|
Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Dziś mija 10 rocznica ataków z 11 września. Jakie jego skutki są odczuwane do dziś?
David Ost: Nie ma jednego dziedzictwa 11 września. Co więcej, jak w przypadku wszystkich dziedzictw, i to jest konstruowane na nowo każdego dnia. Dla republikanów jest to głównie środek do mobilizowania agresywnego patriotyzmu. Demokraci z kolei chcieliby pokazać, że obecny prezydent Barak Obama, „dokończył robotę”, zabijając Osamę ben Laden. Osoby na lewicy w ogóle nie chcą upamiętniać tych wydarzeń i jeśli mówią o jakimś dziedzictwie 9/11, to odnoszą się raczej do trwającej wciąż wojny. Ostatnio nawet mainstreamowe media zaczynają zwracać na to uwagę.
Niedługo odbędą się w Stanach wybory prezydenckie. Czy 11 września wciąż wpływa na decyzje podejmowane nad urnami?
Nie wydaje mi się. Nie wykluczone, że miało to jakiś wpływ w 2004 roku, ale nie teraz. Przede wszystkim dlatego, że demokraci nie uciekali od tematu ani nie starali się zrzucić całej odpowiedzialności na republikanów. W Polsce środowiska prawicowe twierdziły, że nie wystarczająco dużo osób straciło stanowiska po katastrofie smoleńskiej. W Stanach, choć administracja Busha była całkiem kompletnie nieprzygotowana na takie wydarzenia, a luki w systemie bezpieczeństwa spowodowały śmierć tysięcy ludzi, to nikt nie został pociągnięty za to do odpowiedzialności. Kraj przeżył mocną traumę, ale nie doprowadziło to do spektakularnych dymisji.
Czy „wojna z terroryzmem” jest wciąż powodem podziałów w amerykańskim społeczeństwie? Czy może większe emocje budzą problemy wewnętrzne?
Konflikt polityczny nie jest zogniskowany wokół wojny z terroryzmem, po części dzięki temu, że Obama odesłał to określenie na emeryturę. Żaden urzędnik już z niego nie korzysta. Mówi się za to o „wygasającym konflikcie” w Iraku, „trudnej robocie” w Afganistanie i „kłopotach” w Pakistanie. Gdyby prezydentem był republikanin i aktywnie wspierał i promował którąś z tych wojen, poziom politycznego niezadowolenia byłby ogromny. Obama, oczywiście, zyskał trzy lata temu, dzięki wykorzystaniu nastrojów antywojennych. Co prawda jako prezydent wciąż prowadzi te wojny, jednak nie chełpi się nimi, więc konflikty wokół tej sprawy w zasadzie zniknęły. Na wojnie wciąż przede wszystkim walczą ci sami żołnierze z Południa USA, zadowoleni ze swych „military welfare”. To wystarczy elektoratowi republikanów. Z kolei elektorat demokratów po prostu ignoruje trwające wojny, skoro prezydent nie uczynił z nich sedna swej polityki. Żadna z partii nie ma interesu, żeby podgrzewać atmosferę w tej kwestii.
Największe napięcia polityczne obecnie dotyczą problemów wewnętrznych – nie 11 września, ale kwestii klasowych. Przez ostatnie dwadzieścia lat republikanie, by zyskać poparcie wyborców, toczyli wojny militarne i kulturowe. Próbowali ukryć faworyzujący bogatych program gospodarczy za sloganami skierowanymi przeciwko „elitom” – „elitami” miała być klasa wykształconych osób popierających wielokulturowość i nowe style życia. W ostatnim roku, jednakże, republikanie próbują zrealizować jedynie swój program gospodarczy, którego celem jest dalsze wspieranie bogatych i nie wypowiadali się za bardzo na temat legalizacji małżeństw homoseksualnych w stanie Nowy Jork. Ta wojna gospodarcza przeciwko amerykańskiemu – i tak okrojonemu – państwu dobrobytu i sieci zabezpieczeń społecznych może się okazać kroplą, która przeleje czarę. Wielu obserwatorów uważa, że to właśnie jest przyczyna, dla której Obama uzyska reelekcję. Dzięki temu, że wojny kulturowe straciły swoją siłę i wprost mówi się o kwestiach gospodarczych, pojawia się przestrzeń dla lewicy.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...