|
Szymon Grela, Krytyka Polityczna: Partia Pracy oddaje przywództwo po 13 latach rządów. Dlaczego tak się stało?
Profesor Scott Lash: 13 lat to bardzo długi okres w polityce. Rzadko kiedy jedna partia rządził tak długo. Był to najdłuższy okres przewodnictwa laburzystów w XX wieku i byłbym zaskoczony, gdyby utrzymali się u władzy. W pewnym sensie można to nazwać naturalnym procesem historycznym. Oczywiście były też inne, bezpośrednie przyczyny.
Jakie?
Gordon Brown był wyjątkowo niepopularnym politykiem. Popełnił masę błędów i miał tak niskie notowanie, że nawet gdyby Partia Pracy utrzymała się przy władzy, musiałaby zmienić lidera. Wyborcy byli też bardzo znużeni Tonym Blairem, który dalej pozostawał kluczową postacią w Partii Pracy, wpływając na decyzje z tylnego siedzenia. Ponadto, notowania Laburzystów bardzo osłabiła wojna w Iraku, budząca duży sprzeciw społeczny. Jednak najważniejszą kwestią były niewątpliwie finanse publiczne. Wielka Brytania zmaga się teraz z największym deficytem w historii - około 80 milionów funtów. Oczywiście jest to w dużej mierze skutek globalnego kryzysu, a nie tylko działań rządu, ale Brytyjczycy mają żal do Browna, że nie podjął odpowiednich działań, by minimalizować jego skutki.
Jakie były największe błędy Browna w walce z kryzysem i deficytem budżetowym?
Mam wrażenie, że przede wszystkim wyborcy mieli mu za złe, że nie przewidział nadejścia kryzysu. Pozwolił, by brytyjski system finansowy rozwijał się i działał, jak chce, bez żadnej kontroli ze strony rządu. Ponadto, przez długi czas stosował raczej taktykę uników niż otwartej konfrontacji z problem. Uspokajał, mówił, że nie ma się czego bać i nie podejmował żadnych zdecydowanych ruchów, co sprawiło, że brytyjska gospodarka była zupełnie nieprzygotowana na kryzys. Poza tym w trakcie kryzysu podejmował niepopularne działania. Wiele jego decyzji wyglądało tak, jakby przede wszystkim nie chciał urazić inwestorów z City i zaszkodzić ich interesom. Poza tym nieumiejętnie gospodarował budżetem. Wpływy się zmniejszały, a Brown nie zrewidował zdecydowanie planu budżetowego, choć potrzebna była jakaś strategia, wyznaczenie priorytetów. Tych wszystkich błędów było za dużo i w efekcie doprowadziły do porażki w wyborach. Partia Pracy przegrała te wybory i straciła legitymizację do sprawowania władzy.
Czy w takim razie można oczekiwać jakichś znaczących zmian wewnątrz Partii Pracy?
Nie spodziewam się specjalnej zmiany. Prawdopodobnie zmieni się kierownictwo. Laburzyści już w trakcie wyborów przestali twardo stawiać na Browna i najpewniej niebawem ktoś go zastąpi. Trudno powiedzieć, kto to będzie. Ale czy będzie to Harriet Harman, David Miliband, Ed Balls, czy ktokolwiek inny nie wpłynie to znacząco na kierunek ani strategię działania partii.
A co pan sądzi o wyniku Liberalnych Demokratów? Wydaje się zaskakująco niski w porównaniu z sondażami? Co się stało?
Liberalni Demokraci najbardziej zyskali po drugiej debacie telewizyjnej. I faktycznie Nick Clegg [lider Liberalnych Demokratów] wypadł w niej fantastycznie, był świetnie przygotowany, błyszczał na tle Browna i Camerona. Potem jednak, szczególnie w ostatnich dniach, ich kampania bardzo zwolniła, przycichła, podczas gdy torysi i laburzyści bardzo się postarali. To wtedy demokraci stracili kilka mandatów. Poza tym problemem demokratów jest brak rozpoznawalnych twarzy. Clegg jest teraz bardzo popularnym politykiem, Vince Cable również jest lubiany, jednak niewielu innych członków tej partii było aktywnych podczas kampanii.
Czy za słaby wynik demokratów można winić też jednomandatową ordynację wyborczą?
Nie sądzę, przecież taki system mamy już od dawna, wszyscy wiedzą, że on istnieje, a Liberalni Demokraci dostawali przynajmniej 10 mandatów więcej w sondażach, które uwzględniały system głosowania.
