NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Kuczyński: Czeka nas jeszcze większy kryzys Drukuj
Z Piotrem Kuczyńskim rozmawia Jan Smoleński   
21.12.2010

Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Co zrobić z OFE? Zlikwidować je?


Piotr Kuczyński, główny analityk firmy Xelion: To byłoby najlepsze rozwiązanie. Gdybyśmy zrezygnowali z kapitałowego systemu emerytalnego, nasz dług publiczny wynosiłby mniej niż 40 proc. PKB, a deficyt finansów publicznych 5,5 proc., czyli były stosunkowo niski jak na obecne warunki. Ale tego się nie da zrobić.


 Dlaczego?


Z powodów politycznych i z powodów lobbingu. Nie da się pójść drogą Orbana, musimy się liczyć z rynkami finansowymi. Poza tym opór wyborców. Na swoim blogu umieściłem spory artykuł na ten temat. Z komentarzy ludzi młodych wnioskuję, że ich przekonano, iż w OFE leżą ich pieniądze. Likwidacja OFE oznacza zabranie im tych pieniędzy, katastrofę i brak godziwych emerytur. Awantura byłaby w kraju straszna. Wyjście jest jedno: zmniejszenie składki odprowadzanej do OFE i dobrowolność, bo teraz musi pan oddać część swoich pieniędzy. Ja na szczęście nie odprowadzam składek do OFE. Tylko do ZUS-u płacę.


Ale przecież rząd osiągnął porozumienie z Komisją Europejską ws. odliczania kosztów OFE od długu publicznego. Ministerstwo Finansów odtrąbiło sukces. Może jest się z czego cieszyć i nie ma co ruszać OFE?

  

Po pierwsze nie jestem przekonany, czy telefoniczna rozmowa miedzy premierem i szefem KE rzeczywiście oznacza zgodę całej KE. Dowiemy się w kwietniu, ale załóżmy, że tak. Jeśli decyzja ma mocne podstawy, a odliczane będzie 60 lub 100 procent składek przekazywanych do OFE (60 procent to obligacje skarbu państwa), to byłaby to dobra wiadomość. Komisja Europejska wszczynałaby procedurę nadmiernego deficytu, gdyby deficyt budżetowy przekroczył poziom wyższy niż zakładany obecnie. To oznacza, że groźby kar nakładanych przez Komisję by się odsunęły. Poza tym, jeśli będziemy chcieli wejść do strefy euro, to bariera 60 proc. zadłużenia nie będzie przeszkodą. Jeśli jednak nic się nie zmieni w samym systemie emerytalnym (np. nie zostaną wprowadzone obligacje emerytalne) to poziom potrzeb pożyczkowych pozostanie taki sam, więc dla spekulantów nic się nie zmieni.


Ale każdy medal ma dwie strony. Zmiana sposobu naliczania długu (jeśli do niej naprawdę dojdzie) może zniechęcić do koniecznych reform w systemie OFE. Rozgrywkę mogą wygrać zwolennicy zmian á la Michał Boni, czyli kosmetyki. Wtedy OFE i ich obrońcy będą mogli pić szampana. Tylko przyszli emeryci za kilka lat za to zapłacą. Teraz rynek odbierze to jako dobry sygnał, ale ja wolę myśleć w długiej perspektywie.


Wspomniał pan o spekulantach. Czy Polska jest bezpieczna przed atakami spekulacyjnymi? Byliśmy zieloną wyspą w morzu czerwieni. Teraz się okazuje, że w III kwartale mieliśmy całkiem pokaźny, ponad czteroprocentowy wzrost gospodarczy.


Nie jesteśmy tak zagrożeni, jak Irlandia, Portugalia, Hiszpania czy Włochy, ale też nie jesteśmy całkowicie bezpieczni. Niektórzy nasi bardzo znani ekonomiści (nie będę wymieniał nazwisk) zupełnie niepotrzebnie opowiadają w bardzo wpływowych gazetach, jak to my jesteśmy zadłużeni. To jest ściąganie rekinów.


Obywatele nie powinni wiedzieć, jaki jest stan finansów państwa?


Nie o tym mówię. Dane oczywiście należy podawać i krytykować rząd. Natomiast spekulanci patrzą tylko na otoczkę i do niedawna uważali nas za zieloną wyspę. Za miejsce bezpieczne. Dlaczego mówię „uważali”? Dlatego, że ostatni ranking w „Financial Times”, w którym nasz minister finansów Jacek Rostowski wylądował na drugiej pozycji, dla mnie jest poważnym ostrzeżeniem. Nie dlatego, że tylko na drugiej, ale dlatego, że w kategorii „wiarygodność prowadzonej polityki” wylądował na 13. z 19. Za nim byli ministrowie finansów Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Grecji, Irlandii i Węgier, państw, które ostatnio są ostatnio na cenzurowanym, a niektóre mają ratingi „śmieciowe” lub temu bliskie. Rynki zaczynają uważać naszą politykę za niewiarygodną, a to już tylko kroczek do ataku.

