NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Jagielski: Mundial zwiększył frustrację w RPA Drukuj
Z Wojciechem Jagielskim* rozmawia Jan Smoleński   
11.09.2010

Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: W ostatnim czasie ponad milion pracowników sektora publicznego w RPA strajkuje, domagając się podwyżek, mimo zakazu sądowego. Podczas zamieszek policja użyła gumowych kul. W Johannesburgu wojsko zostało wysłane do szpitali, by zająć się chorymi. Dlaczego wybuchły te strajki? 

 

Wojciech Jagielski*: Co zimę w Republice Południowej Afryki robotnicy, wspierani przez bardzo silne związki zawodowe, domagają się podwyżek płac. W porównaniu do innych krajów afrykańskich te podwyżki są wysokie, ale jak na standardy RPA - nie. To wszystko wiąże się z niespełnionymi nadziejami, jakie pokładano w politycznej zmianie z 1994 roku. Upadek apartheidu i przejęcie władzy przez czarną większość z rąk białej mniejszości nie doprowadziło do nagłej poprawy sytuacji gospodarczej tej czarnej większości, teoretycznie głównych beneficjentów tej politycznej zmiany. Nelson Mandela, ktoś znacznie więcej niż polityczny przywódca, tłumaczył, że poprawa sytuacji nie przyjdzie natychmiast. Czarna większość okazała się bardzo cierpliwa. Jednak po pięciu latach rządów Mandeli przyszły rządy Tabo Mbekiego i Jacoba Zumy, którzy nie cieszyli się już taki szacunkiem. Za Mandeli ludzie gotowi byli czekać na poprawę, za prezydentury kolejnych przywódców czekać już nie zamierzali. Dorosło również pokolenie, dla którego walka z apartheidem ma znaczenie raczej historyczne. Ci ludzie domagają się spełnienia tych ostrożnych obietnic, które składał AKN, gdy przejmował władzę.

 

Co obiecywał Kongres?

 

Podstawowe sprawy: domy, bieżącą wodę, elektryfikację. Południową Afrykę z czasów apartheidu zwykło się postrzegać jako kraj mlekiem i miodem płynący, bogaty, dobrze urządzony. I RPA taka była, mogła się porównywać z najlepiej prosperującymi państwami świata. Ale korzystała z tego tylko uprzywilejowana grupki białych oraz ta część czarnych, którzy godzili się na rasistowskie porządki. Ich lojalność kupowano możliwością ograniczonego awansu – to jeszcze nie była klasa średnia, ale już nie biedota.  

Natomiast trzy czwarte Południowej Afryki było takie samo, jak pozostała część kontynentu – biedne i cywilizacyjnie niedorozwinięte. Przepaść między uprzywilejowaną garstką a resztą społeczeństwa jest dzisiaj niemal tak samo głęboka, jak wtedy. Od 1994 zrobiono mnóstwo rzeczy, ale wciąż obecna w społeczeństwie południowoafrykańskim frustracja dowodzi, że to ciągle za mało. Ludzie uznali, że dłużej czekać się nie da.

 

Ale obecne strajki to nie jest rewolucja, strajki wybuchają tu każdej zimy. Sezony strajkowe rozpoczynają się w czerwcu, a kończą się we wrześniu. W tym roku wybuchły później ze względu na piłkarskie mistrzostwa świata. Udany mundial mógł paradoksalnie wpłynąć na zaostrzenie frustracji i rozczarowań. Biedota, którą przekonywano, że RPA nie stać na podwyżki, zobaczyła, że udało się zbudować imponujące stadiony.

 

Na mistrzostwach świata zarobiła przede wszystkim FIFA. 

Gdy Południowa Afryka zaczęła ubiegać się o organizację mistrzostw, popierali to wszyscy w kraju. Dopiero potem zaczęto się zastanawiać, czy bardziej opłaca się budować nowoczesne, bardzo drogie stadiony, autostrady i hotele, czy może rozsądniej byłoby wydać te pieniądze na pomoc biednym – budowanie domów, elektryfikację. Przywódcy kraju, dla których mundial był bardzo prestiżową imprezą, mówili obywatelom, ile to zarobią na jego organizacji. Ludzie uwierzyli i są rozczarowani, bo fortunę zbiła FIFA. To ona przede wszystkim zarabia na tego rodzaju imprezach, a kraj został ze stadionami, hotelami i autostradami, z których będą korzystać i tak już uprzywilejowani. Biedota do tych hoteli nigdy nie zostanie wpuszczona, a z autostrad nie skorzysta, bo nie ma czym na nie wjechać. Ironią losu jest to, że sukces Południowej Afryki w czerwcu przyczynił się do gorszej sytuacji w sierpniu. 

