Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Offe: O sprawach mniejszości nie powinna decydować większość |
|
|
Z prof. Clausem Offem rozmawia Jan Smoleński
|
|
11.08.2010 |
Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Jakiś czas temu w Hamburgu odrzucono reformę systemu edukacyjnego. O wyniku głosowania mówiono, że taki wynik zaszkodzi imigrantom. Czego dotyczyło to referendum?
Prof. Claus Offe*: Lokalni Zieloni zaproponowali reformę szkolnictwa w landzie na wzór systemu, który funkcjonuje w Berlinie. Chodziło o to, by wydłużyć szkołę podstawową z czterech do sześciu lat, kosztem dwóch lat szkoły średniej, w tym tzw. gimnazjów – szkół, do których dostają się dzieci z najlepszymi wynikami w nauce. Zadziwiające było to, że propozycję poparły wszystkie partie: od chadeków po Die Linke. Celem reformy miała być lepsza integracja społeczna. Chodziło o poprawienie integracji językowej imigrantów, bo w tym wieku dzieci uczą się języka przede wszystkim od swoich rówieśników, i umożliwienie dzieciom z klasy średniej lepszego kontaktu z innymi grupami społecznymi. Reforma nie przypadła jednak do gustu klasie średniej, która zażądała referendum. Wynik znamy.
Jakie argumenty wysuwano przeciwko zmianom?
Rodzice z klasy średniej chcieli zminimalizować kontakt ich dzieci z młodzieżą, która do gimnazjów nie trafi, czyli sporą częścią osób z rodzin robotniczych i właściwie wszystkimi z rodzin imigranckich. Mówili o „niekorzystnym środowisku edukacyjnym”.
Ciekawą ale i martwiącą rzeczą było to, że frekwencja w dzielnicach zamieszkanych przez klasę średnią i średnią wyższą była pięć razy wyższa niż w okręgach, gdzie mieszkają imigranci – odpowiednio – 60 i 13 procent. I to pomimo intensywnej kampanii zorganizowanej głównie przez Zielonych. Nie udało się zmobilizować ludzi, by bronili swoich interesów.
Z czego wynika taka różnica we frekwencji?
To, że polityczne zaangażowanie obywateli spada, jest oczywistością na niemal całym świecie. To referendum pokazało jednak, że spadek ten jest bardzo nierówny – większy wśród osób będących w i tak gorszej pozycji. Ujmując to łopatologicznie, można powiedzieć, że bogaci są zawsze lepiej zorganizowani – poprzez uczestnictwo w organizacjach społeczeństwa obywatelskiego – niż biedni. Choć wiem, że spadek uczestnictwa w życiu obywatelskim w różny sposób dotyka różne segmenty populacji, to przyznam, że nigdy bym nie spodziewał się, że różnica będzie tak wysoka.
Dlaczego rodzice z klasy średniej i wyższej średniej nie chcieli, by ich dzieci miały kontaktu w szkołach z dziećmi z niższych klas i dziećmi imigrantów?
Ponieważ wierzyli, że „środowisko edukacyjne” ich dzieci się pogorszy, jeśli będą one przebywać wśród osób pochodzących z klas niższych i rodzin imigranckich. Jako ojciec oczywiście troszczę się o to, w jakich warunkach uczą się moje dzieci. Jest to normalne i należy do obowiązków rodziców względem dzieci. Jednak zadziwiające były agresywność kampanii przeciw reformie i kompletne lekceważenie równości szans. To przypomina instynkt ptaków zajmujących się młodymi – wszystko dla mojego potomstwa, dla cudzego nie zrobię nic, najlepiej jeszcze mu zaszkodzić.
Czy odrzucenie proponowanych zmian może doprowadzić do wytworzenia się błędnego koła, w którym nierówności klasowe i nierówności etniczne będą się nawzajem wzmacniać i pogłębiać segregację?
Myślę, że wynik referendum w Hamburgu przede wszystkim zachęci ludzi do pogłębiania segregacji edukacyjnej w innych miejscach w Niemczech. Władze lokalne będą musiały poważnie rozważyć rozpisywanie referendów. W niektórych przypadkach, takich jak zagospodarowanie wspólnej przestrzeni, są one jak najbardziej na miejscu, ale…
Los mniejszości nie powinien zależeć od kaprysów większości?
