|
Jaś Kapela, Krytyka Polityczna: W badaniach PISA Polska wypada najlepiej od lat. Zdobyliśmy o 30 punktów więcej niż 10 lat temu. To ponoć największy postęp w historii tych badań. Tymczasem na I Kongresie Polskiej Edukacji, który odbył się w czerwcu, powstała inicjatywa, żeby stworzyć Pakt dla edukacji. Po co nam kolejne zmiany i reformy, skoro jest tak dobrze?
Jarosław Lipszyc: Pakt jest na razie akcją kilku osób, którym zależy, żeby w ogóle rozpocząć społeczną debatę o edukacji. Słowa „pakt” użyliśmy poniekąd ironicznie – pierwszego dnia Kongresu Polskiej Edukacji minister Boni powiedział, że być może taki dokument jest potrzebny. Stwierdziliśmy, że skoro minister tak mówi, to szkoda by było, żeby rzucał słowa na wiatr. I drugiego dnia zrobiliśmy bardzo prostą akcję: rozstawiliśmy flipchart, rozdaliśmy uczestnikom Kongresu karteczki i poprosiliśmy, żeby wpisywali swoje pomysły na to, co należałoby zmienić, co poprawić. Wnioski z lektury tych dwustu karteczek przedstawimy na stronie paktdlaedukacji.pl. Na listy kontaktowe wpisało się około trzystu osób, czyli mniej więcej co trzeci uczestnik Kongresu jakoś się w naszą działalność zaangażował.
To jednak mniejszość.
Mniejszość, ale to był tylko jeden mały flipchart rozstawiony w holu. Nasza akcja jako jedyna stworzyła przestrzeń, w której zwykły, szeregowy uczestnik Kongresu mógł się wypowiedzieć. Panele miały charakter zamknięty, mówili zaproszeni goście. Dobrze, jeśli ludzie ze sobą rozmawiają i wspólnie zastanawiają się nad tym, co można zrobić lepiej. Chcemy taką przestrzeń dalszej dyskusji stworzyć w internecie. Zobaczymy, co z tego wyniknie, startujemy w sierpniu.
Wracając do wyników PISA: nie ma takiego systemu, którego nie można by poprawić. Trzeba sobie zdawać sprawę, że te 30 punktów PISA to nie jest bardzo dużo. Na Kongresie pokazano dwa filmy: najpierw o Polsce, gdzie chwalono się tymi punktami. A potem o Szanghaju, z którego wynikało, że tamtejsi uczniowie są o 100 punktów lepsi od naszych. To było zabawne. Pokazuje dystans, jaki nas dzieli. Nie jest tak, że nasza edukacja jest teraz wzorem dla świata do naśladowania.
Pomysły uczestników Kongresu Edukacji na poprawę systemu są często sprzeczne. Kluczowy spór dotyczy na przykład Karty Nauczyciela. To jest fundamentalny konflikt w naszym systemie edukacji, obecny od początku transformacji. Z jednej strony uczestnicy Kongresu wskazywali, że Karta nauczyciela ogranicza swobodę dyrektora w budowaniu kadry placówki edukacyjnej i trzeba ją zlikwidować. Z drugiej strony były głosy, że Karty należy bronić jak niepodległości. Te opinie były bardzo spolaryzowane, nic pośrodku. Konflikt jest tak zaogniony, że bardzo trudno jest mówić o dobrych rozwiązaniach – o tym, jak powinna wyglądać Karta, żeby z jednej strony zapewniać bezpieczeństwo socjalne, a z drugiej jednak pewną elastyczność w budowaniu szkolnej rzeczywistości.
Trzeba też rozmawiać o przyszłości, np. w jaki sposób mamy wdrażać technologie informacyjne w szkołach. Jest potrzeba modernizacji metod dydaktycznych i organizacji placówek właśnie poprzez wdrożenie metod informacyjnych jako narzędzia, które pozwoli nam skuteczniej uczyć.
Ale to wymaga pieniędzy, których nie ma. Piszecie na stronie, że nie chcecie więcej pieniędzy na edukację.