Ostatnio na Brytyjskiej scenie politycznej dużo mówi się o ewentualnej zmianie systemu wyborczego. Wspominają o tym laburzyści i demokraci. Jest na to szansa?
Raczej mała. Tylko Liberalni Demokraci mówią o tym naprawdę zdecydowanie. Konserwatyści są przeciwko. Poza tym ordynacja wyborcza była problemem w przeszłości, kiedy mieliśmy stabilny dwupartyjny system. Teraz coraz więcej partii dochodzi do głosu, jak choćby Liberalni Demokraci, coraz silniejsi stają się Zieloni. Jest wiele małych partii. System dwupartyjny zanika.
Dziwi pana koalicja Liberalnych Demokratów z konserwatystami? Te partie dzieli bardzo dużo.
Wcale. Wszystko na to wskazywało. Dużą zasługę ma w tym David Cameron, mówię to jako zwolennik laburzystów. Był bardzo otwarty i kompromisowy w negocjacjach. Z Cleggiem łączy go podobny wiek, pochodzenia społeczne, obaj kończyli Oxford. Kilka lat temu, gdy Clegg zaczynał karierę polityczną, o mało nie wstąpił do Partii Konserwatywnej. David Cameron też nie jest twardogłowym, prawicowym torysem. Nie będzie premierem w stylu Thatcher, jest politykiem bardziej umiarkowanym, centrowym. Nie wiadomo do końca, jak zareaguje na to bardziej prawicowe skrzydło konserwatystów. Dopuszczam możliwość, że w dłuższej perspektywie taka grupa będzie chciała się odłączyć, tworząc jakieś nowe ugrupowanie.
Jednak demokratom znacznie bliżej jest do Partii Pracy.
Owszem, i wielu działaczy tej partii od zawsze bardziej skłaniała się ku laburzystom. Decyzja Clegga o wstąpieniu w koalicję z torysami miała wiele przyczyn, często bardzo pragmatycznych. Demokraci mieli po prostu więcej do ugrania. Dostali pewnie więcej lub ważniejsze stanowiska, niż gdyby negocjowali z laburzystami. Ich wyborcy chyba też przychylniej patrzyli na taki układ. Torysi potrzebują polityki porozumienia i współpracy, żeby obniżyć obecny deficyt budżetowy.
Co więcej patrzymy na wbrew pozorom stabilny rząd. Myślę, że ma szanse rządzić przynajmniej przez cztery czy pięć lat.
A jak inne państwa Zachodu podchodzą do tej koalicji? Czy od tej pory powinniśmy oczekiwać zmniejszenia zaangażowania Wielkiej Brytanii w integrację europejską?
Myślę, że większość przywódców państw Zachodu chciała tej koalicji. Na przykład Barack Obama, który bardzo liczy na Wielką Brytanię jako swojego sojusznika w Europie. Torysi nie są już tą partią co kiedyś, nie są tak prawicowi, przesuwają się ku centrum, a koalicja z Liberalnymi Demokratami jeszcze przyspieszy ten proces. Wielka Brytania jest dla Stanów Zjednoczonych lepszym sojusznikiem wewnątrz Europy niż poza nią. Wszystko zapowiada, że raczej nie ma co bać się głosów eurosceptycznej części torysów i mniejszego zaangażowania Wielkiej Brytanii w integrację europejską, wbrew temu, co głoszą mity o konserwatystach.
No właśnie, jakich zmian w polityce Wielkiej Brytanii można się spodziewać pod rządami torysów? Co na przykład z edukacją?
Wszystko zależy od tego, jak szybko naprawimy skutki kryzysu. Zniwelowanie tak dużego długu może zająć sześć do ośmiu lat, a może i więcej. Od prędkości, z jaką będzie spadał, zależeć będzie wielkość cięć budżetowych. Nie można jednak zmniejszać go za szybko, nie robiąc tego kosztem przyrostu gospodarczego, a tego rząd nie będzie chciał ograniczać. Niestety zaowocuje to cięciami w wydatkach publicznych, między innymi na edukację czy zasiłki.
A polityka imigracyjna?
Na pewno nie ma co liczyć na amnestię dla nielegalnych imigrantów, co podczas kampanii sugerował Clegg, pewnie nawet nie będzie próbował rozmawiać o tym z Cameronem. Kwestia imigracji jest obecnie w Wielkiej Brytanii pewnym problemem. Mamy za mało miejsc pracy, a cały czas napływają nowe fale imigrantów. Niestety ogromna większość to ludzie słabo wykształceni. Są też tańszą konkurencją dla Brytyjczyków, dlatego wielu z nich będzie popierać bardziej restrykcyjną politykę emigracyjną, szczególnie pracownicy fizyczni.
