|
Michał Sutowski: Pisze pan o anachronicznej, nacjonalistycznej formule polskiej tożsamości zbiorowej: „Nie ma co wdawać się w przeganianie widm i zmaganie z upiorami, żeby nie tracić cennego czasu”. Czy znaczy to, że jako lewica nie powinniśmy zajmować się tym, co wydarzyło się bezpośrednio po katastrofie smoleńskiej? Czy spektakl upolitycznionej żałoby i późniejsze zajścia pod krzyżem nie mają znaczenia?
Andrzej Mencwel*: Oczywiście nie można tego ani pominąć, ani przemilczeć. Natomiast nie można dopuścić do tego, by wywołana przez tą straszną katastrofę erupcja najróżniejszych uniesień, głównie narodowo-wyznaniowych, przesłoniła współczesną problematykę społeczną i cywilizacyjną. Jedną rzeczą jest straszna katastrofa, drugą - żałoba, trzecią - związane z tym zbiorowe uniesienie, czwartą - upamiętnienie. I to wszystko powinno znaleźć dla siebie miejsce, ale we właściwych proporcjach. Ideologia kolejnego „katyńskiego aktu założycielskiego” narodowej martyrologii proporcje te nie tyle przekracza, co rozbija.
Ważne dziś dla nas problemy do tej martyrologii się nie redukują, nieprawdaż? A można mieć uzasadnione wrażenie, że określenie się wobec żałoby i upamiętnienia ofiar, przede wszystkim prezydenckiej pary, wyczerpywało istotną problematykę w Polsce. Cała ta sytuacja każe postawić pytanie, czy nasza scena polityczna jest w ogóle reprezentatywna albo do jakiego stopnia jest reprezentatywna? Czy nie jest tak, że zupełnie inne, podstawowe naprawdę problemy powinny wyznaczać na niej miejsca.
Czy Smoleńsk, a zwłaszcza to, co po nim nastąpiło, nie stworzył przypadkiem sytuacji niesłychanie wygodnej dla części elit? Nie tylko elit partyjnych, choć dla Platformy histeryczny spektakl pod krzyżem jest niewątpliwie korzystny. Czy również części liberalnej inteligencji nie zrobiło się nagle wygodnie i bezpiecznie? Nic łatwiejszego, niż się politycznie ustawić w bezpiecznej opozycji wobec ekscesów rozszalałej prawicy…
Tak, niestety brzmi to okropnie, ale taka ideologizacja katastrofy staje się symbolicznie wygodna. Właśnie dlatego, że ułatwia takie, użyję tradycyjnego terminu, proste ustawienie się. Całą problematykę gospodarczą, społeczną i polityczną, która prowadzi nas do wyborów samorządowych za chwilę, a parlamentarnych za rok, można sprowadzić do tego, że jedni będą atakować Platformę, a Platforma będzie bronić nas przed PiS-em. Sporej części polityków i publicystów starcza to za rację bycia.
Będziemy się mogli powyśmiewać z tego, że Jarosław Kaczyński już w każdym mieście, a nie tylko w Warszawie chce stawiać bratu pomniki.
Tego nie słyszałem. Ale widać, że coś w nim pękło i przemawiają przez niego wyłącznie resentymenty. Czy to jednak jest najważniejsze? Czy może rosnące zadłużenie, blokada płac sfery budżetowej, to, że obietnice dotyczące dofinansowania nauki i szkolnictwa wyższego zostały zapomniane, podobnie jak te dotyczące dofinansowania kultury z przyległościami? Musimy się bronić przed PiS-em, więc nie możemy podejmować wielu istotnych kwestii – to jest oczywiście olbrzymie ułatwienie. Scena medialna dostosowuje się do sceny politycznej albo dostosowują się do siebie nawzajem. Za wyrafinowaną publicystykę polityczną uchodzi przywalanie Schetynie – Girzyńskim, a Girzyńskiemu – Schetyną.
