektórych, nie zawiera on np. kwestii dotyczących adopcji dzieci.
Przeciwnicy tej ustawy twierdzą, że takie codzienne sprawy można regulować i w tej chwili. Można pójść do notariusza i spisać odpowiednie oświadczenia, dać pełnomocnictwo lekarzowi, spisać testament. Według nich ustawa jest zwyczajnie zbędna.
To prawda, że takie możliwości istnieją. Jednak życie nie funkcjonuje wedle nakreślonych, sztywnych reguł. Zdarzają się sytuacje, w których takie rozwiązania nie wystarczą. Owszem, można dać pełnomocnictwo lekarzowi – ale co, jeśli wydarzy się coś nagłego? Osoba po wypadku może się znaleźć w śpiączce, czyli w stanie uniemożliwiającym upoważnienie kogokolwiek do czegokolwiek. Może przydarzyć się komuś zawał lub udar, a wówczas też nie będzie on zdolny do wydania odpowiedniej dyspozycji. W takich sytuacjach często bywa, że partner tej osoby pojawia się w szpitalu, by dowiedzieć się o jej stań zdrowia i rokowania, i – odchodzi z kwitkiem. Traktowany jest jak obca osoba. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by rozumieć, co czuje partner chorego, którego życie jest zagrożone!
Jasne, że można zapisać majątek partnerowi w testamencie, ale wtedy dziedziczy on, jako osoba obca, co obciążone jest bardzo wysokim podatkiem, a najbliższa rodzina może wystąpić o zachowek. Nam zależy na tym, żeby osoba pozostająca w związku partnerskim mogła dziedziczyć tak jak osoby z pierwszej grupy spadkowej. Kolejny przykład – prawo do pochowania zmarłego. W ustawie dotyczącej tego zagadnienia jest bardzo dokładnie opisane, kto może pochować zmarłego. Nie ma tam wzmianki na przykład o partnerze homoseksualnym. Często bywa tak, że gdy umiera jeden z partnerów, cały majątek, mimo że przecież został wypracowany przez nich wspólnie, zabiera rodzina zmarłego, zaś partnera pozostałego przy życiu pozbawia się miejsca wspólnego zamieszkania, nieraz także środków do życia, ba, zabrania mu się nawet uczestniczenia w pogrzebie. Podkreślę to po raz kolejny: te przepisy nie są wcale kontrowersyjne. Bazując na ustawach, które istnieją, chcemy rozszerzyć krąg osób uprawionych do odpowiednich świadczeń czy do pochowania zmarłego – o osoby pozostające w związku partnerskim.
Warto przy tym zwrócić uwagę, że w całej dyskusji kompletnie pomija się rzecz najistotniejszą, najbardziej ludzką – więź uczuciową łączącą partnerów. Zostaje ona całkowicie zlekceważona, zignorowana, choć zasługuje na najwyższy szacunek, tak samo jak więź łącząca pary będące w „tradycyjnych” związkach. Jest to odhumanizowane spojrzenie na sprawy głęboko ludzkie.
Ta ustawa wzbudza jednak kontrowersje. Choćby kwestia tworzenia praw dla osób, które nie są małżeństwem.
Zauważmy, że jest coraz więcej rozwodów. To fakt, nie domniemania. Polska nie jest tu odosobniona, bo to tendencja ogólnoeuropejska. Ponadto przybywa osób heteroseksualnych, które w ogóle nie decydują się na wejście w związek małżeński. Obecnie nawet dwadzieścia procent dzieci rodzi się poza takimi związkami. Tego nie wolno ignorować. Ustawodawca musi reagować na zmiany zachodzące w społeczeństwie. Prawo powinno być przyjazne ludziom. Przeciwników naszej ustawy pragnę zapewnić, że „obrzydzanie życia” osobom niechętnym zawieraniu tradycyjnego małżeństwa, przez obstrukcję w prawnym regulowaniu ich sytuacji, nie przyczyni się do wzrostu entuzjazmu tych osób do stanu małżeńskiego. Co najwyżej, wywoła się tylko u nich głębokie rozczarowanie tym, że ci, którzy powinni dostrzegać ich problemy i rozwiązywać je – politycy – nie szanują ich wyborów i decyzji, do których przecież jako obywatele, mają prawo!