  

Z czego może to wynikać?

  

Nasz minister finansów stosował różne chwyty, żeby rynkom finansowym pokazać piękny obraz. Ja, powiem szczerze, na początku, przez długi czas, go za to krytykowałem, zakładając, że rynki są mądrzejsze i że to, co on zakrywa, to one i tak widzą. Myliłem się, rynki takie mądre nie są. Polityka propagandy sukcesu była bardzo sensowna i ochroniła nas przed atakiem. Ale po jakimś czasie analitycy zaczęli analizować wszystko, nie tylko wyidealizowany obraz, i zobaczyli, jaka jest sytuacja – że dług zbliża się do 55 proc. PKB, adeficyt finansów publicznych wynosi 8 proc. PKB. Podobnie wysoki deficyt finansów publicznych ma Portugalia, a jest atakowana. W kreowaniu pozytywnego obrazu OFE nam szkodzą i to bardzo poważnie.

  

Jakiś czas temu było sporo zamieszania wokół Irlandii. Przez długi czas była uważana za czarnego konia UE, teraz jej dług publiczny wynosi 94 proc. PKB. Nawet Donald Tusk, który w jednej z kampanii opowiadał o „drugiej Irlandii”, powiedział, że całe szczęście, że nią nie jesteśmy. Co w przypadku Irlandii poszło nie tak?

  

Po pierwsze, można przewrotnie powiedzieć, że Irlandia jest ofiarą wprowadzenia euro. Dlaczego? Irlandia była w gronie założycieli Europejskiej Unii Walutowej, i gdy Irlandczycy wprowadzili euro, to natychmiast spadły im stopy procentowe, a wraz z nimi oprocentowanie kredytów. To rozpoczęło boom kredytowy, ludzie zapożyczali się na potęgę, bo można było brać kredyty niemal za darmo. Ludzie zaciągali pożyczki głównie na nieruchomości, co spowodowało z kolei boom na tym rynku. Udział tego sektora gospodarki w PKB w końcowej fazie hossy wyniósł 14 proc. To bardzo dużo. Więc gdy sektor się załamał, to z oczywistych powodów odbiło się to na PKB i w konsekwencji na przychodach. Poza tym, hossa spowodowała, że deweloperzy, różne instytucje i osoby prywatne zaciągały potężne długi w bankach. Te z kolei pożyczały pieniądze z zewnątrz. Gdy rynek się załamał banki irlandzkie okazały się niewypłacalne. Rząd musiał je ratować.

  

Niektórzy mówią, że należało im dać upaść.

  

Gdyby rząd pozwolił im upaść, jak proponują neoliberałowie, to reperkusje byłyby dużo gorsze nie tylko dla banków irlandzkich i Irlandczyków, ale i dla całego systemu bankowego w Europie.

  

Drugą przyczyną kryzysu Irlandii było gwałtowne obniżenie podatków w latach 90. CIT obniżono z 40 proc. do 12,5. Stworzono też ułatwienia dla przedsiębiorców, np. można się było rozliczać w kraju pochodzenia kapitału. Oczywiście wtedy Irlandię podawano jako przykład, bo tam lokowały się montownie, fabryki itd. Stany Zjednoczone i kraje Unii Europejskiej pozbywały się swoich miejsc pracy, zdobywali je Irlandczycy, co napędzało hossę. Było pięknie i wspaniale, tyle tylko, że udział podatku CIT i podatku od dochodów kapitałowych wzrósł z 8 proc. do 30 proc. przychodów państwa.

  

W momencie, kiedy załamała się gospodarka i rynki, przychody z CIT i podatku od zysków kapitałowych spadły gwałtownie prawie do zera. W związku z tym zrobił się deficyt i dług. W tym momencie rzucili się na Irlandię spekulanci i ją dobili. To był trzeci czynnik – potęga rynków finansowych, które niczym nieskrępowane sobie wybierają ofiary i, nawet jak ktoś nieznacznie krwawi, atakują i dobijają.

  

Irlandia dostała 85 mld euro pomocy, jednak z doniesień prasowych można odnieść wrażenie, że rząd Irlandii przez długi czas wzbraniał się przed przyjęciem tych pieniędzy, żeby nie stracić inwestorów. Czy nie była to gra pod publiczkę, żeby zrobić dobre wrażenie na inwestorach?

