|
Jaś Kapela, Krytyka Polityczna: Mówi się, że polska młodzież jest bardzo konserwatywna. To prawda?
Piotr Laskowski: Myślę, że nie. Problem w Polsce polega na tym, że – jak mało gdzie na świecie – system sprawia wrażenie bezalternatywnego. Bardzo trudno jest uwierzyć w jakąkolwiek możliwość zmiany. Ciężko jest mi występować w roli eksperta od młodzieży, coś takiego jak „młodzież w ogóle” nie istnieje. Mam jednak poczucie, którego uzasadnić do końca nie umiem, że jakaś potrzeba zmiany czy protestu jest odczuwana – ale odczuwana w planie indywidualnym, nie przekłada się na żadną wiarę w to, że można coś zrobić. Niebagatelny wpływ na ten stan ma szalenie domknięty system edukacji.
Co to znaczy?
Jest to system, w którym udało się – „udało się” mówię oczywiście ironicznie – doprowadzić do tego, że wiedza sama w sobie nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Jest niezbędna tylko jako etap w drodze do indywidualnego sukcesu. Na to się składa na przykład organizacja szkoły, która jest całkowicie niewspólnotowa, nastawiona na indywidualne osiągnięcia, konkurencyjność, rywalizację. Jednocześnie daje przekaz, że nic nie podlega dyskusji, że szkoła to nie jest żadna społeczność, którą można wspólnie organizować. To jest miejsce, gdzie się zdobywa kapitał. Potem można ten kapitał akumulować, dobrze inwestować i wtedy się odniesie sukces. Takie myślenie jest wzmacniane przez system egzaminów.
Jedna czwarta uczniów oblała ostatnią maturę, bardzo wielu więc przegrywa.
Oczywiście. To jest system, który fałszywie twierdzi, że każdy może wygrać, jeśli tylko się napracuje. Jak się słucha komentarzy, że to był po prostu zły rocznik, że uczniowie nie pracowali wystarczająco dużo, to zaczynamy rozumieć ten fałsz. Dość dobrze pisze o tym Illich w książce Odszkolnić społeczeństwo: mówi się, że wszyscy mają równy start i każdy może odnieść sukces. W związku z tym, jeśli go nie odnosi, to może winić tylko siebie. To rozbraja jakikolwiek protest, bo system nie składa de facto żadnej obietnicy. Łatwiej protestować, kiedy system coś obiecuje, a potem widać, że tego nie wypełnia; jest wtedy pewne pęknięcie między dyskursem a rzeczywistością. W Polsce go nie ma. Na Zachodzie jest – ci, którzy tworzyli tam system szkolny, używali jednak języka wartości. Nie mówili: zrobimy wam najdoskonalszy wyścig szczurów na świecie. A system polski dokładnie to mówi: ścigajcie się, a jak nie wygracie, to trudno, musicie się nauczyć biegać szybciej. Nie istnieje alternatywny i powszechny – czy uprawniony w mainstreamie – sposób mówienia o rzeczywistości. Nie można odnieść własnego braku perspektyw, zmęczenia, poczucia absurdalności sytuacji do jakiegoś dostępnego języka wartości czy celów. Człowiek zostaje sam.
Dlatego licealiści nie wyjdą na ulice jak we Francji?
Nie chciałbym powiedzieć, że nie wyjdą. Może wyjdą. Może coś się stanie. Lubię przypominać takie dwa momenty historyczne: jeden mniej znany, z dziewiętnastego wieku. Działacze kółek nihilistycznych w Rosji pisali w listach, że nie ma szansy niczego zmienić, że jest marazm. Koledzy są okropni i zależy im tylko na karierze w aparacie urzędniczym, niczego nie chcą i nie można ich poruszyć. A rok później, podczas „szalonego lata”, sto tysięcy młodych ludzi z dobrych domów, którzy mieli otwartą ścieżkę kariery, porzuciło studia i poszło w lud rosyjski. Druga anegdotka jest trochę lepiej znana: są listy Lenina i Trockiego ze stycznia 1917 roku, w których piszą, że nie będzie już za ich życia żadnej rewolucji.
