|
Dlaczego właściwie napisałeś Podręcznik dla klasy pierwszej?
Trudno jest mi na to pytanie odpowiedzieć, ponieważ napisałem tę książkę po raz pierwszy 13 lat temu. Na pewno było to odreagowanie mojej własnej nauki szkolnej, szerzej – całego procesu formatowania mózgów, jakiemu jesteśmy poddawani w szkole czy poza nią. Paradoksem nauki szkolnej jest to, że wtłacza się do głowy ludziom różne niby dobre rzeczy, a jednocześnie trzeba ich przygotować do życia w świecie złym. Założyłem, że w tym podręczniku będzie mowa tylko o złym świecie.
Czyli system edukacji należałoby odwrócić?
Chciałbym, żeby ten podręcznik był nie tyle inspiracją do zmiany systemu edukacji, ile inspiracją do zmiany świata.
W jaki sposób?
Tego nie wiem, ale wiem, że świat jest zły i coś z tym trzeba zrobić.
Publicystyka, literatura zmieni świat?
Na pewno literatura przyczynia się do zmiany świata. W tej chwili oczywiście mniej, bo książki nie są czytane. Ale nie jest to relacja prosta: ja napiszę, że coś ma się zmienić, i to się stanie. To są złudzenia z epoki stalinizmu, albo jeszcze wcześniejszych. Natomiast literatura uczy bycia wrażliwym na różne rzeczy, a to jest pierwszy krok do zmiany.
Dlaczego chcesz doprowadzić do tej zmiany przez działania w organizacji lewicowej?
Ja nie wiem, czy my zmienimy system. Chciałbym, żebyśmy zmienili świat.
Nie bardzo wierzę w komunizm. Podobają mi się rozwiązania skandynawskie. W naszych warunkach przejście na takie rozwiązania byłoby gigantyczną zmianą.
Jeśli chodzi o moje najbardziej spontaniczne odczucia, to myślę liberalnie, ale od czegoś mam też rozum. Widzę, że bez dużej dawki socjaldemokracji nasza cywilizacja się rozpadnie. Widzę, że idziemy w kierunku bardzo złych rzeczy. Neoliberalny rozwój kapitalizmu doprowadził do strasznych absurdów i niesprawiedliwości. Czasami nawet do masakry. Dlatego sympatyzuję z lewicą i widzę jej ogromną potrzebę. Wspieram lewicę w Polsce, tak samo jak wspieram wprowadzanie na całym świecie rozwiązań socjaldemokratycznych.
Dla mnie jeszcze ważniejsze jest to, że lewica wprowadza ożywienie umysłowe. Dopóki nie pojawiła się „Krytyka Polityczna”, żyliśmy w Polsce w świecie zastałym, w którym nic nie mogło się zmienić. Obowiązywał jeden neoliberalny konsensus. Sytuacja, w której ktoś przychodzi i mówi, myśli coś zupełnie innego, jest bezcenna. To jest ożywienie, które pozwala oddychać, żyć. Człowiek znowu nabiera podmiotowości, może wybierać pomiędzy różnymi opcjami. Ożywia to także kulturę i sztukę.
Z twoich książek wynika, że Polska to smutny kraj. Czy jest aż tak źle?
Mam poczucie, że jest bardzo źle. Pamiętaj, że przez większość czasu mieszkam w Łodzi. Spoza Warszawy Polska wygląda zupełnie inaczej. Są takie miejsca, w których już jest nie bieda, ale nędza. Tego nie widać z Warszawy. Chciałbym też żyć w kraju, w którym ludzie czytają książki. Skandynawia ma najwyższe czytelnictwo na świecie.
Co należy zmienić, żeby Polacy zaczęli czytać?
To jest duży, bardzo skomplikowany problem. Przede wszystkim trzeba dzieci w szkole uczyć czytać na podstawie tekstów łatwych, ale dających do myślenia. W gimnazjum to powinny być opowiadania mistrzów sztuki opowiadania, takich jak Czechow, Turgieniew, Maupassant, O’Henry. Krótkie teksty z niespodzianką i z czymś jeszcze. Takie małe perełki literatury. W liceum to powinny być wielkie klasyczne powieści literatury światowej, głównie angielskiej i rosyjskiej. Na pewno nie powinny to być koszmarne, polskie lektury szkolne, które oduczają ludzi czytania.
