NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Kurant: Żałobne halucynacje Drukuj
Agnieszka Kurant* w rozmowie z Jasiem Kapelą   
16.05.2010

Jaś Kapela: Słyszałem, że gdy pod Smoleńskiem rozbił się samolot, wiele osób z zagranicy składało ci z tej okazji na Facebooku kondolencje.

Agnieszka Kurant: Rzeczywiście, od kilku tygodni dostaję kondolencje z zagranicy, a ponieważ katastrofa zbiegła się z odchodzeniem mojej mamy, to miałam wrażenie, jakby moja mama była  na pokładzie tego samolotu. Właściwie to moja mama była w tym samolocie na takiej samej zasadzie, jak prezydent Kaczyński „poległ w Katyniu”. Następuje iście filmowa kompresja przeszłości, zlewanie się różnych momentów. Tak często działa pamięć: zapamiętuje się pewne fikcyjno-realne zdarzenia i formy. Dzieje się coś dziwnego z tym, jak przeżywasz swoją indywidualną tragedię, gdy masz dookoła taką globalną. Niemożliwe staje się wyartykułowanie twojej indywidualnej historii, gdyż przytłacza ją mit narodowy, taka ogólna narracja, która wszystko pochłania. Odchodzenie mojej mamy zostało utopione w powodzi tej apokalipsy. Przez  tydzień nie czytałam gazet, nie słuchałam radia i nie oglądałam telewizji. Tak jakbym świadomie zbojkotowała tę narodową żałobę. A kiedy już złapałam medialny kontakt z rzeczywistością, to okazało się, że wszyscy w telewizji i w radiu płakali telewizyjnymi i radiowymi łzami, więc nie czułam się osamotniona w mojej prywatnej katastrofie. A z drugiej strony czułam się jak w filmie S-F. Nic nie miało takiego ciężaru, jaki by miało normalnie. Wszystko stało się nierealne. Wydawało mi się, że śmierć mojej mamy jest częścią tego filmu. Ale to nie jest film.

  

Wyobrażasz sobie jakiś inny scenariusz zbiorowego przeżywania śmierci?

Nie ma już świeckich obyczajów, które w jakiś sposób mogą nam ułatwić kontakt ze śmiercią i nawet osoby niewierzące mają czasem paradoksalną potrzebę, aby uciekać się do religii jako rytuału. Kilka tygodni temu doświadczyłam zupełnie absurdalnej (choć jednocześnie głęboko dla mnie smutnej) sceny w czasie kremacji mojej matki. To była raczej świecka ceremonia. Byliśmy małą grupką. Stoimy za przypominającą muzealną gablotę lub panoramiczny ekran kinowy szybą i patrzymy na trumnę, która ma za chwilę ulec kremacji. Jest cisza. Naprawdę smutny moment skupienia, refleksji, milczenia. Ale ludzie nie są w stanie stać w ciszy, mają potrzebę odwołania się do jakiejś narracji, do jakiegoś obyczaju. Mamy więc niemal filmową scenę, gdy wśród piętnastu osób, które na co dzień są totalnie świeckie, niereligijnie, ktoś nagle zaczyna intonować „Zdrowaś Mario”, a wszyscy się przyłączają. Śmierć przeżywamy wspólnie, ale nie mamy pozareligijnych kodów, które pozwoliłyby nam to wyrazić.  Choć, jak się okazuje, śmierć jest podstawowym kodem, w jakim Polacy rozumieją swoją wspólnotę narodową.

A skąd to wrażenie filmowości, nierealności, o którym wspominałaś?

Wiele elementów na to wskazuje. Weźmy choćby pod uwagę krótką karierę filmową Kaczyńskich. Bohaterowie współczesnej historii Polski zagralikiedyś w filmie O dwóch takich, co ukradli księżyc. Chcieli ukraść złoty księżyc. Ta fikcja w pewnym sensie jest kontynuowana w rzeczywistości. Bohaterowie filmu chcieli zbić kapitał na magicznym księżycu; współcześni bohaterowie próbują zbić kapitał symboliczny na tragicznej śmierci 96 osob. Są jeszcze dwa inne ważne odniesienia filmowe: po pierwsze użycie czarno-białych zdjęć do przedstawiania ofiar katastrofy w telewizji - jako znaku żałoby. Czarno-biały obraz jest rodzajem kodu stosowanego przez filmowcow (np. w filmach takich jak Lista Schindlera czy ostatnio Rewers) do zaznaczenia, że jakieś wydarzenia miały miejsce dużo wcześniej. Ciekawe, że wykorzystano ten chwyt po katastrofie. Zastosowano automatycznie banalną czarno-białą kliszę, co miało przydać ofiarom wzniosłości. A prawdziwie żałobny obraz powinien być „czarny na czarnym”. Idąc dalej tym tropem, może polskie radio powinno nadawać w czasie żałoby sygnał mono zamiast stereo. Kolejnym parafilmowym aspektem wydarzeń po tragedii była zmiana czasu -antydatowanie katastrofy, przesunięcie jej o dziesięć minut wcześniej, niż ogłoszono na poczatku. Iście hitchcockowski zabieg. Orwellowska zmiana przeszłości. Interesujące wydaje się to zagubione, a potem odnalezione dziesięć minut historii. Nie w sensie spiskowym, lecz narracyjnym.

