|
Igor Strapko, Klub KP w Kaliszu: Jesteś współautorką raportu „20 lat – 20 zmian”. Jakie są według Ciebie
największe osiągnięcia i porażki transformacji ustrojowej w Polsce,
oceniając ją z kobiecej perspektywy?
Anna Czerwińska*: Porażką jest na pewno restrykcyjna ustawa antyaborcyjna z 1993 roku,
która została przeforsowana przez radykałów wbrew woli większości
społeczeństwa. To był pierwszy krok, a potem było już tylko gorzej,
jeśli chodzi o zdrowie reprodukcyjne Polek. Przez te niecałe 20 lat
zmieniło się całkowicie myślenie o tym, czy kobieta może decydować o
swoim zdrowiu. Mam tu na myśli nie tylko decyzje o usunięciu ciąży, ale
także edukację seksualną, której w Polsce nie ma, antykoncepcję, do
której nie ma dostępu (na co składa się brak wiedzy o antykoncepcji,
jak i brak refundacji – całych rzesz Polek i Polaków na antykoncepcję
nie stać), ale też dycyzji o porodzie: czy cesarskie cięcie, czy
znieczulenie itp. Te same dyskusje, które dotyczyły aborcji na początku
lat dziewięćdziesiątych toczą się dziś wokół kwestii uregulowania
zapłodnienia in vitro. O badaniach profilaktycznych, takich jak
cytologia i mammografia, mają decydować teraz inni: pracodawcy,
urzędnicy, lekarze, księża – wszyscy wiedza lepiej co dla kobiety jest
lepsze, niż sama kobieta. Z kobietami o ich ciele i zdrowiu się nie
rozmawia. Przyzwolenie na to, milczenie kobiet, „milczenie owieczek” -
jak pisała o tym Kazimiera Szczuka, to największa porażka ostatnich 20
lat.
W tym roku wyświetlany jest bardzo dobry film, który milczenie kobiet
przełamuje. „Podziemne Państwo Kobiet” w reżyserii Claudii
Snochowskiej-Gonzales i Anny Zdrojewskiej, w którym wypowiadają się
kobiety, które usunęły ciążę w polskim podziemiu aborcyjnym – to
pierwsza od 20 lat próba oddania głosu kobietom i powiedzenia głośno o
tym, że prawodawcy sobie, a społeczeństwo sobie. Bo trzeba zaznaczyć,
że dostępność do aborcji jest w tej chwili wyłącznie kwestią
ekonomiczną, w zasadzie wszystko, co dotyczy zdrowia kobiet,
decydowania o swoim ciele, jest tylko i wyłącznie kwestią ekonomiczną.
To znaczy: bogate kobiety stać zarówno na in vitro, na antykoncepcję,
na poród w bezpiecznym miejscu, z miłymi lekarzami, ze znieczuleniem, z
cesarskim cięciem, itd. itd., bądź na zrobienie aborcji, jeśli zachodzi
taka potrzeba. I nie mają tu znaczenia zakazy, nakazy, ustawy i
gardłowanie polityków. Masz kasę – wszystko jest osiągalne.
Restrykcyjność prawa uderza w biedę.
Absolutnie tak, czyli, powiedzmy sobie szczerze, w jakieś 70% kobiet w
Polsce. Kobiety zaciągają pożyczki, żeby sobie zrobić aborcję! To prawo
nie jest przestrzegane i nie służy absolutnie nikomu. Chyba tylko
politykom, którzy nie potrafią zaistnieć inaczej, jak przez zajmowanie
się brzuchami kobiet, bo tak to trzeba nazwać.
Jeszcze przez chwilę pozostańmy przy kwestiach ekonomicznych. Jak w świetle raportu wygląda rynek pracy?
Kwestia ekonomii jest tą drugą ważną sprawą, o której się głośno,
przynajmniej do tej pory, w Polsce nie mówiło, a o czym niemal od
samego początku – mniej więcej od połowy lat dziewięćdziesiątych – mówił ruch kobiecy. Podkreślał on, że koszty transformacji spadły
głównie na kobiety i to głównie kobiety były w grupie bezrobotnych.