Rodzice, nauczyciele powinni być edukowani, uczeni tego, że kontakt z internetem i mediami audiowizualnymi sprzyja rozkojarzeniu dziecka. Internet zaburza zdolność do koncentracji, do pogłębionej pracy umysłowej. Uważam, że tak samo jak się nie daje dziecku alkoholu, tak samo nie powinno się go sadzać przed internetem. Audiowizualne i interaktywne media powinny być dla ludzi pełnoletnich, którzy jak chcą sobie szkodzić, to przynajmniej podejmują odpowiedzialnie taką decyzję. Dziecko powinno być zachęcane do aktywności, powinno mieć jako rozrywkę książki, sport i działalność artystyczną, rozmaite warsztaty. Tak to powinno wyglądać.
Obecna sytuacja jest tragiczna. Musi się zmienić ogólnie system wartości. Beata Stasińska powiedziała, że o czytelnikach mówi się teraz jako o ludziach, którzy nie wiedzą, gdzie leżą konfitury. Czytanie jest dla frajerów.
Czy to oznacza, że wszystkie pokolenia, które nie są w taki sposób edukowane, są ludźmi przeznaczonymi na stracenie? Co z nimi zrobić?
Mam problem z tymi pokoleniami. Trudno mi znaleźć z nimi wspólny język (cisza) Nie wiem, co zrobić. Jak ktoś jest wyedukowany do internetu, to ma problem z przeczytaniem książki.
Ale może ją przeczytać w komputerze.
Człowiek będąc w internecie, ma ciągle dostęp do miliarda stron. Sama ta możliwość odrywa go i utrudnia koncentrację na tekście, który czyta. Internet to jest miganie, przeskakiwanie, pokusa wykorzystywania tej ogromnej wielości. Książka jest jedna, a stron jest miliard. Czyta się coś w internecie i po krótkim czasie odruchowo uaktywnia się pokusa przeskoczenia na inną stronę.
A czy powód niskiego czytelnictwa nie leży w cenie książek?
To jest tragiczna sprawa, ponieważ rynek książki w pewien sposób stał się elitarny w najgorszy z możliwych sposobów. Książka stała się prestiżowym drogim, ładnym przedmiotem. Drukuje się małe nakłady bardzo drogich książek. Ludzie próbowali wydawać książki taniej i w mniej efektowny sposób, ale księgarze nie chcą takich brać, ponieważ myślą, że takie są nieatrakcyjne, i że się nie sprzedadzą. Czyta ktoś, kogo na książki stać. Ale nie sądzę, żeby bariera cenowa była tutaj całkowicie wykluczająca, ponieważ ci, których nie stać na książki, czasem czytają je w bibliotekach.
Dużo o tym piszesz. Na czym polega problem z bibliotekami w Polsce w kontekście planów rządowych?
Platforma Obywatelska chce, aby samorządy dla oszczędności mogły biblioteki zamykać. Zamykanie nazywa się eufemicznie łączeniem. Biblioteka miałaby być łączona z jakąś remizą strażacką lub inną samorządową instytucją. Zamiast funkcjonującej, kwitnącej biblioteki, gdzie jest przynajmniej jeden bibliotekarz na pełen etat, masz norę w piwnicy, w której książki gniją i bibliotekarza zatrudnionego na 1/8 etatu. To już nie jest wtedy biblioteka, tylko składzik, w którym pleśnieją książki.
Biblioteki w małych miejscowościach są jedynymi miejscami, które tworzą kulturę i skupiają ludzi, którzy chcą się czegoś więcej dowiedzieć o świecie.
I są bardzo aktywne, licznie odwiedzane. Widziałem to wszędzie, gdzie jeździłem po Polsce. Wielka szkoda, jeżeli to zostanie zniszczone. Społeczeństwo musi uznać, że nie pieniądze są najwyższą wartością. Aby tak się stało, musimy zacząć żyć w socjaldemokracji. Trudno mi się o tym mówi, ponieważ są to rozwiązania, które trudno byłoby przyjąć tylko w Polsce, nie myśląc od razu o sytuacji globalnej. W tej chwili chyba niemożliwa już jest jakaś wielka zmiana na ograniczonym obszarze geograficznym.
A przykład krajów Ameryki Południowej?
Tamten rejon, szczególnie Argentyna, się deglobalizuje. Argentyńczycy ograniczyli elektroniczne przepływy pieniędzy, import, eksport, starają się wszystko sami wyprodukować i skonsumować, więc bezrobocie im spadło. Oczywiście, to jest jakieś wyjście, ale sądzę, że jest ono prowizoryczne. W ostatecznym rozrachunku będziemy musieli się liczyć z tym, że jesteśmy wszyscy jednością i musimy być solidarni. Nie możemy stworzyć twierdz dobrobytu, otoczonych przez morze chaosu. Powrót do państw narodowych
nie będzie ostatecznym rozwiązaniem problemu polityki, tego, jak ma ona wpływać na gospodarkę, jak bronić nas przed wszechwładzą finansów.