  

Tu była jeszcze inna zabawa. Irlandia, gdy otrzymywała pomoc, miała w zasadzie finansowanie na prawie 7 miesięcy, więc pieniędzy nie potrzebowała. Problemem byli jednak spekulanci, którzy zyski wypracowują na instrumentach CDS (credit default swap) zabezpieczających przed ryzykiem bankructwa, oraz na obligacjach. Doprowadzili oni do sytuacji, w której CDS-y były bardzo drogie, co z kolei powodowało duży spadek cen obligacji irlandzkich i co gorsze nie tylko irlandzkich – również innych krajów PIIGS. Aby te stały się bardziej rentowne, zaatakowane kraje musiały podnieść ich oprocentowanie, w efekcie było ono wyższe od oprocentowania obligacji niemieckich o 8-9 punktów procentowych! Koszty zaciągnięcia długu wzrosły kolosalnie. Irlandia nie musiała jeszcze pożyczać pieniędzy, ale jasne było, że dzieje się coś dramatycznego. Unia Europejska, a przede wszystkim banki europejskie były tą sytuacją przerażone. Bały się, że jak padnie Irlandia, to zaraz za nią pójdzie Portugalia, potem Hiszpania, a następnie Włochy. Poza tym niemieckie, francuskie i angielskie banki mają prawie 1300 mld euro obligacji portugalskich, greckich, irlandzkich, hiszpańskich i włoskich.

  

Inaczej mówiąc, gdyby Irlandia rozpoczęła efekt domina, to europejski system finansowy mógłby się załamać. Wraz z nim załamałaby się gospodarka europejska, i zwrotnie gospodarka całego globu. Więc europejscy politycy mieli poważny powód do zmartwień.

  

Ale czy to wpompowanie pieniędzy w Irlandię faktycznie ochroni europejską gospodarkę?

  

Politycy wymyślili sobie że jak wcisną Irlandii pomoc, to rynki się uspokoją. Prawda jest taka, że jeśli się uspokoją, to tylko na chwilę. Spekulanci, po udzieleniu pomocy Irlandii, od razu skierowali się w stronę Portugalii i Hiszpanii. Jestem przekonany, że w przyszłym roku zobaczymy ataki spekulacyjne i na Portugalię, i na Hiszpanię.Niemcy straciły już cierpliwość i twierdzą, że nie będą finansowały banków europejskich. Chcą opracować mechanizm upadłości państw.Obecnie pomoc, którą otrzymały Grecja czy Irlandia, trafia do europejskich banków, które obligacje tych państw kupiły. Niemcy chcą z tym skończyć i doprowadzić do tego, by instytucje, które skupują obligacje danego państwa, częściowo ponosiły konsekwencje jego niewypłacalności.

  

Samolubni Niemcy? 

  

Zrozumiałe jest, że taka inicjatywa wyszła od Niemców, ponieważ to oni przede wszystkim płacą za kryzys. Gdybym ja był obywatelem niemieckim, to byłbym co najmniej wściekły, więc nie można oskarżać niemieckich polityków o egoizm. Proszę sobie wyobrazić, że Angela Merkel nie będzie samolubna i egoistyczna, rzuci kolejne miliardy euro pomocy. W Niemczech nie ma jeszcze chyba mocnych partii w stylu Szwedzkich Demokratów, austriackiej czy holenderskiej Partii Wolności, ale się znajdą, jak będzie trzeba. Niech sygnałem ostrzegawczym będzie książka Thilo Sarrazina i aprobata, jaką zyskała wśród „zwykłych Niemców”.


Nie chcę snuć historycznych paralel, ale jeśli Sarrazin założyłby partię, miałby naprawdę spore poparcie. To może skończyć się nawet rozpadem strefy euro. Z badań wynika, że zwykli obywatele niemieccy chcieliby powrotu do marki.

  

Komentator „Financial Times” Martin Wolf twierdzi, że jest całkiem spore prawdopodobieństwo, że strefa euro się zawali. Na ile to prawdopodobne?

  

Sam bym chciał to wiedzieć. Wiadomo, że politycy chcą, żeby strefę euro utrzymać, bo inaczej nastąpi błyskawiczny rozpad Unii Europejskiej. Zostanie jakiś wspólny obszar gospodarczy, ale cofniemy się do czasów EWG.

  

Obawiam się też, że czeka nas jeszcze większy kryzys, niż ten, który mamy i dlatego nie wiem, czy strefa euro wytrzyma. Błędem było zbyt szybkie rozszerzenie Unii Europejskiej i strefy euro. Oczywiście, jestem bardzo zadowolony, że Polska jest w UE, ale te kilkanaście państw, które były założycielami nie powinny od razu przyjmować 10 innych razem z Polską, a potem zaraz następnych dwóch. Powinni najpierw stworzyć konstytucję, wspólną politykę podatkową, wspólną politykę zagraniczną, przynajmniej ich zręby, i postawić warunek, że wstęp do klubu tylko z przyjęciem wszystkiego z dobrodziejstwem inwentarza.