Zarazem jednak żałoba i cały spektakl pod Pałacem Prezydenckim dały pewien impuls do wypłynięcia na powierzchnię zjawiska, które narastało od kilku lat. Pojawiła się fala antyklerykalizmu…
Zbiegło się kilka rzeczy, które niewątpliwie nabrzmiewały od dawna. Jakieś pięć lat temu w rozmowie z Cezarym Michalskim dla dodatku „Europa” powiedziałem, że nie może być tak, żeby w państwie cywilnym nie mogła się odbyć żadna uroczystość bez kropidła. Już wtedy było widać, że uprzywilejowana pozycja kościoła jest pozbawiona obywatelskiej regulacji – państwo po prostu abdykowało. Odwoływano się do tradycji II RP, zapominając, że marszałek Piłsudski nie pozwoliłby sobie chodzić po głowie tak, jak pozwalali politycy socjaldemokracji w okresie swych rządów w III RP. Już dwa, trzy lata temu na różnych spotkaniach studenckich mówiono o sławetnej Komisji Majątkowej…
Ale dopiero teraz temat pojawił się na pierwszych stronach gazet.
Tak, ale o czym to świadczy? Że media są w symbiozie ze sceną polityczną. O gospodarczych przywilejach Kościoła ludzie na wsiach mówili wcześniej. Teraz doszły jeszcze oskarżenia korupcyjne - ale jeśli tak olbrzymie dobra rozdaje się poza wszelką kontrolą publiczną, korupcji nie może nie być! Z tego, co wiem, w ramach swych roszczeń Kościół wysunął także żądania restytucji dóbr utraconych w ramach represji po… powstaniu styczniowym albo zabranych przez państwo pruskie. Nawet II RP ich nie restytuowała! W powszechnym oglądzie, jak sądzę, coś się przelało w związku z krzyżem i żałosnym zachowaniem Konferencji Episkopatu, który nie potrafił zająć żadnego stanowiska. Episkopat Kościoła katolickiego, który nie ma żadnego stanowiska w sprawie publicznego miejsca krzyża, jest bardzo interesującym historycznie zjawiskiem. Ważne było również to, że decyzja o pochówku na Wawelu zapadła mocą władzy jednego arcybiskupa. Okazało się, że najważniejszy polski symbol narodowy jest w mocy jednego hierarchy kościelnego.
Ale ja się obawiam, że to są wszystko sensacje sezonowe.
Pana zdaniem ta atmosfera nie przełoży się na realne zmiany instytucjonalne?
W ciągu partu miesięcy nie dokonuje się żadnych zmian instytucjonalnych. Obawiam się, że już ze strachu przed wyborami parlamentarnymi dużo z tego ucichnie. Realna świeckość państwa w Polsce wymaga pracy na pokolenie, a nie taniego, sensacyjnego antyklerykalizmu, zbierania doraźnych punktów politycznych. Obecna pozycja Kościoła katolickiego w państwie była budowana przez pół wieku (od 1956), czyli przez dwa pokolenia. Co najmniej jednego trzeba pokolenia, aby dokonać trwałej regulacji tej pozycji. To wymaga takiej pracy, jakiej podjęli się republikanie francuscy na przełomie XIX i XX wieku, doprowadzili oni do tego, że szkoła świecka we Francji stała się obowiązkiem, którego przez następne sto lat nikt nie tknął. To się nie stanie przy najbliższych wyborach parlamentarnych – musi powstać świadoma siebie siła, która mając odpowiednie wsparcie społeczne, będzie to spokojnie, ale nieustannie regulować. Powtarzam – regulować, a nie rugować. Antyklerykalna, doraźna tandeta spowoduje skutki odwrotne od pożądanych.
Czy ta siła to jakiś ruch społeczny? Czy może ta tendencja powinna się pojawić w ramach partii?
Osobny, antyklerykalny ruch społeczny byłby nonsensem. Tu nie chodzi o sam Kościół, ale o to, jaka ma być Polska. W odpowiedzi na pytanie, jakie ma być państwo polskie zawiera się również odpowiedź na to, gdzie w tym państwie ma być Kościół. Kościół od samego szczytu, który prowadzi tajne negocjacje majątkowe, do samego dołu, czyli katechety, któremu byłoby lepiej – podobnie jak dzieciom – zamiast w szkole, prowadzić zajęcia w izbach katechetycznych, których w ostatnich dziesięcioleciach Polski Ludowej zbudowano tysiące.
A jak pan ocenia zjawisko ruchu Palikota? Głosi on hasła bliskie temu, co nazywa się lewicą kulturową, związane z kwestiami obyczajowymi, jak równouprawnienie mniejszości seksualnych, prawo do aborcji i eutanazji, państwowa refundacja in vitro. Nie zawsze wprost antykościelne, ale niejako „przy okazji” sprzeczne ze stanowiskiem Kościoła. Czy pana zdaniem to jest zarzewie jakiegoś realnego ruchu politycznego? Symptom jakiś poważnych zmian, które w społeczeństwie zachodzą? Czy może to efemeryda, twór czysto sensacyjny i zarazem sezonowy?
