|
Druga część rozmowy z Mariuszem Kurcem, członkiem Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich, tuż po zakończeniu serii otwartych debat „O jaki prawny model związków jednopłciowych powinniśmy dziś walczyć w Polsce?”.
Agata Szczerbiak: Jak oceniasz polityczną świadomość środowiska LGBT? Sondaże podają, że geje i lesbijki w Polsce głosują w zdecydowanej większości na PO, choć Platforma nigdy nie wykonała żadnego gestu w ich stronę…
Mariusz Kurc: PO udało się coś fantastycznego, a mianowicie udało się jej przekonać ludzi, że jest liberalna. A przecież szczególnie w kwestiach ustrojowych Platforma pokazuje, jak bardzo jest konserwatywna. Może nie tak wojująco konserwatywna jak PiS, więc wielu ludziom to wystarcza. Wydaje mi się, że polskie środowisko LGBT nie różni się od reszty społeczeństwa, które też w dużej części głosuje na PO. Ważne jest tu rozróżnienie na gejów i lesbijki otwarte, wyoutowane i te osoby, które wciąż się ukrywają. Myślę, że gdyby zrobić badanie wśród tej otwartej części, PO nie miałaby tak wysokiego poparcia.
Ale czy to nie jest mniejszość w mniejszości?
Tak, oczywiście. To też się wiąże się z faktem, że nie przekroczyliśmy jeszcze masy krytycznej wyoutowanych osób, które mają poczucie własnej wartości jako ludzie po prostu, ale również jako ludzie o orientacji homoseksualnej. Nasze debaty potwierdziły, że niektórzy ludzie nie potrafią dostrzec, że ich ideały, bez różnicy, czy dotyczą związków partnerskich czy małżeństw, muszą zostać zrealizowane przez polski Sejm, a więc musimy myśleć politycznie. Bez względu na to, czy będzie to zmiana konstytucji czy ustawa o związkach partnerskich, będą ją uchwalać politycy i nie ma możliwości działać, nie współpracując z nimi, nie „unurzając się w brudną politykę”. Trzeba jasno powiedzieć, że wspieramy partię czy partie, które chcą realizować nasze postulaty, a jesteśmy przeciw tej czy tym, które są przeciw. Nie da się inaczej. Sami nie jesteśmy partią polityczną, ale nasze postulaty są bardzo polityczne, bo dotyczą zmiany prawa.
Piszecie obecnie ustawę o związkach partnerskich – jakich obszarów życia będzie ona dotyczyć?
Przede wszystkim zależy nam, żeby ustawa przewidywała, że dziedziczenie w związkach jednopłciowych będzie się odbywało na takich samych zasadach jak w małżeństwach. Z dziedziczeniem związany jest testament, o czym wspominają głównie przeciwnicy formalizacji związków jednopłciowych. Ale on nie wyrównuje nierówności, to znaczy że niezależnie od tego, czy ja napiszę ten testament, mój partner nie będzie traktowany tak, jakby był moim mężem. Chodzi o twardą finansową dyskryminację, bardzo wymierzalną nierówność (np. w przypadku podatku od spadków). Ważne jest prawo do wspólnego rozliczania się z podatków i prawo do pochowania zmarłego. To bardzo smutne – uświadomił nam to kiedyś jeden lekarz, który w swojej pracy stykał się z takimi przypadkami. Chodzi o sytuacje, kiedy umiera osoba będąca w związku homoseksualnym, a szpital nie może wydać jej ciała partnerowi czy partnerce. Prawa tej drugiej osoby ograniczają się w praktyce do możliwości uczestniczenia w pogrzebie. Ponadto walczymy o prawo do informacji o stanie zdrowia nieprzytomnego partnera w szpitalu. Obecnie jest tak, że każdy może upoważnić bliską sobie osobę, by była informowana o jego stanie zdrowia. Może to zrobić jednak tylko ktoś, kto jest przytomny.
Czy uwzględniacie w ustawie adopcję? A jeśli tak, to jaką?
Istnieje tu rozróżnienie na adopcję zewnętrzną i wewnętrzną. Nie ukrywam, że, biorąc pod uwagę obecne realia polityczne i poparcie społeczeństwa dla adopcji, zależy nam najbardziej na adopcji wewnętrznej jako na najbardziej palącym problemie. Bo adopcja zewnętrzna po prostu nie istnieje, pary gejowskie i lesbijskie nie adoptują dzieci. Natomiast część dzieci w Polsce jest wychowywana przez pary jednej płci, i to są biologiczne dzieci jednej z tych osób. W Warszawie działa nieformalne stowarzyszenie rodziców o orientacji homoseksualnej „GruHa”, które skupia kilkanaście rodzin – wśród nich są same kobiety. Nie jest to żaden dowód na to, że nie ma par gejowskich wychowujących dzieci, ale być może jest ich mniej albo jeszcze bardziej się ukrywają.