Dlaczego tak się nie stało?

  

Chciano mieć nowe rynki zbytu.

  

Mam wrażenie, że wciskanie pieniędzy Irlandii i generalnie zasypywanie banków pieniędzmi to ruchy, które niczego nie rozwiązują, tylko odsuwają problemy na później. Oficjalnie mówi się o pomocy, która zostanie zwrócona, ale według mnie to się nigdy nie stanie. Te kraje narzucają swoim obywatelom drastyczne oszczędności. To gwałtownie zmniejszy popyt wewnętrzny i przychody do budżetu. Trzeba będzie podnieść podatki, na przykład niski CIT, ale to wygoni część kapitału, dla którego niskie podatki były atrakcyjne. Wpływy jeszcze się zmniejszą. Obecne politycy kierują się zasadą „Po nas choćby potop”. Nie jestem wizjonerem, nie wiem, co należałoby tu zrobić. Wiem natomiast, że upadek banków może skończyć się kryzysem, przy którym Wielka Depresja lat 30. to pikuś. Gdzieś przeczytałem (i bardzo mi się to spodobało), że żyjemy w okresie interregnum – jeden system, choć panuje, to już jest w zaawansowanym stopniu rozkładu, ale drugiego jeszcze nie ma i nie wiadomo, jak miałby wyglądać. Nie mówię o upadku kapitalizmu (on na szczęście pozostanie), tylko upadku tej wersji kapitalizmu. To się rozpadnie, według mnie, nie ma cudów.


Co Polska w takim razie powinna zrobić? Na szczęście o kolejnych cięciach podatków się nie mówi, ale karierę robi „dokańczanie reformy emerytalnej”.

  

Po pierwsze na kolejne dwa-trzy lata przywróciłbym poprzednie progi PIT i składkę rentową. To jest 40 mld złotych rocznie, czyli około 3 proc. PKB. W tym czasie zrobiłbym rzeczywistą reformę finansów publicznych, bo ona jest konieczna. Trzeba dokonać zmian w KRUS, ale tak by nie uderzyć w najbiedniejszych rolników. Ci bogatsi powinni płacić normalne stawki ubezpieczeniowe. Trzeba uporządkować mundurówki. Należy zastanowić się nad wydłużeniem wieku emerytalnego, ale nie podchodzić do tego doktrynalnie. System ochrony zdrowia w Polsce jest w bardzo kiepskim stanie. Jeżeli chcemy przedłużyć wiek emerytalny, musimy najpierw naprawić ochronę zdrowia, aby ludzie fizycznie byli w stanie dłużej pracować. Wiadomo, że po sześćdziesiątce zdrowie zaczyna się sypać bardzo szybko. No i już w tej chwili musimy spowodować, żeby zatrudnienie powyżej 55 roku życia nie było na poziomie 30 paru procent, ale dwa razy wyższym. Podnoszenie wieku emerytalnego w obecnej sytuacji to skazywanie ludzi na bezrobocie.

  

Po drugie, zrobiłbym porządek z OFE, o czym już mówiłem.


Są jeszcze rzeczy, które można przeprowadzić w miarę szybko. Np. uderzenie w szarą strefę, która jest naprawdę potężna. Zlikwidujmy fałszywe samozatrudnienie. Powinniśmy też utrudnić bardzo bogatym ludziom unikania płacenia podatków w Polsce. Niestety znane postaci tak robią, śmiejąc się nam w twarz.

  

A jak pan ocenia działania rządu?

  

Na razie, w okresie przedwyborczym, nasi rządzący próbują płynąć między Scyllą i Charybdą. Brak poważnych zmian oznacza narażenie się bardzo wielu osobom, szczególnie tym opiniotwórczym oraz rynkom finansowym, które czyhają na okazję do ataku,. Jednak drastyczne reformy oznaczają przegrane wybory parlamentarne. Rząd poszedł więc w kierunku podwyżki VAT, ale to według mnie uderza przede wszystkim w biedniejszych Polaków. To ciągle jest ta sama metoda, dominująca w działniu polityków na całym prawie świecie: sięganie do kieszeni najbiedniejszych, by oddać bogatym.


Ja się obawiam jednak, że po wyborach PO nie zdecyduje się na podniesienie podatków, tylko zmiany w iście thatcherowskim stylu.