Bardzo trudno jest być prorokiem na politycznym podwórku. Zapytam jednak, czy może mieć poważne umocowanie społeczne partia liberalna i antyklerykalna, która nie podejmuje w ogóle problematyki społecznej? To oczywiście jako swoisty wentyl, zawór bezpieczeństwa, ma pewne szanse - dużo pary pójdzie w gwizdek, momentami efektownie i to przyciągnie grupy młodzieży. Nie wierzę jednak w trwałość stowarzyszenia ateistycznych biznesmenów ani w jego polityczną przyszłość.
A czy taki ruch, podejmujący wyłącznie problematykę właściwą lewicy kulturowej, nie wpisze się nazbyt łatwo w odwieczny polski spór: „swojskość” – „cudzoziemszczyzna”, „ciemnogród” – „oświecenie”? Czy to nie jest taka zmodernizowana, po liftingu, nowa wersja tych podziałów, która zakorzeni się nie dlatego, że jest adekwatna do realnych konfliktów społecznych i niesie treści emancypacyjne, tylko dlatego, że dla wielu środowisk bezpieczna i wygodna?
Gdyby Palikot razem z całym towarzystwem założył tygodnik literacko-kulturalny w stylu „Wiadomości Literackich”, to jego przyszłość byłaby pewna. Kilkadziesiąt tysięcy zwolenników, ale zwolenników takich, którzy są czytelnikami, pewnie miałby długo i na pewno jest zapotrzebowanie na coś takiego. Nie wydaje mi się natomiast, żeby trwały wpływ zyskała partia, która będzie radykalnie liberalna w kwestiach gospodarczych i radykalnie liberalna w kwestiach kulturowo-obyczajowych. Ona w najlepszym razie uzyska 5-7 proc., a niewykluczone, że 3,5, z tendencją spadkową.
W Polsce wyrasta jednak klasa średnia, a przynajmniej grupa ludzi z aspiracjami do bycia nią. Czy w warunkach wciąż silnej dominacji ideologii wolnorynkowej, ci ludzie nie mogą uznać takiego „pakietu” za swój?
To jest bardzo poważna kwestia, która zasługuje nie na jednorazową debatę, tylko na stały monitoring problemowy. Kto właściwie dominuje społecznie w dzisiejszej Polsce? Czy faktycznie ten „stan trzeci”, ta „nowa klasa średnia”? Wydaje się, że tak; świadczy o tym wiele czynników, jak rosnąca urbanizacja, jak rosnąca w związku z tym liberalizacja obyczajowa pomimo rygoryzmu Kościoła, wreszcie jak sukces partii, która swoje zakorzenienie społeczne zawdzięcza warstwie eurocentrycznej, nastawionej na indywidualny sukces. Być może ta klasa potrzebuje drugiej reprezentacji, obok konserwatywno-liberalnej Platformy Obywatelskiej, która po odejściu Palikota będzie jeszcze bardziej konserwatywna. A Palikot mógłby założyć taką Platformę Obywatelską-bis, w pełni liberalną, zarówno ekonomicznie, jak i kulturowo, czyli liberalno-liberalną. Może nawet zyska 10 procent, kto to wie?… Tylko on musi się jeszcze zorientować na ludzi, którzy mają jakieś wymierne interesy. Interesy w sensie rozwoju życiowego, perspektyw dla biznesu, dynamiki wzrostu, nawet jeśli to jest jednoosobowy warsztat ostrzenia noży.
Pana zdaniem kwestia rozdziału Kościoła od państwa to tylko jeden z elementów szerokiej agendy politycznej. Czy zatem coś takiego, jak wojna kulturowa, organizacja sporu wokół kwestii obyczajowych, jest czymś zbędnym, niepotrzebnym?
