|
Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Pod koniec zeszłego tygodnia premier Tusk zapowiedział, że rząd jest gotowy podnieść podatek VAT od niektórych usług i produktów z 22 do 23 proc.. A jeszcze w czerwcu minister Grabowski twierdził, że nad niczym takim rząd nie pracuje. Rząd chce w ten sposób zdobyć 5 mld złotych. Polski deficyt jest na tyle poważny, by trzeba z nim walczyć, podnosząc podatki?
Piotr Kuczyński, główny ekonomista Xelion – doradcy finansowi: Są dwa powody, dla których rząd musi wprowadzić jakąś reformę finansów publicznych. Po pierwsze bez reformy uderzymy w progi zadłużeniowe – istnieje niebezpieczeństwo, że w tym roku dług publiczny przekroczy 55 proc. PKB.
Po drugie, w przyszłym roku rynki finansowe będą wypatrywały nowej ofiary. Celem ataków może stać się Polska. A jeżeli będziemy mieli deficyt sektora finansów publicznych w granicach 6 proc. lub więcej i jeśli Hiszpania i Grecja dokonają cięć i będą miały deficyty o wiele niższy niż my, to może się okazać, że nie będziemy już zieloną wyspą, tylko rafą, o którą można się rozbić.
Rząd tłumaczy swoje działania tym, że musimy mieć pieniądze, by móc korzystać z funduszy unijnych. Moim zdaniem to nieprawda. Na taki cel można np. zaciągnąć pożyczkę w rocznych bonach skarbowych. Według mnie podnoszenie VAT-u to jest zasłona dymna. Zresztą minister Michał Boni wprost mówił, że kupujemy czas. Chodzi o pokazanie rynkom finansowym, że mimo ostatnich wyborów i wyborów w przyszłym roku, jesteśmy w stanie zająć się naszym budżetem. Nie idziemy drogą amerykańską, bo nie ładujemy w gospodarkę kupy pieniędzy, choć Amerykanie do tego Europę namawiają. Nie idziemy też drogą europejską, polegającą na cięciach wydatków publicznych i podnoszeniu VAT-u na wszystko, na co się da. Robimy takie małe „coś”.
Innym pytaniem jest to, w kogo taka podwyżka VAT-u najbardziej uderzy.
W kogo?
W biedniejszą większość polskiego społeczeństwa, oszczędzając najzamożniejszych. To prosta matematyka: osoba, która zarabia 2 tys. złotych miesięcznie, wydaje swoją pensję na sprawy bieżące. Każdą podwyżkę cen, a tym poskutkuje podwyżka VAT-u, odczuje zdecydowanie boleśniej niż osoba, która zarabia kilkanaście tys. złotych miesięcznie i może całkiem sporo zaoszczędzić, np. odkładając na lokacie. Wtedy jeszcze odzyska coś dzięki odsetkom. Mówiąc wprost, osoby zarabiające więcej płacą mniej podatków pośrednich w stosunku do swoich zarobków niż osoby mniej zarabiające. To jest pierwszy powód, dla którego nie powinno się ruszać VAT-u, a źródeł dochodów szukać gdzie indziej. Drugim powodem jest to, że ta podwyżka może zachęcić do dalszego podnoszenia VAT-u w przyszłości.
Zanim oficjalnie pojawił się pomysł podwyżki VAT minister Boni wspomniał o powrocie do starych stawek PIT i starej stawki składki rentowej. Tymczasowy powrót do nich byłby lepszym rozwiązaniem?
Według mnie te stare stawki były dobre, ale to już temat na inna rozmowę. Można by wrócić do starych stawek choćby na dwa lata – 2011 i 2012, kiedy według mnie będziemy najbardziej narażeni na zewnętrzne ataki spekulacyjne – co dawałoby 40 – 50 mld złotych w budżecie więcej rocznie. Osobom mniej zarabiającym, czyli znakomitej większości Polaków, ubyłoby wtedy miesięcznie 70-80 zł z kieszeni, osoby zarabiające więcej byłyby obciążone oczywiście dużo bardziej, ale taki manewr dałby budżetowi odetchnąć na dwa lata. W tym czasie można by usiąść i znaleźć jak najszerszą platformę porozumienia politycznego co do tego, jak należy reformować finanse publiczne, żeby za trzy-cztery lata nie spotkała nas totalna katastrofa.
Kiedy tylko pojawiła się informacja o potencjalnej podwyżce PIT, Grzegorz Schetyna stanowczo odrzucił taką możliwość.
Doktryna mówi, że nie należy podnosić podatków, bo to i tak nic nie da. Niektórzy politycy powtarzają więc, że podatków nie można podnieść pod żadnym warunkiem, co jest oczywiście bzdurą. Podatki podnosi się z różnych powodów: żeby łatać budżet, ale też np. po to, żeby mieć lepszą ochronę zdrowia. Podobnie twierdzi się, że podatek liniowy zwiększa PKB, choć ani nie jest to prawda, ani PKB nie jest dobrym miernikiem.