W stowarzyszeniu „GruHa” wszystkie wychowywane dzieci są biologicznym potomstwem jednej z kobiet. Pochodzą albo z wcześniejszego związku heteroseksualnego, albo ze sztucznego zapłodnienia. Kwestią sporną jest status tej drugiej relacji, czyli między dzieckiem i „tą drugą” kobietą czy „tym drugim” mężczyzną. Zależy nam, żeby mogli oni adoptować takie dziecko. Uregulowanie tej relacji stabilizuje sytuację wszystkich stron. Po pierwsze dziecka, które potrzebuje drugiego prawnego opiekuna, bo wiąże się to z pewnym finansowym, ale i emocjonalnym „zabezpieczeniem”. To działa też w drugą stronę – drugi rodzic w sytuacji, w której będzie potrzebował opieki, ma dorosłego syna czy córkę, która może udzielić mu wsparcia. Poza tym w przypadku rozstania niebiologiczna matka czy niebiologiczny ojciec nie jest w stanie nadal być rodzicem dla swojego dziecka, nawet jeśli nadal kocha dziecko, w którego wychowywaniu uczestniczył. Jestem za jednym i za drugim rodzajem adopcji, ale wydaje mi się, że adopcja zewnętrzna jest kwestią mniej palącą niż wewnętrzna, czyli przysposobienie dziecka partnera/partnerki.
Co dzieje się teraz z tym projektem?
24 kwietnia przedstawiliśmy pierwszą wersję projektu na spotkaniu w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. W maju zgłosimy się z nim do klubu Lewicy.
Czy przewidujecie objęcie ustawą wyłącznie par jednopłciowych, czy idziecie w kierunku rozwiązań obowiązujących także osoby heteroseksualne?
Właśnie, to jest ważna kwestia. W Wielkiej Brytanii wprowadzono związki partnerskie tylko dla par tej samej płci. Zdarzyło się, że para różnej płci chciała zawrzeć taki związek, ale spotkała się z odmową. Walczy właśnie w sądzie, skarżąc się na heterofobię angielskiego systemu prawnego, który nie przewiduje możliwości zawarcia takich związków przez pary heteroseksualne. Jeśli miałbym przedstawić moje poglądy – i chyba też Krystiana, Ygi i Tomka: absolutnie nie mamy nic przeciwko temu, żeby taka ustawa była zarówno dla par jednopłciowych, jak i różnopłciowych. Ale znów wchodzą w grę te cholerne realia. Mamy przykład węgierski: parlament na Węgrzech przegłosował ustawę dla par hetero- i homoseksualnych, ale Trybunał Konstytucyjny zatrzymał ją. Stwierdził, że zawieranie takich związków przez pary różnopłciowe tak bardzo przypomina małżeństwo, że właściwie nim jest. Dopiero kiedy parlament – mówiąc krótko i dosadnie – wyciął heteryków z ustawy, udało się ją uchwalić. Nie zdziwiłbym się, gdyby u nas było podobnie.
A czy społeczne poparcie dla legalizacji tego typu związków rośnie? Jak wygląda teraz?
Zależy, jak się zada pytanie. Jeśli ktoś jest programowo homofobiczny, jak dziennik „Rzeczpospolita”, to pyta tylko o małżeństwa homoseksualne. I wtedy wyniki wskazują, że np. 88% społeczeństwa jest przeciw. A potem powstaje tekst o tym, jak bardzo Polki i Polacy są przeciwni małżeństwom homoseksualnym. Natomiast jeśli zada się pytanie typu: „Czy pary tej samej płci powinny mieć prawo do dziedziczenia po sobie?”, to nagle się okazuje, że 46% jest za, a 44% przeciw. Czyli poparcie rozkłada się mniej więcej po połowie. Jeśli więc nie bije się po oczach terminem „małżeństwa homoseksualne”, co wielu ludzi w Polsce przeraża, bo od razu wyobrażają sobie dwóch panów idących do ołtarza, to uzyskuje się zupełnie inny wynik. Takie badania pokazują inną stronę polskiego społeczeństwa, nie taką zapatrzoną w symbole, ale pragmatyczną. Okazuje się wtedy, że ludzie trochę inaczej myślą, niż wmawia się to im w mediach.