Jeżeli za tę wojnę, która ze swojej istoty oznacza redukcję przestrzeni do jednego, podstawowego sporu, mielibyśmy zapłacić dalszym nierozpoznawaniem realnej sytuacji społecznej, a w związku z tym nieobecnością prawdziwego programu emancypacyjnego, brakiem wpływowej, mocnej, donośnej społecznie artykulacji lewicowej, to ja dziękuję. Bo uważam, że to jest mylące, zakłamuje naszą sytuację podstawową, nie pozwala nam jej rozpoznać adekwatnie. Po jednej stronie mamy wtedy martyrologiczną egzaltację patriotyczną, której wzornik pochodzi z Kraju Przywiślańskiego, a po drugiej stronie jest ten liberalny libertynizm, wznoszący różne krzykliwe hasła, ale który pomija całe obszary podstawowej problematyki społecznej.
A zatem happeningi, takie jak zgromadzenie „przeciwników krzyża” pod Pałacem Prezydenckim, nie powinny stanowić podstawy projektu politycznego? Co najwyżej akt kontestacji? Pokazanie dystansu do skostniałego rytuału?
To społeczeństwo liczy 38 milionów ludzi i jest tak zróżnicowane, jak nigdy dotąd nie było. Więc znajdą się w nim zarówno obrońcy krzyża, jak i kontestatorzy, jacy się przy krzyżu ujawnili. Ale to nie jest centralna problematyka tego społeczeństwa, więc na tym nie da się zbudować poważnego projektu politycznego. Na przykład takiej socjaldemokracji polskiej, która zmieniłaby państwo, gospodarkę i społeczeństwo, jak dokonały tego socjaldemokracje skandynawskie.
Nie ma się co oszukiwać – to nie pozostaje w żadnej relacji np. do wskaźnika młodzieży chłopskiej i robotniczej na najlepszych uniwersytetach, który teraz jest niższy niż przed wojną. To tylko przykład, choć znaczący – niewątpliwa oznaka głębokiego procesu społecznego, który hamuje dynamikę awansu. Nie tylko ci, którzy zostali wykluczeni, ale i ci, co położeni są na dolnych szczeblach hierarchii społecznej nie przebijają się w górę. To społeczeństwo wyraźnie traci wewnętrzną dynamikę, pionową ruchliwość społeczną, nie mówiąc już o zbiorowym awansie. Dopiero się zaczęło strukturyzować, a ci, co są wyżej, już się fortyfikują. Tej sytuacji selektywne hasła kulturowe, choćby i najbardziej efektowne na pewno nie zmienią.
Gdy zastanawiamy się, do czego może ona nie wystarczyć, paść musi pytanie o cel zmiany. W Polsce w ostatnich latach takim celem stała się „modernizacja”. W debacie publicznej to pojęcie jest traktowane jako techniczno-neutralne. Czy podstawowym zadaniem lewicy nie jest dziś refleksyjna krytyka tego „neutralnego” pojęcia?
Stare doświadczenie marksistowskie poucza nas, że jeżeli w jakiejkolwiek rzeczywistości społecznej, jakiekolwiek kluczowe dla kształtowania tej rzeczywistości pojęcia są traktowane jako techniczno-neutralne, to można powiedzieć, że znajdujemy się w pobliżu rzekomo obiektywnej inżynierii społecznej. Ideologizacja takiej inżynierii doprowadziła, przepraszam za patetyczne porównanie, do przemysłowych zbrodni XX wieku. Tego zapominać nie wolno!
Co najmniej od dwóch wieków, czyli od Jana Jakuba Rousseau wiemy, że postęp jest ambiwalentny, i że opowiadając się za postępem, musimy patrzeć mu na ręce albo przynajmniej tym, którzy nas do niego prowadzą, ponieważ zawsze płacimy czymś za coś. I trzeba dobrze szacować tę wymianę. Jednym z kluczowych podpojęć modernizacji jest urbanizacja. Generalnie rzecz biorąc jestem zadowolony, że w Polsce, w ciągu ostatnich stu lat, proporcje mieszkańców wsi i miast zostały odwrócone. Urbanizacja wiąże się także z pożądaną zmianą stosunków międzyludzkich, na przykład podziałem życia na publiczne i prywatne, wzrostem opinii publicznej i respektem dla prywatności. Ale ona oczywiście jest opłacana tym wszystkim o czym pisali klasycy socjologii, czyli „samotnym tłumem” albo „rozpojedyńczeniem” osobowym, jak pisali modernistyczni krytycy w rodzaju Stanisława Brzozowskiego.