Nie wiemy jak będzie. Natomiast są pewne pozytywne sygnały. Po pierwsze widzę bardzo mocny front przeciwko OFE w rządzie. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale on jest. I to jest pocieszające.

  

Po drugie, słyszę propozycje podniesienia stawki rentowej. To też dobry kierunek. Jeżeli patrzę na ewolucję Jana Krzysztofa Bieleckiego, szefa rady gospodarczej przy premierze, to muszę powiedzieć, że mam pewną nadzieję. Bielecki był uważany kiedyś za neoliberała, ale teraz jego poglądy są pragmatyczne. Myślę, że Bielecki widzi, że nie sposób ciągle zabierać ludziom biedniejszym i dawać bogatszym, bo to musi się źle skończyć. Nie tylko wzrostem współczynnika Giniego, ale nawet polityczną katastrofą i rządami skrajnych prawicowych populistów.

  

Rozmawiał Jan Smoleński.

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
primus   |21.12.2010 13:04:34
Czy dobrze jest lokować nadzieje w JK Bieleckim i w ogólności w PO, PIS, PSL,
SLD? Czy reprezentowali i reprezentują interesy biedniejszych , czy są w ogóle w
stanie to zrobić? Co po gadaniu JKB?

Czy kryzys źle się kończy / skończy dla
wszystkich? Przecież nie tak mało (mam przynajmniej nadzieję) zarabia w kryzysie
i na kryzysie.

Tak w ogóle, to więcej P. Kuczyńskiego na portalu potrzeba.
pawelpawel   |21.12.2010 14:30:40
Cytat:
Co Polska w takim razie powinna zrobić? Na szczęście o kolejnych cięciach
podatków się nie mówi
A to zabawne. Czesto czyta sie tu oskarzenia, ze ponoc dla niektorych
pawelpawel   |21.12.2010 14:50:25
[obcielo poprzedni komentarz]
A to zabawne. Czesto czyta sie tu oskarzenia, ze
ponoc dla niektorych
kot   |21.12.2010 15:36:19
Kuczyński na ministra finansów rządu socjalistycznego. Bo właśnie
przedstawił spójny program gospodarczy.
Tyle, że pewnie nie czuje
się socjalistą.I właśnie o to chodzi. Bo tak się porobiło,że socjalizm
nie po raz pierwszy staje się ratunkiem dla
kapitalizmu.

Imponuje pragmatyzm Kuczyńskiego.
Różny od tego
jaki uprawiano podczas pierwszych lat ,,transformacji,, w Polsce.
Więcej,później nahttp://kot-blogkota.blogspot.com
cetes  - re: kot   |21.12.2010 19:51:26
kot napisa?:
Kuczyński na ministra finansów rządu socjalistycznego. Bo właśnie
przedstawił spójny program gospodarczy.

Spójny? czy ja wiem… O potrzebie reformy finansów publicznych to wszyscy
mówią, tylko na czym ma ona polegać?
Czy na dalszym
pogarszaniu sytuacji materialnej rencistów, emerytów, ludzi pracy
najemnej,drobnych,średnich i nawet dużych przedsiębiorców po to, by
polepszyć standard życia najbogatszych stanowiących w skali
krajów rozwiniętych najwyżej 1%, ale w skali świata jedynie 2 promile
ludności?
Do tego przecież sprowadzają się przeprowadzane wg
neoliberalnych recept "reformy" polegające na cięciu wydatków
socjalnych i zwiększaniu obciążenia fiskalnego najbiedniejszych. Przecież
skutkiem takich reform będzie dalsze zmniejszenie siły nabywczej
społeczeństwa, co wymusi dalsze zmniejszenie produkcji i związanego z tym
wzrostu bezrobocia. O zmniejszaniu zapotrzebowania na pracę
wynikającego z postępu naukowo-technologicznego nie
wspominając.
Świat znalazł się w momencie, w którym
kosmetyczne zmiany, do tego dokonywane pod dyktando spekulantów
finansowych i bankierów, jedynie pogłębią istniejące dysproporcje w
poziomie życia pomiędzy tymi 2 promilami najbogatszych, a
resztą ludzkości. Nawet te 19 procent ludności krajów rozwiniętych
potrzebne bogatym jako służący ciągle będzie miało nad sobą bicz w postaci
groźby wyrzucenia do marksowskiej "rezerwowej
armii pracy".
Dlatego konieczne jest odejście od obecnie
obowiązującego modelu społeczno-gospodarczego, na system, który
nazwałem socjalliberalnym.
Rozumiany inaczej niż proponowali to Tony
Blaire, czy Leszek Miller, ale  jako liberalizm w funkcjonowaniu gospodarki
i społeczeństwa, a socjalizm w dostępie do usług społecznych i
podziale dochodów.
Dojście do niego wymaga kilku zmian:
1) Zlikwidowania
własności prywatnej darów natury
2) Ostateczne odejście
od niewolnictwa, co wiąże się z rozpoczęciem płacenia pracownikom za
pracę
3) Podniesieniem obowiązkowej rezerwy na wypadek niewypłacalności
kredytobiorców do wysokości 50 % udzielonych przez banki kredytów
4)
Pozbawieniem wpływu spekulantów finansowych na banki centralne
poprzez podporządkowanie ich społeczeństwom, czyli zlikwidowanie ich
"niezależności"
5) Konsekwentne egzekwowanie zapewnionego
w Konstytucjach większości krajów monopolu na emisję pieniędzy przez
banki centralne, a całkowity zakaz skrywanej emisji ich przez banki
komercyjne
6) Coroczne wpłacanie przez banki centralne do budżetu jako
jego przychodu kwoty w wysokości przewidywanego wzrostu PKN.