Polska jest krajem, który - jeżeli chodzi o procent PKB - przeznacza na edukację powyżej mediany Unii Europejskiej. Mediana jest poniżej sześciu procent, a my mamy więcej. Statystycznie wydajemy na edukację sporo. Maksimum wydają Finowie, koło siedmiu procent. Niewiele więcej niż my. Oczywiście w procentach, bo w liczbach bezwzględnych to jest o wiele mniej niż wydają kraje zachodnioeuropejskie. Ale trzeba mieć świadomość, jakie są ograniczenia, w jakim kraju żyjemy. Zmiany w systemie edukacji nie muszą polegać na tym, że chce się więcej pieniędzy. Czasami dobrze jest spowodować zmianę, która sprawi, że coś będzie kosztować mniej, np. dlatego, że będzie się działać efektywniej. Jedną z takich kwestii, która się pojawiła na Kongresie, było marnotrawienie funduszy europejskich.
Fundusze akurat niedługo się skończą.
Tak, ale ten problem nie dotyczy tylko pieniędzy unijnych. To, co uważamy za główny problem, to brak w Polsce pogłębionej debaty o tym, w jaki sposób powinniśmy uczyć. Ostatni raz taką dyskusję przeprowadziliśmy przy okazji reformy gimnazjalnej. Przy ostatniej reformie programowej taka debata się praktycznie nie odbyła. Wcześniej mieliśmy coś, co można uznać za namiastkę debaty, czyli spór o mundurki szkolne. Mundurki były pomysłem bardzo kontrowersyjnym, ale w żaden sposób nie wpłynęły na jakość uczenia i nie zmieniły w żaden sposób szkoły. To była zmiana pudru.
Ale podbudowana intelektualnie. Chodziło m.in. o to, żeby w szkołach było bezpieczniej.
Wszyscy wiedzieli, że to tak nie działa. I – zgodnie z oczekiwaniami – nie działa. I nikomu to nie przeszkadza. Skończyło się na tym, że raz w tygodniu dzieci chodzą do szkoły w T-shirtach określonego koloru. W Polsce nie rozmawiamy o edukacji, a przecież jakość wykształcenia Polaków jest główną barierą rozwoju. Również gospodarczego. Kończy się czas – co zresztą mówi minister Boni – gdy możemy budować perspektywy rozwoju kraju na niskich kosztach pracy czy rozwoju infrastruktury. Musimy zacząć inwestować w kapitał społeczny.
Ale już teraz mamy problem, że wielu młodych, dobrze wykształconych ludzie nie ma co ze sobą zrobić po studiach, bo nie ma dla nich tylu miejsc pracy. Brakuje natomiast wykwalifikowanych robotników.
Kwestia szkolnictwa zawodowego również się w tych głosach uczestników Kongresu pojawiła. Kształcimy białe kołnierzyki, pracowników administracji, a nie kształcimy fachowców. To jest ważny postulat. Natomiast nie zgadzam się z tezą, że ponieważ jest za dużo dobrze wykształconych Polaków, którzy nie mogą znaleźć pracy na miarę swoich kompetencji, to powinniśmy obniżyć jakość kształcenia. Nie jestem w stanie tego argumentu traktować poważnie.
To co? Emigracja?
Nie mogę na serio rozmawiać o tym, że byłoby lepiej, gdyby ludzie byli głupi i niewykształceni. Lepiej, żeby byli mądrzy i wykształceni. A że nie wszyscy znajdą pracę w swoim zawodzie? Tak, nie znajdą. Ale znajdując pracę w innym, będą dobrze przygotowani. Współczesny rynek pracy coraz częściej wymaga nie tyle ludzi, którzy posiedli ściśle określony zasób kompetencji, ile ludzi, którzy potrafią się uczyć. Pracownik amerykański zmienia pracę kilkanaście, kilkadziesiąt razy w życiu. Czasy, gdy człowiek zaczynał w wieku lat czternastu pracować w fabryce i w tej fabryce umierał, bezpowrotnie się skończyły.
W jednej z rozmów z wiceministrem nauki Zbigniewem Marciniakiem czytamy: „Warto tu przypomnieć eksperyment prof. Edyty Gruszczyk-Kolczyńskiej. Rozmawiała z sześciolatkami i osobno siedmiolatkami o liczbach. W trakcie rozmowy z sześciolatkami jakby od niechcenia mówiła, że 2 plus 3 jest 7. Dzieci gorąco zaprotestowały. Natomiast siedmiolatki, już chodzące do szkoły, na taką samą wypowiedź już nie protestowały, przyjęły ją milczeniem”.
