|
Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: W wywiadzie do 19 numeru „Krytyki Politycznej” powiedział pan, że w Polsce mamy do czynienia tylko z iluzją władzy. W kontekście ostatnich wydarzeń – sporu o krzyż pod Pałacem Prezydenckim, czy wcześniejszego sporu o Wawel jako miejsce pochówku pary prezydenckiej – wydaje mi się jednak, że istnieje instancja, która na tym zyskuje.
Robert Krasowski*: No kto taki?
Kościół katolicki.
To, że władza świecka nie potrafi wyegzekwować swoich decyzji, nie oznacza, że realny proces rządzenia oddaje Kościołowi. Nie oddaje. I to jest dobry przykład tej iluzji. Wojna pomiędzy PO a PiS-em nie ma nic wspólnego z angażowaniem emocji społecznych wokół kwestii politycznych. Oddzielmy od realnego procesu rządzenia pewien fakt obyczajowy. Jego bohaterowie, ten niemądry tłum pod krzyżem, może budzić zażenowanie, nie zmienia to jednak faktu, że wojna o krzyż i przeciw niemu jest tylko iluzją polityki.
Pan uważa, ze Kościół nie ma realnego wpływu na decyzje polityczne?
Nie ma. Ja przez politykę rozumiem mocne decyzje, które zmieniają polityczny los państwa i obywateli. To są twarde decyzje np. w obszarze polityki zagranicznej czy gospodarczej. Każde państwo uczestniczy w dużych procesach, które jednak najczęściej kształtowane są przez czynniki zewnętrzne, są modelowane przez struktury ponadnarodowe. Pytaniem jest, czy państwo ma kontrolę nad tymi procesami. Państwo polskie nie próbuje zyskać takiej kontroli. W sytuacji, w której nie ma podmiotu politycznego, panującego nad rzeczywistością, Kościół – podobnie jak wiele innych ośrodków magnackich czy oligarchicznych – próbuje wydrzeć trochę więcej dla siebie. Ma duży wpływ na obyczaje, na jakość życia, ale nie jest podmiotem realnej polityki.
W tamtym wywiadzie wspomniał pan też, że polityka w krajach peryferyjnych to w 99% wysiłek, polegający na utrzymaniu równowagi. Czy gdy PO ma i prezydenta, i premiera, czy jest szansa - lub zagrożenie - że Platforma pójdzie w politykę, a nie w utrzymywanie równowagi, że chociaż 20 proc. wysiłku Donald Tusk przeznaczy na politykę?
Nie ma takiej możliwości, bo Tusk nie chce panować nad rzeczywistością. On nie czuje takiej potrzeby. Nie wiem, czy jest na tyle inteligentny, że świadomie rezygnuje z realnego rządzenia na rzecz zarządzania emocjami i umacniania swej pozycji w roli podrzędnego administratora rzeczywistości, czy myli to z rządzeniem – to pytanie otwarte. W każdym razie nie zmieni się nic, Tusk ma taka radę ministrów, jaką ma, priorytety takie, same jak wcześniej. A teraz wybrał sobie podrzędnego polityka na prezydenta, po to, żeby mu nie przeszkadzał w spokojnym trwaniu w roli. Jeśli pojawiłaby się próba zapanowania nad rzeczywistością, to usłyszelibyśmy jakąś diagnozę tej rzeczywistości
Podobno jesteśmy zieloną wyspą.
To nie jest diagnoza, to element propagandy. Gdyby to była diagnoza, to usłyszelibyśmy zarówno dlaczego nam się udało, jak też o tym, jakie są możliwości utrzymania tendencji wzrostowej Polski wobec krajów zachodnich. Usłyszelibyśmy o kilku pomysłach - nieważne, czy nam by się podobały, czy nie - ale usłyszelibyśmy gęste tezy na temat podatków, polityki gospodarczej, na temat tego, kto ma ponieść ciężar skoku cywilizacyjnego. Wiedzielibyśmy, że coś zrodziło się w głowie Tuska i jego ekipy. Ale tego nie ma, całe gadanie o wzroście sprowadza się do budowaniu wrażenia, że proces rządzenia odbywa się świetnie. Tusk przez ostatnie trzy lata był przedstawiony jako wielki gracz, który myśli i kombinuje, jak oczyścić sobie pole do rządzenia, ale dziś widzimy, że nic nie wymyślił. A nawet jak wymyślił, to nie nadał temu biegu politycznego.
Co najmniej niezręcznie czuję się broniąc Donalda Tuska, ale co z podwyżką podatku VAT, jako próbą zmniejszania deficytu? Zostawmy już kwestię, czy to jest dobry pomysł.
