NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Klaman: Jesteśmy społecznością wulkaniczną Drukuj
Grzegorz Klaman* w rozmowie z Katarzyną Fidos   
08.05.2010
Katarzyna Fidos, Krytyka Polityczna: Otworzyłeś właśnie Warsztat Pracy Lecha Wałęsy. To autentyczne miejsce pracy, zniszczone upływem czasu. Interpretuję twoją pracę jako sprzeciw wobec polskiej polityki historycznej.

Grzegorz Klaman: Nie chciałem, żeby to była izba pamięci Lecha Wałęsy, nie chciałem ani przerysowywać jego postaci, ani ukazywać go w momencie, gdy miał pełne poparcie społeczne. To, kim był, jaki był jego rodowód, zostało zapomniane. Mnie interesował ten początkowy Wałęsa, człowiek, który się buduje, bez obróbki specjalistów od PR. Sam Wałęsa chyba nie widział szczególnej wartości tego okresu. Był to moment, do którego się odwoływali jego współpracownicy, jego koledzy. To był okres nieprzekłamany, niezdeformowany polityką, karierą. Muzeum tego miejsca podlegałoby deformacjom politycznym. Nie sądzę, żeby warsztat Wałęsy znalazł swoje miejsce w Centrum Solidarności. Zideologizowane muzea kształtują widza. Stwarza się ofertę, która przyciąga widza. To jest ta sama oferta, której przejaw mieliśmy ostatnio po katastrofie pod Smoleńskiem w mediach. To, co zrobiono z prezydencka parą, z pogrzebem, z oceną postaci Kaczyńskiego, jako postaci publicznej, polityka. Kompletna paranoja. To wszystko jest efektem pewnych produkcji. Bardzo ważnym punktem oceny samego Kaczyńskiego było to, że on stworzył Muzeum Powstania Warszawskiego, że odpowiedział na bogoojczyźniane wyobrażenia naszego społeczeństwa.

Czy uświęcenie Lecha Kaczyńskiego może spowodować, że Jarosław zostanie „mianowany królem”?

Jest taka groźba. Podobno wzrosło poparcie dla PiS. To przez tę miazgę medialną, całkowicie bezkrytyczną i odrealnioną. Myślałem, że większego cyrku niż po śmierci papieża już nie będzie. Miałem wtedy wrażenie powrotu do kultu z czasów komuny - Stalina czy Bieruta. Media jęczały jednym głosem. Prawie w ogóle nie słyszało się głosów krytycznych, a nawet jeśli, to gdzieś po kątach.

To musiałby być niezły specjalista ds. reklamy: sprzedać nam produkt, na który nie mamy ochoty. Zdaje się, że uwielbiamy laurki i myślenie o tym, że jesteśmy narodem wybranym…

Jesteśmy społeczeństwem tragicznego spektaklu. To społeczeństwo uwielbia stany wyjątkowe. Stany zawieszenia normalnych funkcji. Masowo, stadnie wylewają się na ulicę, aby coś razem rytualnie – plemiennie zrobić. Razem można iść na mecz albo na mszę czy procesję.

Kibicujemy tak, że mówi o tym cała Europa. Płaczemy też wyjątkowo głośno.

W Kościele jeden na drugiego się ogląda, czy on też tak ekspresyjnie się wyraża. Powtarzamy te same frazesy. Ludzie zachowują się tak bezmyślnie, jakby ktoś rozpylił jakiś chemiczny środek. To nie do wiary. Media publiczne podawały instrukcję obsługi na czas tego spektaklu. Dla mnie to było potworne. Zaczęło mi brakować powietrza. Na szczęście Bóg obudził wulkan.

Są takie rzeczy, z których moglibyśmy być w sposób uprawniony dumni. „Zaczęło się w Gdańsku”. Dziś „Solidarność” popiera kandydaturę Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta. Jeden z założycieli pierwszej „Solidarności”, Władysław Frasyniuk mówi, że to wyraz zapomnienia o porozumieniach sierpniowym. Co się stało z tym ruchem?

