|
Jaś Kapela, Krytyka Polityczna: Czy Google przegrało wojnę o władzę nad internetem z Facebookiem zanim w ogóle zorientowało się, że ją prowadzi?
Marcin Jagodziński*: Myślę, że to zbyt duże uproszczenie. Internet jest już zbyt złożony, aby można było mówić o tym, że jakaś firma ma nad nim całościową władzę. Natomiast faktem jest, że w społecznej warstwie sieci Google oddało pole Facebookowi. Mówi się, że Google nie czuje serwisów społecznościowych i chyba tak jest, choć przecież kiedyś Google potrafiło tworzyć serwisy takie jak Orkut czy rozwijać Blogspot, pierwszy serwis blogowy.
Nie czuje, bo wierzy, że informacja jest większą wartością niż kolegowanie się? Orkut powstał chwilę przed Facebookiem, a jednak polubili go tylko Brazylijczycy.
Coś w tym jest, że Google sprowadza wszystko do „informacji” i przetwarzania danych. Poza tym Google rozwijał wiele projektów na raz, w związku z czym zabrakło chyba wystarczającej determinacji by zdziałać coś na polu „social networkingu”. Mam też wrażenie, że w Google’u zwyczajnie nikt nie przewidział, że sieć społeczna będzie następną „the big thing”. Nie zapominajmy, że Facebook nie był pierwszą wielką siecią społeczną, wcześniej czy równolegle, powstał i nadal jest MySpace, był Friendster, wydawało się, że takie serwisy zawsze będą, zawsze będzie ich kilka i choć można na nich zrobić pieniądze, nie są absolutnie kluczowe.
Google obudził się trochę z ręką w nocniku i zaproponował standard OpenSocial służący do wzbogacania rozmaitych istniejących już serwisów społecznościowych (MySpace, Linkedin, Bebo) o aplikacje/widżety. Problem w tym, że standard ten nie dawał takich możliwości jak zintegrowana platforma Facebooka, a co ważniejsze, serwisy, na których miał działać, były stopniowo przez Facebooka marginalizowane.
Warto też zauważyć, że i w Polsce giganci naszego rynku „dopuścili” do stworzenia Naszej Klasy przez kilku nikomu nie znanych studentów z Wrocławia. Stworzenie udanego, rozwijającego się serwisu społecznościowego jest trudniejsze niż by się wydawało, pieniądze i armia programistów wcale nie gwarantują sukcesu.
To czemu Facebook zawdzięcza swój sukces? Do mnie całkiem przemawia narracja opowiedziana w filmie „The Social Network” Davida Finchera, w której pomysł na serwis społecznościowy rodzi się w starciu z bardzo mocno hierarchiczną i opartą na kreowaniu społecznego statusu wspólnotą studentów Harvardu. No i seks. Nieustająca potrzeba bodźców i bycia pieszczonym.
Filmu jeszcze nie oglądałem, więc trudno mi się do tego odnieść. Sukces Facebooka to splot bardzo wielu okoliczności i świadomych decyzji. Fakt, że powstał na elitarnych uczelniach, na pewno miał znaczenie. Ale także umiejętne i stopniowe otwarcie go na inne środowiska. Wprowadzenie „obowiązku” podawania prawdziwych danych. Wygląd, diametralnie odróżniający go od MySpace’a. Otwarcie platformy umożliwiającej rozbudowę Facebooka przez firmy trzecie. Rozwiązania dla firm, które teraz reklamując swoją obecność na Facebooku, reklamują Facebooka jako takiego. I wreszcie niezwykła elastyczność, Facebook cały czas się zmienia, ucieka konkurencji.
Czy istnieje jakaś alternatywa dla Facebooka? Czy może już wkrótce dla większości ludzi będzie on podstawową formą komunikacji i bycia w sieci?
