Anna Bikont: Napisała pani książkę „Kawior
i popiół”, o polskich pisarzach zaangażowanych w komunizm. Skąd pani,
młodej osobie z pełnej optymizmu Ameryki, przyszedł do głowy pomysł, by
zająć się przetrąconą przez historię grupą poetów z odległej części
świata?
Marci Shore: Ta opowieść zaczyna się w
czasach licealnych. Zaczytywałam się w książkach Abbiego Hoffmana i
Jerry’ego Rubina, założycieli hippisowskiej kontrkultury, czy w „The
Strawberry Statement”, książce James Kunena o okupowaniu w kwietniu
1968 r. przez studentów Columbii biura znienawidzonego przez nich
dziekana. Rok 1989 w Europie przeżyłam jako dalszy ciąg mojego
romantycznego zaangażowania w lata 60., to były dla mnie te same hasła:
pokój, rewolucja, wolność. W pokoleniu moich rodziców wszyscy
pamiętają, gdzie byli w chwili, kiedy zginął John Kennedy. W moim
pokoleniu pamiętamy, co robiliśmy w dniu zburzenia muru berlińskiego.
Ja jestem wtedy w ostatniej klasie liceum, nic nie wiem o komunizmie,
ale czuję, że z dnia na dzień zmienił się świat. Potem czytam Havla,
Patockę, Vaculika. Jadę do Pragi, uczę się czeskiego. Gdy pierwszy raz
słyszę o deklinacji, jestem przekonana, że ktoś ze mnie żartuje, że to po prostu niemożliwe.
A pani świetny polski? Nie ma pani polskich korzeni?
- Polskiego nauczyłam się później. Moich pradziadkowie przyjechali z
Rosji, dziadkowie jeszcze mówili między sobą w jidysz, chociaż urodzili
się w Stanach. O Polsce myśleli chyba jako o kraju antysemickim, mało
jednak przekazywali dzieciom o „starym świecie”, więc moi rodzice nie
mieli skojarzeń z przeszłości. Polska to był w ich oczach
komunistyczny, barbarzyński kraj, „Wschód” odcięty od zachodniego
świata. Byli nieco przerażeni, że chcę tam jechać. Byli dziećmi zimnej
wojny i nie mieli wątpliwości, że się nie jeździ na drugą stronę
żelaznej kurtyny.
W Pradze sobie uświadomiłam, że wielu
pisarzy, w których się zaczytuję, zanim stali się dysydentami, było
rewizjonistycznymi marksistami, a często jeszcze przedtem, w młodości -
stalinistami. Gdy wróciłam na studia, do Toronto, ślęczałam nad
mikrofilmami z relacjami z procesu Slanskiego w „Rudym Pravie” - tak
długo, aż poczułam tamten strach. Czytając Milana Kunderę, Arnošta
Lustiga, Stanislava Neumanna zrozumiałam, że akces ich pokolenia do
komunizmu był skutkiem wojny. A jak sięgać do wojny, pomyślałam, to
trzeba jechać do Polski.
Zaczęłam uczyć się polskiego, na
uniwersytecie miałam niezwykle skuteczną nauczycielkę, panią profesor
Hankę z „marcowej emigracji”. Potem przyjechałam do Warszawy na
stypendium Fulbrighta. Chodziłam obsesyjnie po terenie getta. Stopniowo
zrozumiałam, że wiele z tego, czego nie mogłam pojąć, wynikało z
sytuacji przedwojennej. To problem każdego historyka: aby zrozumieć
jeden moment w historii, trzeba cofnąć się do poprzedniego. Itd.
Aż
się w końcu pani zatrzymała. W kawiarni Ziemiańska, która otworzyła
swój letni ogródek - w Polsce, która właśnie odzyskała niepodległość.
Spotykają się tam skamandryci, wpadają futuryści. Wszyscy są młodzi i
genialni, a ich wzajemne spory mają w sobie żar i niewinność. Dla tych
spośród nich, którzy pójdą w stronę komunizmu, wielkim przeżyciem jest
przyjazd do Polski Majakowskiego.
- Oni wszyscy się
kochali w Majakowskim. Ja też. Archiwistka w Moskwie pytała mnie: „Co
to jest, że wszystkie młode Amerykanki, które poznaję, kochają się w
Majakowskim?”. On był miłością pokolenia tych pisarzy. Zbliżyli się do
marksizmu, rewolucji nie przez Marksa i Engelsa, tylko przez
Majakowskiego. Jego wizyta była dla nich olśnieniem, początkiem nowego
świata. A to był przecież początek końca.
Majakowski wkrótce popełni samobójstwo.
- Trzy lata później.
Potem
w opowiadanej przez panią historii jest już tylko smutniej. Bruno
Jasieński, deportowany z Francji za napisanie „Palę Paryż”, wysiada na
dworcu w Leningradzie. Witany jako bohater, jest żywym dowodem, że
Związek Radziecki zapewni azyl każdemu prześladowanemu rewolucjoniście.
A Ryszard Stande przesyła donos do KPP, że Jasieński zafałszował dla
własnej chwały historię kultury proletariackiej.