Nie wiem, czy znalazłby się ktoś, kto by się z tym nie zgodził. Wałęsa utracił więzi ze związkowcami. Porzucił ich. Zdaniem ludzi z jego stoczniowo-robotniczego zaplecza  fundamentalny błąd Wałęsy polegał na tym, że nie poszedł tam, gdzie powinien. Nie powinien był zostać prezydentem, nie nadawał się do tego. Zawiodła go intuicja polityczna albo, jak mówią inni, poniosła go pycha. Pozostawione same sobie związki zawodowe poczuły się odrzucone. Zdradził ich podwójnie. Był ślepy i głuchy na rzeczy, które powinien rozumieć lepiej niż każdy inny prezydent. Stocznia była przedmiotem ciągłych manipulacji. Spowodował, że związki się stoczyły w populizm i utraciły szansę na bycie prawdziwą, nowoczesną siłą. „Solidarność” popadła w konserwatyzm. Trudno sobie wyobrazić większą porażkę - przegrywać tam, skąd pochodzisz. Teraz koledzy Wałęsy popierają Kaczyńskiego.
Rozmawiasz o tym ze stoczniowcami?

Mamy wspólne tematy, mamy też czasami wspólny język. Ale wyciągamy różne wnioski. Oni będą głosować na Kaczyńskiego. Oni przez całe lata byli poddawani populistycznym naciskom. Sam Wałęsa był w pewnym sensie populistą. Cały ten ruch był populistyczny. Wybuchł na fali podobnej histerii, jaką obserwujemy teraz przy innej okazji. Oczywiście kontekst był inny, mieliśmy jasno określonego wroga, i nieważne jak bardzo się różniliśmy, walczyliśmy wspólnie. Zobacz, jak szybko okazało się, że chodzi nam o coś innego. Nawet każdemu z liderów ruchu. A największa siła, czyli związek, została opuszczona przez lidera, który powinien był kontynuować swoją robotę na poziomie przywódcy związkowego.

Z Gdańska są Kaczyński, Tusk, Kwaśniewski, Wałęsa. Co jest takiego w Gdańsku?

Nie wiem. Jest też tak, że ten Gdańsk nic z tego nie ma. To, że wywodzą się stąd liderzy, nie przekłada się nijak na to, czy miasto jest widoczne. Liderzy przejmują władzę, stają się prezydentami. Tych liderów potem się już w Gdańsku nie kocha. Tu nic szczególnego z nich nie zostało. Stocznia jest klasyczną przegraną. Nie udało się wiele zrobić, a Wałęsa obiecywał, że zrobi wszystko, żeby ocalić stocznie. Nie miał pomysłu, jak to zrobić.

Ale może ten problem był zbyt złożony.

To taki syndrom prowincji? Wszyscy chcą jak najszybciej do Warszawy.

Coś w tym jest, wszyscy myślą w kategoriach wertykalnych. Nie szanuje się działań horyzontalnych.

W momencie przełomu wszyscy marzyli już o kapitalizmie. Marzenie to zaczęliśmy realizować i chyba nam się podoba. To wpływa na nasze wybory polityczne? Największe poparcie ma tymczasem kandydat Platformy… Jej siła tkwi w tym, że jej politycy to zwolennicy zwiększającej się liberalizacji gospodarki, czy w tym, że PiS się przejadł? Prezydentura Komorowskiego sprawi, że nie będzie miał kto wetować ustawy o prywatyzacji służby zdrowia. O czym to świadczy?

Chyba nie myślimy. Polak reaguje tylko wtedy, gdy jest afera albo katastrofa. Lubimy stany nadzwyczajne, wyjątkowe, bo nie umiemy działać, kiedy trzeba codziennej pracy, uważności, trzeba podejmować trudne decyzje, i kiedy nie jest to medialne. Pilnować wokół siebie rzeczy, które nie muszą nic wynosić do wielkiej polityki. To nie jest nasz etos. Konieczność pracy u podstaw i potrzeba romantycznych zrywów nie zgadzają się ze sobą. Wybuchy, powstania są łatwiejsze, jesteśmy społecznością wulkaniczną. Wybuchamy i potem zastygamy w jakichś dziwnych glutach.

Skąd się bierze poparcie dla programu Platformy?

