NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Ilkowski, Kozłowski, Ostrowski: Studenci jak hamburgery Drukuj
Filip Ilkowski, Janusz Ostrowski, Tomasz Kozłowski   
16.02.2011

Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Od jakiegoś czasu mówi się o „potrzebie zmian w edukacji wyższej”. W Dniu Edukacji Narodowej przeglądałem ogólnopolskie dzienniki. Do tej pory pamiętam, że tylko w jednym z nich trafiłem na tekst poświęcony wyższym uczelniom. Znajdował się w dodatku „Moja Firma”. Czy to coś mówi o dzisiejszym sposobie myślenia o edukacji wyższej w Polsce?


Dr Filip Ilkowski*: Zdecydowanie tak. W przygotowanym przez minister Barbarę Kudrycką projekcie zmian w szkolnictwie wyższym rzuca się w oczy przede wszystkim ogromny wzrost znaczenia kręgów biznesowych w szkolnictwie. Art. 4, ust. 4 projektu zmian ustawy jasno mówi, że organizacje pracodawców będą miały wpływ na kształt programów nauczania i proces dydaktyczny. Ponadto w radzie, która ma być centralnym ciałem w szkolnictwie wyższym, będzie zasiadać więcej przedstawicieli organizacji pracodawców (czterech) niż przedstawicieli studentów (trzech). Wszystko zmierza do większego podporządkowania szkolnictwa wyższego doraźnym interesom biznesmenów. Powinniśmy zdecydowanie protestować przeciw zjawisku, które można nazwać makdonaldyzacją edukacji – gdzie studenci, niczym hamburgery, traktowani są jak produkty wyrzucane na rynek.


Dr Janusz Ostrowski*: Rzecz wiąże się z ogólną tendencją do komercjalizacji, utowarowienia czy też bazarowo-knajackiego liberalizmu promowanego przez część Platformy Obywatelskiej, której grozi jakieś demencyjne besserwisserstwo. Podam być może drobny, ale znamienny przykład. Otóż wedle projektu pani minister Kudryckiej (vel Ernst&Young) rektor może zatrudnić na stanowisku profesora osobę nieposiadającą habilitacji, jeśli kierowała ona „za granicą” zespołami badawczymi. Przy całym szacunku dla tych, którzy takimi projektami kierują (tym bardziej „za granicą”), należy powiedzieć, że w dużej mierze owo kierowanie polega na elementarnych formach zarządzania, choćby kalkulacji kosztów, przysłowiowym liczeniu słupków. Oznacza to, że ukoronowaniem kariery naukowej jest status menadżera! Ten drobny zapis jest o tyle symboliczny, że pokazuje podważenie sensu tego, czym jest szkolnictwo wyższe i badania naukowe. Klasyczny humboldtowski model szkolnictwa wyższego oparty na jedności dydaktyki i badań, będący podstawą nowoczesnego europejskiego uniwersytetu, jest odsyłany do lamusa. Projektowi minister Kudryckiej przyświeca dogmat menadżmentu, przyjmowany zgoła bezkrytycznie, bez znajomości tradycji i fundamentalnych założeń instytucji, którą chce niby-reformować. De facto stawia na jej likwidację, przekształcenie w firmę generującą szybkie zyski. 


Wiadomo, że minister Kudrycka jest związana z prywatną Wyższą Szkołą Administracji Publicznej w Białymstoku. Państwa zdaniem ma to wpływ na jej pomysły?


Ostrowski: Niezależnie od niejasnej struktury właścicielskiej WSAP – o czym pisała na przykład „Rzeczpospolita” i „Polityka” – można domniemywać, że jest to, powiedzmy, przedsięwzięcie edukacyjne o charakterze zgoła komercyjnym, traktowane jak przedsiębiorstwo, które w lansowanej obecnie nowomowie „parametryzuje się” na podstawie dochodu, jaki przynosi. Nie oskarżam minister Kudryckiej o to, że reprezentuje jakieś demoniczne siły, ale jej sytuacja osobista – byłej rektor czy prezydent i aktualnej profesor WSAP - wyznacza wąską perspektywę, z której spogląda na procesy modernizacji szkolnictwa wyższego w krajach Unii Europejskiej. Chodzi o perspektywę kogoś, komu pojęcia szkoły wyższej, edukacji i badań kojarzą się nie z tradycją sięgającą uniwersytetu założonego w Berlinie przez Wilhelma von Humboldta, nie wspominając nawet o Platońskiej Akademii czy Liceum Arystotelesa – takie odniesienia mogą u niej wzbudzić tylko uśmiech politowania – ale po prostu z dochodem, kalkulacją nakładów i kosztów, kojarzą się z „biznes planem”, stanowiącym serce projektowanej reformy. Owemu reformatorskiemu sercu pani minister szkolnictwo niepubliczne musi być przeto niezmiernie bliskie.  