To jest ruch bez politycznego znaczenia. Rząd oczywiście musi sobie radzić z deficytem i Tusk wybiera krok, który na swój sposób jest najbardziej kompromisowy, najmniej mobilizuje grupy społeczne do sprzeciwu. To jest typ ratowania budżetu, który pojawia się w firmie, kiedy kończy się miesiąc i brakuje pieniędzy, trzeba kogoś zwolnić, komuś zabrać spinacze. Czy podwyżka VAT-u to wizja polityki gospodarczej czy finansowej, na tej podstawie której możemy poważnie dyskutować, dlaczego podnosi się podatki pośrednie, a nie podatki osobiste?
W świetle tego, co pan powiedział, słowa ministra Boniego, że decyzją o podwyżce VAT-u kupujemy czas, stają się bardzo przewrotne. Tusk kupił czas, by odsunąć od siebie oskarżenia, że nic nie robi?
Model rządzenia Donalda Tuska polega na niepodejmowaniu decyzji politycznych, o ile to nie jest niezbędnie konieczne. A jak już są podejmowane w stanie konieczności, to nie układają się w żadną strategię polityczną. Zastępuje ją doraźna urzędnicza racjonalność. Donald Tusk nie funkcjonuje w sferze pomysłu politycznego. Nie ma sensu pytać, jak przebiega ideowy kręgosłup Donalda Tuska, bo tego kręgosłupa nie ma. Jego ambicją jest to, żeby nie dzielić się władzą. On chce ją posiadać wyłącznie dla siebie. Tusk doprowadził do największej kumulacji władzy w jednym ręku od 1989 roku, ale z niej nie korzysta. Jego polityczna ambicja – owo kolekcjonowanie insygniów władzy – jest bowiem przednowoczesna, typowa dla dawniejszych epok. Tusk, historyk wychowany na antycznych lekturach, gromadzi władzę, żeby się nią napawać, podobnie jak dawniej monarchowie kolekcjonowali ziemie, nie patrząc, czy przyniesie im to korzyść, czy nie.
Władca peryferyjny?
Raczej typ kacyka, któremu starcza, że ma więcej żon, większą siedzibę i olśniewającą kolekcję jaguarów. Jego celem nie jest to, żeby jego państwo było wielkie i silne, żeby odegrać jakąkolwiek rolę, żeby pozostawić po sobie ślad, tylko żeby się napawać władzą. Oczywiście Tusk nie ma burackości kacyka, karmi się swoją pozycją dyskretnie. Jednak horyzont jego ambicji jest podobny do kacyka. Jest to człowiek, który otoczył się ludźmi miernymi i razem z tą grupa miernych ludzi czerpie satysfakcje z z tego, że kolejni pokonani przychodzą i składają mu hołdy. Jego cel to być dobrze opisywanym przez bulwarówki i mieć poczucie, że jest się lubianym władcą. Tusk ma też wszystkie odruchy despoty, który się boi, że za chwilę zostanie zdetronizowany. I co ciekawe, tego konkurenta zaczyna coraz częściej szukać po swojej stronie.
To dlatego strącił Schetynę w aferze hazardowej?
Tak. Schetyny się bano bardziej niż Tuska i to nie tylko w partii, ale i na zewnątrz. Rok temu, jak próbowałem znaleźć dziennikarza, który napisałby książkę o Schetynie, było to niemożliwe. Wszyscy mieli przeczucie, ze Schetyna jest osobą, która odpowie czymś, co może im zrujnować kariery. Dziś każdy by się zgodził napisać biografię Schetyny. Tusk rozegrał to dokładnie tak, jak rozgrywa to monarcha, który chce doprowadzić do ośmieszenia, osłabienia osoby, której wpływów się obawia.
Dlaczego w takim razie Tusk nie wystartował w wyborach prezydenckich? Dlatego, że prezydent nie ma realnej władzy?
Do pewnego stopnia. Ale chodziło też o to, że to on – Donald Tusk – podejmuje ostateczne decyzje, a to w jego wrażliwości politycznej jest najważniejsze, to świadczy o jego „cesarskości”. Podjął decyzję arbitralną, decyzję niespójną z tym, co robił wcześniej, czerpiąc radość z tego, że całe otoczenie musi ją zaakceptować. Druga rzecz jest też z obszaru cesarskiej zabawy: ja wyznaczę następcę, najlepiej nie najmądrzejszego. Dlatego wybrał Komorowskiego, osobę, która miała najmniejszą podmiotowość i największą niezdarność polityczną. I patrzenie na tego miśka, którego dopuścił do stanowiska, też mu dało poczucie satysfakcji.
Natomiast bez względu na to, co stało za tą decyzją, była ona politycznie nieistotna. Od paru lat bardzo dobrze widać, że w polskiej polityce są dwie ważne figury, czyli Jarosław Kaczyński i Donald Tusk, a innych pajacyków się wysyła i obsadza, jak chce.