Powstaje pytanie, czy ktoś się przymierzy do ekranizacji tej historii. A skąd, twoim zdaniem, ta potrzeba wśród ludzi z zagranicy, żeby się zjednoczyć z tobą w bólu?

To działa chyba na zasadzie empatii, przekonania, że jako naród doznaliśmy traumy i teraz jesteśmy kandydatem do psychoterapii. Od kilku lat interesuje mnie, w jaki sposób można zdiagnozować podświadomość zbiorową społeczeństwa i poddać nas zbiorowej psychoanalizie, tak jak leczy się pojedyncze osoby. Zrobiłam w 2007 roku pracę Hipnoza narodowa. Wynajęłam najbardziej profesjonalnego polskiego hipnotyzera, który hipnotyzuje nawet bardzo duże grupy ludzi, w publicznych sytuacjach. W czasie takiej hipnozy można na przykład rzucić palenie, zapomnieć o byłej dziewczynie, wyzbyć się nerwicy natręctw. A ja to zastosowałam, żeby wyleczyć pewne polskie kompleksy: kompleks obcego, kompleks niższości.

I jak ci poszło?

To było dosyć zabawne, bo niektóre osoby dostały czegoś w rodzaju katatonicznej śpiączki. Organizowało to Muzeum Sztuki Nowoczesnej w czasie pikniku naukowego, w totalnym gwarze: biegające dzieci, kiełbaski z grilla i tak dalej, więc w sytuacji absolutnie nieintymnej. Aż trudno uwierzyć, że niektóre osoby tak łatwo wpadły w hipnozę. To daje do myślenia, jak bardzo jesteśmy podatni na takie rzeczy jak programowanie neolingwistyczne, wszelkiemanipulacje. Podstawowe zasady hipnozy stosuje w sposób mniej lub bardziej świadomy bardzo wielu polityków, handlowców i tak dalej. Rządzić jakimś narodem oznacza przede wszystkim manipulować emocjami. Wystarczy zarządzać histerią obywateli. Podobnie działał Bush po WTC. 

Ale jacyś konkretni polscy politycy wykorzystują hipnozę?

Podstawowe elementy hipnozy stosują wszyscy ludzie, którzy muszą jakoś uwodzić lub manipulować - wszystko jedno w jakim celu. Politycy i kieszonkowcy w tramwajach. W jaki sposób na przykład w dyskusjach politycznych kieruje się przeciwnikiem, żeby nie zadał ci pytań, które mogą cię totalnie rozłożyć? Dzięki bardzo podstawowym technikom manipulacji czy hipnozy odwraca się jego uwagę, tak jak kieszonkowiec odwraca naszą uwagę od tego, że właśnie nas okrada.

Ale jednak całego narodu polskiego nie udało ci się uzdrowić, tylko tę drobną część, która przyszła na piknik naukowy.

[śmiech] Ale za to teraz, po katastrofie, społeczeństwo uległo zbiorowej halucynacji. Dużo osób w Polsce dzieliło się ze mną takim spostrzeżeniem, że odczuli katastrofę  pod Smoleńskiem jako początek końca świata. To jest właśnie rodzaj zbiorowej halucynacji. Ale jest to kontrolowana halucynacja.

Przez kogo?

Przez nas. To jest jak gra wideo. Trochę w to wchodzisz, ale możesz się też łatwo wycofać. Ludzie się zanurzali, a czasami wręcz całkowicie zatracali w tej żałobie, porażce, dystopii.

Pojawiły się też wątki spiskowe. Niektórym wpisywało się to w pewnąwizję świata, w której Rosjanie nam kwiat narodu wymordowali.