Czyli widzisz sens w globalnych zmianach systemowych?
Gdyby Unia Europejska zdecydowała, że wprowadza rozwiązania socjalne, to byłby to wielki krok naprzód. Gdyby podobnie zrobiły Stany Zjednoczone – to dzisiaj brzmi jak science fiction, ale w USA różne zmiany są możliwe. Amerykanie mają strasznie mocno wdrukowane do głowy ten neoliberalny mit konkurencji, samodzielności itd. Jednak bardzo silnie wdrukowane mity też bardzo silnie bywały wymazywane. Nie zachęcam w tym względzie do użycia przemocy, rzecz jasna, mam raczej na myśli to, że po każdej akcji przychodzi reakcja. W pewnym momencie w Ameryce eksploduje potrzeba solidarności. Przyjdzie taki moment. Ożywienie podczas wyboru Baracka Obamy było taką jaskółką zwiastującą nadejście ruchu zmiany. Dochodzą sygnały, że taki ruch w odpowiedzi na Tea Party próbuje się w Stanach zorganizować.
Gdyby najpotężniejsze i najbardziej zamożne państwa przeszły na socjaldemokrację, to już by było coś. Myślę, że nadzieją na przyszłość jest globalna socjaldemokracja i globalne janosikowe, które sprawi, że regiony bogate podzielą się swoimi dobrami. Ja bym się zgodził żyć o połowę biedniej, niż żyję teraz, gdybym wiedział, że jacyś Afrykanie będą mieli z tego studnię, jedzenie, szkołę. Myślę, że każdy z nas w gruncie rzeczy by się na coś takiego zgodził, gdybyśmy tylko wiedzieli, że to się odbędzie uczciwie. A nie, że jakaś mroczna kieszeń fundacji lub organizacji przeżre te pieniądze. Bo tego się ludzie boją, a neoliberałowie podsycają te strachy, które są tylko częściowo uzasadnione. Systemy w miarę transparentne i poddane monitoringowi da się budować. Oczywiście, nie ma systemów idealnych.
Ale przynajmniej jakoś funkcjonujące udaje się budować.
Jakie znaczenie dla tej zmiany mają wydarzenie z Hiszpanii, Grecji? Na ile oburzeni mogą wpływać na zmianę?
Nie wiem, czy Marsz Oburzonych na Brukselę coś zmieni, bo politycy pod wpływem takich nagłych wybuchów zmieniają retorykę, a potem, kiedy się uspokoi, wracają do swojej codziennej praktyki. Te ruchy powinny się zorganizować i mieć swoje sztaby mózgowe, swoich intelektualistów. Powinni stworzyć struktury, które będą ciągle działały i monitorowały działania polityków. Na koniec – powinny mieć swoich własnych polityków.
Oni jednak domagają się realnej partycypacji w demokracji. Nie chcą „robić wielkiej polityki”, oni nie domagają się wprowadzenia do parlamentu swoich ludzi.
Chcą raczej decydować o budżecie regionu. Nie wiem, na ile takie eksperymenty są podatne na manipulacje i na ile obywatele realnie biorą udział w tym ustalaniu budżetu, a na ile jest to sposób na to, żeby pod pozorem obywatelskiej aktywności hulali tam lobbyści. Oni zawsze będą najbardziej aktywni i czujni. To wszystko brzmi sympatycznie, ale podchodzę do tego z taką ostrożną sympatią.
Co więc?
Myślę, że przede wszystkim organizacja. Jak została zbudowana socjaldemokracja skandynawska? Ludzie się zorganizowali i socjaldemokrację wystrajkowali. Wyemanowali również partię polityczną. W Polsce mamy dobry wzorzec działania, czyli pierwszą Solidarność. Gdyby udało się zorganizować kilka milionów osób, które byłyby w stanie wystrajkować znaczące zmiany, to byłaby taka rewolucja, jakiej potrzeba. Bez strzelania, niepotrzebnej przemocy.
Przemoc rewolucji mogłaby się ograniczyć do zajmowania zakładów pracy, instytucji rządowych. Nie chodzi o likwidację własności prywatnej, kapitalizmu. Raczej o socjaldemokratyczną zmianę polityczną, która nie obyłaby się bez dużej mobilizacji, strajków okupacyjnych, protestów. Potrzebujemy rewolucji przyjaznej.

Rys. Hanna Gill-Piątek
Rozmowa ukazała się Notesie na 6 tygodni nr 71.
Arek Gruszczyński jest członkiem zespołu Fundacji Bęc Zmiana. www.funbec.eu
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...