Myślę wręcz, że będzie duża presja społeczna w tej kwestii, w związku z małą ilością miejsc pracy, cięciom zasiłków czy podwyżkom podatków: dochodowego, a szczególnie VAT-u, która najbardziej uderza w najbiedniejszych. Oczywiście Wielka Brytania nadal pozostanie bardzo otwarta, Cameron nie jest też rasistą w rodzaju Nicka Griffina [europoseł, lider Brytyjskiej Partii Narodowej, skazany za kłamstwo oświęcimskie], jednak na pewno będzie starał się ograniczać napływ imigrantów.
Wielka Brytania jest kolejnym państwem w Europie, w którym od władzy odchodzi lewica. Czy również tutaj możemy mówić o kryzysie lewicowości?
Faktycznie coś takiego ma miejsce. W Anglii nie ma już prawdziwie lewicowych partii i nie mówię tu nawet o ugrupowaniach komunistycznych, ale o prawdziwych socjaldemokratach. Tak dzieje się w całej Europie. Nadzieja leży w młodym pokoleniu, bo teraz Europie szczególnie przydałaby się ośrodki myśli lewicowej. Nasz kontynent liberalizuje się w kwestiach światopoglądowych, ale przede wszystkim chodzi o kwestie ekonomiczne.
Przykładem jest ostatni kryzys i to, co stało się w Grecji. Takie wydarzenia pokazują, że musimy wypracować jakieś mechanizmy państwowej lub międzynarodowej kontroli rynku. Nie możemy dopuszczać do sytuacji, która zaistniała w Stanach Zjednoczonych, gdzie upadek jednego banku zawalił całą amerykańską gospodarkę i w efekcie gospodarkę światową. Na przykład powinniśmy oddzielić rynek kredytowy od reszty sektora finansowego, szczególnie inwestycyjnego. Gospodarka Grecji załamała się, bo nie było odpowiednich systemów nadzoru, a teraz chwieje się cała gospodarka europejska. Współczesna ekonomia stworzyła międzynarodowe sieci zależności finansowych, kiedy spojrzy się na historię dużych załamań na rynku w ostatnich latach, to zawsze zaczynały się one od jednego małego ogniwa. Oczywiście w dzisiejszych czasach nie możemy ani tych powiązań, ani ich negatywnych skutków uniknąć, ale powinniśmy umieć je, przynajmniej częściowo, neutralizować.
Potrzebujemy też lewicy na innych frontach, na przykład w kwestiach środowiska. W każdym kraju powinna istnieć silna partia zielonych. W Wielkiej Brytanii Zieloni ostatnio bardzo się umocnili, ale w wielu krajach, w tym w Polsce, jest z tym problem.
A co pan sądzi o frekwencji w wyborach? 65 proc. to nieźle jak na standardy Europejskie, ale bywało znacznie lepiej? Czy w Wielkiej Brytanii dostrzega się spadek zaangażowania w politykę?
Możliwe, że tak. W jakiś sposób na pewno ma to związek z tym, że oba wielkie obozy znacząco przesunęły się w stronę centrum. Laburzyści pod rządami Blaira bardzo skręcili w prawo, można nawet powiedzieć, że poszli w stronę liberalizmu. Zerwali z najlepszą socjalistyczną tradycją. Podobnie dzieje się w wielu państwach Europy, na przykład w Niemczech z SPD.
Dlatego potrzebujemy odrodzenia lewicowości. Myślę, że w dłuższej perspektywie również w Partii Pracy może dokonać się zmiana. Ciekawą pod tym względem osobą jest Ed Miliband. Jest młodym, bardzo otwartym lewicowym politykiem i ma dobre kontakty z Zielonymi.
Ale tak naprawdę nie chodzi tu o konkretne osoby. Coraz bardziej uważam, że zmiana ta, jeśli przyjdzie, dokona się nie polityce, tylko w sferze metapolityki: w mediach czy w zaangażowanych środowiskach kulturalnych.
-
*Scott Lash - profesor socjologii i kulturoznawstwa na Univesity of London. Opublikował m.in. The End of Organized Capitalism, De-Traditionalization, Modernizacja refleksyjna (wraz z Ulrichem Beckiem i Anthonym Giddensem), Another Modernity, A Different Rationality, Critique of Information
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...