Wielu akceptuje to „z dobrodziejstwem inwentarza”…
Przecież nie akceptowano tego już na początku XX wieku, dlatego samorganizacja społeczna była ruchem dynamicznym, a z nią związki, stowarzyszenia, spółdzielnie… Teraz mamy kolejną fazę modernizacji, która się nie zaczęła w Polsce dzisiaj, wczoraj, ani w 1989 roku. Przed chwilą mówiłem do młodych ludzi na wykładzie, którzy oczywiście robili wielkie oczy, bo nikt tego teraz pewnie nie mówi, że u nas to się zaczęło w roku 1882, kiedy powstała partia „Proletariat”. To, rzecz jasna, symboliczny skrót. Ale dlaczego? Ano dlatego, że cała polska myśl społeczna, kulturalna, filozoficzna, literacka do czasu powstania partii Proletariat, zajmowała się chłopami pańszczyźnianymi. Otóż chłopi pańszczyźniani nie należą do historii nowoczesnej, a proletariat należy – więc tu się zaczyna modernizacja.
A dziś?
Prosty przykład: pełny dostęp do internetu, jak najszybciej do wszystkich, zwłaszcza wiejskich szkół – to bardzo dobrze…, ale czy mamy program wychowywania do internetu? Czy do posługiwania się internetem wystarczy instrukcja technicznej obsługi, czy potrzebne jest jakieś wyposażenie kulturowo-umysłowe? I jakie ma ono być i kto też ma je wdrażać? To są pytania, których w ogóle się nie podejmuje – modernizacja u nas oznacza zwykłą techniczną adaptację, jak w dawnych szkołach, za moich czasów – „przysposobienie wojskowe”. Niechby kto wtedy zapytał, a jaki jest jego sens! Niewątpliwie musimy być w głównym nurcie modernizacji, lepiej niż kiedykolwiek dotąd i bardziej dynamicznie, ale to nie znaczy równie ślepo, jak bywaliśmy dawniej. Jednak jest polski nurt myśli krytycznej od Abramowskiego, Krzywickiego i Brzozowskiego się poczynający, poprzez Znanieckiego i Czarnowskiego, do Ossowskiego i Kołakowskiego, który problematykę cywilizacyjną traktował krytycznie, jako problematykę refleksyjną.
Mamy tu do czynienia z ludźmi, którzy ostrze krytyki wymierzali nie tylko w tradycjonalizm, swojskość czy zaścianek ale również w naiwną imitacyjność. Czy nie jest tak, że w Polsce po roku 1989 odpowiedników tego typu myśli nie było, że modernizacji ani nawet imitacji refleksyjnej nie było? Czy nie zabrakło tego nurtu, tak jakbyśmy tkwili cały czas w dylemacie: Europa czy Białoruś?
W znacznej mierze tak było, w związku z tym płaszczyzna dyskusji była myląca, a pewnych pytań w ogóle nie zadawano. Jakimiś wzorami myślenia o tej problematyce były książki, które w dużej mierze odnosiły się do przeszłości. Mam na myśli, po lewej raczej stronie, książki Jedlickiego, Walickiego, Kowalika, publicystykę Bronisława Łagowskiego. Ale to się nigdzie nie scaliło, nie stworzyło wyraźnego dyskursu, który by zmieniał utrwalone podziały. Wciąż zmagał się Ciemnogród z Europą… jakbyśmy byli na początku XIX wieku.
Refleksja nad modernizacją wydaje się szczególnie ważna dla lewicy, jeśli za jej horyzont uznać „społeczeństwo wiedzy”, czy też, jak pan pisał, „rewolucję komunikacyjną”. Przykład Finlandii, najbardziej zaawansowanego społeczeństwa i gospodarki wiedzy na świecie pokazuje, że te zjawiska same z siebie generują niesłychanie szybko i radykalnie nierówności społeczne, dużo szybciej, niż tradycyjny kapitalizm. Świadoma polityka państwa jest nastawiona na to, żeby peryferie kraju, czyli prowincja się nie wyludniała, dlatego że koncentracja i polaryzacja gospodarki innowacyjnej, sieciowej, opartej na wymianie symbolicznej i nowych technologiach, jest dużo szybsza niż w przypadku tradycyjnej gospodarki.