Były lata, kiedy kobiety stanowiły 90% osób bezrobotnych w Polsce, mimo
to nie zostały do nich skierowane żadne programy pomocowe. Pomoc
państwa skupiła się na przemyśle ciężkim, w którym kobiety nie były
zatrudnione, zresztą nadal tak jest. Jakiekolwiek zawirowania na rynku
pracy zawsze uderzają w kobiety jako w te osoby, których koszty pracy
są najwyższe, bo to one chodzą na urlopy macierzyńskie, to one biorą
zwolnienia na dziecko itd. itd., w związku z czym kobiety pierwsze z
rynku pracy wylatują. To najmocniejsze i najbardziej powszechne
doświadczenie tych ostatnich 20 lat.
Najbardziej straciły na transformacji kobiety „40+” i całe te
pokolenia, które w zasadzie zostały wykasowane z rynku pracy i które
nie otrzymały żadnej oferty w zamian, to znaczy nic kompletnie nie było
dla nich w urzędach pracy, nic nie było dla nich na nowym rynku pracy.
Od niedawna jest im oferowane samozatrudnienie i zakładanie firm, co
też może być pułapką i wcale nie jest bardzo dobrym rozwiązaniem.
Kobiety są zatrudniane w najniżej płatnych zawodach. Feminizm zawsze
powtarzał, że bieda jest kobietą. To pielęgniarki, nauczycielki,
sprzątaczki zarabiają najmniej. Na kasach w supermarketach, czyli na
najgorzej wynagradzanych stanowiskach pracy, pracują głównie kobiety.
Jeśli sytuacja jest bardzo zła, to możemy zobaczyć na kasach mężczyzn,
bo wtedy kobiety są nawet z tych miejsc zwalniane. W normalnych
warunkach mężczyźni nie chcą pracować za takie stawki.
Mówiłaś dzisiaj o historii kobiet, a w zasadzie o jej nieobecności; o
próbie odbudowania czy zbudowania od podstaw feministycznego dyskursu
historycznego. Mam wrażenie, że to jest dla nas w Polsce, dla ruchów
emancypacyjnych, zupełnie świeżej daty refleksyjność: waga, jaką
przywiązujemy do historii, na której budowane być mogą nasze działania.
Mam wrażenie, że jeszcze jakieś 10 lat temu historia była tylko
balastem.
Nie do końca. W ruchu feministycznym już wcześniej mówiło się o tych
pierwszych działaczkach (my je na swój użytek nazywamy prababkami), o
tej pierwszej fali feminizmu w Polsce. Były seminaria, konferencje,
publikacje, ale dosyć niszowe. Historyczki, tak jak i teraz, nie
przebijały się ze swoimi książkami do „głównego nurtu”. To było
czytane, ale nie dyskutowane, nie upowszechniało się tej wiedzy, jak
teraz, ale ten ruch dopiero się tworzył. Na przełomie XIX i XX wieku
myśl społeczną, myśl emancypacyjną – książki, broszury, gazety – przywoziło się z zagranicy. Dokładnie tak samo to działało w Polsce w
latach osiemdziesiątych, kiedy powstawały pierwsze kółka kobiece,
pierwsze spotkania feministyczne. Tak zwaną bibułę, czyli wszystko co
się czytało, wszystko co się omawiało, przywoziły kobiety, które
studiowały za granicą, były na stypendiach, bądź wyemigrowały w którymś
momencie, czy po 1968, czy po 1981 roku, i stąd miały całą tą wiedzę.
Dużo brało się z ruchu amerykańskiego, czy z francuskiego. Teraz, przy
okazji cyklu seminariów w Krytyce Politycznej, który się nazywa „Główne
nurty feminizmu”, mówimy dużo o polskich emancypantkach i na to
położyłyśmy nacisk, jako Feminoteka. Ale przecież odbywają się
seminaria i na temat ruchu sufrażystek w Wielkiej Brytanii, Agnieszka
Graff odkrywa przed nami feminizm amerykański, Magdalena Środa – francuski. To jest bardzo fajne, że możemy się od siebie nawzajem
uczyć. To są ciągłe inspiracje. Dla mnie szczególnie ważne jest
międzywojnie, odzyskanie niepodległości i uzyskanie praw wyborczych
przez kobiety. To moment, kiedy ruch kobiecy był najsilniejszy. Warto
do tego wracać. To jest ciekawe, że dyskusje, które toczyły się w
międzywojniu między awangardą (Boy, Krzywicka) a konserwatystami, toczą
się w polskim życiu publicznym dokładnie na te same argumenty. Trudno
się nie porównywać, nie szukać jakichś wyjść, czy nie porównywać
działań, nie czerpać inspiracji z tej działalności, która wtedy była
podejmowana. Mniej więcej od połowy lat 90-tych XX wieku zaczęło się
takie poszukiwanie źródeł dla budowania tożsamości.