Odpowiedź znów jest złożona. W jednym zdaniu: nie ma drugiego takiego serwisu jak Facebook, nie ma niczego podobnego, co by mogło go zastąpić. Nie oznacza to, że nie można bez niego żyć (ja na przykład praktycznie tam nie zaglądam) - można znaleźć alternatywy, nie używać wiadomości facebookowych, tylko maila, nie używać facebookowego komunikatora tylko GG/Jabbera (tu już trudniej, bo nie wszyscy mają tam konta), zdjęcia wysyłać na Flickra, wideo na YouTube’a, statusy o tym, co robimy w danej chwili, publikować na Blipie/Twitterze. Ale przyszłość widzę czarno. A właściwie biało-niebiesko. Bo nawet, jeśli Facebooka nie trzeba jeszcze używać, to coraz trudniej nie mieć tam konta. Okazuje się, że coraz więcej informacji przestaje być dla nas dostępnych, jeśli nie mamy konta, a najlepiej też wielu znajomych na Facebooku. Zaczynają nas omijać imprezy, bo organizowane są one via Facebook, nie wiemy co u naszych znajomych, bo piszą oni na Facebooku, nie możemy skorzystać z promocji, konkursów organizowanych przez firmy, bo też są one dostępne wyłącznie przez Facebooka. Stopniowo zaczynamy się czuć, jakbyśmy byli „poza obiegiem”, na peryferiach. Można tak żyć, ale przecież wystarczy założyć konto, przesłać Facebookowi swoje dane… podpisanie tego cyrografu nie jest bolesne, dlatego Facebook ma 600 mln użytkowników.
Wtedy zaczyna się proces przenoszenia aktywności na Facebooka. Po co mail, skoro można wysłać wiadomość „na fejsie”. Po co GG/Jabber, skoro możemy pogadać przez Facebook Chat. I tak dalej i tak dalej aż do „po co login/hasło skoro mogę zalogować się do różnych stron przez konto Facebookowe łatwo i szybko (wykorzystując Facebook Connect)”. W tym momencie już nie możemy żyć bez Facebooka. Likwidując tam konto likwidujemy sobie jednocześnie konta na wszystkich stronach, na których logowaliśmy się za pomocą Facebooka. Dodatkowo „znikamy” naszym znajomym, znikają nasze zasoby zdjęć, archiwa naszej korespondencji. Mało kto będzie w stanie podjąć taką decyzję.
Można też na to spojrzeć od innej strony: czy np. można być politykiem kandydującym w wyborach parlamentarnych/prezydenckich i nie mieć strony na Facebooku? Można, jeśli chce się obniżyć swoje szanse. Równie dobrze można powiedzieć, że można mieć stronę, której nie znajduje Google. Owszem, ale w praktyce Google, czy Facebook, to infrastruktura internetu. Chcąc „zaistnieć” w Internecie (a polityk musi tam istnieć), trzeba zaistnieć i w Google, i w Facebooku.
Ale czy rzeczywiście jest to cyrograf, w którym oddajemy swoją duszę? A nie tylko rzeczy, które byśmy i tak zostawiali w sieci? Czy wartość komunikacji, wiedzy i rozrywki, jaką nam daje, nie jest ważniejsza? Mam wrażenie, że spotykanie ludzi, z którymi można podjąć jakieś działanie, nigdy nie było tak łatwe, a czasem nawet niemożliwe. Zuckerberg powiedział kiedyś: „Nadal na świecie pozostało tyle osób, grup i społeczności, których głosy chcemy połączyć i uczynić słyszalne dla wszystkich, którzy będą chcieli ich wysłuchać”. Czy nie jest to szlachetny cel?
Z punktu widzenia jednostki może być to racjonalna decyzja. Życie w internecie sprowadzonym do Facebooka jest życiem ułatwionym, pozbawionym części zagrożeń, dość przyjemnym (choć też dość miałkim). To tak, jakby zamieszkać w galerii handlowej. Posprzątane, muzyczka się z głośników sączy, ochrona nas pilnuje (przed nami samymi także). A że nie możemy robić zdjęć, że możemy pomalować ściany na każdy kolor pod warunkiem, że jest on biały, że kamery śledzą każdy nasz krok… jakieś koszty muszą być. Natomiast nie mam żadnych wątpliwości, że z punktu widzenia rozwoju sieci, niedobrze się stało, że Facebook tak mocno w nią wrósł. Z poglądem, że Facebook czy Twitter są w stanie przeprowadzić jakąś poważną zmianę społeczną, dość celnie polemizuje Malcolm Gladwell w New Yorkerze .