Rozumieją to politycy w innych krajach i to niezależnie od opcji. Tego typu tematy zwykle kojarzy się z lewicą – a przecież na Zachodzie także prawicowe partie popierają związki partnerskie. W wielu europejskich krajach ta dyskusja już się odbyła, temat nie budzi już żadnej sensacji. W Polsce dyskutujemy od ośmiu lat - od kiedy Maria Szyszkowska przedstawiła pierwszy projekt takiej ustawy. Warto to odnotować, bo osiem lat temu trzeba było mieć naprawdę dużą odwagę, aby przygotować taki projekt, narażając się na ostracyzm ze strony znacznej części establishmentu. Wydawałoby się, że czasu na dyskusje było dość. A jednak, gdy jeżdżę na spotkania, na których ludzie pytają mnie o tę ustawę i nagle dowiadują się, że chodzi o takie zwykłe sprawy, jak stosunek najmu, pochówek, szpital, dziedziczenie, objęcie renty po zmarłym partnerze, zabezpieczenie socjalne, to pytają mnie: o co w tym wszystkim naprawdę chodzi, że nie udaje się tego wprowadzić w życie?
Trudno powiedzieć „odbierzmy rentę osobom homoseksualnym”. Łatwiej straszyć „chcą nasze dzieci”.
To mit, że osoby homoseksualne nie wychowują dzieci. Otóż kilka tysięcy dzieci w Polsce, niektórzy mówią, że między pięć a piętnaście tysięcy, wychowuje się z osobami tej samej płci. Szczególnie w dużych ośrodkach nierzadko dzieci są wychowywane przez dwie kobiety, które mieszkają ze sobą. Na ogół nikt się tym nie interesuje, to jest problemem głównie w małych społecznościach. Wiele takich par zwraca się o pomoc do Kampanii Przeciw Homofobii czy do polityków zajmujących się tymi kwestiami.
Kolejny przykład z życia: małżonkowie, którzy mają dziecko, rozwodzą się. Powodem jest decyzja podjęta przez jednego z partnerów, aby żyć zgodnie ze swoją orientacją homoseksualną. W sądzie drugi małżonek postuluje, aby zakazać lub w znaczący sposób ograniczyć kontakty dziecka z rodzicem, który podjął decyzję o rozstaniu. Czy ojcostwo kogoś takiego jest mniej wartościowe od czasu, gdy matka dziecka dowiedziała się o rzeczywistych preferencjach seksualnych ojca? Czy macierzyństwo takiej matki, która zdecydowała się na odejście od mężczyzny do innej kobiety, jest od tej chwili mniej „macierzyńskie”? W związkach lesbijskich kobiety mogą mieć dzieci, chociażby poprzez zapłodnienie metodą in vitro. Od problemu dzieci w takich związkach, więc nie uciekniemy. A nie można nikomu zabronić ich posiadania.
Przeciwnicy twierdzą, że dziecko w takiej nietypowej rodzinie nie ma właściwego wzoru rodziny, że taka rodzina jest mniej wydolna wychowawczo. Ta dyskusja przypomina kłótnie o antykoncepcję: czy utrudniając dostęp do środków antykoncepcyjnych, ograniczymy liczbę aborcji i niechcianych ciąż? Mówmy o rzeczywistości, a jest ona taka, że znaczący procent dzieci (są klasy szkolne, gdzie jest ich ponad połowa) nie wychowuje się w owych zgodnych, cudownych, modelowych rodzinach, lecz w rodzinach zdekomponowanych, tylko z jednym z rodziców. A czy rodziny, w których panuje przemoc i alkohol, są takimi prawidłowymi wzorami? Chyba więc nie tu jest problem? Innym zagadnieniem jest adopcja dzieci obcych. Gdy w związku jest dziecko będące biologicznym potomkiem jednego z partnerów, pojawia się pytanie, czy stworzyć relacje prawne z drugim partnerem? Moim zdaniem, takie rozwiązanie leży w interesie dziecka. Gdyby biologicznej mamie albo tacie stało się coś złego, dziecko mogłoby być nadal wychowywane przez partnera rodzica, z którym przebywało przecież na co dzień, z którym zbudowało już więzi emocjonalne. Nie musiałoby ono trafić do placówki opiekuńczo-wychowawczej albo do rodziny, która na przykład w ogóle dotychczas nie interesowała się ani tym dzieckiem, ani jego rodzicem.