Mam więc wrażenie, że tego typu ruch społeczny jest nie do przewidzenia. Zdaje mi się, że cała rzecz polega na jakimś poczuciu własnej mocy i sprawczości. Wrażeniu, że ta siła jest we mnie i w innych. Że dzielę swój pogląd na świat z innymi. W Polsce jest jeszcze jeden podstawowy kłopot: ludzi blokuje lęk przed wstydem wynikającym z zaangażowania. Co się będę wygłupiał, coś zacznę robić, a potem zostanę sam. Lepiej się nie wychylać, to się przynajmniej nie ośmieszę. Tak rodzi się głębokie poczucie niemocy i osamotnienia. Ale można je przewalczyć.
A jak się przewalcza poczucie niemocy?
Kłopot polega na tym, że w Polsce jest bardzo słabo z myśleniem wspólnotowym. Dopóki pozostaję samotną jednostką, jestem skazany na pewien rodzaj niemocy – i albo indywidualny protest (który może mieć charakter wyłącznie estetyczny), albo jakiś rodzaj frustracji. System szkolny zorganizowany jest w taki sposób, że nie sprzyja jakiemukolwiek działaniu społecznemu czy wspólnotowemu. Nie wytwarza przestrzeni, w których ludzie mogliby poczuć jakiś rodzaj wspólnego sprawstwa albo przynajmniej zacząć się komunikować w sprawach ważnych, np. organizacji warunków życia czy nauki. Tego nie dają też uniwersytety. Samorząd uniwersytecki to kompletna fikcja. Słuchałem wywiadu z jakimś działaczem samorządu w sprawie reformy uniwersytetu i ten człowiek sprawiał wrażenie osoby, która już nosi teczkę za jakimś posłem partii rządzącej i zamierza sobie wpisać działalność samorządową w CV. Coś koszmarnego. Ten człowiek już był rodzajem aparatczyka.
Dlatego przezwyciężenie niemocy mogłoby się zacząć od realnego zdemokratyzowania tych wspólnot, w których ludzie uczestniczą. Od zrzeszania się. Od stawiania dość fundamentalnych dla młodych ludzi pytań: czego oni chcą się uczyć? Po co chcą się uczyć? I jak to nauczanie ma być zorganizowane? To jest warunek upodmiotowienia, niebycia biernym odbiorcą, tylko decydowania o miejscu, w którym między siódmym (a w przyszłym roku szóstym) a osiemnastym rokiem życia człowiek spędza większość swojego czasu.
Pierwszoklasiści raczej nie będą dyskutować o tym, czego chcą.
Pierwszoklasiści pewnie nie. Ale starsi już mogą. A ci, którzy są na zewnątrz tego systemu, mogą nadać mu impuls antykomercjalizacyjny. Wymuszać myślenie o edukacji w kategoriach innych niż raport Polska 2030, który wydaje mi się przerażający. Jest czystą, totalną ekonomizacją. Tam chodzi tylko o to, żeby pomnażać zasoby ludzkie. A kapitał ludzki ma efektywnie pomnażać kapitał finansowy. To jest koszmarne, ale jak dotąd bez alternatywy.
Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju przeprowadził ankietę w 29 krajach Europy Środkowo-Wschodniej i pięciu krajach Europy Zachodniej. Wynika z niej, że Polacy są najszczęśliwsi i uważają, że ich dzieci będą miały jeszcze lepiej niż oni.
Przy interpretacji tej ankiety pojawia się kilka wątpliwości. Przede wszystkim może mieć na nią wpływ dyskurs – być może nieunikniony, choć może już do przewalczenia – że było gorzej, a jest lepiej, więc ceńmy to, co mamy. Na to nakłada się triumf polityki historycznej dotyczącej PRL-u, przedstawiającej ten okres w taki sposób, żeby nikt nie śmiał sobie przypominać, że to nie była przez cały czas stalinowska dyktatura trzymająca wszystkich pod butem i wsadzająca wszystkich do więzień. Z drugiej strony po ’89 pewien awans ekonomiczny grup mających wpływ na kształtowanie języka publicznego niewątpliwie nastąpił, więc one są zachwycone. A grupom spauperyzowanym odebrano język, tak że w ogóle nie mogą zwerbalizować swojego doświadczenia.