 

Na przykład jakiś czas temu  mówiło się, że środki unijne na granty badawcze rozdysponowano w sposób wyraźnie preferujący uczelnie niepubliczne. Zresztą takie zapisy, jak ten o ograniczeniu bezpłatnego studiowania na więcej niż jednym kierunku studiów, uderzają w ideę uniwersytetu i kształcenia uniwersyteckiego, szczególnie na poziomie nauk społecznych i humanistycznych, choć także matematyczno-przyrodniczych. Zapisy te więcej mówią o prawdziwych intencjach projektu niż fasadowa gadanina o interdyscyplinarności badań i wykształcenia, służąc lobby uczelni niepublicznych, które odczuwają już skutki niżu demograficznego. 

 

Panuje też opinia, że minister Kudrycka ów niespójny, wewnętrznie sprzeczny projekt skierowała na posiedzenie rządu i przepchnęła do Sejmu, bo olbrzymie pieniądze za jego przygotowanie zainkasowała korporacja Ernst&Young. Gdyby ta korporacyjna twórczość trafiła tylko do ministerialnej szuflady, sprawa zakończyłaby się skandalem. Już pojawiły się głosy, że prokurator powinien zbadać, jak w dobie kryzysu pani minister wydaje publiczne pieniądze (oczywiście, w imię oszczędności). A przecież istnieje projekt Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, którego – abstrahując od jego zalet i wad oceny – minister Kudrycka w ogóle nie bierze pod uwagę.


Dr Tomasz Kozłowski*: Trzeba pamiętać, że mówimy o bardzo ważnym akcie prawnym, tak w kontekście państwowym, jak i unijnym czy globalnym. To jest również papierek lakmusowy pokazujący, co się dzieje z Polską. Tak ważna ustawa, szumnie zapowiadana przez ministerstwo właściwie od momentu objęcia urzędu przez prof. Kudrycką, zostaje przedstawiona i szybko przepchnięta na posiedzeniach Rady Ministrów i trafia do parlamentu. Ta sprawa powinna być zupełnie inaczej poprowadzona, trzeba by zacząć od potrzeb formułowanych przez wiodące uniwersytety, uwzględniających postulaty samorządów studenckich, analizy najlepszych rynków edukacyjnych prowadzone w kontekście polskich uwarunkowań, analizy prognoz rozwojowych rynku globalnego, studia z zakresu zarówno ekonomicznej analizy prawa, jak i klasycznej filozofii prawa w sensie formułowania idei strukturalnych itd.


Poza tym ministerstwo stworzyło wrażenie, że uniwersytety są jakimś hamulcem rozwoju naszego kraju, a minister Kudrycka z firmą Ernst&Young niesie kaganek oświaty na uniwersytety. W polskiej nauce, przy wszystkich jej kłopotach i niedoinwestowaniu, w ciągu ostatnich 20 lat dokonały się rzeczy naprawdę dobre. Mamy wzrost studentów z niecałych 500 tys. do 2 milionów. Miałem przyjemność być założycielem pierwszego w Polsce Centrum Prawa Angielskiego i Europejskiego, jednostki wspólnej Uniwersytu Warszawskiego i Cambridge University, czyli absolutnej premiere league jeśli chodzi o nauki humanistyczne. Potem powstały inne podobne instytucje. I to w ramach już obowiązującego modelu. W oświadczeniach minister Kudryckiej nie widzę tych pozytywnych przykładów. Trzeba zobaczyć, jakie były mechanizmy blokujące osiągnięcia, ale o osiągnięciach nie wolno milczeć. By ująć to dosadniej: obowiązkiem pani minister jest służba publiczna, również na rzecz uniwersytetów. To my na uniwersytetach, w ramach wolności nauki na podstawie wolnej umowy ze studentami, wyznaczamy standardy naukowe, a nie pani minister. Na takim modelu opierają się również uniwersytety amerykańskie.


Mówi się, że amerykańskie uczelnie są takie dobre dlatego, że są prywatne i płatne. Część z nich działa jak przedsiębiorstwa biznesowe.


Kozłowski: Ale w Stanach Zjednoczonych istnieje silne społeczeństwo obywatelskie. W USA absolwent szkoły wyższej, który się dorobił, przekazuje ogromne sumy na rzecz swojej alma mater. To jest wpisane w tamtejsze społeczne realia. Być może trzeba się zastanowić, jak stworzyć takie mechanizmy w Polsce. W projekcie minister Kudryckiej pomysłów na to nie ma.