To tak
ogólnie, gdyż ramy komentarza i tak zdecydowanie przekroczyłem
ubik   |21.12.2010 21:07:01
Popieram Kota, Kuczyński na ministra finansów!
Zamorano   |21.12.2010 23:13:30
Myślę,że Kuczyński uważa się za liberała w sensie amerykańskim. Jest bliski
ideałom welfare state. Nie ma złudzeń co do rynków finansowym, bo jest ich
wieloletnim praktykiem. Ale też nie byłby jakimś Chavezem, bo rozumie sens
istnienia funduszy ryzyka. Ale ich nie będzie nigdy idealizował. Nie jest
doktrynerem. Kocie warto czytać blogi Kuczyńskiego IMVHO. Zresztą nawet
softlibertarianin Gwiazdowski z Centrum Adama Smitha ostatnio jedzie po OFE w
bardzo podobny sposób. Do tego publicystyka Żakowskiego. Może paradygmat się w
Polsce zmienia? Może nie będziemy ostatnim skansenem neoliberalnego - tej
kuriozalnej wulgaryzacji tradycji liberalnej- dyskursu?
Zamorano   |22.12.2010 22:54:25
Cetes jeśli uważasz Kuczyńskiego za zwolennika neoliberalnych recept to znaczy,
że nie przeczytałeś tego wywiadu zbyt uważanie.
cetes  - re: Zamorano   |23.12.2010 13:47:58
Zamorano napisa?:
Cetes jeśli uważasz Kuczyńskiego za zwolennika neoliberalnych recept to
znaczy, że nie przeczytałeś tego wywiadu zbyt uważanie.

Możliwe, ale Ty nieuważnie przeczytałeś moją wypowiedź, w której zwracałem
uwagę, że Kuczyński nie powiedział, co ma na myśli mówiąc o
reformie finansów publicznych.
PanItal  - Ad Cetes   |24.12.2010 14:42:48
cetes napisa?:

3) Podniesieniem obowiązkowej rezerwy na wypadek niewypłacalności
kredytobiorców do wysokości 50 % udzielonych przez banki
kredytów
[…]
5) Konsekwentne egzekwowanie zapewnionego
w Konstytucjach większości krajów monopolu na emisję pieniędzy przez
banki centralne, a całkowity zakaz skrywanej emisji ich przez banki
komercyjne


Taki tylko komentarz do komentarza Cetesa - to, co proponujesz, oznacza
pójście w stronę propozycji szkoły austriackiej. Zakaz
emisji pieniądza bankowego to obowiązek posiadania 100 proc. rezerw -
czyli punkt 3 przestaje mieć sens. 

Tylko że ja bym się bał konsekwencji,
jakie ten ruch ten by wywołał - przede wszystkim kosmicznego wzrostu
stóp procentowych. Głupie podniesienie stóp procentowych przez RPP, które
na przełomie wieków wywołało w Polsce wystrzelenie bezrobocia do ponad
20 proc. to byłoby nic przy tym.
uuk   |25.12.2010 03:02:06
punkt widzenia zależy od punktu siedzenia
walka klas zaostrza się w trakcie jej
trwania
im dłużej żyjesz tym więcej kapitału potrzebujesz żeby twoja matka
żyła
tym więcej kapitału odbierasz swoim synom
których matka tym więcej chce
żyć
walka klas
walka pokoleń
navigare necesse est, vivere non est necesse
cetes  - re: Ad Cetes   |25.12.2010 13:42:15
PanItal napisa?:
Taki tylko komentarz do komentarza Cetesa - to, co proponujesz, oznacza
pójście w stronę propozycji szkoły austriackiej. Zakaz emisji
pieniądza bankowego to obowiązek posiadania 100 proc. rezerw - czyli
punkt 3 przestaje mieć sens.