Upierałbym się przy tym, że jesteśmy świadkami zwyżki świadomości historycznej w ruchach emancypacyjnych.
Tak, ale to dlatego, że jest więcej publikacji na ten temat. No i jest internet :)
Jak zatem wygląda feministyczna produkcja historyczna w tej chwili?
Jest kilka nowych, ciekawych inicjatyw. W 2007 roku założyłyśmy (jako
Feminoteka) Wirtualne Muzeum Historii Kobiet. Wcześniej robiłyśmy kilka
spotkań wokół historycznych książek, wydałyśmy cykl kartek z
prababkami: Orzeszkową, Konopnicką, Pauliną Kuczalską-Reinschmit,
Krzywicką, Nałkowską, Dulębianka etc., zbierałyśmy od naszych
czytelniczek historie o ich babciach, które w Dzień Babci były
publikowane na naszej stronie. Udało nam się zarazić tą „historyczną”
zajwką kilka osób. W Krakowie np. Fundacja Przestrzeń Kobiet realizuje
projekt dotyczący Żydówek i emancypantek, wydały „przewodniczkę” po
Krakowie śladami kobiet. My się też kilka razy do tego przymierzałyśmy.
Sylwia Chutnik nawet została przewodniczką po Warszawie i prowadziła
wycieczki śladami kobiet, być moze w tym roku uda się jej wydać
„przewodniczkę” po Warszawie. Archiwistki i historyczki założyły
Feministyczny salon Historyczny, od ponad roku odbywają się w Warszawie
(i nie tylko) spotkania dyskusyjne i debaty o róznych okresach
hisotrii: i o kobietach w PRL-u, i o strajkach kobiecych itp. Historia
kobiet ma wiele białych plam. Zawsze ważna dla nas była edukacja
historyczna. Monitorowałyśmy podręczniki szkolne, pod kątem, m.in.
nauczania o kobietach na lekcjach historii. Są podręczniki do historii
Polski do gimnazjów, w których nie występuje ani jedna kobieta!
Pisałyśmy do Ministerstwa Edukacji narodowej, w sprawie zmian w
podstawach programowych do historii, itp. Współpracujemy z
historyczkami, z archiwistkami, z pedagożkami, nawet ze Związkiem
Nauczycielstwa Polskiego (który, swoją drogą, także zaczął odkrywać
historię kobiet, w ubiegłym roku była w ZNP na ten temat wystawa). Nie
chodzi tylko o to, że kobiet w podręcznikach nie ma (chociaż to jest
skandal! Z kim mają się utożsamiać dziewczęta? Z Kościuszką? Z
Piłsudskim? To o Aleksandrze Piłsudskiej dwóch zdań nie można napisać?
Przecież to była wielka bohaterka! Chwalimy się noblistką Marią
Curie-Skłodowską, to może warto jednak uświadomić dziewczęta, ze w
Polsce to się ona nie mogła uczyć, że z płaczem stąd wyjeżdżała, ale że
upór jej i innych kobiet w końcu wyważy bramy uniwersytetów…), ale
nie ma w ogóle historii społecznej. Uczymy się dat, wojen, polityki.
Nie uczymy się tego, co się działo w społeczeństwie, jakie zachodziły
zmiany społeczne, jak się emancypowaliśmy. Przecież to buduje zupełnie
inną świadomość społeczeństwa, jak uczysz się na historii tylko o
bitwach, jak uczysz się, że jak się komuś coś nie podobało, to pisał
listy, petycje, wychodził na ulice. Większa by była świadomość
obywatelska, śmiałość w podejmowaniu działań teraz, gdybyśmy mogli
wzorować się na bohaterach i bohaterkach z przeszłości.
Niesamowite jest, że na konferencji, na której byłam ostatnio w Pałacu
Prezydenckim, szef Kancelarii Prezydenta przyznał się, że odkrył, że w
II Rzeczpospolitej kobiety uczestniczyły w polityce i że było tyle
kobiet znamienitych, senatorek itd. Swoją drogą było ich wtedy
strasznie mało, ale to jest wyraźna zmiana, że ktoś ten temat zauważył
i nie wstydził się powiedzieć, że Polska była w awangardzie, przyznając
w 1918 roku prawa wyborcze kobietom.