A jakie jest pani stanowisko w sprawie adopcji w przypadku, gdy dziecko nie jest biologicznym potomkiem żadnego z partnerów?
Nadrzędnym celem zawsze powinno być dobro dziecka. Nie sądzę, aby dzieci wychowujące się w takich rodzinach były nieszczęśliwe, bo to zupełnie nie zależy od orientacji seksualnej opiekunów. Wydaje mi się jednak, że opinia publiczna nie jest na to jeszcze gotowa. W dodatku często dochodzi do nieporozumień: ludzie nie odróżniają orientacji homoseksualnej od ewidentnego zboczenia, jakim jest pedofilia. A takie podejrzenie o pedofilię rodzi strach. Szczególnie wyraźnie widać to w dyskusjach o adopcji dzieci. W naszym społeczeństwie, takim jakie ono jest dziś, dziecko adoptowane przez parę homoseksualną, delikatnie mówiąc, nie miałoby „fajnie”. Zrozumienie i akceptacja społeczna przyjdą z czasem, jednak trzeba wykonać wielką pracę edukacyjną.
Świadome tego są same środowiska zainteresowane tą sprawą. Kiedy przyjrzymy się ankiecie przeprowadzonej wśród par homoseksualnych, w której zawarto pytanie „Czego oczekujesz od ustawy o związkach partnerskich?”, to widzimy, że odpowiedź dotycząca adopcji dzieci uplasowała się na szarym końcu postulatów. Myślmy, więc o tym, jak uprościć życie ludziom, których sytuacja prawna nie jest łatwa. Moim zdaniem, przeciwnicy, znając stan społecznej wiedzy (a raczej niewiedzy) na ten temat, celowo starają się zawęzić problematykę ustawy do kwestii adopcji dzieci, choć w naszym projekcie jej nie ma! Nie dajmy się wprowadzić na tę ścieżkę. Sądzę, że jednak w społeczeństwie i wśród polityków powoli rośnie zrozumienie dla problemów osób będących w związkach partnerskich. Pracujmy nad wyjaśnieniem społeczeństwu, czego ten projekt dotyczy. Jestem dobrej myśli, pamiętając o obietnicy prezydenta Bronisława Komorowskiego, który powiedział, że jeżeli ta ustawa „przejdzie” przez parlament, to on jej nie zawetuje.
Platforma blokuje jednak ten projekt. Marszałek Schetyna uważa, że jeszcze nie nadszedł czas na takie tematy.
To jest ciekawe, bo kiedy rozmawia się z politykami tej partii w kuluarach, to nie są oni temu przeciwni. Moim zdaniem trudno być na „nie”. Bo niby, dlaczego? Ta ustawa w żaden sposób nie godzi w rodzinę czy w instytucję małżeństwa par heteroseksualnych. Po prostu ułatwia tylko ludziom życie.
Posłowie głosują jednak tak, jak partia każe.