Z rosnącej chęci posiadania coraz więcej. Taki amerykański sen. Większość młodych ludzi jest przekonana, że odniesie sukces, że są świetni i dadzą sobie radę. Młode pokolenie klasy średniej nie musi się martwić o to, czy służba zdrowia jest prywatna, czy publiczna. Mnie zastanawia fatalny stan infrastruktury, środków transportu. Dlaczego zamarło życie w małych miastach? Tam nie ma kin, nie ma infrastruktury społecznej i kulturalnej, bo niby kto miałby za to płacić. Pan Balcerowicz powiedział, że to wszystko samo się zrobi, że to się samo musi sfinansować. Przecież to bzdura. Ludzie uciekają do dużych miast, chcą robić kariery, bo taki został wyprodukowany model człowieka dynamicznego, człowieka sukcesu. To porażka zostać gdzieś na prowincji.

Kim są zwolennicy PiS?

To ludzie wykluczeni z tego nurtu sukcesu. Ale trzymają się razem. Jedyną instytucją wsparcia jest dla nich Kościół. Zajął się nimi Rydzyk i PiS, więc nie mamy się co dziwić, bo ci krawaciarze jeżdżący w Mercach się nimi nie zajmą. Tylko jest mi bardzo przykro, że nikt po lewej stronie też nie chce się nimi zająć.

Uważasz, że w tej opozycji PO – PiS jest miejsce dla lewicy, która zajmuje się między innymi problemem ludzi wykluczonych z przyczyn ekonomicznych?

Funkcjonująca na scenie politycznej lewica to atrapa. Nie ma wśród nich sensownej propozycji, którą mogliby przeforsować i pociągnąć za sobą ludzi. Są marnym materiałem politycznym, ich zaplecze było zgniłe od początku. Kwaśniewski był rozsądnym prezydentem, w porównaniu z innymi nie wypada źle. Ale teraz nie ma żadnej propozycji.

Jak na dzisiejszą sytuację polityczną mogą reagować artyści polityczni? Ty?

Ja mam bardzo proste rozwiązanie: NGO-sy, które robią swoje. Działając sieciowo, zmieniają rzeczywistość poprzez zaangażowane projekty, trzymanie się na dystans do rynku sztuki, tworzenie alternatywnego systemu wartości. Bez wykresu efektywności i oglądania się na to, jak często napiszą o tobie media.

Powiedziałeś kiedyś, że wiele razy biłeś się z niezgody na zastany świat. Rozumiem, że czas bicia się skończył. Nadszedł czas działania?

Nie ma jednego formatu protestu. Zaangażowanie czy radykalność nie musi się wiązać z protestem. Podoba mi się pojęcie mikrofizyki władzy, działanie za pomocą małych gestów, długo i konsekwentnie. Nie zawsze wiesz, kiedy następuje efekt, bo długofalowe działanie nie funkcjonuje jak wulkan. To jak procesy biologiczne czy chemiczne, nie widać ich. One są właśnie najbardziej skuteczne. Jesteśmy przyzwyczajeni do czegoś, co prowadzi do szybkich zmian. Nie zauważamy tych, które zachodzą w dłuższych procesach.

Ale czasami trzeba się bić. Nie idę na kompromisy w decyzjach artystycznych.

Wiesz już, na kogo będziesz glosował?

Nie. Kandydat lewicy jest strasznie bezpłciowy. To taki partyjny management. Nienawidzę  sytuacji, w których muszę robić coś, czego nie chcę. Nie mogę nie głosować. Ale trudno, nie ma na kogo. Gdzie Partia Zielonych? Właściwie nie mogę. Nie głosuję.

Ile ten impas może trwać?

Dopóki nie będzie lidera. Od czasu przełomu nie było lidera lewicy, za którym poszliby ludzie. Jeśli nie narodzi się nowa armia ludzi, mających do czego się odwołać i to coś nie będzie wysokiej jakości, to możemy pogrzebać nadzieje. Kościół i wartości narodowe funkcjonowały dotąd jako „być albo nie być”. To zostaje. 50 lat komuny rozpieprzyło lewicową tradycję.

A co musiałoby się wydarzyć, żeby ludzie wyszli na ulicę?

Tusk jest za dobry, żeby doprowadzić do takiej sytuacji. Łagodzi wszystkie trudne wybory.

Jak wyrażasz swoja niezgodę?

Robię sztukę.


*Grzegorz Klaman – rzeźbiarz, profesor ASP w Gdańsku, gdzie prowadzi Pracownię Intermedialną, wraz z Anetą Szyłak prowadzi Instytut Sztuki Wyspa na terenie dawnej Stoczni Gdańskiej
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 23.05.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.11976 Seconds