 

Dlaczego zima jest w RPA sezonem strajkowym? Wtedy wychodzą na wierzch największe bolączki Południowej Afryki, na przykład brak prądu. Transformacja w RPA wiązała się również ze zmianami kadrowymi. Skutkiem ubocznym akcji afirmatywnej było – nieznaczne, ale jednak – obniżenie jakości kadr w niektórych sektorach gospodarki. W sektorze energetycznym nie przewidziano, że rozwój gospodarczy wymaga większej ilości prądu i od dwóch lat prądu brakuje w czasie, gdy zużywa się go najwięcej, czyli w zimie. Zresztą, do większości rewolucyjnych wydarzeń w RPA dochodziło właśnie zimą: zamieszki w Sharpville czy powstanie w Soweto. Inaczej się żyje w pozbawionych wielu podstawowych usług townshipach na wiosnę, niż w maju i czerwcu, gdy temperatura nocami spada poniżej zera. Dlaczego nie wprowadzono reform, które wyrównałyby istniejące nierówności?

 

Afrykański Kongres Narodowy jest bardziej ruchem wyzwoleńczym niż partią polityczną ze spójnym programem. Zwykle postrzega się go jako ugrupowanie lewicowe, jeśli nie socjalistyczne, ale przywódcą ruchu był Mandela, człowiek pochodzący z królewskiego rodu, przywiązany do wartości konserwatywnych. Właściwie w ANK byli wszyscy, którzy nie zgadzali się na porządek apartheidu, czarni, biali i hindusi, południowoafrykańscy nacjonaliści i komuniści, zwolennicy wolnego rynku i upaństwowienia przemysłu. Lewicowy program - do którego Kongres chętnie się odwoływał, gdy walczył o władzę - był bardzo niespójny i nie przełożył się na konkretne działania po 1994 roku.
Do tego, gdy Kongres przejął władzę, umocniło się w nim skrzydło liberalno-konserwatywne. Lata 90. to był czas, gdy na świecie grzebano komunizm i uważano, że wszystkie lewicowe programy skompromitowały się raz na zawsze. To był czas światowej prosperity. Wierzono, że do powszechnego dobrobytu wystarczy leseferystyczny kapitalizm, i to podbiło świat. AKN, który zdobył władzę jako ugrupowanie lewicowe, bardzo obawiał się krytyki ze strony wspólnoty międzynarodowej, gdyby któryś ze swoich lewicowych postulatów – jak nacjonalizacja przemysłu czy ziemi – wprowadził w życie. Zaproszenie Kadafiego do RPA, czy nieodżegnywanie się od sojuszu z Fidelem Castro było sporą ekstrawagancją, którą tolerowano - ale w ostateczności. No i AKN, jak wszędzie, gdzie rządy przechodzą z rąk do rąk w sposób pokojowy, przejął kraj, obiecując, że nic nie zmieni. Zmienił się kolor skóry przywódców, ale kraj funkcjonował po staremu.

 

A biedni zostali zignorowani podczas transformacji? 

 

Tabo Mbekiego, który za Mandeli rządził jako premier, a potem przez 10 lat jako prezydent, był uważany za thatcherystę. Twierdził, że przyszłością RPA jest czarnoskóra klasa średnia, którą trzeba stworzyć przy pomocy forsowanej akcji afirmatywnej. On nie rozumiał biedoty, brzydził się nią, zajmował się tylko klasą średnią i tymi, którzy się bogacili. Za jego rządów wyrosła liczna, potężna, czarna klasa średnia, która wpływami dorównuje białej, lub nawet ją przewyższa, natomiast biedota pozostała tak samo biedna. 10 lat prezydentury Mbekiego sprawiło, że ulica poczuła się lekceważona, odczuła że Mandela ją szanował i prosił o cierpliwość, a Tabo Mbeki ma ją gdzieś. 