Ale czy taki gwałtownym, ideologicznym wręcz odżegnywaniem się od podwyżki podatków, rząd nie odbiera sobie ważnego narzędzia polityki gospodarczej?
Jak widać nie odbiera sobie tego narzędzia, bo przecież jednak podatki podnosi. Tyle że nie te, które trzeba by było podnieść. Chociaż nieco po cichu i te też wzrosną, bo czym innym jak nie podnoszeniem podatków jest zamrożenie progów podatku PIT na trzy lata?
Rząd chce podnieść dochody budżetu jeszcze w inny sposób: prywatyzując i sprzedając część PKO i część PZU. Czy to jest dobry moment na wyprzedawanie części udziałów?
Z czysto rynkowego punktu widzenia - tak, to jest to dobry moment. Akurat teraz jesteśmy na pewnego rodzaju górce, hossa trwa już od dłuższego czasu i w związku z tym cena, jaką udałoby się osiągnąć za te udziały, jest właściwa.
A czy należy sprzedawać te udziały z punktu widzenia kontroli nad najważniejszymi państwowymi instytucjami gospodarki, czyli jednym z największych, o ile nie największym w Polsce, bankiem i największym w naszym rejonie ubezpieczycielem? Wątpię, choć można mieć różne zdania na ten temat. Uważam, że państwo powinno mieć większy udział w sektorze bankowym i ubezpieczeniowym niż obecnie ma. I nie przekonują mnie ostre wypowiedzi niektórych prominentnych osób, że kiedy państwo przejmie BZ WBK, to będzie to koniec Polski i koniec świata, bo władzę przejmą politycy. Widzieliśmy, jak ze swoimi bankami postępowali prywatni właściciele w okresie ostatniego kryzysu i śmiem twierdzić, że te instytucje, które miały udział państwowy, postępowały ostrożniej niż te, które miały udział czysto prywatny.
Rząd uzależnia od tej prywatyzacji wyjście z długo publicznego.
Taki ruch jest absolutnie bez sensu. 30 parę mld złotych z tej sprzedaży to mniej niż przyniósłby jednoroczny powrót do dawnej składki rentowej i PIT-u. Proszę zauważyć, że zarówno PKO, jak i PZU to spółki dywidendowe, wypracowują ogromne zyski. Skarb państwa, pozbywając się kilku procent udziałów, pozbywa się co roku kilku milionów złotych dywidendy. Wyprzedamy srebro rodowe, a potem będziemy się martwić. To nie jest zbyt sensowne.
To w takim razie, oprócz powrotu do starych stawek podatkowych…
Przede wszystkim do składki rentowej, bo to ona przynosi najwięcej, około 20 mld…
Jak pana zdaniem powinna wyglądać dobrze zakrojona polityka wychodzenia z zadłużenia?
Prawda jest taka, że ponad 80 proc. wydatków w budżecie to są to wydatki sztywne. I tutaj cudów nie ma. Trzeba to zmienić i wszyscy o tym wiedzą. Zastanawiam się, jak to zrobić tak, żeby za bardzo nie dać po skórze społeczeństwu, choć trochę trzeba będzie dać. Trzeba coś zrobić z KRUS-em, to wszyscy wiemy, ale nie zyskamy na tym kilkunastu mld złotych rocznie, tylko dużo mniej. Przecież i tak trzeba będzie dopłacić rolnikom, którzy nie dają sobie rady i nie będą dawać sobie rady, i nie mogą płacić normalnych podatków. To jest jasne.
Trzeba coś zrobić z emeryturami. To bardzo niepopularne, ale zapewne trzeba będzie wydłużyć wiek emerytalny. Przy czym jeżeli tylko się wydłuża wiek emerytalny, a nie tworzy się planów na zwiększenie miejsc pracy, to może się to skończyć kompletną klapą, czyli zwiększeniem liczby zasiłków wypłacanym bezrobotnym.
Mówi się dużo o urzędnikach, szczególnie samorządowych, bo ich liczba zwiększa się w sposób dramatyczny. Potrzebna nam reforma, która z tej armii ludzi zrobiłaby mniej liczną kadrę urzędniczą, taką, z której bylibyśmy zadowoleni jako klienci, która miałaby odpowiednie kompetencje i dobre zarobki. Kiedy podchodzimy do okienka i klniemy pod nosem, bo urzędnik nie ma odpowiednich kompetencji, to się nie zastanawiamy nad tym, że zarobki urzędników powodują selekcję negatywną. To są moje intuicje, ale plan wychodzenia z kryzysu powinien napisać Michał Boni. Ja nie jestem Michałem Bonim. On napisał raport„Polska 2030”, niech usiądzie i napisze „Polskę 2013”.
Czytaj też: komentarz Michała Sutowskiego
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...