NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Kawior, popiół i donosy Drukuj
Marci Shore w rozmowie z Anną Bikont   
22.03.2009
Anna Bikont: Napisała pani książkę „Kawior i popiół”, o polskich pisarzach zaangażowanych w komunizm. Skąd pani, młodej osobie z pełnej optymizmu Ameryki, przyszedł do głowy pomysł, by zająć się przetrąconą przez historię grupą poetów z odległej części świata?

Marci Shore: Ta opowieść zaczyna się w czasach licealnych. Zaczytywałam się w książkach Abbiego Hoffmana i Jerry’ego Rubina, założycieli hippisowskiej kontrkultury, czy w „The Strawberry Statement”, książce James Kunena o okupowaniu w kwietniu 1968 r. przez studentów Columbii biura znienawidzonego przez nich dziekana. Rok 1989 w Europie przeżyłam jako dalszy ciąg mojego romantycznego zaangażowania w lata 60., to były dla mnie te same hasła: pokój, rewolucja, wolność. W pokoleniu moich rodziców wszyscy pamiętają, gdzie byli w chwili, kiedy zginął John Kennedy. W moim pokoleniu pamiętamy, co robiliśmy w dniu zburzenia muru berlińskiego.

Ja jestem wtedy w ostatniej klasie liceum, nic nie wiem o komunizmie, ale czuję, że z dnia na dzień zmienił się świat. Potem czytam Havla, Patockę, Vaculika. Jadę do Pragi, uczę się czeskiego. Gdy pierwszy raz słyszę o deklinacji, jestem przekonana, że ktoś ze mnie żartuje, że to po prostu niemożliwe.

A pani świetny polski? Nie ma pani polskich korzeni?

- Polskiego nauczyłam się później. Moich pradziadkowie przyjechali z Rosji, dziadkowie jeszcze mówili między sobą w jidysz, chociaż urodzili się w Stanach. O Polsce myśleli chyba jako o kraju antysemickim, mało jednak przekazywali dzieciom o „starym świecie”, więc moi rodzice nie mieli skojarzeń z przeszłości. Polska to był w ich oczach komunistyczny, barbarzyński kraj, „Wschód” odcięty od zachodniego świata. Byli nieco przerażeni, że chcę tam jechać. Byli dziećmi zimnej wojny i nie mieli wątpliwości, że się nie jeździ na drugą stronę żelaznej kurtyny.

W Pradze sobie uświadomiłam, że wielu pisarzy, w których się zaczytuję, zanim stali się dysydentami, było rewizjonistycznymi marksistami, a często jeszcze przedtem, w młodości - stalinistami. Gdy wróciłam na studia, do Toronto, ślęczałam nad mikrofilmami z relacjami z procesu Slanskiego w „Rudym Pravie” - tak długo, aż poczułam tamten strach. Czytając Milana Kunderę, Arnošta Lustiga, Stanislava Neumanna zrozumiałam, że akces ich pokolenia do komunizmu był skutkiem wojny. A jak sięgać do wojny, pomyślałam, to trzeba jechać do Polski.

Zaczęłam uczyć się polskiego, na uniwersytecie miałam niezwykle skuteczną nauczycielkę, panią profesor Hankę z „marcowej emigracji”. Potem przyjechałam do Warszawy na stypendium Fulbrighta. Chodziłam obsesyjnie po terenie getta. Stopniowo zrozumiałam, że wiele z tego, czego nie mogłam pojąć, wynikało z sytuacji przedwojennej. To problem każdego historyka: aby zrozumieć jeden moment w historii, trzeba cofnąć się do poprzedniego. Itd.

Aż się w końcu pani zatrzymała. W kawiarni Ziemiańska, która otworzyła swój letni ogródek - w Polsce, która właśnie odzyskała niepodległość. Spotykają się tam skamandryci, wpadają futuryści. Wszyscy są młodzi i genialni, a ich wzajemne spory mają w sobie żar i niewinność. Dla tych spośród nich, którzy pójdą w stronę komunizmu, wielkim przeżyciem jest przyjazd do Polski Majakowskiego.

- Oni wszyscy się kochali w Majakowskim. Ja też. Archiwistka w Moskwie pytała mnie: „Co to jest, że wszystkie młode Amerykanki, które poznaję, kochają się w Majakowskim?”. On był miłością pokolenia tych pisarzy. Zbliżyli się do marksizmu, rewolucji nie przez Marksa i Engelsa, tylko przez Majakowskiego. Jego wizyta była dla nich olśnieniem, początkiem nowego świata. A to był przecież początek końca.

Majakowski wkrótce popełni samobójstwo.

- Trzy lata później.

Potem w opowiadanej przez panią historii jest już tylko smutniej. Bruno Jasieński, deportowany z Francji za napisanie „Palę Paryż”, wysiada na dworcu w Leningradzie. Witany jako bohater, jest żywym dowodem, że Związek Radziecki zapewni azyl każdemu prześladowanemu rewolucjoniście. A Ryszard Stande przesyła donos do KPP, że Jasieński zafałszował dla własnej chwały historię kultury proletariackiej.