W jakimś sensie PRL upadł, bo nie dotrzymał własnej obietnicy. W PRL-u nie protestowano na rzecz wprowadzenia gospodarki wolnorynkowej na modłę anglosaską, tylko na rzecz dotrzymania obietnicy, którą PRL złożył. Natomiast nowy system nie składa żadnej obietnicy, więc nie ma się od czego odbić.
Może wszyscy niezadowoleni wyjeżdżają z Polski?
Na emigrację zarobkową uciekają ci najaktywniejsi. Wyobrażam sobie, że są to ludzie wyposażeni w pewien rodzaj energii, odwagi do zmiany, śmiałości w organizowaniu sobie życia. Z jakiegoś powodu uznali, że lepiej przekuć tę śmiałość w indywidualną poprawę losu w innym kraju niż w dokonanie jakiejś zmiany tu. Niewątpliwie ten milion czy dwa, które wyjechały, to są ludzie, którzy mogliby być tu na ulicach.
Jest jeszcze kilka powodów, dla których nie przywiązywałbym się do tego zadowolenia z życia, które wychodzi w badaniach. Zwróćmy uwagę na wątek inwestycji w dzieci. Tu przebija kłopot właściwie egzystencjalny. Bo co to znaczy, że jest świetnie, ale to nasze dzieci dopiero będą miały dobrze? To jest rodzaj wyrzeczenia się własnego życia w imię desperacko, a jednocześnie szalenie indywidualistycznie pojmowanej kariery własnego dziecka. Ja nie będę żyć szczęśliwie, ale całe to szczęście, które mógłbym osiągnąć, lokuję w moim dziecku. Dlatego trzeba w nie inwestować – i jemu się uda, bo będzie miało możliwości, których ja nie miałem.
Problem polega na tym, że pewne elementy naszej rzeczywistości uprawniają do tego typu myślenia, na przykład umasowienie edukacji wyższej. Ale umasowienie to opiera się na jakimś rodzaju oszustwa. Ta edukacja nie ma wartości edukacji. Ma jakąś ekonomiczną wartość zbierania punktów do CV. I w tym sensie alienuje – od języka protestu. To nie jest przypadek, że na Zachodzie uniwersytety i szkoły są centrum protestu przynajmniej od lat sześćdziesiątych. Jak ktoś czyta, analizuje, komentuje teksty, traktując je jako wartość samą w sobie, to uruchamia myślenie i krytyczny namysł nad rzeczywistością. Może dostrzec jej słabe punkty. A jak ktoś studiuje po to, żeby mieć lepsze CV, to jest całkowicie od treści tych studiów wyalienowany. Ona ma charakter czysto towarowy. Nabywa się towar w celu zdania egzaminów. Nie chodzi o to, żeby coś przeczytać, tylko żeby zdać egzamin. Treść studiów przestaje być pożywką dla myślenia, zamienia się w całkowicie wyobcowane narzędzie władzy i segregacji. Tekst literacki czy filozoficzny ma znaczenie o tyle, o ile jest przepustką do lepszego życia. Nie ma znaczenia sam w sobie.
Trzeba to zmieniać. Ale jak to zrobić, jeśli czytam teksty zachęcające do zdawania na studia filozoficzne, gdzie jest napisane, że warto studiować filozofię, bo jej absolwenci są bardzo poszukiwani przez agencje reklamowe? Jeśli sama uczelnia składa obietnicę: czytaj Hegla, bo to obudzi w tobie kreatywność, którą chętnie kupi agencja reklamowa, to kto może poważnie czytać Hegla?
„Bednarska”, gdzie uczyłeś, i Liceum im. Jacka Kuronia, które założyłeś, próbują jednak tworzyć alternatywę. Na czym ona polega?