Jak więc rozkłada się obecnie społeczne poparcie dla legalizacji związków homoseksualnych?
Z raportu, który przygotował prof. Krzemiński (Raport o mniejszościach seksualnych „Naznaczeni”), wynika – i to jest dla mnie jako działacza ważna konstatacja – że silne poparcie w społeczeństwie dla jakiejś formy regulacji związków jednopłciowych utrzymuje się na poziomie ok. 30 – 40%. Natomiast jeśli zbada się osoby, które deklarują, że znają jakiegoś geja lub lesbijkę, a takich osób jest w Polsce 10%, to w grupie tej poparcie jest wysokie, bo wynosi aż 70%. Wniosek z tego jest bardzo prosty do wyartykułowania i trudny do zrealizowania: po prostu trzeba się dawać ludziom poznawać. Znów ten coming out. Muszą to zrobić sami geje i lesbijki. Wydaje mi się, że w Polsce mamy coraz więcej przykładów szczęśliwych ujawnień. Właściwie nie znam osoby, która zrobiła coming out i, mimo czasem przykrych konsekwencji, potem tego żałowała. Poza tym mamy coraz więcej coming outów publicznych, np. Marcin Szczygielski i Tomasz Raczek i kilka innych osób (wciąż za mało!). Coming out im nie tylko nie zaszkodził, ale stał się bardzo radosnym doświadczeniem.
A jak byś podsumował ten siedmioletni okres działań na rzecz legalizacji związków LGBT: od pierwszego projektu związków partnerskich prof. Szyszkowskiej z 2003 r. do dzisiaj? Co się zmieniło? Czy to są wyłącznie zmiany na lepsze?
Gdybyśmy analizowali w ogóle całą historię LGBT, to widać, że wydarzyło się mnóstwo dobrych rzeczy. Rok 2003 a 2010 to jest prawie inny świat. Kto wtedy był wyoutowany prócz garstki działaczy? Izabela Filipiak, Bartosz Żurawiecki…Ta grupa znacznie się powiększyła. Poza Raczkiem i Szczygielskim można wymienić na przykład Jacka Poniedziałka, Annę Laszuk, Michała Piróga, Jakuba Janiszewskiego, aktorów Tomasza Tyndyka i Michała Sieczkowskiego. Ostatnio prof. Michał Głowiński i Karol El Kashif – pierwszy w Polsce homoseksualny coming out nosiciela wirusa HIV. Plus parady równości – w 2005 r. szliśmy prawie jak na barykady, a teraz w lipcu będzie Europride. Siedzimy sobie zresztą w Nowym Wspaniałym Świecie, czyli PrideHouse, domu Parady, w centrum stolicy. Ale można też oczywiście ponarzekać.
To ponarzekajmy trochę.
Można ponarzekać, że ruch LGBT wciąż nie jest masowy. Oczywiście, w 2003 roku Kampania Przeciw Homofobii była malutką organizacją z zaledwie dwuletnim stażem, a dzisiaj ma dziewięć lat i od zeszłego roku oddziały w każdym mieście wojewódzkim. To są często małe grupy, czasem po trzy osoby, jakaś grupa inicjatywna, która może będzie działać, a może nie. Ważne jest to, że zaczyna się coś dziać w ogóle. Gdyby w Rzeszowie nie znalazły się osoby – naprawdę garstka – które chciały działać, to nie pojechalibyśmy tam na naszą debatę. A tak mieliśmy jakiś punkt zaczepienia. Jeszcze rok temu sytuacja była inna. Obawialiśmy się, że nawet gdyby udało się nam zorganizować spotkanie na Uniwersytecie Rzeszowskim, to żaden rzeszowski gej ani żadna rzeszowska lesbijka by się na nim nie pojawili. A tak są już ludzie, dzięki którym coś lokalnie zaczęło się dziać. W Kielcach mamy zaledwie pięć osób, więc to są rzeczywiście czasem małe grupki. Ale takie pięć osób potrafi skutecznie działać: jest w stanie załatwić w biurze organizacji pozarządowych swój kącik, dzięki czemu mają się gdzie spotykać, potrafi zorganizować debatę, na którą przychodzi pan poseł czy pani dziennikarka z lokalnej gazety. To są początki takiej obywatelskiej postawy. Ale miałem narzekać… Naszą piętą achillesową jest polityka. Orientacja seksualna niby jest sprawą prywatną, ale o jej konsekwencjach decyduje parlament – ciało całkiem publiczne.
Czytaj pierwszą część wywiadu z Mariuszem Kurcem.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...