W tym wywiadzie prof. Marciniak powiedział jeszcze jedną rzecz: dobre wyniki uczniów w Finlandii są frustrujące, bo nie ma tam tych wszystkich narzędzi, które my stosujemy – kształcenia nauczycieli, awansu zawodowego, systemu egzaminacyjnego, kontroli jakości itd. A i tak są najlepsi. Marciniak niestety nie pociągnął tego dalej, nie postawił kropki nad „i”: być może nie osiągamy tak dobrych wyników dlatego właśnie, że wszystkie te narzędzia mamy.
Jednym z głównych problemów, jakie zgłaszali uczestnicy Kongresu Edukacji, było przeregulowanie zawodu nauczyciela. Nauczyciel ma de facto bardzo niewiele swobody w tym, jak wykonuje swój zawód. Trzyma go system egzaminacyjny, podstawa programowa, system zarządzania i rozliczania szkół. Nie można przeprowadzić sześćdziesięciominutowej lekcji.
System egzaminacyjny jest jak katowski miecz, który spada na ucznia. To wyrok, od którego nie ma odwołania, który decyduje o reszcie jego życia. Zadaniem nauczyciela jest prowadzenie ucznia w taki sposób, by zdał ten egzamin. To oznacza często dokonywanie bardzo złych wyborów. Uczymy zdawać egzaminy, a nie myśleć. Być może to jest także trochę odpowiedź na to, dlaczego uczniowie przyjmują informację, że 2 plus 3 równa się 7. Uczniowie bardzo zdolni – paradoksalnie – nie są dobrzy w zdawaniu egzaminów, bo egzaminy są zestandaryzowane. Bardzo dobrze zdają je uczniowie przeciętni.
Jak przystosować system edukacji do społeczeństwa informacyjnego? Rozdać milion laptopów?
Celem tego projektu Ministerstwa Infrastruktury jest modernizacja polskich szkół, a nie rozdawanie laptopów. Szczegóły są opracowywane, nie przyzwyczajałbym się na tym etapie do myśli o takim lub innym modelu modernizacyjnym. Najpierw te modele trzeba przetestować, i to właśnie będzie robione. Trzeba mieć świadomość, że źródłem tego projektu jest chęć rozwiązania problemu związanego z opłatami emisyjnymi. Mamy operatorów telekomunikacyjnych, którzy powinni zapłacić bardzo dużo pieniędzy za koncesje, o których już wiadomo, że nie są tyle warte. Wszyscy muszą się z tego jakoś wyplątać. Rząd nie może zmusić firm do zapłacenia, a następnie zbankrutowania, bo byłoby to nieracjonalne. Operatorzy też nie chcą zapłacić i zbankrutować. Ustawa o zmianie opłat koncesyjnych na system inwestycji w edukację jest bardzo rozsądnym pomysłem.
Pytanie brzmi, czy te pieniądze wydamy dobrze. Zrzucanie technologii na spadochronach w sposób całkowicie nieprzygotowany sprawi tylko, że te paczki rozbiją się o ziemię. Trzeba przystosować szkolną infrastrukturę. Obecnie 90% szkół jest podłączona do internetu, ale parametry tego połączenia są bardzo słabe. Trudno sobie wyobrazić, że kilkadziesiąt osób korzysta z Neostrady 1 Mb. Trudno sobie też wyobrazić, że nagle trzydziestu uczniów podpina laptopy do gniazdek elektrycznych, bo pójdą bezpieczniki. Abstrahując od faktu, że w żadnej klasie nie ma tylu gniazdek. Trzeba również przygotować system edukacyjny do przyjęcia tych technologii. Obecnie nauczyciele z nich nie korzystają.
A wręcz zabraniają używać na lekcjach telefonów.
Nauczyciel powinien wiedzieć, kiedy zabronić. Polecenie „schowajcie laptopy” jest równie istotne jak „wyciągnijcie laptopy”. Technologie informacyjne nie są panaceum na jakość edukacji. Nie jest tak, że jak damy dziecku laptopa, to będzie się lepiej uczyć, bo wszystko mu się pokaże w formie atrakcyjnej animacji. To tak nie działa. Były badania pokazujące, że źle stosowane technologie informacyjne prowadzą wręcz do obniżenia jakości kształcenia.
