|
Jan Smoleński, „Krytyka
Polityczna”: Rada Legislacyjna negatywnie zaopiniowała proponowany
przez Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej ustawowy zakaz bicia
dzieci stwierdzając, że rodzic powinien mieć możliwość
stosowania kar cielesnych. Rada stwierdziła również, że obecne
regulacje prawne są wystarczające, do ochrony dzieci przed
przemocą. Czy pani zdaniem w prawie powinien istnieć zapis
zakazujący bicia dzieci?
Agnieszka Łączyńska,
psychoterapeutka dzieci, Mazowieckie Centrum Neuropsychiatrii i
Rehabilitacji Dzieci i Młodzieży: W zakresie bicia dzieci
istnieje kwestia skali, bardzo dobrze, że dotychczasowe regulacje
prawne umożliwiają osądzenie jego ekstremalnych form. Ekstremalne
formy przemocy niosą za sobą skrajnie negatywne konsekwencje dla
rozwoju psychicznego.
Warto jednak zastanowić się także
nad tym, co płynie wciąż jeszcze głównym nurtem myślenia o
wychowywaniu dzieci w Polsce – nadać znaczenie zachowaniom,
rozszyfrować je z punktu widzenia dzieci. Gdy próbuję sobie
wyobrazić, że pani na poczcie potrząsa moją ręką, żebym
szybciej wypełniała druczek przekazu, robi mi się nieprzyjemnie,
jestem wściekła i bezradna, ale gdy próbuję krzyknąć, okazuje
się (ciągnąc dalej tę groteskę), że z megafonu dobywa się głos
kierownika poczty: „nie wolno krzyczeć na panią w okienku – zaraz będzie kara”, gwałtownie szarpię ręką: przychodzi
ochroniarz i daje mi klapsa. Właściwie nic mnie bolało, ale: byłam
zagubiona, bałam się własnej wściekłości i nieznanej kary,
wstydziłam, że inni klienci patrzą i słyszą, poczułam
upokorzenie, naruszenie i niepewność, do kogo należy moje ciało.
Skąd bierze się złudzenie, że dzieci przeżywają inaczej?
Tak naprawdę jest jeszcze gorzej – im częściej dziecko jest w podobnej, sytuacji tym mniejszą ma
szansę w ogóle nauczyć się rozróżniać co czuje, czego chce, o
czym może decydować, gdzie się zaczyna a gdzie kończy. Właściwie
to nie wie o sobie nawet tego: „dlaczego krzyczę, gdy krzyczą na
mnie?”. Zachowanie za zachowanie – żadnego znaczenia ani
połączenia (na przykład poprzez świadomość złości).
Uważam, że prawo powinno zabraniać
bicia dzieci. Prawo ma pewnie ograniczoną moc w regulowaniu
subtelnych rozwojowych i międzypokoleniowych kwestii, związanych z
wychowaniem dzieci. Może mieć jednak moc promowania i
odzwierciedlania zmian kulturowych i moc nazywania wartości. Nawet
jeśli wobec ustawowego zakazu pojawiłyby się w głowach rodziców
niewygodne pytania: „Dlaczego nie wolno?”, „Co zamiast
klapsów?” – to byłoby dużo warte – coś zostałoby
zakwestionowane, po to żeby zaczęła się tworzyć bardziej
świadoma, bardziej osobista historia wychowywania własnego dziecka.
Zakaz bicia jako kary jest i powinien
pozostać odróżniony od zakazu kontaktu fizycznego np. ograniczania
ruchu w sytuacjach niebezpiecznych, w celu powstrzymania przed
zniszczeniem czegoś lub takich, kiedy fizyczna bliskość jest
najlepszym ukojeniem (z wiekiem dziecka ilość takich sytuacji
maleje - nie da się oczywiście w ten sposób pomagać
nastolatkowi). Bardzo ważna jest też możliwość emocjonalnego i
intelektualnego odróżnienia przymusu od przemocy (a taki zlepek
powstał w tekście uzasadnienia negatywnej opinii Rady
Legislacyjnej). Wielu rodziców ma spory kłopot z wyegzekwowaniem
przestrzegania reguł właśnie z powodu obawy, że wprawienie
dziecka w niezadowolenie, złość czy smutek poprzez wymaganie
czegoś jest przemocą. Myślę, że to, co wyróżnia przemoc to
fakt, że w niej rodzic staje się źródłem strachu dziecka – taki strach nadweręża więź, bo niszczy możliwość otrzymania
ukojenia. Czy można uspokoić się dzięki dotykowi lub
pomrukiwaniom tygrysa, który przed chwilą szczerzył na nas kły?