Dwa punkty wydają mi się dla edukacji kluczowe. Po pierwsze, nie można myśleć o szkole jako instytucji ekonomicznej i dostawcy towaru. To wspólnota, społeczność, o której losach mogą decydować uczniowie. Niech to będzie trudne, ale istotna jest sprawczość. Szkoła ma autentycznie sama się rządzić. Oczywiście, jeśli chce być w systemie, musi robić pewne koncesje na rzecz form egzaminacyjnych, ale moim zdaniem pozostaje dość dużo miejsca na pewien typ wspólnoty, która nie tylko rządzi się sama, ale wychodzi na świat zewnętrzny i coś razem organizuje. Po drugie, ważne jest odzyskanie samodzielnej wartości tych tekstów, które człowiek poznaje w szkole. Uwolnienie człowieka poprzez uwolnienie tekstu. Chodzi o to, żeby obcować z nimi naprawdę, a nie dlatego, że system każe.
Na uniwersytecie jest to nawet prostsze. Tam nie ma pewnych strukturalnych, systemowych ograniczeń, którym podlegają szkoły niższego szczebla. Walka o demokratyzację i autoteliczność wiedzy powinna być więc na uniwersytecie łatwiejsza. Wydaje mi się jednak, że można to też zrobić na poziomie szkół. Oczywiście inaczej będzie wyglądać wspólnota siedmiolatków – będzie pewnie bardziej podlegać nadzorowi dorosłych, co nie znaczy, że musi być całkowicie hierarchiczna i dyscyplinująca – a inaczej wspólnota szesnastolatków, która może być już dużo bardziej samodzielna. Chodzi o to, żeby o takim typie wspólnotowości pomyśleć.
Nie sądzisz, że jest to model bardzo elitarny?
Nie. Zawsze mnie irytuje ten argument. Co jest elitarnego w propozycji, żeby ludzie, którzy spędzają osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu w jakimś miejscu, mieli prawo sobie to miejsce zorganizować? Tylko profesorowie mogą? A inni nie? Bo nie wiedzą, jak to zrobić? To dopiero brzmi elitarystycznie. To nie jest tak, że Szekspir jest dla elity. Ale nie upieram się nawet przy Szekspirze. Zakładam, że ktoś będzie czytał zupełnie inne teksty niż te, które są w kanonie lektur. Też dobrze. Ale niech je czyta dla nich samych.
Rotę też?
No, może wolałbym, żeby to nie była Rota z Bogurodzicą, chciałbym to spluralizować. Ale i tak powiedziałbym, że większy pożytek – może przerażający, ale przynajmniej dający jakieś paliwo – jest z Roty czytanej dla tych wartości, które ona sama prezentuje, niż z czytania narodowo-patriotycznych kazań z absolutną cyniczną świadomością, że czyta się wyłącznie dlatego, że potem to będzie na egzaminie. Czytam i nawet chodzę na religię, bo wszyscy chodzą, ale nie traktuję tego poważnie, to nie jest moje i nic mnie to nie obchodzi. Werbalnie młodzież jest bardzo konserwatywna, ale ten konserwatywny światopogląd jest traktowany tak samo, jak lektury i cała szkoła. A ostatecznie tak traktowane jest wszystko, co robi się w sferze publicznej: po prostu wiadomo, jak trzeba gadać. Na egzaminie gimnazjalnym trzeba napisać, dlaczego Jan Paweł II pozostał patriotą po wyborze na papieża i dlaczego wielkim patriotą była Tadeusz Kościuszko.
Czyli młodzież nie jest konserwatywna, tylko cyniczna?
Tak mi się wydaje. System promuje konformistyczne przyczajenie się. Jego chytrość polega na tym, że on wcale nie chce mieć ludzi zaangażowanych patriotycznie. Zaangażowani patriotycznie są na Krakowskim Przedmieściu i stwarzają problemy. On chce mieć ludzi absolutnie konformistycznych, którzy potrafią rozpoznać bezbłędnie, co należy wyklepać. Sam napisałeś tekst Jak nie skończyłem gimnazjum, gdzie pokazujesz, o co w tym chodzi.