I tu się mylisz.
Możemy przyjąć, że jest to propozycja w jakimś sensie
związana ze szkołą austriacką, ale na pewno nie z
libertarianizmem. Nie ma również mowy o powrocie do standardu
złota. 
Wyraźnie pisałem o ustanowieniu 50 proc. rezerw obowiązkowych,
a nie 100%.
Oczywiście trudno będzie w pierwszym okresie zapanować
nad obstrukcyjnym zachowaniem właścicieli banków i spekulantów
walutowych, gdyż uderzy to bezpośrednio w ich zarobki oraz
zdolność przejmowania zysków sektora produkcyjnego/usługowego.
Skąpą
ilość pieniędzy na rynku uzupełni wprowadzanie poprzez budżet
jej wartości odpowiadającej przewidywanemu wzrostowi PKN.
Nic nie stoi
na przeszkodzie, by chociaż do czasu spłacenia długu publicznego, tą
ilość zwiększyć /w sumie z tą wynikającą ze wzrostu PKN/ do 10%
PKB.
Nawet Milton Friedman za całkowicie obojętne dla gospodarki uważał
coroczne zwiększanie ilości pieniędzy w obiegu o 5% PKB.
kot   |26.12.2010 20:45:01
-Zamorano,dzięki za zwrócenie uwagi na blog P.Kuczyńskiego.
kot   |26.12.2010 22:19:23
Znamienne, że Kuczyński był graczem giełdowym może….dlatego nie stracił
kontaktu z rzeczywistością.
Znamienne
- zauważyłeś Zamorano,że Soros radykalnie
oceniający rynki finansowe jako zmierzające do nierównowagi (kryzysu) jest mimo
znanego nazwiska izolowany, w swoich opiniach przez ekonomistów głównego nurtu.
Pomińmy przyczyny psychologiczne i wpływ interesów ….nie dyskutuje się
postawionych problemów lecz je ignoruje.
-To co się wyprawia w USA , to
tylko
klasyczna klasowa analiza może wytłumaczyć. Gdy znamienici przedstawiciele
elity intelektualnej
amerykańskich ekonomistów strzelają sobie w stopy.
Gdzie
się podział słynny pragmatyzm amerykański(odpowiedź patrz wyżej).
Interesy
korporacji oplotły ten kraj swoimi mackami. Obama nie ma ruchu.
I tylko należy
liczyć na to, że amerykańska dynamika jakoś wyprowadzi ich z bagna.
Teresa Stachurska  - Polecam   |27.12.2010 09:45:33
http://krzysztofnawratek.blox.pl/2010/12/453-nie-p ij-z-zatrutej-studni.html
kot   |27.12.2010 22:49:32
Skorzystałem! O Chinach ciekawie!Dla mnie cenne. Teresie dziękuję.
S
PanItal  - re: re: Ad Cetes   |28.12.2010 14:51:16
cetes napisa?:
Możemy przyjąć, że jest to propozycja w jakimś sensie związana ze szkołą
austriacką, ale na pewno nie z libertarianizmem. Nie ma również mowy
o powrocie do standardu złota.
Wyraźnie pisałem o ustanowieniu 50
proc. rezerw obowiązkowych, a nie 100%.


Ustanowisz 50 proc. rezerw prawnie, ale to nie będzie miało
znaczenia.

Wynika to z samej natury emisji pieniądza bankowego (czy
kreacji pieniądza bankowego). Polega to na tym, że mając jakąś
stopę rezerw, banki mogą wielokrotnie pożyczać tę samą kwotę, chociaż
za każdym razem pomniejszając ją o tę samą stopę rezerw. Po prostu ten, kto
bierze kredyt, najpewniej wpłaci go na jakieś inne konto, płacąc za
to, co za ten kredyt kupuje. Gdy sobie obliczysz sumę ciągu geometrycznego
np. dla całego sektora bankowego, wyjdzie jakiś mnożnik, który będzie
wyznaczał emisję pieniądza bankowego.

Oczywiście będzie ona
ograniczona przez szereg czynników. Idea jest taka, że
jeżeli zabronisz sektorowi bankowemu wielokrotnego pożyczania tych
samych pieniędzy, to będzie po prostu znaczyło, że 100 proc. pożyczek
udzielonych przez banki jest pokrytych depozytami. To nie ma nic
wspólnego ze standardem złota, bo z kreacją pieniądza bankowego miałeś do
czynienia nawet w czasach świetności standardu złota.