- Jednak to nie Jasieński z taką pompą przywitał sam siebie, nie on pisał peany na swoją cześć.
Jasieński odpowiada 13-stronicowym donosem na swoich kolegów.
- Przerażający list. Pisze, że Stande pokazywał się publicznie z
poetami mistycznymi i religijnymi, Broniewski z
„wiernopoddańczo-belwederską i estetyzująca grupą Skamandra”, itd. To
był rok 1929, jeszcze przed Wielkim Terrorem. Czy oni rozumieli, że co
innego krytykować w Ziemiańskiej, co innego w Moskwie? Nie wiem.
Jasieński jednak, mieszkając już w ZSRR, musiał choćby podświadomie
zdawać sobie z tego sprawę.
Jasieński,
Stande, Jan Hempel, Witold Wandurski zginą wkrótce w stalinowskich
więzieniach. „Dlaczego naszą grupę - pytał Aleksander Wat pod koniec
życia - tak bardzo zniszczyła historia i komunizm?”.
- Wata męczyło do końca poczucie winy, bardzo żydowskie, za to, że uznał na jakiś czas ideologię komunistyczną za swoją.
Jak
to możliwe, by poeci awangardy, dla których esencją życia była zabawa
słowami, dobrowolnie porzucili swoje futurystyczne wiersze na rzecz
komunistycznej nowomowy i donosu?
- To było zerwanie
z nihilizmem na rzecz determinizmu. Oni wyznawali hasło Baudelaire’a:
épater le bourgeois. Do tego dochodziła estetyka awangardy, hasła
Marinettiego i Chlebnikowa - że słowa są wolne.
Okazało się, że te wolne słowa mogą ulatywać w powietrze, a nawet zabijać.
- To im nie przychodziło do głowy. To były eksperymenty, duch wolności,
poczucie radykalnej przypadkowości. Nihilizm pokolenia Wata, lat 20.,
był zasadniczo różny od katastrofizmu pokolenia Miłosza w latach 30.
Taka radykalna wolność w rozumieniu Sartre’a - oto świat, w którym Bóg
umarł, puste miejsce, gdzie wszystko jest możliwe - jest niesłychanie
ekscytująca. Aż staje się to egzystencjalnie nie do zniesienia.
Stanisław Krajewski wspominał o tym już dawno w eseju „Żydzi a
komunizm”.
Ponadto kiedy masz taką ogromną przestrzeń czystej
wolności, czujesz też ogromną odpowiedzialność. Oni cierpieli na
patologiczny narcyzm. Narcyz nie tylko rozkoszuje się swoim narcyzmem,
ale też cierpi. Oni nie mogli znieść ciężaru samych siebie i dlatego
byli szczególnie narażeni na to, co Miłosz nazywał „ukąszeniem
heglowskim”. Przyjęcie języka stalinowskiego było wyrazem nienawiści do
siebie, oznaczało samounicestwienie. W pewnym sensie tego właśnie
chcieli.
Ale jak można tak zmienić język?
- Byli bardzo twórczy. Ci intelektualiści byli kosmopolitami, co się
zresztą nie kłóci z tym, że byli też namiętnymi Polakami; mówili po
francusku, niemiecku, rosyjsku, czerpali z różnych źródeł. Umieli
naśladować i wymyślać siebie samych. Pod względem życia intelektualnego
międzywojenna Polska to nie był zacofany kraj. Była w centrum Europy.
Czyli ten język donosu i samokrytyki nie był podyktowany strachem?
- Przecież to nie byli oportuniści. Siedzieli w więzieniach w przedwojennej Polsce za swe przekonania.
Jak znalazła pani te wszystkie niezwykłe dokumenty, które są ozdobą pani książki?
- Archiwum Wschodnie w Warszawie, czyli Karta, ma ksera teczek NKWD, to
wspaniałe źródło. Pojechałam też do Archiwum Kominternu w Moskwie, to
tam dowiedziałam się o liście Jasieńskiego. Odwiedziłam 17 archiwów w
pięciu krajach, ale najlepsze materiały znalazłam w Polsce. Świetne
jest archiwum Broniewskiego w Warszawie.
Broniewski,
legionista, komunista, więzień Łubianki, bardziej niepokorny niż inni,
ostro pił - miałam wrażenie, że wiele już o nim wiem. Ale nie znałam
znalezionego przez panią listu, pisanego do przyjaciela z czasów
legionowych, gdzie Broniewski odcina się od swych żydowskich kolegów z
Ziemiańskiej - że ich błyskotliwość to fałszywa głębia i szybkie
wyczerpanie, gdy tymczasem „my, Słowianie, mamy intelekt ciężki, mniej
lotny, ale również cięższy gatunkowo i głębszym nurtem, dalej płynący”.
- To był młody mężczyzna, dla którego, by użyć
frazy Kundery, życie było ciężkie. Próbował zrozumieć siebie, wczuć się
w rolę, którą ma zagrać. Próżny, arogancki, zarozumiały, zainteresowany
tylko sobą, był zarazem romantycznym patriotą, który potrafił
całkowicie się poświęcić. Największą pretensję miałam do niego o to, że
szantażował kobietę, by usunęła ciążę, a do swojej przyszłej żony
pisał, że to ta kobieta go uwiodła. Obrzydliwe.