Weźmy Kościuszkę. Należy wyklepać, że był patriotą. Paradoks z Kościuszką polega na tym, że to jest facet, który cały swój amerykański majątek zapisuje na wyzwalanie niewolników i organizowanie im szkół. Przyjeżdża z tej polskiej Białorusi i jest radykalniejszy od Jeffersona i ojców demokracji amerykańskiej. Właśnie dlatego, że zwraca uwagę na tych, którzy naprawdę emancypacji w społeczeństwie potrzebują. Jakby poczytać, co Kościuszko ma do powiedzenia na temat Kościoła katolickiego i jego wpływu na sytuację w Polsce, to byłby problem. W związku z tym nie należy czytać. Należy nauczyć młodzież, że Kościuszko był patriotą, czyli dobrym człowiekiem, podobnie jak Adam Mickiewicz i jeszcze kilku ważnych ludzi, którzy też byli patriotami.
I teraz Kościuszko i Mickiewicz są już kompletnie poza zasięgiem jakiejkolwiek refleksji. Zostali wyalienowani i służą jako narzędzie opresji, które traktuje się właśnie w taki cyniczny sposób. Tylko że to oznacza, że młodzi ludzie w tym kraju nie mają dostępu do języka, w którym mogą cokolwiek wyartykułować. Język celów i zamierzeń, język niezbędny do pomyślenia innego świata, który nam daje literatura, w jakimś sensie historia, w pełnym sensie filozofia (nie przypadkiem w polskiej szkole jej nie ma i nie będzie, a jej ostatnie podrygi właśnie są podduszane likwidacją matury z tego przedmiotu), zostaje im odebrany. Nie mogą pomyśleć zmiany. Mogą tylko rozpoznawać swoją sytuację tu i teraz, czyli myśleć w kategoriach efektywności, jak sobie lepiej poradzić. I w kategoriach kreatywności, a nie twórczości. W tym sensie system zachodni jest mniej doskonały dla stabilizacji systemu niż nasz. Zachód przynajmniej obiecał, że będziemy myśleć w kategoriach samodzielnej twórczości, a teraz usiłuje to zakończyć – przy protestach. Nasz niczego takiego nie obiecał.
A gdzie byś się dopatrywał źródeł tego wręcz urzędowo wymaganego cynizmu?
W paternalizmie tej części elity, która dokonywała transformacji. Mam dość silne przekonanie, że problemem Polski jest pewien fantazmat straszliwego, nieodpowiedzialnego, ciemnego, ksenofobicznego ludu, który to lud trzeba wychować. Ten fantazmat zamieszkuje umysły polskiej elity „liberalno-lewicowej”, choć tak naprawdę żadne z tych słów do niej nie pasuje. Według tego fantazmatu nad ludem panuje w sposób absolutny Kościół. Jeśli więc chcemy lud trzymać za twarz i jakoś go jednak wychować, nie oddać najmroczniejszej części Kościoła, którą możemy sobie metaforycznie nazwać Tadeuszem Rydzykiem, to musimy stworzyć dyskurs patriotyczny i szanujący wartości katolickie, bo jakikolwiek inny lud odrzuci. Tak jakoś mięciutko musimy ten lud wychowywać, żeby to był jednak Kościół otwarty i łagiewnicki, patriotyzm otwarty i nowoczesny. To jest język, który zdominował koniec lat dziewięćdziesiątych, po bardzo krótkim otwarciu na początku tamtej dekady. Pamiętam, jak w przerażający sposób przeżerał całą sferę publiczną, likwidując jakiekolwiek spory, jakąkolwiek możliwość wypowiedzenia się.
Szkoła ma więc służyć temu, żeby cywilizować ten fantazmatyczny, wyobrażony lud. Tylko że lud nie jest taki głupi. A przede wszystkim – jak mi się wydaje – jest całkowicie inny od tego wyobrażonego. Co może zrobić z tym językiem? Oczywiście zdystansować się od niego, ale ponieważ nie ma żadnej alternatywy, to jedyne, co pozostaje, to pewne cyniczne przyjmowanie tego języka jako narzędzia kariery albo przetrwania. W szkole łatwiej się przetrwa, jak się będzie go używać. Nikt tego nie traktuje poważnie.