Zaś słowa Zuckerberga… coż, pięknie powiedziane. Tylko pozostaje pytanie, dlaczego to Facebook będzie łączył te społeczności. Poza tym, że ma być może najlepszy pomysł na to, jak technicznie to rozwiązać, kto mu daje legitymację do tego? I czy faktycznie w tym celu musi cenzurować wiadomości użytkowników? Czy była na ten temat jakaś dyskusja? Myślę, że odwoływanie się do takich haseł to wkraczanie na dość grząski grunt. Już wolę Zuckerberga biznesmena niż Zuckerberga mesjasza.
Pytanie, czy Facebook rzeczywiście jest w stanie kontrolować całą treść? Nie jest może najlepszym miejscem do szukania nagich cycków, ale one też tam są, mimo że regulamin tego zabrania.
Państwo też nie jest w stanie kontrolować każdego obywatela, nie jest w stanie zapobiec wszystkim przestępstwom, a jednocześnie jest istotne, co jest przestępstwem, a co nim nie jest. To trochę jak mówić: „Po co dyskutować o zakazie posiadania trawki, skoro i tak jest nieskuteczny”. Jednak czasem bywa skuteczny, kiedy potrzeba na kogoś „haka”.
Natomiast Gladwell przyjmuje moim zdaniem dość konserwatywną narrację, że „prawdziwa” więź i komunikacja może powstać jedynie w „prawdziwej” rzeczywistości. Oczywiście zapisywanie się do grup „nie dla tak” nie zmieni świata, ale może mieć wymierne przełożenie, jak akcja pod krzyżem.
Och, mam wrażenie, że akcja pod krzyżem przejdzie do historii jako case wielkiej mobilizacji społecznej i będzie już usprawiedliwieniem na wieki dla Facebooka. Nie neguję, że Facebook może być narzędziem dla rozmaitych flashmobów. Zaś Gladwella odczytuję zupełnie inaczej. Nie chodzi tu o „prawdziwe” więzi i „prawdziwą’ rzeczywistość, ale o hierarchiczny model, który jest jego zdaniem konieczny do dokonania rzeczywistych zmian. Sieciowa, niehierarchiczna struktura Facebooka temu nie sprzyja - przynajmniej jego zdaniem.
Ale jako biznes społecznościowy zależny jest on od zadowolenia użytkowników. Jeśli będzie chciał więcej, niż będziemy mu skłonni dać, zginie. Być może zależy od nas więcej, niż myślimy i może uświadomienie sobie tego faktu będzie właśnie stanowić tę poważną zmianę?
A zadowolenie użytkowników zależne jest nie od tego, jak dobry jest Facebook, tylko jakie mają alternatywy. Tymczasem alternatywy się kurczą. Poza tym istnieje coś takiego, jak zgromadzona w FB reputacja użytkownika, zasoby, które zostały tam zdeponowane. Wyobraźmy sobie, że za 10 lat do większości serwisów logujesz się loginem Facebookowym, ba, w części z nich płacisz Facebookową walutą. O tym, gdzie są twoi kumple dowiadujesz się z serwisu geolokalizacyjnego Facebooka, o tym, co robią z Facebookowej ściany, twój numer telefonu jest połączony ze skrzynką wiadomości na Facebooku (więc tam de facto wysyłasz wiadomości tekstowe), twój potencjalny pracodawca/partner/klient przegląda twój profil zanim cię zatrudni/pójdzie z tobą na randkę/kupi od ciebie produkt itd. Możesz sobie być niezadowolony. Regulamin tego nie zabrania (choć pewnie nie możesz zbyt wylewnie niezadowolenia na Facebooku wyrażać). I wydaje mi się, że większość osób z samego Facebooka nie jest zadowolona. Ale nie jest na Facebooku dla Facebooka jako takiego, tylko dla ludzi, którzy tam są.