W tym wypadku to właściwie mniejszość przegłosowała większość, bo 60 proc. uczniów nie uczęszcza do gimnazjów, tylko do szkół technicznych. Jednak ta większość okazała się mniejszością, jeśli chodzi o frekwencję.
Referenda są nowością w mocno reprezentatywnym systemie politycznym Niemiec. Konstytucja stworzona po 1945 roku nie przewidywała żadnych form demokracji bezpośredniej z kilku powodów. Jednym z nich było ograniczone zaufanie do obywateli, dość zrozumiałe po II Wojnie Światowej. Zasada ograniczonego zaufania jest też stosowana w konstytucji do prawodawcy, dlatego niemiecki sąd konstytucyjny ma szerokie uprawnienia kontrolne. Uważam, że o sprawach mniejszości nie powinno się decydować w referendach. Nie oznacza to, że zainteresowani nie powinni mieć nic do powiedzenia, ale moim zdaniem lepszym modelem od demokracji bezpośredniej byłyby zaczerpnięte z teorii demokracji deliberatywnej ciała doradcze, składające się z przedstawicieli mieszkańców, które jednak nie miałyby bezpośredniej mocy decyzyjnej.
Na czym powinna opierać się polityka integracyjna?
Można wyróżnić dwa przeciwne podejścia do integracji. Pierwsze podejście w praktyce skutkuje tym, że cały ciężar integracji spoczywa na barkach imigrantów. Tak jest w Holandii, tam nawet za tzw. „kursy integracyjne” imigranci muszą płacić sami. Kurs kończy się egzaminem i tylko zdanie egzaminu uprawnia do przedłużenia prawa pobytu. W przypadku ponownego łączenia rodzin, egzamin trzeba zdać w kraju pochodzenia, żeby móc się połączyć z rodziną. We Francji z kolei imigranci są zmuszeni do podpisania kontraktów, w których zobowiązują się do zaznajomienia się w ciągu trzech lat z francuskimi zwyczajami i systemem politycznym, nie wspominając już o mówieniu biegle po francusku. Co zainteresowana osoba będzie robić, aby zdobyć tę wiedzę, to już jej odpowiedzialność. Jeśli nie wywiąże się ze swych zobowiązań, wtedy prawo pobytu zostanie jej cofnięte. Towarzyszące takim rozwiązaniom gadanie, że to obie strony muszą się posunąć, że społeczeństwo przyjmujące imigrantów ma wobec nich jakieś zobowiązania, jest pustą retoryką. Jeden ze specjalistów od imigracji słusznie nazwał takie podejście „represyjnym liberalizmem”.
Drugie proponuje hojne usługi, by pomóc imigrantom w poradzeniu sobie z nową sytuacją, w jakiej się znaleźli. Niektóre kursy integracji właśnie do tego służą, choć mogłyby zostać ulepszone. Przydatne są takie usługi, jak opieka nad dziećmi, polityka mieszkaniowa, które unikają segregacji.
Czemu ludzie wykształcają antyimigranckie resentymenty?
Przeciwko imigrantom wytacza się argumenty ekonomiczne, polityczne i kulturowe. Argument ekonomiczny mówi, że imigranci zabierają nam miejsca pracy. Mimo że jest to zazwyczaj nieprawda, to w warunkach wysokiego i długotrwałego bezrobocia hasło takie może być chwytliwe.
Kolejny argument, dość popularny po 11-tym września, dotyczy przemocy. Powiada się, że wraz z imigrantami przyjedzie „terroryzm”, czy też ichniejsze lokalne konflikty etniczne lub religijne. W Niemczech za przykład podaje się Palestyńczyków palących podczas demonstracji izraelskie flagi. Właściwie w antyimigranckich resentymentach jest wiele sprzeczności. Każdy wie, że tania siła robocza, czy to w rolnictwie, czy w usługach, trudni się zajęciami, które po angielsku określa się jako „3 D jobs”, od dangerous, difficult i dirty, czyli niebezpieczne, trudne i brudne. Zazwyczaj nikt z miejscowej populacji nie chce tych prac wykonywać, imigranci po prostu zaspokajają popyt na rynku pracy. W większości państw europejskich istnieje etniczny podział pracy. W takich zawodach jak sprzątaczki, opiekunki czy w turystyce rzadko kiedy można znaleźć kogoś z miejscowej populacji. Hiszpańskie rolnictwo opiera się na imigrantach, zbierających warzywa i owoce.