Skąd wynika to ograniczenie sceny politycznej?
Polska prawica miała trudności, żeby wejść do polityki w latach 90 i w związku z tym w pewnym momencie przejęła od Leszka Millera kanclerski styl rządzenia SLD, ale w wydaniu prawicy jest on niemalże wodzowski. Dodatkowo, bez żadnej oficjalnej umowy między Tuskiem i Kaczyńskim – ich wzajemna nienawiść jest absolutnie prawdziwa – doszło do sytuacji mającej parametry układu, w której wojna obu panów wszystkich innych uczyniła nieważnymi. To doprowadziło do sytuacji, w której Tusk i Kaczyński uświadomili sobie, że im wszystko wolno. Tusk może wszystko, bo jest on jedynym pogromcą Kaczki. I to samo jest z Kaczyńskim, który dziś uprawia politykę zemsty, typową dla dramatów Szekspira, gdzie logika dynastyczna, siatka rodzinnych lojalności i animozji była treścią polityki. I – co najciekawsze - wszyscy muszą to zaakceptować, bo dla twardej prawicy oczywiste jest, że jedyną realną przeciwwagą dla rządów PO jest Jarosław Kaczyński.
Wróćmy jeszcze na chwilę do wyborów prezydenckich. Co właściwe mówią nam wyniki?
Absolutnie umocnił się ten – przekraczający zasady normalnej demokracji liberalnej – dwugłowy, personalny system zarządzania Polską. Wybory to był pojedynek pomiędzy Tuskiem a Kaczyńskim. Komorowski był wystawiony jako mało ważny reprezentant. Wszystkie decyzje społeczne były albo przeciwko Tuskowi albo przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu. Natomiast słaby wynik Napieralskiego, pokazał jak bardzo słaba jest Polska, która jest zarazem antytuskowa i antykaczyńska, nawet cała młoda generacja, która powinna mieć świadomość jałowości sporu PiS-PO, wolała stanąć po stronie Tuska czy Kaczyńskiego, niż oddać głos na szefa Sojuszu.
Jakiej prezydentury się pan po Komorowskim spodziewa?
Nieważnej, ponieważ wiadomo, że w zasadzie najbliższy rok, to będzie jednoosobowa władza Donalda Tuska. Oczywiście nie można wykluczyć, że jakiś Rasputin z tyłu zacznie pociągać za sznurki i zrobi z Komorowskiego realnego polityka. Ale jeśli nie pojawi się za nim jakiś geniusz, jeśli przyszłość będzie podobna do przeszłości, to Komorowski będzie prezydentem-atrapą, jego decyzje będą zamulały obraz rzeczywistości, budowały jedynie pozór szerszej dyskusji, większej liczby stanowisk politycznych czy ośrodków decyzyjnych, ale to będzie tylko teatr.
PO się nie zmieni, bo Tusk się nie zmieni. Co w takim razie z Prawem i Sprawiedliwością? Przyznam szczerze, że liczyłem, że po wyborach Joanna Kluzik-Rostowska zmieni wizerunek PiS-u i w efekcie zmieni też linię konfliktu z estetyczno-politycznego na bardziej ideowo-polityczny.
Jarosław Kaczyński nie potrzebuje żadnej profesjonalizacji zarządzania partią, wizerunkiem, czy uprawiania polityki. Tusk i Kaczyński mają absolutnie podbite partie i będą bronić tego stanu posiadania. To przecież dzięki temu mają komfort nieznany zachodnim politykom, mogą zredukować się do swoich fobii, mogą uciec w przednowoczesne reakcje polityczne obliczone na emocjonalne satysfakcje. Więc Tusk może sobie grać w piłkę i dokonywać małych zemst w obrębie swojego środowiska politycznego, a Jarosław Kaczyński może zamieniać się w potwora zemsty za brata, może zarządzać swoją partią w sposób – powiedziałbym – azjatycki.
Racjonalność partyjna sprawiłaby, że Kaczyński czy Tusk musieliby liczyć się z różnymi frakcjami. W normalnym życiu partyjnym, co jakiś czas, odbywa się kongres, może pojawić się jakiś konkurent, jest wyścig o karierę w partii. Ale Kaczyński i Tusk w ramach wojny z SLD, który przedstawiali jako zło, dostali mandat na zbudowanie formacji, których skuteczność jest ważniejsza od racjonalności partyjnej.
Przedstawia pan bardzo zabetonowany obraz sceny politycznej w Polsce. Mamy dwie postaci, które okopują ją w całości. Ale mamy jeszcze dodatek w postaci SLD. Czy tutaj naprawdę pańskim zdaniem nie ma miejsca na żadne pękniecie?