Ten przykład gruntownie weryfikuje pewien rozpowszechniony globalizacyjno-internetowy optymizm. Wyobrażenie panujące było takie, że skoro przy pomocy kieszonkowego instrumentu mogę w każdej chwili łączyć się z całym światem, to nie muszę zmieniać miejsca pobytu. Takie były optymistyczne teorie: teraz wszyscy będą żyć i pracować w zielonych domach, łączyć się przez sieć i nie będą musieli w ogóle przenosić się, a zwłaszcza dojeżdżać do tych strasznych zatłoczonych metropolii.
Rolą państwa w tej sytuacji powinno być przeciwdziałanie tym trendom – przeciw polaryzacji w społeczeństwie informacyjnym. W jednym z wywiadów wspominał pan, że podstawowe napięcie społeczne, oś konfliktu to nie jest już wyzysk i wykluczenie ekonomiczne, tylko dystrybucja dostępu do wiedzy.
Naszym podstawowym problemem jest wskazanie tego miejsca, na którym w ogóle można się społecznie oprzeć. Przez ponad sto lat to była klasa robotnicza, to nie ulega wątpliwości… Gdzie teraz jest to miejsce? W związku z całą tą ewolucją jestem skłonny sądzić, że nawet nie tyle dystrybucja wiedzy, nadal problem podstawowy, co kreacja wiedzy, dostęp do jej kreacji i możliwość uczestnictwa, wyraźmy się patetycznie, w tworzeniu i przekształcaniu świata jest kwestią kluczową. Jeśli tak, to w Polsce dostęp ten jest drastycznie reglamentowany. Nie tylko dlatego, że Polska nadal nie umieściła się w centrum tego twórczego procesu, także dlatego, że wewnątrz wzmocniono bariery i podziały, o których mówiliśmy. Mamy prawie dwa miliony studentów, ale z tego przytłaczającą większość w licencjackich szkołach przysposobienia zawodowego, które nawet nie dają wyobrażenia o twórczości naukowej, nie mówiąc o jej pobudzaniu. W Polsce przede wszystkim kształci się średnio kwalifikowany i nisko opłacany salariat, którego kulturę wysoką stanowią prasowe tabloidy i telewizyjne „formaty”, a horyzont konsumpcyjny – „lidle” i „biedronki”. To jest odpowiednik dziewiętnastowiecznego proletariatu, zepchnięty na humanistyczny margines, a na dodatek pozbawiony świadomości swego położenia.
Oni nigdy nie będą mieli dostępu do jakichkolwiek ośrodków kreowania czegokolwiek i nawet nie będą do tego aspirować. Ta społeczna redukcja aspiracji jest może najbardziej dotkliwym wymiarem takiej „modernizacji”.
Jak ten problem rozwiązać?
Ogromną rolę do ma tu do spełnienia państwo. Konieczne są też programy społeczne, które spowodują przebudzenie i przełamią te coraz bardziej kastowe podziały. Chodzi o politykę społeczną w pełnym rozumieniu tego słowa. Ruch jest wszystkim, choć cel nie jest niczym, jak sądził pierwszy nowoczesny socjaldemokrata, Edward Bernstein.
Musi w tym momencie paść pytanie o podmiot społeczny tych wszystkich zmian. Pan głosi tezę o zmierzchu, tym razem ostatecznym, inteligencji i jej roli w modernizowaniu społeczeństwa. Uważa pan, że zastępuje ją klasa średnia. Czy klasa średnia może być nastawiona, mówiąc w nieco archaicznych kategoriach, postępowo?
Najpierw o tej inteligencji. Mnie się wydaje oczywistością, że zmierzch historiotwórczej roli inteligencji już właściwie nastąpił. Trudno go precyzyjnie zlokalizować, ale apogeum tej roli nastąpiło pomiędzy rokiem 1890 a 1939. Po wojnie, mimo tego, że inteligencja na scenie politycznej była silnie obecna, to społeczeństwo zostało już poddane przekształceniom klasowym, które miały olbrzymi ciężar gatunkowy. Zostało przeorane dogłębnie, Polską Ludową władała, choć nią nie rządziła klasa robotnicza. Zmierzch siły nie oznacza jednak zmierzchu wartości. Zmierzch inteligencji nie oznacza, że nie mamy kultywować jej etosu, w tym poczucia odpowiedzialności za coś więcej, niż za własny sukces. To jest ten etos dawnej inteligencji, który spełniał się zarówno w generacji Judymów, jak w legionach i uniwersytetach ludowych, w związkach zawodowych, ruchu kulturalno-oświatowym i w klubach sportowych. Także w tajnej edukacji i w Szarych Szeregach!