Ale czy świat, w którym więcej nawzajem o sobie wiemy nie będzie lepszym, bardziej otwartym i współczującym światem? Głośno jest o osobach, które zostały zwolnione z powodu tego, co napisały na Facebooku, ale mam wrażenie, że znacznie więcej jest takich, które znalazły sobie dzięki niemu lepszą i bardziej im odpowiadającą pracę.
Mam wręcz przeciwne zdanie. Ktoś niedawno powiedział, że ”dzięki Twitterowi możesz polubić osoby, których nie znasz, a dzięki Facebookowi znienawidzić te, które znasz” i coś w tym jest, zwłaszcza w tej drugiej części. Nagle zacząłem dowiadywać się o osobach, które jakoś tam lubiłem (skoro dodałem do znajomych), rzeczy, których wiedzieć nie chciałem. Dowiadywałem się o ich dziwnych (z mojego punktu widzenia) poglądach politycznych, dziwnych wyborach muzycznych i gustach literackich etc. Potem trudno było mi ich nadal lubić. Serio. Dowiedziałem się czegoś i już nie mogę przestać tego wiedzieć. Zaczynam się doszukiwać w innych wypowiedziach np. politycznych odniesień, których wcześniej nie widziałem. To jest chyba jedna z rzeczy, która najbardziej rozsadza Facebooka od środka: właściwie nie wiemy, do kogo mówimy i o czym mamy mówić. Nie mówimy niby do wszystkich, bo to, co napiszemy trafia tylko do naszych znajomych (choć inna rzecz, że tajemnicze algorytmy FB powodują, że nie zawsze trafia), ale też nie jest to specjalnie intymna przestrzeń. Wszystko, co piszemy na Facebooku jest obciachowe, to jest problem. Jeśli napiszemy, że się strasznie upodliliśmy na imprezie, będzie to obciachowe dla naszego szefa, którego zaproszenia nie odrzuciliśmy, jeśli napiszemy, że uczestniczymy w ewaluacji procesu zarządzania ewaluacją procesów w naszej korporacji, będzie to obciachowe dla naszych imprezowych kumpli. Paradoks Facebooka: mimo autocenzury piszemy zawsze za dużo i za mało zarazem.
Dodatkowo, jak zauważa dannah boyd, na „odsłanianiu się” zyskują osoby na górze hierarchii społecznej. Z Twojej perspektywy, Facebook jest fajny, możesz dotrzeć do wielu ludzi z Twoimi poglądami, możesz być bardziej popularny. Tymczasem są na świecie miliony ludzi, którzy wręcz przeciwnie, tracą na tym, że się odsłaniają. Nie wszyscy żyją w państwach demokratycznych, nie wszyscy żyją we w miarę otwartym społeczeństwie. O tym nie myśli Zuckerberg. Dla niego świat jest kampusem elitarnej uczelni, gdzie fajnie jest być fajnym i popularnym.
Czy Facebook mógłby być lepszy? Biorąc pod uwagę wszystkie zagrożenia, które wymieniłeś. I co by musiał zrobić, żeby takim się stać?
Pewnie mógłby być lepszy, mieć ładniejsze kolorki i poprawić kilkaset drobiazgów, ale co to zmienia. Brakuje tu jeszcze bardzo ważnego stwierdzenia: Użytkownicy Facebooka nie są jego klientami, ale raczej towarem: klientami są reklamodawcy, którym użytkownicy (dostęp do nich) jest sprzedawany. Cały biznes Facebooka polega na sprzedawaniu prywatności, stąd te jego ciągłe problemy z prywatnością i stąd mrzonką jest, że kiedyś z tego zrezygnuje.