Ale darowała mu pani?
- Tak, kiedy zabrałam się do odcyfrowywania jego ręcznie spisywanych
protokołów przesłuchań w NKWD. Byłam pod takim wrażeniem jego odwagi!
Wiem, że teraz w Polsce jest dużo młodych ludzi, którzy z góry wiedzą,
że by się w takiej sytuacji zachowali świetnie. Ja tak dobrze o sobie
nigdy bym nie pomyślała, jestem nerwowa, łatwo się boję. Zachwyciło
mnie jego poczucie lojalności wobec przyjaciół. Pisał we wspomnianym
liście: „Sprzykrzyli mi się już bardzo ci Żydkowie literaccy z
»Ziemiańskiej «”. Ale on od tych „Żydków” nigdy się nie odciął. Ważnym
dla mnie tematem tej książki jest przyjaźń. To temat rzadko poruszany
przez historyków: jaką rolę w biegu historii odgrywa przyjaźń.
Dlatego,
nikogo nie oceniając, ujawnia pani wyraźną sympatię do Wandy
Wasilewskiej i Janiny Broniewskiej? Spodobało się pani, że ich przyjaźń
trwała tyle lat, i ich nowoczesne, jak na tamtą epokę, poglądy na temat
roli kobiet? Broniewska, stalinowski kastrator talentów w Związku
Literatów Polskich, i Wasilewska, która donosiła do Chruszczowa, to
wyjątkowo paskudne postacie.
- Jak bym była Polką,
nie mogłabym napisać takiej książki. A tak, z oddali, zainteresowała
mnie ich kobieca strona, babski język ich listów. Wzruszyła mnie siła
tej babskiej przyjaźni. Nie jestem nimi zachwycona, raczej nieco
zafascynowana. Jeżeli chodzi o to, co one zrobiły - nie ma wymówek. I
ja, jako osoba, która nie żyła za komuny, która nie cierpiała za jej
sprawą, mam najmniejsze prawo, by komukolwiek wybaczyć. Nie chciałam
nic usprawiedliwać. Chodziło mi o to, by pokazać całą tego złożoność.
Idea totalitaryzmu wiąże się z zacieraniem się granicy między sferą
prywatną a publiczną. Slavoj Żiżek pisał, że nie ma większej miłości
niż rewolucja, w imię której kochankowie są gotowi zdradzić się
nawzajem. Interesowała mnie lojalność i przyjaźń właśnie tych, którzy
naprawdę do głębi kochali przede wszystkim rewolucję, czyli to, czy
pozostało w nich w ogóle jakieś miejsce dla osobistej przyjaźni.
W Moskwie poznałam córkę Wandy Wasilewskiej, tłumaczkę z polskiego,
wrażliwą, kulturalną panią, która walczy z duchami przeszłości. Ma
pretensje do matki, najbardziej za Mariana Bogatkę…
…jej męża, polskiego murarza i działacza PPS-u, którego NKWD zabiło niemal na jej oczach.
- Pani Ewa bardzo go kochała i uważa go za swego ojca. Ona jest
dzieckiem pierwszego męża Wasilewskiej, ale on umarł i to Bogatko
dziewczynkę wychowywał. Jej matka nigdy nie powiedziała jej ani słowa o
tym, dlaczego zginął. Według oficjalnej wtedy wersji zabili go
ukraińscy nacjonaliści. Można było sądzić, że w taką wersję uwierzyła
Wasilewska. Jednak po opublikowaniu pamiętników Chruszczowa wiadomo, że
ten wysłał do niej Mykołę Bażana i Ołeksandra Korniejczuka…
…przyszłego jej męża…
- …żeby przeprosić ją za to, co zrobiło NKWD, że oni się pomylili.
Jak Wasilewska się z tym pogodziła? Czy rzeczywiście się pogodziła? To
było jedno z najtrudniejszych dla mnie pytań. Nadal nie mam na nie
odpowiedzi.
Rozmawiała Anna Bikont.
—
Wywiad ukazał się w „Gazecie Wyborczej ” z 21-22 marca 2009.
Marci Shore była gościem REDakcji KP 18 marca 2009. Rozmowę prowadził Sławomir Sierakowski.
Posłuchaj nagrania.
—
Marci Shore - amerykańska historyczka, assistant
professor w Yale University. Specjalizuje się w historii Żydów i
historii Europy Środkowowschodniej. Obok książki „Kawior i popiół”
(wydanie angielskie 2006, polskie 2008) opublikowała też m.in. własny
angielski przekład wspomnień Michała Głowińskiego „Czarne sezony”.
Pracuje m.in. nad książką o teczkach i rozliczeniach w krajach
postkomunistycznych, opartą częściowo na rozmowach przeprowadzonych
przez siebie w naszym regionie Europy.
Marci Shore, „Kawior i popiół. Życie i śmierć pokolenia oczarowanych i
rozczarowanych marksizmem”, przeł. Marcin Szuster, Świat Książki,
Warszawa 2008
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...