Czy ktoś dorosły by to potrafił?
Jakie konsekwencje dla dziecka może
mieć stosowanie wobec niego przemocy fizycznej?
Oprócz wymienionego już przeze mnie
zagubienia i braku świadomości swoich uczuć, fizyczne karanie
przez kochaną osobę (a taką namiętnie kochaną przez dziecko
osobą jest rodzic) może także prowadzić do pomieszania agresji z
przyjemnością, bo przyjemność płynie dla dziecka z nawiązania
choćby i naładowanego złością kontaktu z rodzicem. To
pomieszanie może się utrwalić szczególnie w sytuacji, gdy brakuje
bliskości niezwiązanej z karaniem.
Rzeczywiście jest tak, że kiedy
brakuje innych doświadczeń, uwewnętrznia się ostry bezrefleksyjny
sposób oceniania i regulowania własnych stanów i działań,
podobny do tego, którego zaznaliśmy od rodziców. Tak ukształtowane
sumienie utrudnia życie z innymi i z samym sobą, choćby dlatego,
że jest sztywne i zamknięte na informacje płynące z zewnątrz.
Trudno wychowywać własne dzieci inaczej, choć jest potencjał
wynikający np. z tego, że rodzicami są dwie osoby z różnymi
doświadczeniami i dostrzeżenie tych różnic pozwala coś
weryfikować, podobnie jak następujące zmiany kulturowe i związane
z nimi nowe normy społeczne.
Myślę, że częścią kłopotu z
nazwaniem kar fizycznych czymś niedobrym jest kłopot z poczuciem
lojalności wobec własnych rodziców, obawa przed zanegowaniem ich
systemu wartości a może i przed utratą przyjemności idealizowania
własnego dzieciństwa.
Czy da się wychować dziecko bez
kar cielesnych?
Rozśmieszyło mnie zdanie Rady
Legislacyjnej, która zakaz karania cielesnego zrównuje z wyłączną
obecnością nagród i nie wykracza tym samym poza behawiorystyczną
perspektywę rachowania wzmocnień - perspektywę, która według
mnie oznacza definiowanie dziecka jako przedmiotu oddziaływań.
Są jednak inne sposoby myślenia o
wychowaniu. Można na przykład uwzględniać proces identyfikacji
dziecka z rodzicem, w ramach którego zachodzi także identyfikacja z
jego systemem wartości (ale identyfikacja dzieje się w ramach
relacji i trzeba myśleć, co tę relację tworzy, a co niszczy).
Można uwzględniać fakt, że zdolność kontroli impulsów i
regulowania własnych zachowań, powstaje w wyniku rozwojowego
wsparcia rodziców, którzy w sytuacjach nieuniknionych załamań
równowagi potrafią znaleźć w sobie miejsce i słowa na nazywanie,
współprzeżywanie i pomoc w emocjonalnym „strawieniu”
pobudzających doświadczeń i że to zaczyna się w niemowlęctwie i
niewiele ma wspólnego z pedagogiką. Kłopot w tym, że tu nie ma
drogi na skróty – trzeba naprawdę potrafić radzić sobie ze
swoimi emocjami i potrzebami, żeby móc nieinwazyjnie wspierać w
tym procesie innego człowieka.
Wychowania dziecka bez przemocy nie da
się opisać jako zbioru formuł, dotyczących zachowania. Wymaga
ono widzenia dziecka jako czującej osoby, której świat wewnętrzny
jest ważny i wart zrozumienia, co oczywiście wynika z podobnego
widzenia siebie, a cofając się jeszcze wcześniej - z doświadczenia
bycia traktowanym w ten sposób.
Zdaję sobie sprawę, że powyższy
opis dotyczy idealnego życia, które nie przydarzyło się nikomu. W
codziennych sytuacjach między rodzicami a dziećmi jest wiele
agresji, subtelnych form manipulacji, niewidzenie się nawzajem i
cała reszta ludzkiego bałaganu. Jednocześnie jest możliwość
rozwoju, przyjrzenia się swoim reakcjom i - co naprawdę ważne – naprawiania błędów relacyjnych i komunikacyjnych. Ale dążenie do
reparacji, a także do ograniczania wpływu na rzecz negocjacji
pojawia się dopiero przy założeniu, że dziecko jest osobną
osobą, „pytającym o drogę”, kimś. Rozumiem, że z takiego
założenia wychodzą twórcy propozycji zapisu całkowitego zakazu
bicia.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...