Cytat:
Skąpą ilość pieniędzy na rynku uzupełni wprowadzanie poprzez budżet jej
wartości odpowiadającej przewidywanemu wzrostowi PKN.
Nic nie stoi na
przeszkodzie, by chociaż do czasu spłacenia długu publicznego, tą ilość
zwiększyć /w sumie z tą wynikającą ze wzrostu PKN/ do 10% PKB.


Rozumiem, że te pieniądze mielibyśmy dodrukować? Cóż, oznaczałoby to
zastąpienie znacznej części inwestycji prywatnych publicznymi. Czasami się
tak da, ale na dłuższą metę państwa nigdy nie były w stanie tego
udźwignąć - sektor prywatny jednak ma większe możliwości. Trzeba to tylko
odpowiednio kształtować.

No chyba, że te dodrukowane pieniądze
chcesz po prostu rozdać sektorowi prywatnemu. Na podstawie jakich
kryteriów?
kot   |28.12.2010 20:45:24
Korzystałem dwukrotnie z podpowiedzianych mi tutaj ciekawych blogów.
Proszę o
więcej.
Z góry dziękuje.
Ponieważ nadajemy na tej samej fali, ciekawe jakie mój
apel przyniesie skutki:
obfitość czy zero.
cetes  - re: re: re: Ad Cetes   |30.12.2010 16:04:49
Gdzieś w cyberprzestrzeni zniknął mój jeden post, więc go uzupełniam.

PanItal napisa?:

Ustanowisz 50 proc. rezerw prawnie, ale to nie będzie miało
znaczenia.

Wynika to z samej natury emisji pieniądza bankowego (czy
kreacji pieniądza bankowego). Polega to na tym, że mając jakąś
stopę rezerw, banki mogą wielokrotnie pożyczać tę samą kwotę,
[/quote]
Jeśli policzysz, to przekonasz się, że 50 % obowiązkowa rezerwa
nie pozwoli pożyczyć więcej niż wynoszą oszczędności.
Osiągnięty
zostanie ten sam efekt co przy rezerwie 100 %, ale da systemowi
pewną elastyczność, przy zachowaniu tego samego
poziomu bezpieczeństwa, bez konieczności podziału banków na depozytowe
i inwestycyjne.
Przy czym zauważ, że z rynku zniknie potężny kredytobiorca
jakim jest państwo. A banki, jesli chcą zarabiać, to pieniądze
pożyczać komuś muszą.
Nie zwróciłeś również uwagi, że rozpoczęcie płacenia
pracownikom najemnym za pracę oraz zmiany w systemie bankowym,
spowodują zmianę kolejności dostępu do nowo emitowanych pieniędzy.
Będące
dotychczas ich dysponentem banki, staną się ostatnim ogniwem
tego łańcucha.

PanItal napisa?:


. To nie ma nic wspólnego ze standardem złota, bo z kreacją pieniądza
bankowego miałeś do czynienia nawet w czasach świetności
standardu złota.

Oczywiście, że tak było. Kreacja pieniądza w ilości przekraczającej
wartość depozytów, to wynalazek bankierów dokonany jeszcze we
wczesnym średniowieczu. O ile nie jeszcze wcześniej, gdyż już w
Babilonie stosowano bankierskie noty informujące o wielkości
złożonego depozytu.

[quote=PanItal

Rozumiem, że te pieniądze
mielibyśmy dodrukować? Cóż, oznaczałoby to zastąpienie znacznej części
inwestycji prywatnych publicznymi. Czasami się tak da, ale na dłuższą
metę państwa nigdy nie były w stanie tego udźwignąć - sektor prywatny
jednak ma większe możliwości. Trzeba to tylko odpowiednio kształtować.


No chyba, że te dodrukowane pieniądze chcesz po prostu rozdać
sektorowi prywatnemu. Na podstawie jakich kryteriów?

Firmy prywatne nie są wcale efektywniejsze od firm o innych formach
własności. To tylko chwyt propagandowy firm prywatnych obliczony
na usunięcie konkurencji w dostępie do pieniędzy publicznych.
Teraz
sektorowi prywatnemu banki rozdają pieniądze publiczne i do tego
okradają społeczeństwa doprowadzając do sztucznego zapotrzebowania na
kredyty.
Np. wystarczyłoby by NFZ co miesiąc przesyłał szpitalom
publicznym kwotę zaliczki w wysokości 80 % wartości
zawartych kontraktów, a szpitale nie zadłużałyby się.
To tak, jakby
ilość wpłaconych składek zwiększyła się o 7-10 mld zł rocznie, bo tyle
przejmują banki, parabanki, komornicy et cetera.
k110   |12.03.2011 12:32:23
"W tym momencie rzucili się na Irlandię spekulanci i ją dobili."
jak to konkretnie wygląda?
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 21.12.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.16259 Seconds