Ludzie mają potrzebę wpisania katastrofy w jakąś szerszą narrację. To było bardzo „piękne”, w tym sensie, że ta historia idealnie pasowała do polskiego mitu mesjanistycznego. Łatwiej jest przeżywać tego rodzaju tragedię, jeśli się ją wpisuje w jakąś narrację, gdy ma ona jakiś sens. Interesuje mnie niewielki dystans dzielący absurd, bezsens, nonsens od prawdy i znaczenia. Po katastrofie wszyscy powtarzali, że „ich śmierć nie może pójść na marne”. Tymczasem śmierć tych polskich polityków jest niestety naprawdę egzystencjalnie absurdalna, nie świadczy o niczym (jak większość ludzkich śmierci). Choć absurdalność w niczym nie umniejsza jej tragizmu. Wszystkie próby odkrycia ukrytego sensu tej katastrofy są tylko rozpaczliwą, histeryczną reakcją na jego ewidentny brak. Najgorzej uwierzyć, że coś się stało bez przyczyny, absurdalnie. Trudno jest uznać katastrofę w Smoleńsku za swoisty acte gratuit -  bezprzyczynowy i bezcelowy, w stylu Gide’a. Choć jak wiemy z tradycji polskich powstań narodowych (na czele z warszawskim), logika polskiego mesjanizmu gwarantuje świętość tylko śmierci absolutnie bezsensownej.


Dziennikarze wyrządzają niedźwiedzią przysługę ofiarom, nazywając tę tragedię „drugim Katyniem”. Przez to porównanie pogłębia się poczucie absurdalnego charakteru tego powtórzenia wcześniejszej tragedii Polaków. Katastrofa staje się farsą, w sensie poprawki Marksa do tekstu Hegla, w myśl której wydarzenia historyczne następują dwa razy: za pierwszym razem w postaci tragedii, za drugim – jako farsa. Żyjemy wczasach posttragicznych i postpolitycznych, a nasi postbohaterowie są jak postacie z gry wideo. Niczym grające w Playstation dzieci pytamy: „Czy ten pan ma jeszcze drugie i trzecie życie?”

Trochę trudno uciec od porównań z Katyniem w tych okolicznościach.

Sam fakt, że do tej katastrofy  doszło w takim miejscu i czasie daje skoncentrowanie symboli ocierające się o kicz.  Z autentycznych tragedii zostaje dziś tylko symulakrum. Być może niedługo nowy prezydent zaproponuje nowe święto narodowe - ku czci ofiar Smoleńska.

Myślisz, że idea symulakrum jest kluczem do zrozumienia tych wydarzeń?

Na pewno był to moment, gdy pomyślałam o derealizacji rzeczywistości, o której pisali Żiżek czy Virilio. Żyjemy w czasach, gdy tyle niezwykłych rzeczy się dzieje, a media jeszcze to potęgują, tak że przestajemy postrzegać rzeczywistości jako realną, traktujemy ją jak fikcję. To jest kolejna taka sytuacja po WTC, kiedy można było odczuć lekkość bytu, lekkość rzeczywistości, jakby była filmem. Można dać się temu ponieść. Katastrofa i wydarzenia po niej bardzo nałożyły się na moją indywidualną historię i to częściowo pomogło mi znieść to, co się stało w moim prywatnym życiu. To bardzo specyficzne doświadczenie współczesności. W przypadku WTC mieliśmy spektakl mediów. Stockhausen stwierdził, że to było największe dzieło sztuki, mediana kręciły tamtą historię. Teraz natomiast mieliśmy takie nagromadzenie rzeczywistych wydarzeń, że po prostu przestawało się wierzyć, że nie są fikcyjne.


Katastrofa pod Smoleńskiem to rodzaj Niezwykle Rzadkiego Zdarzenia. Prof. Andrzej Nowak czy Nassim Taleb uważają, że najważniejsze zmiany w danych układach złożonych (społecznych, ekonomicznych) następują poprzez zaistnienie w nich nagle nieprzewidzianego Niezwykle Rzadkiego Zdarzenia, które z definicji nie daje się powtórzyć. Nowak i Taleb postulują odejście od badania ekonomicznych czy socjologicznych statystyk, od średniej, i proponują uwzględnić w badaniu rzeczywistości szumy, błędy, rzadkie zdarzenia. Takie rzadkie zdarzenie może wywołać lawinę zmian, które w innych warunkach nigdy by nie zaistniały. Można je też politycznie wykorzystać. Smoleńska katastrofa była też „wydarzeniem” w sensie Badiou: nie tylko zmaterializowała pewną potencję, ale stworzyła nowe możliwości, których wcześniej nie było. Rodzaj antycudu: spadł samolot i teraz świat nas doceni i za wszystko przeprosi. Powstaje pokusa wykorzystania tych wydarzeń, aby zdobyć szybki kapitał symboliczny.