Klasa średnia jest, jak się zdaje, liczna, i rzeczywiście staje się dominująca, tylko nie wiadomo, jaka ona jest w sensie wartości. Czy ona kultywuje na przykład poczucie dobra wspólnego? I jak je rozumie? Czy on będzie chciała przejąć ten dawny inteligencki etos i czy będzie umiała go przenieść? Na razie to jest klasa „w sobie” czyli pewien rodzaj społecznej masy i nikt nie wie kim się okaże, gdy stanie się klasą „dla siebie”, to znaczy świadomym zespołem ludzkim. Który nam powie nie tylko to, co chce zrobić dla siebie, ale i to, co chce zrobić dla nas. Dla nas, czyli dla całego polskiego społeczeństwa, dla narodu.
Mamy dzisiaj do czynienia z początkami hegemonii kulturowej i ideologicznej klasy średniej, o czym świadczą choćby najpopularniejsze seriale. Ale problem w tym, czy rosnąca świadomość bycia klasą o określonych interesach, to nie jest właśnie świadomość nastawiona bardzo indywidualistycznie i konkurencyjnie? Pragnąca zniesienia wszelkich barier dla tej konkurencji?
Przejechałem przez lato różne mazowieckie okolice, i widziałem dość wyraźnie, jak się to wszystko zmienia, jak dostatnie są domy, jak ludzie kultywują swe ogrody, jak właściwie zaciera się różnica między wsią a miastem, a Polska zaczyna przypominać przedmieście, rozciągnięte, ale dość homogeniczne przedmieście. Widziałem kilkaset domów i wszystkie są w porządku, standardy też mają takie, jak się należy, nie tylko kanalizację, ale może i rekuperatory! Tylko wszystkie razem mają jedną wadę – ani przy jednym nie chciałem się zatrzymać, w żadnym nie chciałbym mieszkać. To wszystko jest bez wyrazu, to jest standardowa nijakość. To jest jakiś obraz tego społeczeństwa i tej klasy średniej, o której mówimy.
Zacząłem się zastanawiać, skąd pochodzi ta klasa średnia i w związku z tym jakie ona wzory przynosi i kultywuje. Otóż ona na pewno w Polsce nie pochodzi z grand bourgeois. Na pewno też nie pochodzi z tej inteligencji, która była wzorotwórcza dla pewnych środowisk, ale nigdy w skali ogólnonarodowej. Ona wywodzi się z drobnomieszczaństwa, bo i chłop w Polsce, jak awansował, to na drobnomieszczanina i wnosi ze sobą drobnomieszczańskie wyposażenie kulturowe. Ono ma swoje zalety, na przykład pewną skrzętność i dlatego otoczenia tych domków są zadbane, ale ma też wady – z tych największą jest rodzinny egoizm. To dlatego ogrodzenia polskich domków są jeszcze bardziej okazałe niż same domki.
Mówił pan o przekazie pewnych wartości czy etosu, który wiąże się z inteligencją, głównie poszlachecką, tą od końca XIX wieku. Ale skoro dominująca jest formacja drobnomieszczańska, która jest nastawiona indywidualistycznie…
Egoistycznie! Drobnomieszczaństwo jest nastawione egoistycznie!
…to znaczy, że opowieścią, którą można by im zaproponować, nie jest opowieść o etosie inteligenckim, do którego oni nie mają żadnych skłonności ani przesłanek, tylko pragmatyczna, socjaldemokratyczna opowieść lewicowa o państwie opiekuńczym, które sprzyja temu, żeby klasa średnia w ogóle mogła powstać i przetrwać. Czy nie jest tak, że zamiast etosu Judymów i Siłaczek prościej będzie im zaakceptować myśl, że trochę wyższe podatki, szczególnie dla tych najbogatszych, i trochę więcej socjalu i interwencji państwa w gospodarkę to jest coś, co sprzyja temu, żeby i tym najbiedniejszym było lepiej, ale też temu, żeby ta „warstwa dominująca” rzeczywiście mogła w tym kraju dominować. W końcu im też zależy na względnej stabilności, na pewności, że przy pierwszym niepowodzeniu na rynku nie trafią pod most…
W doraźnej perspektywie politycznej to zapewne jest tak, jak pan mówi – ma być nam lepiej, to i wszystkim będzie lepiej! Natomiast w perspektywie historycznej a rozumiem przez nią to, że chcemy zrealizować taki emancypacyjny ideał społeczny, w którym ludzie będą świadomymi podmiotami ku sobie zwróconymi - to ja za tę politykę dziękuję. Odmawiam udziału, co zresztą jest bez znaczenia, bo takich, którzy wezmą udział, jest dostatecznie dużo. Ale nie ma żadnego powodu, żebym ja się o to troszczył. I nie ma żadnego powodu, żeby troszczyła się o to Krytyka Polityczna. Bo tych, którzy się zatroszczą, jest co niemiara.