Trzeba przede wszystkim doprowadzić do tego, żeby to nauczyciele mieli dostęp do technologii. Większość nauczycieli – co pokazało małe i niereprezentatywne badanie zrobionym przez Agorę, ale nie mamy dobrych badań - wskazywała, że potrzebują projektorów multimedialnych. Projektor w każdej klasie i laptop, który można do tego projektora podłączyć – to jest znacznie tańsze niż milion laptopów i prostsze do zrobienia. Co więcej: przyniesie natychmiastowe skutki. Nie trzeba nauczycieli specjalnie szkolić do korzystania z rzutnika, już to potrafią. Zdecydowana większość nauczycieli wskazywała, że to oni potrzebują sprzętu komputerowego, bo przygotowują materiały dydaktyczne, wybierają filmy do pokazania dzieciom. To moim zdaniem bardzo racjonalne.
Mamy już jakieś konkretne doświadczenia związane z wdrażaniem nowych technologii w polskich szkołach?
Doświadczenia szkoły w Jarocinie pokazują, że całkiem nieźle działa system klas laptopowych. Szkoła jest wyposażona w kilka mobilnych pracowni informatycznych. Dzieci przynoszą laptopy na tę lekcję, na której chcą je wykorzystywać. Natomiast ważne jest, żeby sprzęt był mobilny i nauczyciel mógł go zabrać, kiedy chce, i tam, gdzie chce. Doświadczenia Jarocina pokazują też, że proces dyfuzji technologii jest bardzo powolny. Na początku było dużym sukcesem, jeśli lekcja laptopowa odbywała się raz w tygodniu. Po roku te wyniki są znacznie lepsze. Dzieci i nauczyciele uczą się, jak korzystać z tych zasobów skutecznie.
Oczywiście przy takim modelu tracimy potencjał modernizacyjny – w Portugalii laptopy rozdano uczniom, były ich własnością. Szkoła nie nakazywała, jak z nich korzystać. Wtedy oczywiście laptopy były używane nie tylko przez dziecko, ale też przez mamę, tatę, dziadka. To pozwala wyzwolić potencjał modernizacyjny, który ma znacznie szerszy zasięg niż system edukacyjny. To bardzo ciekawa koncepcja. Oczywiście to kosztuje. Nie wiem, czy Polskę będzie na to stać.
A jakieś tańsze pomysły modernizacyjne?
Otwarte zasoby edukacyjne. Dystrybucja materiałów dydaktycznych przez sieć jest bardzo tania, biorąc pod uwagę skalę, koszty serwerów i łączy są efektywnie bliskie zeru. Wystarczy dać impuls do ich tworzenia poprzez system zamówień publicznych. Dzięki temu możemy radykalnie obniżyć koszty materiałów edukacyjnych i znacząco zwiększyć ofertę, co z kolei da nauczycielom więcej narzędzi i swobody w wyborze optymalnego dla ich uczniów modelu nauki. Tymczasem w Polsce nie mamy żadnego programu budowania publicznych zasobów informacyjnych dla uczniów. Najpopularniejszą stroną edukacyjną skierowaną do uczniów jest obecnie Ściąga.pl. To jedna z dwudziestu najpopularniejszych stron w Polsce.
A to nie wynika z pasji plagiatowania?
To wynika z realnych potrzeb uczniów, którzy są stawiani przed określonymi zadaniami i muszą w jak najbardziej efektywny sposób je wykonać. Okazuje się, że Ściąga.pl jest metodą realizacji tych zadań.
System wymaga ściągania?
Mam wrażenie, że tak. Uczniowie są przeładowani zadaniami i muszą szukać dróg na skróty. To, co powiem, będzie bardzo niepoprawne, ale uważam, że w tej sytuacji uczniowie zachowują się racjonalnie. Co nie znaczy, że to jest dobre pod względem edukacyjnym. Popularność strony Ściąga.pl wynika również z tego, że nie mamy zasobów dydaktycznych wysokiej jakości skierowanych bezpośrednio do uczniów. Państwo nie czuje swojej odpowiedzialności w tej dziedzinie.
To też jest problem podręczników.
Podręcznik nie jest dziś alfą i omegą edukacji. I uczniowie, i nauczyciele korzystają z bardzo wielu różnorodnych źródeł wiedzy. Oczywiście podręcznik ciągle strukturuje proces dydaktyczny, ale nie jest narzędziem, które pozwala wywiązać się uczniom ze stawianych przed nimi zadań.
Problemem jest też chyba to, że to nauczyciel decyduje, z jakiego podręcznika korzystają uczniowie, a firmy księgarskie motywują go, żeby często zmieniał zdanie.