Myślisz, że bez udziału mediów to już nie byłoby takie wydarzenie?

Media to oczywiście spotęgowały, ale WTC czy wojnę w Iraku media wręcz sfikcjonalizowały. Teraz też to robią, ale to jest tak niesamowite, że nie muszą. Doświadczamy wydarzeń nieprawdopodobnych. To było jak lądowanie na Księżycu. Ludzie wtedy naprawdę mieli wrażenie, że mają kontakt z jakąś inną rzeczywistością. Po tym Smoleńsku może już tylko spaść na nas meteoryt albo wylądować inna cywilizacja. Ale to dobrze, że czasem dzieje się coś, co destabilizuje, co podważa całą konstrukcję rzeczywistości. Wtedy zaczynamy się zastanawiać nad jej sensem.


W 2007 roku zrobiłam pracę pt. Future Anterior - pojawiającą się i znikającą gazetę „New York Times” z przyszłości, z 2020 roku, napisaną dla mnie przez dziennikarzy z rzeczywistego „New York Timesa”. Współpracowałam wtedy ze znanym polskim jasnowidzem, który pracuje dla rządów wielu krajów, biznesmenów, policji i Interpolu. Około siedemdziesięciu procent jego prognoz się sprawdza. Uderzyło mnie, że najsilniej objawiały mu się wydarzenia tragiczne, takie jak katastrofa i śmierć. Przewidział też katastrofę w Smoleńsku, ale ponieważ moja gazeta była z roku 2020, nie umieściłam w niej tej informacji. Interesowało mnie w tej pracy, w jaki sposób prognoza, będąca elementem przyszłości zaistniałym w teraźniejszości, jest w stanie zmienić naszą percepcją rzeczywistości. Informacja jest delikatna i może zostać łatwo zdeformowana przez plotkę. Plotki, fikcyjne informacje deformują nawet kursy giełdowe.

Szczególnie interesuje mnie ta historia ze względu na budowanie legendy, w której bohaterowie muszą w którymś momencie popełnić samobójstwo, zniknąć albo tragicznie zginąć. To jest bardzo ciekawe w przypadku Kaczyńskich, jak totalnie zmienia się obraz kogoś dzięki takiemu niemalże wyreżyserowanemu elementowi. Retroaktywnie zmienia się optyka. Śmierć powoduje uwznioślenie, mityzację właściwie kogokolwiek, nawet prezydenta posiadającego rekordowo negatywny elektorat.

Leszek Miller żałował w TOK FM, że nigdy już nie będzie takiego Lecha Kaczyńskiego.


No właśnie. A śmierć jest przecież doświadczeniem wszystkich ludzi. Tylko że większości zdarza się z reguły trochę później. Czy popełnienie samobójstwa może pomóc jakiemuś negatywnemu bohaterowi historii? Po śmierci bohaterem może stać się człowiek, o którym za jego życia mówiliśmy prawie wyłącznie źle. To jest rodzaj kuli śnieżnej, która obudowuje się w sensy, coraz bardziej absurdalne. Komedia śmiesznego i nieporadnego Lecha Kaczyńskiego jako żywego prezydenta została zniesiona przez tragedię śmierci.

Trzeba też pamiętać, że Kaczyński poleciał do Smoleńska, żeby utwierdzać polską martyrologię. Ta katastrofa w jakiś sposób wpisała się w taką wizję świata.

Tę katastrofę możemy rozważyć też na poziomie energetycznym. Istotna będzie wtedy kategoria „Realnego” czytana przy pomocy Żiżka – tragedia stanie się wtargnięciem tego, co niezrozumiałe, przerażające, ale jednocześnie przerażająco bliskie. Siła energii tego miejsca mogła coś takiego wygenerować. W Katyniu była niezagojona rana, energetyczna dziura. Mit narodowy, podświadomość zbiorowa stworzyły tę gigantyczną dziurę i oni po prostu w nią wpadli.

W dziurę, którą sami stworzyli?