Trochę się z tym nie zgadzam. Biznes może na tym polega. Ale chyba ciągle trochę nie wiadomo, jak tę prywatność sprzedawać. Np. sprzedawanie tego, jakiej muzyki słucham, nie wydaje się zbyt genialnym pomysłem. To samo może robić last.fm, którego nie mam i nie potrzebuję. A Facebooka potrzebuję. Więc musi być w nim coś więcej. No i jest. Nie czuję się towarem. I nie sądzę, żeby w czysto towarowych terminach można było bycie na Facebooku opisywać.
Na tym polega podstęp, nie czujesz się jak towar (na ogół), ale nim jesteś. Poza tym ja nie mówię, że to coś „złego” (w jakimś tam etycznym sensie). Tylko, że domaganie się, żeby FB nie zbierał naszych danych i ich nie sprzedawał jest niedorzeczne. Dodatkowo mam wrażenie, że jeszcze nie wszystko z danymi zrobiono, co można z nimi zrobić.
Mi się Facebook nie podoba, bo wiem, że ma zły wpływ na internet jako całość. „W moim idealnym świecie” Facebook działałby inaczej, byłby inaczej kontrolowany, być może rozproszony. Ale być może Facebook jest najlepszą możliwą - w realnym kapitalizmie na obecnej fazie rozwoju - realizacją idei globalnej sieci społecznej. I naprawdę, nie przeczę, że dla wielu osób może być całkiem miłym miejscem. Tak jak miłym miejscem są np. centra handlowe. Sam tam chodzę. Ale nie chciałbym, żeby cały świat stał się jednym wielkim centrum handlowym.
Ok, a jak widzisz możliwość kontroli Facebooka?
Dość „prosto” w teorii: uznać go za podmiot dominujący, świadczący usługi publiczne i objąć stosownymi regulacjami prawnymi. Np. zabronić cenzurowania treści, które są zgodne z prawem, zmusić do udostępniania z powrotem danych, które mu się powierzyło, badać czy nie konkuruje wykorzystując pozycję monopolistyczną.
Nie wiem, czy wiesz, ale jak prowadzisz w Polsce hotel, to np. nie możesz odmówić świadczenia usługi komuś, ze względu na jego rasę, wygląd czy religię. Może Facebook powinien być podobnie potraktowany? Nie mówię, że Facebook już teraz dyskryminuje ze względu na te cechy, ale może powinno być to wyraźnie zabronione? Może Facebook nie powinien mieć pełnej dowolności w wyrzucaniu użytkowników, kasowaniu ich treści itd?
To byłoby też pewne docenienie Facebooka. Uznanie, że jest tak ważny dla świata, że powinien zostać poddany trochę większej kontroli niż ta, którą sprawuje jego rada nadzorcza.
Ale na razie jakoś się to nie dzieje. Czemu?
Bo, po pierwsze, świadomość potęgi Facebooka dopiero narasta, a po drugie w USA (jedynym kraju który mógłby podjąć takie działania) jest bardzo wielu przeciwników ingerencji państwa w gospodarkę, ograniczania wolności (w tym ograniczania wolności do ograniczania wolności innym). Poza tym takie procesy są bardzo, bardzo długotrwałe. Nawet w przypadku Microsoftu cały proces był mocno opóźniony. To są skomplikowane kwestie. Monopol Bella rozbijano przez 40 lat. Tu wszystko dzieje się za szybko.
Ale najważniejsze, że w gruncie rzeczy amerykańskim (i nie tylko) władzom jest Facebook bardzo na rękę. Zamiast użerać się z setkami dostawców usług, mają jednego, który część roboty odwala za nich, jest pewnie skłonny do współpracy z wymiarem sprawiedliwości, no i jest pod ręką, wystarczy tylko wysłać odpowiednie pismo z odpowiednią pieczątką. Podejrzewam, że władze USA nie mogą zbierać aż tylu informacji o obywatelach ile zbiera Facebook, cenzurować tego, co cenzuruje Facebook. Więc niech Facebook zbiera dane… i jak trzeba to udostępnia.
*marcin.jagodzinski.waw.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...