Lewe skrzydło Platformy Obywatelskiej powinno się zatroszczyć?
Politycznie pewnie tak, a w sensie masy społecznej, to jest ich więcej niż włosów na naszych głowach.
Czy pana zdaniem ta wizja inteligencka, czy postinteligencka: przenosimy do nowej klasy ten dawny etos, czy to jest coś, co może być podstawą realnej wizji politycznej? Pan mówił w pewnym momencie że to, co wyróżnia polskie partie, to jest kompletny brak wizji politycznej.
W rozumieniu Giedroycia tak, oczywiście.
Czy ta wizja przeniesienia powinności inteligenckich do klasy średniej może zadziałać w tym społeczeństwie?
My, po 1989 roku, mam na myśli różnych rozrzuconych po Polsce zwolenników wizji „Kultury”, jak sejneńskie Pogranicze czy Wspólnota Borussia, przejęliśmy właśnie misję realizacji wizji politycznej Giedroycia, której istotą jest myśl: zróbmy coś dla nich. To jest ten sam etos. Ci od Proletariatu mówili: zróbmy coś dla robotników, bo warunki ich życia urągają wszelkim ludzkim standardom. Chodzi o to, że aby mieć poczucie sensownego życia, trzeba służyć czemuś, co transcenduje, czyli przekracza obecną sytuację, co tworzy lepsze jutro. Na użytek zewnętrzny naszych sąsiadów jest dość łatwo zdefiniować tą transcendencję, to „zróbmy coś dla nich”. Dużo trudniej na użytek wewnętrzny, ale musimy znaleźć na to pomysł. Musimy wiedzieć, dla kogo to u nas chcemy coś zrobić, dla tych naszych sąsiadów, z którymi mieszkamy i dla których można coś zrobić i warto coś zrobić.
Tylko jak przemienić zjadaczy chleba w anioły, czyli drobnomieszczan w etosowych członków klasy średniej?
No, nie wiem (śmiech). Ja nie wierzę w przemiany, zwłaszcza tak romantyczne. Natomiast wierzę w pewien ruch, wewnętrzną dynamikę społeczną, w to, że wszelkie swobody polityczne różnych stowarzyszeń pobudzają do tego, żeby coś razem robić. Może tylko trzeba dobrych wskazań? Dziś nie ma ich m.in. dlatego, że choć żyją, mówią i piszą: Modzelewski, Szacki, Walicki, Kowalik, Reykowski, Kuczyński, Pomian, Smolar, Łagowski, Żakowski, Bendyk, Środa, Dunin, Kowalska, Graff (kobiety wymieniam na końcu, bo młodsze) i wielu, wielu innych młodych, to nie ma jakiegoś centrolewicowego ośrodka ideotwórczego, w którym to by się skupiało. Wtedy miało by to inne oddziaływanie, prawdopodobnie także na programy partyjne i publicystykę polityczną.
Miałem nadzieję, że Krytyka Polityczna stanie się takim ośrodkiem, i mam nadzieję, że nadziei nie stracę.
—
*Andrzej Mencwel (1940) – kulturoznawca, historyk idei, twórca Instytutu Kultury Polskiej UW, wybitny znawca m.in. twórczości Stanisława Brzozowskiego, a także idei paryskiej „Kultury”, laureat nagrody Polskiego PEN Clubu im. Jana Strzeleckiego. Autor licznych książek, m.in. Sprawa sensu (1971), Stanisław Brzozowski – kształtowanie myśli krytycznej (1976), Spoiwa (1983), Przedwiośnie czy potop (1997), Wyobraźnia antropologiczna (2006), Rodzinna Europa po raz pierwszy (2009). W Wydawnictwie Krytyki Politycznej wznowiliśmy jego książkę Etos lewicy.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...