To prawda. Tutaj jednak wyborcy powinni mieć dużo do powiedzenia. Dobrym rozwiązaniem jest poruszanie tego tematu w trakcie kampanii wyborczej, podobnie jak podnoszenie innych kontrowersyjnych spraw. Wyborcy powinni dopytywać o nie na spotkaniach z kandydatami. Jestem optymistką i wierzę, że ustawa o związkach partnerskich zostanie przyjęta przez Sejm przyszłej kadencji. Wszystko wskazuje na to, że Platforma Obywatelska w końcu da się przekonać. Jej elektorat nie ma nic przeciwko tej ustawie, takich rozwiązań będzie chciał szczególnie elektorat wielkomiejski.
Co ważne, podstawy do respektowania postulatów zawartych w tej ustawie możemy znaleźć także w orzecznictwie sądów. Na przykład Sąd Apelacyjny w Białymstoku podkreślił, że pod pojęciem konkubinatu należy rozumieć stabilną, faktyczną wspólnotę osobisto-majątkową dwojga osób, a ich płeć jest bez znaczenia. Jak więc widzimy, zmienia się podejście sądów w Polsce. Orzecznictwo europejskie jest dosyć jednolite w tych sprawach, dlatego przyjęcie tej ustawy jest uzasadnione także pod tym względem.
To jest ustawa napisana w znacznej mierze przez KPH?
Tak – to jest inicjatywa społeczna. To bardzo dobrze, bo została ona gruntownie przedyskutowana. Wyszła ze środowiska, którego dotyczy. Została przejrzana przez naszych prawników i sądzę, że jest to dobry projekt. Jeśli jednak PO nie zdecyduje się nad nią pracować, to myślę, że zasadne byłoby przygotowanie projektu obywatelskiego.
Moim zdaniem bardzo ważne jest, żeby mówić o kontrowersyjnych sprawach, bo w ten sposób można także edukować. Warto przytaczać badania pokazujące, że wychowywanie dzieci przez pary homoseksualne w żaden sposób im nie szkodzi.
Zgadzam się. Na całym świecie pary, także homoseksualne, które starają się o dzieci, przechodzą przez bardzo drobiazgowy proces sprawdzania ich związku: jaki jest, co się w nim dzieje. Brane są pod uwagę opinie sąsiadów. Warto też edukować ludzi, że to nie jest tak, że można kogoś „wychować na geja czy na lesbijkę”. Tacy się rodzimy, o tym decyduje nasza biologia, a tłumienie tych rzeczywistych preferencji nikomu nie wychodzi na dobre. Nie można wyleczyć się z własnej tożsamości. Tym, którzy w to wątpią, proponuję, by spróbowali na własnym przykładzie, czy są w stanie zmusić się do zachowań niezgodnych ze swoją preferencją seksualną i jak się wówczas czują. Nie ma to, jak osobiste doświadczenie, skoro wątpi się w naukowe ustalenia.
A tak na marginesie: z tym projektem powinna wystąpić pani minister Radziszewska. Tymczasem osoba, która podjęła się pełnienia takiej funkcji, skompromitowała się bezczynnością lub, jeśli już podejmowała jakąś aktywność - pozorowanymi działaniami. Pełnomocnik zajmujący się przeciwdziałaniem dyskryminacji powinien walczyć o tę ustawę z pełną determinacją, tak jak walczyła o ustawę przeciw przemocy w rodzinie Izabela Jaruga-Nowacka. Gdyby nie jej determinacja, dziś nie mielibyśmy przepisu zabraniającego bicia dzieci. Wtedy dla niektórych też był to niemal koniec świata. Pamiętam te dyskusje wzburzonych rodziców, którym wydawało się, że bez bicia stracą u dzieci wszelki autorytet. I co? Dziś w społeczeństwie jednak rośnie świadomość tego, że przemoc wobec dziecka – to także przemoc, zło, które rodzi zło.
Wierzę, że po uchwaleniu ustawy o związkach partnerskich nawet jej przeciwnicy przekonają się, że nie tylko nikomu niczego z jego praw nie ubyło, a przeciwnie: przybyło w Polsce ludzi, którym po prostu żyje się łatwiej i prościej. Komu, jak komu, ale politykom chyba powinno zależeć na zadowoleniu obywateli, którym mają służyć?
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...