Dokładnie.  To taki trójkąt bermudzki. Jakby nad Katyniem była chmura negatywnej energii. I oni wpadli w tę chmurę. Ciekawe też, że mit narodowy, który się buduje w związku z tą katastrofą, ma też swoje globalne odniesienie w postaci chmury z pyłu, że to jest taka totalna apokalipsa. Większość przywódców, którzy mieli zjechać na pogrzeb, nie dotarła. Wszystko się sprzysięgło. Fascynuje mnie, w jaki sposób pogoda może się stać czynnikiem politycznym. Tygodnie debaty na temat gęstości mgły, jej poziomu, wilgotności. Otrzymałam ostatnio kilka maili  sugerujących, że prowadzę działalność profetyczną. Zrobiłam kiedyś pracę z padającym czarnym śniegiem, taki negatyw rzeczywistości, ma tytuł Pogoda polityczna. Inspirowałam się tym, w jaki sposób w latach 20. i 30. Rosjanie wpływali na pogodę, żeby zapewnić słońce na parady pierwszomajowe. Rozpylali z samolotów gazy, żeby przegonić chmury albo żeby spadł deszcz. Ostatnio wydali 45 mln rubli na rozgonienie chmur w rocznicę zakończenia II wojny światowej. Niektórzy uważają, że są takie elementy rzeczywistości, które nie mogą ulec upolitycznieniu, i pogoda wydaje się jednym z nich. Nagle okazuje się jednak, że również pogoda staje się narzędziem politycznym, za pomocą którego ludzie załatwiają swoje interesy. W Polsce ewidentnie mieliśmy doczynienia z polityczną chmurą. Tak więc elementy niewidzialne czy półwidzialne mają dużo większy wpływ na ekonomię i politykę niż to, co widzimy. Jedna chmura spowodowała zawieszenie działań politycznych na świecie oraz gigantyczne, milionowe straty w ekonomii.


W Polsce myśleliśmy przez chwilę, że mamy taką własną katastrofę. Przez chwilę byliśmy na pierwszym planie. I nawet tę tragedię nam odebrano. Już po kilku dniach przestała być pierwszym światowym newsem, najważniejsza była chmura. Nasze symboliczne 5 minut sławy zostało skrócone do 3 minut.
Ta historia pasuje do tego, w jaki sposób tworzy się i zapamiętuje różne narracje. Wydawało się, że wszyscy wiedzą, że upadek komunizmu w sensie politycznym w końcu lat 80. rozpoczął się po wydarzeniach zainicjowanych w Stoczni Gdańskiej przez „Solidarność”. Ale bardziej nośnym, lepiej przyswajalnym memem stał się upadek muru berlińskiego, jako coś bardziej metaforycznego, plastycznego. Lepszym niż ruch robotniczy. A przecież upadek muru nastąpił później, był tylko dopełnieniem, symbolicznym gestem. A jednak teraz, gdy mówi się o końcu komunizmu, wspomina się właśnie upadek muru. Polsce w pewnym sensie została odebrana ta narracja.

Ale kto nam tę narracje zabrał?

Tu działają dwa czynniki. Z jednej strony ważne jest to, w jaki sposób różne rzeczy zapamiętujemy, bo są bardziej sexy, bardziej nośne. Z drugiej istotne jest, kto kontroluje tę historię, kto pisze ten dyskurs. Historia upadku komunizmu jest w dużej mierze pisana na Zachodzie i w związku z tym tą metaforą, tym znakiem - także plastycznym - stał się właśnie upadek muru berlińskiego. To jest niesamowicie dla mnie inspirujące i istotne jako dla artystki wizualnej, bo stanowi dowód na to, kto kontroluje narracje dotyczące pamięci, kto je buduje. Nasze pokolenie jeszcze wie, że upadek muru berlińskiego to tylko piękna metafora, ale za sto lat dzieci będą pamiętać tylko to, wszystko zostanie zredukowane do jednego wydarzenia.

Na to się nakłada katastrofa w Smoleńsku. Myśleliśmy, że mamy tutaj swój teren - naszą katastrofę - i nagle się okazuje, że jest chmura, która niszczy globalną gospodarkę. Angela Merkel nie przyjeżdża, Obama ma zdezorganizowany grafik. Chmura jest ważniejszym wydarzeniem niż nasza katastrofa. Mamy chyba pecha po prostu.

To jesteśmy w końcu tym Chrystusem Narodów?

W pewien komiksowo-absurdalny sposob na pewno.

*Agnieszka Kurant - artystka. Laureatka (wraz z Aleksandrą Wasilkowską) konkursu na Pawilon Polski na Biennale w Wenecji 2010. Wystawiała m.in. w  Palais de Tokyo w Paryżu, Tate Modern w Londynie, Mamco w Genewie, galerii Yvon Lambert w Nowym Jorku, realizowała projekty m.in. dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Galerii Zachęta, CSW Zamek Ujazdowski. Nakładem wydawnictwa Sternberg Press ukazała się jej pierwsza monografia Unknown Unknown (2008). Ostatnio nominowana do międzynarodowego finału nagrody Henkel Art Award (Mumok, Wiedeń, 2009).

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 22.05.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.18045 Seconds