Aksjomat, że to nauczyciel podejmuje decyzje dotyczące programu i pomocy dydaktycznych, uważam za głęboko słuszny. Natomiast musimy mieć świadomość, że rodzaj i charakter zadań, jakie obecnie stawia się uczniom, powoduje, że często muszą dokonywać wyborów samodzielnie. Tutaj jest problem.
Polska jest jednym z nielicznych krajów, w których całkowicie skomercjalizowano rynek podręczników. W większości państw istnieje system refundacji albo zakupów. Treści edukacyjne są wspomagane przez państwo tak samo jak szkoły, dlatego że stanowią integralną część systemu edukacyjnego. Rynek treści dydaktycznych pełni funkcję usługową. Jego zadaniem jest wspomaganie edukacji, nie jest wartością samą w sobie. A z tym obecnie mamy problem. Internet, które całkowicie wywraca logikę produkcji i dystrybucji informacji, wymaga zupełnie innego podejścia niż media analogowe.
Państwowa Ściąga.pl? Wikipedia?
Nie o to chodzi. Państwo musi wspierać inicjatywy różnych instytucji – także uczelni wyższych i organizacji pozarządowych – które doprowadzą do produkcji treści edukacyjnych wysokiej jakości. To nie znaczy, że państwo ma samo tworzyć te treści ani że mają one być obligatoryjne. Państwo powinno organizować programy grantowe, których efektem będzie zwiększenie ilości treści dostępnych w sposób otwarty.
Dotacje na internetowe podręczniki?
Materiały dydaktyczne. Podręcznik jako pewna forma podania treści jest już mocno przestarzały. W czasach społeczeństwa informacyjnego nie sięgamy do jednego źródła informacji. Sięgamy do wielu źródeł, konfrontujemy informacje ze sobą. Tak samo uczą się dzieci. Korzystają z wielu źródeł informacji, krytycznie je opracowując. Podręcznik, jako rodzaj monokultury o ogromnej sile oddziaływania symbolicznego, jest dziewiętnastowiecznym pomysłem. Nie jestem zwolennikiem takiego monologu, na dodatek roszczącego sobie pretensje do nieomylności. Trendy światowe pokazują, że podręcznik, pojęty jako zamknięty katalog treści, które dają sto procent wiedzy niezbędnej uczniowi na danym poziomie procesu edukacyjnego, to przeżytek. Przede wszystkim z tego powodu, że istotna jest dziś nie wiedza, ale miękkie kompetencje, których podręcznik nie nauczy – pracy w grupie, krytycznej lektury.
Jestem zwolennikiem tezy, że trzeba wprowadzić do szkół podstawowych teorię komunikacji.
Ważna jest też edukacja medialna. To, w jaki sposób korzystamy z informacji. W czasach, gdy większość procesów komunikacji społecznej jest zapośredniczona przez technologię, korzystanie z technologi informacyjnych jest rodzajem alfabetu, który musimy posiąść, żeby skutecznie się komunikować. Tak jak musimy się nauczyć pisać, tak musimy nauczyć się obsługi komputera, komórki, telewizora itd.
Były badania pokazujące, że internet jest jeszcze bardziej zmonopolizowany niż media tradycyjne. Większość ruchu odbywa się na kilku największych portalach.
To oczywiście prawda, ale nie ma osób, które korzystają tylko z Onetu, Wirtualnej Polski czy Gazeta.pl. Internet jest odpowiedzialny za bardzo wiele ciekawych zjawisk w tym kraju, bardzo często niedostrzeganych. Polecam odwiedzenie kilku forów poświęconych samochodom. Niezależnie od tego, jaki samochód posiadasz, prawie na pewno istnieje klub fanów tej marki czy modelu, którzy organizują zloty w twoim województwie, pomagają sobie nawzajem w naprawach, wspólnie spędzają wakacje i umawiają się na piwo. To było niemożliwe bez internetu. Internet umożliwił na ogromną skalę budowanie sieci społecznych. Trochę wszystko jedno wokół czego – to może być lokalna drużyna piłki nożnej
Albo poezja.
Istotne jest to, że internet realnie tworzy więzi społeczne. Mam wrażenie, że nam to zupełnie umyka. Polska jest w tym momencie krajem internetowych klubów. To uruchamia pewne społeczne zmiany, które moim zdaniem są bardzo głębokie. To jest także powód, dla którego edukacja medialna jest bardzo istotna. Chodzi o to, żeby te procesy wspierać.
*Jarosław Lipszyc - prezes Fundacji Nowoczesna Polska
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...