Zgodnie z trzecim argumentem imigracja jest źródłem przestępczości. Argument kulturowy sprowadzić można do tego, że lokalni mieszkańcy nie czują się dobrze – „jak u siebie” – z sąsiadami, z których postępowaniem – uwarunkowanym kulturowo – się nie zgadzają. Mamy z tym do czynienia w przypadku „feminizmu konserwatystów” i zakłamanego pokazywania palcem na imigrantów, że źle traktują swoje kobiety. Pożywką dla tego rodzaju zachowań są spektakularne wydarzenia, jak morderstwo Theo van Gogha w Holandii, czy honorowe zabójstwa w Niemczech. Takie zdarzenia są oczywiście niedopuszczalne, ale to również żyzna gleba, na której wyrastają antyimigranckie resentymenty, wykorzystywane później politycznie przez prawicowych populistów.
Niestety centroprawica w wielu krajach zaczęła odwoływać się do antyimigranckich fobii w nadziei, że odbierze głosy prawicowym populistom. To jednak tylko populistyczną prawicę wzmocniło.
Czy Unia Europejska prowadzi politykę imigracyjną?
Nie ma ogólnoeuropejskiej polityki imigracyjnej, te kwestie są zostawione w rękach państw członkowskich. Oczywiście istnieją wspólne dyrektywy i one podkreślają kryterium zatrudnialności – osoba zamierzająca osiedlić się na terenie UE musi wykazać, że ma szansę na znalezienie pracy w UE.
Jacy imigranci najczęściej starają się osiedlić na terenie Unii?
Do UE głównie napływają uchodźcy i osoby starające się o azyl – to regulują traktaty międzynarodowe. Drugim głównym źródłem imigracji do UE jest tworzenie rodzin i ponowne jednoczenie rodzin. Od jakiegoś czasu przepisy regulujące te dwa zjawiska stają się coraz bardziej restrykcyjne. Zmianę tę widać choćby po tym, że jeszcze kilka lat temu politykę imigracyjną Francji, Holandii i Niemiec tworzono w oparciu o sekwencję imigracja – integracja – obywatelstwo. Obecnie natomiast, aby można było zostać wpuszczonym na terytorium wielu krajów jako małżonek lub małżonka, albo potencjalny małżonek lub małżonka, należy wykazać, że już rozpoczął się proces integracji. W kraju pochodzenia, w ambasadzie kraju docelowego, trzeba zdać przynajmniej testy językowe. Zatem osoba zainteresowana imigracją musi się na własną rękę nauczyć języka. Celem takiej polityki jest m.in. zmniejszenie liczby małżeństw etnicznie homogenicznych, ponieważ wiadomo, że potomstwo takich małżeństw, z powodów językowych, ma większe problemy z nauką. To jednak w oczywisty sposób gwałci wolność do formowania rodziny, ogranicza wolność z kim można wziąć ślub i z kim można żyć.
Zwrot restrykcjonistyczny zaczął się na przełomie wieków – w Holandii od 1998 roku, w Niemczech i Francji nieco później. Był to jeden ze środków zdobywania politycznego poparcia – poprzez restrykcyjne prawo pokażemy, że chcemy chronić miejscową ludność, zmuszając imigrantów do tego, by stali się tacy jak my.
Mówiliśmy o legalnej imigracji. Co natomiast z nielegalną?