Pozostaje nam bycie tu i teraz, robienie kariery tu i teraz, całkowicie cynicznie, w poczuciu dość głębokiego osamotnienia.
Nie sądzę, nawet mimo tych badań, że wszyscy są tacy zadowoleni. Nie widzę wielu szczęśliwych ludzi, żyjących w poczuciu, że praca dostarcza im satysfakcji, mających poczucie mocy i sprawczości. A wydaje mi się, że ludzie generalnie by tego pragnęli. Jeśli więc deklarują, że mają udane życie, to jest to raczej wymuszone przez pewien rodzaj narracji, którą dostają. Nie wypada powiedzieć, że życie jest nieudane, bo to znaczy, że jest się nieudacznikiem. Poza tym kiedyś na pewno było gorzej – wiem to, bo cały czas słyszę. Toteż nie wypada mówić, że teraz jest niedobrze, skoro kiedyś było gorzej. No, a moje dzieci to już na pewno będę miały dobrze.
A nie wydaje ci się, że – paradoksalnie – w tej walce szczurów lepszą pozycję zajmują ci, którzy są wychowywani do nonkonformizmu? Umieją łamać reguły i dzięki temu lepiej im się odnaleźć w paradygmatach kreatywności i efektywności.
Pomyśleliśmy o naszej szkole, o Kuroniu, właśnie po to, żeby tak się nie stało. Oczywiście system potrzebuje i biomasy, która będzie pracować, i kadry menadżerskiej, żeby zarządzać. Wydaje mi się, że nasz model uczenia krytycznego jest próbą zabezpieczenia przed takim obsadzeniem się w roli kreatywnego menadżera. Nie zawsze się uda, to jasne. Te dwa elementy, doświadczenie wspólnotowego życia i autentyczne przeżycie tekstów, chyba jakoś uniemożliwiają wejście w pewne buty. Albo przynajmniej ponosi się pewien koszt wewnętrzny, gdy się to robi. Są pewnie ludzie, którzy i tak wybiorą taką drogę kariery. Ale przynajmniej zrobią to świadomie – choć nie wiem, czy to zaleta, czy wada. Tak czy siak, obserwuję, że ten model edukacji pozwala ludziom sformułować pewną niezgodę. I to jest w nim fajne. Nie chciałbym go absolutyzować, choć oczywiste, że droga, którą realizuję, wydaje mi się słuszna.
Istnieje subtelna, a jednocześnie wyraźna różnica między krytycyzmem a zadowoloną z siebie podejrzliwością. Pewien typ sceptycyzmu, dziedzictwo epoki końca historii, miał być zabezpieczeniem przed ideologiami – a uczynił nas ślepymi na ideologię panującą. Kiedy praca myślenia sprowadza się do podejrzliwości, która pozwala demaskować wszelkie propozycje zmiany, wszelkie alternatywy, jako w najlepszym razie naiwne, wtedy nieuchronnie rodzi się cynizm. Poczucie, że nie mam wprawdzie złudzeń co do rzeczywistości, ale też odrzucam wszelką perspektywę zmiany jako ideologiczną.
Jest pewien typ cynicznych demaskatorów, którzy z nieukrywanym sadystycznym zadowoleniem afirmują zło świata, twierdząc, że jest ono nieusuwalne. Wtedy pozostaje już tylko być kreatywnym, efektywnym, łamać reguły o tyle, o ile pozwoli mi to tak sobie poradzić w istniejącym świecie, żeby mnie osobiście to zło nie dotknęło – i deklarować, jak Roy Cohn w Aniołach w Ameryce, że „nie wzrusza mnie nierówny podział dóbr na tym świecie”.
Tymczasem krytycyzm, krytyka jest czymś zupełnie innym. Krytyka musi prowadzić do twórczości, do wypracowywania czegoś nowego, czegoś, czego jeszcze nie ma. Musi nam chodzić o twórczość przeciwstawioną kreatywności, o zdolność pomyślenia niemożliwego.
Piotr Laskowski - historyk idei i egiptolog, twórca i dyrektor Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia w Warszawie, autor m.in. książki Maszyny wojenne. Georges Sorel i strategie radykalnej filozofii politycznej.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...