Ponadto AKN był w sytuacji schizofrenicznej: w rządzie liberałowie, a w parlamencie komuniści i związkowcy. Ci ostatni raczej bronili interesów czarnej biedoty, niż przejmowali się tym, by biali się nie obrazili, lub światowa opinia publiczna nie uznała RPA za kraj komunizujący się. Trudno o bardziej przeciwstawne stanowiska. Ta wojna nie odbywała się publicznie, bo celem wyższym było utrzymanie władzy. Konflikt eksplodował, gdy frakcja lewicowa pomogła Jacobowi Zumie, obecnemu prezydentowi, obalić Mbekiego. Ale Zuma z lewicowością nie ma nic wspólnego. Gdy doszedł do władzy, obietnice, które składał związkowcom i komunistom, się rozpłynęły – kontynuował działania Mbekiego, co jeszcze bardziej rozzłościło biednych. Dziś w AKN trwa wojna na noże pomiędzy związkowcami a nacjonalistami, reszta została zepchnięta na dalszy plan.

W Doktrynie szoku Naomi Klein cytuje jednego z polityków AKN, który po latach powiedział, że gdy negocjowali przejęcie władzy, nie zdawali sobie sprawy z tego, że kluczowe kwestie to nie ustanowienie Komisji Prawdy i Pojednania, tylko właśnie sprawy gospodarcze. 

 

Afrykański Kongres Narodowy walczył o rzecz niemożliwą i w wyniku kompromisu z przedstawicielami poprzedniego reżimu przejął władzę, do czego nie był przygotowany. Jak każdy ruch wyzwoleńczy w takiej sytuacji, Kongres skupiał się na najbardziej spektakularnych, najważniejszych, jak im się wtedy wydawało, rzeczach – czyli na przejęciu i utrzymaniu władzy politycznej. To dziś może wydawać się błędem, ale nawet w 1997 roku przywódcy AKN nie byli pewni, czy białe wojsko, policja i bezpieka rzeczywiście zaakceptują nowe porządki. W 1994 roku, gdy odbywały się wybory, wybuchały bomby. Sam byłem świadkiem kilku zamachów w Johannesburgu, dokonywanych przez skrajną białą prawicę. Dzisiaj można wytykać błędy AKN, ale wtedy Kongres faktycznie musiał walczyć o władzę polityczną. Natomiast problemów gospodarczych nie doceniał. Zatem, choć przejął formalnie władzę, gospodarka wciąż pozostaje w rękach białych. A może Kongres uznał, że cierpliwości czarnej większości starczy na więcej niż te kilka lat? 

 

Nie ma szans na poprawę sytuacji czarnej większości? 

Sytuacja cały czas się poprawia, lecz dzieje się to za wolno. Gdyby rząd lub nawet Kongres, pod naciskiem frakcji populistów wpisał do programu nacjonalizację ziemi, przemysłu i kopalń, to następnego dnia inwestorzy zagraniczni uciekliby z RPA.

 

Błędem było odwoływanie się do frustracji społecznych w walkach frakcyjnych w AKN. Dopóki się do nich nie odwoływano, cierpliwość ludzi była większa. Odkąd Mandela w 2004 roku odszedł na polityczną emeryturę, nikt nie ma skrupułów, by podżegać do konfliktów.

Ale ktoś te frustracje musiał w końcu zagospodarować. 

 

To prawda i ze zrozumiałych względów biednych reprezentują komuniści i związki zawodowe, które stanowią dwie trzecie AKN. Ale chodzi o to, że Kongres w tej swojej schizofrenicznej konstrukcji musiał się kiedyś rozpaść. Proszę sobie wyobrazić sytuację, że jednego dnia sekretarz związków zawodowych domaga się od rządu ustępstw płacowych, a następnego dnia – jako rzecznik ANK – tłumaczy związkowcom, że rząd nie ma na to pieniędzy. To naprawdę się zdarzało. Po obaleniu Mbekiego z Kongresu wystąpiła frakcja liberalna. Moment rozpadu jest coraz bliższy. 

Południowoafrykańscy politycy przecenili cierpliwość biedoty, poza tym cechuje ich buta i przekonanie o własnej nieomylności. Być może do tej arogancji i stępienia wrażliwości przyczyniła się akcja afirmatywna, która z jednej strony ułatwiała awans czarnym, z drugiej zaś łatwe bogactwo powodowało, że beneficjenci akcji afirmatywnej chętnie wskakiwali w buty białej elity i przejmowali maniery swoich dawnych wrogów. Jednym z najbogatszych ludzi w RPA jest dziś syn przywódcy związków zawodowych z lat 90. Innym bardzo bogatym człowiekiem jest Sam Shilowa, którego w 1993 roku widziałem w koszulce z sierpem i młotem i w czapce leninówce, a który dziś jest wolnorynkowym liberałem. Niestety punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Gdy z fotela przywódcy związków przesiada się do fotela prezesa spółki, to siłą rzecz traci się tę wrażliwość, a przynajmniej kontakt z tym, czym naprawdę żyje południowoafrykańska ulica.