Jak w historii ruchu kobiecego zapisała się, związana biograficznie z Kaliszem, Maria Konopnicka?
Maria Konopnicka była niesamowitą kobietą. Nieprzeciętną, odważną i
bardzo, bardzo ciężko pracującą. Także na rzecz praw kobiet. Ten aspekt
jej działalności jest kompletnie pomijany! A przecież znamy fakt, ze
Konopnicka zabrała głos w sprawie dzieci z Wrześni, nie wiemy tyko, że
dzięki jej zaangażowaniu w światowy ruch kobiecy zbierała podpisy pod
listem po całej Europie. W jej zamyśle to miał być międzynarodowy
protest kobiet. I tak się stało. Kobiety niemieckie nawet głos w tej
sprawie zabrały! I to dzięki Konopnickiej. To było chyba pierwsze,
przynajmniej z polskiej inicjatywy, działanie międzynarodowego ruchu
kobiecego. I to nie jest tak, jak my teraz robimy: siadamy i rozsyłamy
e-maile, jest internet i mamy sprawę załatwioną w trzy dni. Ona pisała
listy nocami, załatwiała kurierów, żeby te listy przewozili, ktoś jej
później musiał odpisać i to musiało trwać miesiącami, zanim zebrała
podpisy do sejmu pruskiego w sprawie Wrześni. Ona wtedy faktycznie
zmobilizowała kobiety w całej Europie. To pokazuje, że bardzo dobrze
się orientowała w tym, jak wygląda, jak się buduje europejski ruch
kobiecy.
Oprócz tego była bardzo zaangażowana (przez Elizę Orzeszkową) w walkę o
prawa kobiet, w walkę o prawa zarówno do edukacji, jak i do pracy, a
także o prawa wyborcze. W ostatnim okresie życia była najbardziej
zaangażowana w walkę o prawa wyborcze kobiet, także za sprawą jej
wieloletniej partnerki Marii Dulębianki, która również była niesamowitą
działaczką niepodległościową, autorką licznych spektakularnych akcji
konspiracyjno-dywersyjnych.
Ruch kobiecy bardzo Marię Konopnicką w jej działaniach wspierał.
Konopnicka była obecna na wielu zjazdach kobiet, także na zjazdach
trójzaborowych, na których często zabierała głos, gdzie bardzo ważne
były jej przemówienia, wygłaszane z ogromną pasją, na temat praw kobiet
i miejsca kobiet w świecie.
Na trzy dni przed swoją śmiercią Konopnicka
złożyła podpis pod petycją do sejmu galicyjskiego w sprawie
równouprawnienia kobiet (1910). Jej podpis był pierwszy.
O szczegółach piszę na stronach Muzeum Historii Kobiet. Zapraszam: www.feminoteka.pl/muzeum.
Rozmowa, przeprowadzona po wykładzie „HERstoria, historie kobiet”,
zorganizowanym z inicjatywy Uniwersytetu Trzeciego Wieku „Calisia”,
Stowarzyszenia „Żywa” oraz Klubu Krytyki Politycznej w Kaliszu, ukazała
się na portalu dziennik-wielkopolski.pl.
—
*Anna Czerwińska - wiceprezeska fundacji Feminoteka. Od 2001 roku pracowała w Fundacji Ośka, w której zajmowała się m.in. bazą danych organizacji kobiecych, programem grantowym Fundusz dla Kobiet i akcjami, m.in. bezpieczną taksówką dla kobiet. Była członkinią Porozumienia Kobiet 8 Marca i innych grup nieformalnych, organizujących akcje uliczne, w tym Manify. Od 2005 roku pracuje w Fundacji Feminoteka jako współkoordynatora projektów: „Gendermania – równościowy monitoring”, Gender Index i innych. Jest współredaktorką wydanego w tym roku raportu 20 lat – 20 zmian. Kobiety w Polsce w okresie transformacji 1989-2009. Rok temu otworzyła Wirtualne Muzeum Historii Kobiet (wraz z Sylwią Chutnik i zespołem Feminoteki). Prowadziła zajęcia „Jak być feministką w Polsce i przetrwać” w ramach Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim i zajęcia „Feminizm w praktyce” na Gender Studies im. Marii Konopnickiej i Marii Dulębianki przy IBL PAN.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...