- Jednak to nie Jasieński z taką pompą przywitał sam siebie, nie on pisał peany na swoją cześć.

Jasieński odpowiada 13-stronicowym donosem na swoich kolegów.

- Przerażający list. Pisze, że Stande pokazywał się publicznie z poetami mistycznymi i religijnymi, Broniewski z „wiernopoddańczo-belwederską i estetyzująca grupą Skamandra”, itd. To był rok 1929, jeszcze przed Wielkim Terrorem. Czy oni rozumieli, że co innego krytykować w Ziemiańskiej, co innego w Moskwie? Nie wiem. Jasieński jednak, mieszkając już w ZSRR, musiał choćby podświadomie zdawać sobie z tego sprawę.

Jasieński, Stande, Jan Hempel, Witold Wandurski zginą wkrótce w stalinowskich więzieniach. „Dlaczego naszą grupę - pytał Aleksander Wat pod koniec życia - tak bardzo zniszczyła historia i komunizm?”.

- Wata męczyło do końca poczucie winy, bardzo żydowskie, za to, że uznał na jakiś czas ideologię komunistyczną za swoją.

Jak to możliwe, by poeci awangardy, dla których esencją życia była zabawa słowami, dobrowolnie porzucili swoje futurystyczne wiersze na rzecz komunistycznej nowomowy i donosu?

- To było zerwanie z nihilizmem na rzecz determinizmu. Oni wyznawali hasło Baudelaire’a: épater le bourgeois. Do tego dochodziła estetyka awangardy, hasła Marinettiego i Chlebnikowa - że słowa są wolne.

Okazało się, że te wolne słowa mogą ulatywać w powietrze, a nawet zabijać.

- To im nie przychodziło do głowy. To były eksperymenty, duch wolności, poczucie radykalnej przypadkowości. Nihilizm pokolenia Wata, lat 20., był zasadniczo różny od katastrofizmu pokolenia Miłosza w latach 30. Taka radykalna wolność w rozumieniu Sartre’a - oto świat, w którym Bóg umarł, puste miejsce, gdzie wszystko jest możliwe - jest niesłychanie ekscytująca. Aż staje się to egzystencjalnie nie do zniesienia. Stanisław Krajewski wspominał o tym już dawno w eseju „Żydzi a komunizm”.

Ponadto kiedy masz taką ogromną przestrzeń czystej wolności, czujesz też ogromną odpowiedzialność. Oni cierpieli na patologiczny narcyzm. Narcyz nie tylko rozkoszuje się swoim narcyzmem, ale też cierpi. Oni nie mogli znieść ciężaru samych siebie i dlatego byli szczególnie narażeni na to, co Miłosz nazywał „ukąszeniem heglowskim”. Przyjęcie języka stalinowskiego było wyrazem nienawiści do siebie, oznaczało samounicestwienie. W pewnym sensie tego właśnie chcieli.

Ale jak można tak zmienić język?

- Byli bardzo twórczy. Ci intelektualiści byli kosmopolitami, co się zresztą nie kłóci z tym, że byli też namiętnymi Polakami; mówili po francusku, niemiecku, rosyjsku, czerpali z różnych źródeł. Umieli naśladować i wymyślać siebie samych. Pod względem życia intelektualnego międzywojenna Polska to nie był zacofany kraj. Była w centrum Europy.

Czyli ten język donosu i samokrytyki nie był podyktowany strachem?

- Przecież to nie byli oportuniści. Siedzieli w więzieniach w przedwojennej Polsce za swe przekonania.

Jak znalazła pani te wszystkie niezwykłe dokumenty, które są ozdobą pani książki?

- Archiwum Wschodnie w Warszawie, czyli Karta, ma ksera teczek NKWD, to wspaniałe źródło. Pojechałam też do Archiwum Kominternu w Moskwie, to tam dowiedziałam się o liście Jasieńskiego. Odwiedziłam 17 archiwów w pięciu krajach, ale najlepsze materiały znalazłam w Polsce. Świetne jest archiwum Broniewskiego w Warszawie.

Broniewski, legionista, komunista, więzień Łubianki, bardziej niepokorny niż inni, ostro pił - miałam wrażenie, że wiele już o nim wiem. Ale nie znałam znalezionego przez panią listu, pisanego do przyjaciela z czasów legionowych, gdzie Broniewski odcina się od swych żydowskich kolegów z Ziemiańskiej - że ich błyskotliwość to fałszywa głębia i szybkie wyczerpanie, gdy tymczasem „my, Słowianie, mamy intelekt ciężki, mniej lotny, ale również cięższy gatunkowo i głębszym nurtem, dalej płynący”.

- To był młody mężczyzna, dla którego, by użyć frazy Kundery, życie było ciężkie. Próbował zrozumieć siebie, wczuć się w rolę, którą ma zagrać. Próżny, arogancki, zarozumiały, zainteresowany tylko sobą, był zarazem romantycznym patriotą, który potrafił całkowicie się poświęcić. Największą pretensję miałam do niego o to, że szantażował kobietę, by usunęła ciążę, a do swojej przyszłej żony pisał, że to ta kobieta go uwiodła. Obrzydliwe.