Póki dziennikarze i wszyscy Polacy analizują rzeczywistość w kategoriach pojedynku Tuska i Kaczyńskiego, póty obaj panowie niepodzielnie rządzą Polską. Bo każdy werdykt w jednostkowym konflikcie – bez względu czy wspiera Tuska czy Kaczyńskiego - zawsze zawiera najważniejszą dla nich konkluzję: że świat polityczny sprowadza się do ich zmagań. Że są oni jedynym nośnikiem ważnych politycznych sensów. Jeśli komuś nie podoba się to, co się dziś dzieje, to winien sobie uświadomić, że jego wrogiem nie jest Kaczyński lub Tusk, ale oni obaj razem wzięci. To dzięki Tuskowi Kaczyński może być o włos od prezydentury, to dzięki Kaczyńskiemu Tusk staje się władcą dożywotnim. Taka jest właśnie polaryzacja, która zastyga w symbiotyczny układ.
Każda sprawa wpycha nas w taką logikę. Mamy sprawę krzyża i zastanawiamy się, jak ją zanalizować. Z jednej strony widzimy winę Tuska. Przez cztery miesiące okazywał w sprawie śledztwa całkowity brak profesjonalizmu, nie angażując się w szybkie zakończenie śledztwa, bo nie rozumiał, że po katastrofie chodzi o coś więcej niż odegranie szopki przed ludźmi, że premier także cierpi. Tusk powinien był wiedzieć, że w takiej sytuacji kwestia prowadzenia śledztwa jest tym parametrem, przez które państwo definiuje swoja podmiotowość. Tu nie chodzi o podejrzliwość wobec Rosjan, ale przecież zginał polski prezydent. Determinacja, ostrość, twardość w prowadzeniu śledztwa dowodzą, że państwo samo się szanuje.
A czy wyobraża sobie pan, że taka determinacja mogłaby w przypadku Tuska wyglądać inaczej niż tupanie nóżką i grożenie Rosji palcem?
Mogłaby, ale może niekoniecznie w przypadku Tuska. Kaczyński ma w sobie zmysł politycznej powagi, Tusk jest tego pozbawiony, próbuje dojrzeć do roli Cezara, ale to nie jest jego naturalna rola. Dlatego nie zrozumiał, że śledztwo po śmierci prezydenta, to jest coś piekielnie ważnego. A zatem jak patrzę na ten krzyż, widzę, że Tusk dał pożywkę dla irracjonalizmu politycznego, bo irracjonalizmy zawsze pojawiają się z jakiegoś powodu. Możemy poprzestać na wyszydzeniu obrońców krzyża, powiedzieć że są to ciemne gamonie, ale możemy też zadać pytanie, w jaki sposób takie emocje dojrzały – dlaczego po czterech miesiącach ludzie chcą kontynuować żałobę? Otóż dlatego, że widzą w Tusku postać niepoważną, a także polityka skompromitowanego nagonką na Lecha Kaczyńskiego, który owszem prezydentem był fatalnym, ale połowa ministrów Tuska jest jeszcze gorszego sortu. A zatem winien jest Tusk? Oczywiście nie, patrząc na krzyż widzimy Kaczyńskiego, który uprawia najbardziej trywialną politykę zemsty, o charakterze rodzinnym, typową dla obyczajów politycznych struktury klanowej, które wciągają całe społeczeństwa w rodzinne waśnie.
I to jest poznawcza pętla polaryzacji o charakterze symbiotycznego układu. Polak, patrząc na to wszystko zastanawia się, co niesie większe zło – strategia Tuska, czy strategia Kaczyńskiego. Ponieważ dla jednych Jarosław Kaczyński jest większym złem, o winach Donalda Tuska nie będą mówić. Inni z kolei przemilczą irytujące ich zachowania Kaczyńskiego. Ale taka logika, to nieustanne wybieranie mniejszego zła, nie umniejsza potencjału zła, ale go powiększa. Bo wsparcie jednego, wzmacnia także drugiego. Skazą polskiej polityki nie jest ani Kaczyński, ani Tusk, ale obaj panowie razem wzięci. Oni są rzeczywistym problemem politycznym, oni też sprawiają, że każda dyskusja polityczna w Polsce jest nieracjonalna, bo jedynie ukrywa ten fakt.
* Robert Krasowski - dziennikarz i publicysta. Był redaktorem naczelnym „Dziennika”, wraz z m. in. Markiem Cichockim, Dariuszem Gawinem i Tomaszem Mertą współtworzył Warszawski Klub Krytyki Politycznej. Założyciel i współwłaściciel wydawnictwa Czerwone i Czarne. Prezes Fundacji im. Immanuela Kanta.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...