Miejscem, gdzie najczęściej dochodzi do nielegalnej, czy nieregularnej, jak to się teraz ujmuje, imigracji są zewnętrzne granice Unii Europejskiej. Można wyróżnić dwie główne formy takiej nieudokumentowanej imigracji. Pierwszą jest przekraczanie zielonej granicy, przy pomocy wyspecjalizowanych w przemycie ludzi gangów. Nierzadko wiąże się to z poważnym ryzykiem oszustwa lub wręcz utraty życia. Drugą formą jest pozostanie w kraju pomimo wygaśnięcia wizy turystycznej. Pomysłem na usprawnienie szczelności granic jest obarczenie pracodawców odpowiedzialnością za zatrudnianie nielegalnych imigrantów. Ale przepisy antyimigracyjne można też obejść, nie łamiąc prawa. Zanim Polska weszła do Unii Europejskiej, dość powszechną praktyką było to, że Polskie kobiety, pracujące nielegalnie jako sprzątaczki w Berlinie, wracały do kraju na kilka dni, by zdobyć nową wizę turystyczną.
Unia Europejska próbuje ograniczyć imigrację, podpisując z krajami spoza Unii, przede wszystkim krajami z północnej Afryki, dwustronne umowy, zamykające ich granice na napływ imigrantów z Afryki Subsaharyjskiej. Innym sposobem jest zniechęcanie samych potencjalnych imigrantów do przyjazdu na teren UE, poprzez rozpowszechnianie w kraju pochodzenia materiałów, mówiących o tym, co może ich czekać po przyjeździe.
Efekty takich działań są bardzo niewielkie. Setki ludzi rocznie giną na Morzy Śródziemnym, starając się dostać na włoską wyspę Lampedusę. Nawet Włosi na Lampedusie, widząc warunki w tamtejszych więzieniach, wyrażali swoje poparcie dla imigrantów. W krajach śródziemnomorskich zdarzają się też przypadki zrównywania z ziemią przy pomocy buldożerów kartonowych miasteczek, w których żyją imigranci czekający na rejestrację. To wynika przede wszystkim z tego, że kraje unijne nierówno dzielą ciężar imigracji. Z dość oczywistych przyczyn geograficznych najwięcej nielegalnych imigrantów przybywa do Hiszpanii, Włoch i Grecji.
Co z łamaniem praw człowieka?
Do łamania praw człowieka dochodzi często w przypadku deportacji nielegalnych imigrantów. Osoby skazane na deportację są przetrzymywane w instytucjach przypominających więzienia a potem deportowane do krajów, z których pochodzą, o ile wiadomo skąd pochodzą. Jeśli nie wiadomo, lub kraj pochodzenia odmówi przyjęcia deportowanego lub deportowanej, wtedy zazwyczaj się zawiesza deportację. Dlatego nielegalni imigranci często uciekają się do desperackich kroków, takich jak pozbywanie się wszelkich dokumentów tożsamości wskazujących na to, skąd mogą pochodzić. Bardzo często osoby deportowane są skuwane kajdankami, łamie się więc ich nietykalność cielesną. Znamy też przypadki samobójstw w proteście przeciwko deportacji. Ale to wyjątki, a nie reguła.
Z jakich powodów to właśnie we Włoszech mamy do czynienia z bardzo rasistowskimi wystąpieniami polityków czy lokalnej ludności? Przypomnę tylko akcję „Białe Święta”, która miała miejsce w ostatnie Boże Narodzenie w jednym z włoskich miast.
Silny, acz niejawny rasizm, czy wręcz neofaszyzm, jest obecny w wielu włoskich partiach politycznych. Liga Północna to tylko czubek góry lodowej. Myślę jednak, że większość opinii publicznej, jak i większość klasy politycznej rozpatruje kwestię imigracji nie jako kwestię rasową, ale kwestię nierównej dystrybucji obciążeń nieudokumentowanym napływem ludzi z Afryki Północnej. Giuliano Amato, były premier Włoch i minister spraw wewnętrznych, podczas jednej z rozmów ze mną stwierdził, że Francja i Niemcy powinny dzielić koszta utrzymania nielegalnych imigrantów lub przyjmować część z nich do siebie i w jakichś sposób legalizować ich pobyt.
* Claus Offe – niemiecki socjolog i politolog, profesor w Hertie School of Governance w Berlinie, wykładał również m.in. w nowojorskiej New School for Social Research i na Harvardzie. Uczeń Jürgena Habermasa, zaliczany do drugiego pokolenia myślicieli tradycji Szkoły Frankfurckiej. Po polsku ukazały się jego „Drogi transformacji. Doświadczenia wschodnioeuropejskie i wschodnioniemieckie (1999).”
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 11.08.2010 )
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...