Ale darowała mu pani?

- Tak, kiedy zabrałam się do odcyfrowywania jego ręcznie spisywanych protokołów przesłuchań w NKWD. Byłam pod takim wrażeniem jego odwagi! Wiem, że teraz w Polsce jest dużo młodych ludzi, którzy z góry wiedzą, że by się w takiej sytuacji zachowali świetnie. Ja tak dobrze o sobie nigdy bym nie pomyślała, jestem nerwowa, łatwo się boję. Zachwyciło mnie jego poczucie lojalności wobec przyjaciół. Pisał we wspomnianym liście: „Sprzykrzyli mi się już bardzo ci Żydkowie literaccy z »Ziemiańskiej «”. Ale on od tych „Żydków” nigdy się nie odciął. Ważnym dla mnie tematem tej książki jest przyjaźń. To temat rzadko poruszany przez historyków: jaką rolę w biegu historii odgrywa przyjaźń.

Dlatego, nikogo nie oceniając, ujawnia pani wyraźną sympatię do Wandy Wasilewskiej i Janiny Broniewskiej? Spodobało się pani, że ich przyjaźń trwała tyle lat, i ich nowoczesne, jak na tamtą epokę, poglądy na temat roli kobiet? Broniewska, stalinowski kastrator talentów w Związku Literatów Polskich, i Wasilewska, która donosiła do Chruszczowa, to wyjątkowo paskudne postacie.

- Jak bym była Polką, nie mogłabym napisać takiej książki. A tak, z oddali, zainteresowała mnie ich kobieca strona, babski język ich listów. Wzruszyła mnie siła tej babskiej przyjaźni. Nie jestem nimi zachwycona, raczej nieco zafascynowana. Jeżeli chodzi o to, co one zrobiły - nie ma wymówek. I ja, jako osoba, która nie żyła za komuny, która nie cierpiała za jej sprawą, mam najmniejsze prawo, by komukolwiek wybaczyć. Nie chciałam nic usprawiedliwać. Chodziło mi o to, by pokazać całą tego złożoność.

Idea totalitaryzmu wiąże się z zacieraniem się granicy między sferą prywatną a publiczną. Slavoj Żiżek pisał, że nie ma większej miłości niż rewolucja, w imię której kochankowie są gotowi zdradzić się nawzajem. Interesowała mnie lojalność i przyjaźń właśnie tych, którzy naprawdę do głębi kochali przede wszystkim rewolucję, czyli to, czy pozostało w nich w ogóle jakieś miejsce dla osobistej przyjaźni.

W Moskwie poznałam córkę Wandy Wasilewskiej, tłumaczkę z polskiego, wrażliwą, kulturalną panią, która walczy z duchami przeszłości. Ma pretensje do matki, najbardziej za Mariana Bogatkę…

…jej męża, polskiego murarza i działacza PPS-u, którego NKWD zabiło niemal na jej oczach.

- Pani Ewa bardzo go kochała i uważa go za swego ojca. Ona jest dzieckiem pierwszego męża Wasilewskiej, ale on umarł i to Bogatko dziewczynkę wychowywał. Jej matka nigdy nie powiedziała jej ani słowa o tym, dlaczego zginął. Według oficjalnej wtedy wersji zabili go ukraińscy nacjonaliści. Można było sądzić, że w taką wersję uwierzyła Wasilewska. Jednak po opublikowaniu pamiętników Chruszczowa wiadomo, że ten wysłał do niej Mykołę Bażana i Ołeksandra Korniejczuka…

…przyszłego jej męża…

- …żeby przeprosić ją za to, co zrobiło NKWD, że oni się pomylili. Jak Wasilewska się z tym pogodziła? Czy rzeczywiście się pogodziła? To było jedno z najtrudniejszych dla mnie pytań. Nadal nie mam na nie odpowiedzi.

Rozmawiała Anna Bikont.

 — 
Wywiad ukazał się w „Gazecie Wyborczej ” z 21-22 marca 2009.

Marci Shore była gościem REDakcji KP 18 marca 2009. Rozmowę prowadził Sławomir Sierakowski.
Posłuchaj nagrania.

 — 
Marci Shore - amerykańska historyczka, assistant professor w Yale University. Specjalizuje się w historii Żydów i historii Europy Środkowowschodniej. Obok książki „Kawior i popiół” (wydanie angielskie 2006, polskie 2008) opublikowała też m.in. własny angielski przekład wspomnień Michała Głowińskiego „Czarne sezony”. Pracuje m.in. nad książką o teczkach i rozliczeniach w krajach postkomunistycznych, opartą częściowo na rozmowach przeprowadzonych przez siebie w naszym regionie Europy.

Marci Shore, „Kawior i popiół. Życie i śmierć pokolenia oczarowanych i rozczarowanych marksizmem”, przeł. Marcin Szuster, Świat Książki, Warszawa 2008
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 22.03.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.03266 Seconds