Skoro południowoafrykańscy politycy tak łatwo zapomnieli o swoim pochodzeniu klasowym, to czy istnieje dziś jakaś siła, która byłaby w stanie realnie i stabilnie reprezentować interesy biedoty? 

 

Wydaje mi się, że nie, ponieważ podział polityczny wciąż przekłada się na podział rasowy, programy są zdecydowanie mniej ważne. Program polityczny największej partii opozycyjnej, Sojuszu Demokratycznego, w zasadzie jest podobny do tego, co robi Afrykański Kongres Narodowy. Różnica polega na tym, że Sojusz Demokratyczny ma białą przywódczynię i zbiera głosy białych mieszkańców RPA, a AKN wciąż jest postrzegany jako ruch wyzwoleńczy, który przyniósł czarnej większości wolność. Każda próba formowania tworzenia partii kierujących się czymś na kształt programów, a nie kolorem skóry, do tej pory kończyła się niepowodzeniem – dlatego, że wyborcy oczekiwali jasnych różnic, chcieli głosować na swoich. Poza tym, południowoafrykańskie partie są bardziej skupione wokół przywódców, niż programów. Nie widzę, by ktokolwiek poza związkami zawodowymi, mógł reprezentować biednych czarnych.


Partia komunistyczna to przede wszystkim biali pochodzenia żydowskiego i mimo dramatycznego poszukiwania czarnoskórych przywódców, tak właśnie jest postrzegana. Zresztą komunistyczna ideologia nie była w RPA mile widziana i nawet Mandela nie palił się do sojuszu z nimi, a potem był potępiany przez swych towarzyszy za to, że komunistów bronił. 

 

Czy w takim razie rozpad AKN nie uzdrowi południowoafrykańskiej polityki i nie doprowadzi do tego, że powstaną partie polityczne, które nie będą kierować się zastałymi podziałami rasowymi, tylko ideologiami i programami? 

 

Afryka Południowa jest krajem demokratycznym, ale całkowicie zdominowanym przez jedno ugrupowanie. AKN w każdych wyborach zdobywa ponad połowę głosów. Złamanie dominacji Kongresu nie byłoby niczym złym dla południowoafrykańskiej demokracji.


Niebezpieczeństwo dostrzegam w tym, że wewnętrzna walka w Kongresie nie toczy się między umiarkowanymi frakcjami, ale między przywódcami o coraz bardziej populistycznych hasłach i bardzo nieodpowiedzialnym podejściu do polityki. Obawiam się, że dekompozycja AKN mogłaby się skończyć zabójczą dla RPA wojną między komunistami i związkami, które władzy raczej nie zdobędą, a populistycznymi nacjonalistami dowodzonymi przez obecnego szefa młodzieżówki Juliusa Malemę. Niech pan sobie wyobrazi, że szefami największych partii w Polsce są Janusz Palikot i Jacek Kurski. To mogłoby przestraszyć - już nawet nie zagraniczny - prywatny kapitał, który w RPA wciąż w dużej mierze pozostaje w rękach białych i który w dzisiejszych czasach nie musi być przywiązany do żadnego kraju. Takie rozbuchanie nastrojów z pewnością przyspieszyłoby eksodus białych mieszkańców RPA, którzy już wyjeżdżają do USA, Europy czy Australii. To nie są tylko statystyki demograficzne, ponieważ każdy taki wyjazd jest uszczerbkiem dla kadry profesjonalistów w Południowej Afryce - biali wciąż są lepiej wykształceni.
Gdyby doszło do takiej wojny, RPA utraciłaby wszystko to, co udało się wypracować za prezydentury Mandeli, czy nawet Mbekiego, choć jego rządy były już bardzo kalekie. 

 

*Wojciech Jagielski  – dziennikarz „Gazety Wyborczej”, korespondent z krajów afrykańskich i Azji Środkowej.

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 11.09.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.07426 Seconds