Ostrowski: Może trzeba się zastanowić, czy w ogóle da się to w Polsce zrobić. Propozycja ministerstwa polega na mechanicznym przeniesieniu pewnych wzorców w kompletnie inny kontekst społeczny. U nas nie ma stowarzyszeń absolwentów przekazujących środki na rzecz swoich uczelni. Nie spotkałem się z żadną katedrą, nie mówiąc o instytucie, która zostałaby ufundowana przez biznesmena, który dorobił się na produkcji, dajmy na to, wędlin. Model europejski jest zupełnie inny. Tu dominują uczelnie publiczne. Proszę mi podać przykłady niewyznaniowych i niezwiązanych ze strukturami w rodzaju izb handlowych, prestiżowych niepublicznych szkół wyższych w Europie Zachodniej. Nie ma takich szkół. To nie jest czysta sfera usług, tu nie mamy do czynienia z produkcją coca-coli, tylko z badaniami i z dydaktyką. Jeśli minister Kudrycka przechwala się, że pod względem liczby wyższych uczelni niemalże dorównujemy Chinom i bijemy na głowę wszystkie kraje Unii Europejskiej razem wzięte, jeśli nie dostrzega, że ta sytuacja wyrasta ze swoistego uwłaszczenia „nomenklatury akademickiej”, to nie można się dziwić, że lansuje taką właśnie reformę, która stanowi kolejny etap tego procesu – choć tym razem o nieodwracalnie destrukcyjnych skutkach.Moim zdaniem to, że mamy w Polsce do czynienia z taką liczbą szkół wyższych niepublicznych, prowadzi do inflacji wiedzy i zaniżenia poziomu edukacji. Polska jest liderem Unii Europejskiej, jeśli chodzi o ilość niepublicznych wyższych uczelni. To daje do myślenia i świadczy o jakiejś patologii.


Ilkowski: Obecny projekt zmian – a także to, co się robi w szkolnictwie wyższym w ostatnich dwudziestu latach – prowadzone jest w oderwaniu od procesów zachodzących w społeczeństwie. Transformacja zaowocowała między innymi ogromnym wzrostem liczby studentów, co samo w sobie jest pozytywnym zjawiskiem. Natomiast w konkretnych polskich warunkach nie jest to takie jednoznaczne, bo wiązało się z olbrzymim bezrobociem wśród młodzieży. Pójście na studia w momencie, gdy nie było możliwości znalezienia zatrudnienia, opóźniało wejście na rynek pracy i dawało nadzieję na podniesienia statusu społecznego. Ten sukces wynikał w dużej mierze z porażki innych dróg rozwoju dla młodych ludzi. Doszło do tego, że studia wyższe nie gwarantują znalezienia pracy. Za pięciokrotnym wzrostem liczby studentów nie szedł równie szybki wzrost liczebności kadry dydaktycznej (od początku lat 90. raptem o 33 proc.) ani nakładów na naukę. Obecnie relatywne wydatki na szkolnictwo wyższe, liczone jako procent PKB, są niższe niż 20 lat temu, spadając z poziomu 1, 11 % do 0, 88 %.


Pobawię się w adwokata diabła. Czy zarabianie na nauce i współpraca z biznesem to coś złego?


Kozłowski: Nie jest tak, że my jako naukowcy odrzucamy zarabianie pieniędzy. My po prostu chcemy niezależności i wolności badań naukowych.Po pierwsze zarabianie na edukacji jest jedną z prostszych rzeczy. Kiedyś proponowano mi przekształcenie Centrum Prawa Angielskiego i Europejskiego w placówkę prywatną. Odmówiłem, chciałem, by była to publiczna, niezależna instytucja badawcza. Im bardziej edukacja poddana jest prawom rynku i sprzedawana jako towar, tym staje się gorsza, aż do sytuacji, w której sprzedaje się dyplomy. Po drugie zarabianie na styku uniwersytet-biznes, nawet na wydziałach humanistycznych, jest bardzo proste. Wystarczy iść na ustępstwa. Przykład: współpracuję z firmą X i robię dla niej badania. Za kilka lat publicznie wypowiadam się w jej interesie lub tworzę ekspertyzę, która jest korzystna dla tej firmy.

Nie chcę powiedzieć, że naukowcy nie powinni współpracować z biznesem, ale trzeba pamiętać, że tu zawsze wchodzimy na grząski grunt, dlatego jakąkolwiek instytucjonalizację tego typu praktyk trzeba przeprowadzać bardzo uważnie.


Ostrowski: Amerykańskie uczelnie współpracują z biznesem, ale nikt tam nie mówi, że nauki społeczne, szeroko rozumiana humanistyka, to w jakimkolwiek sensie element procesów ekonomicznych, składnik tak zwanych sił wytwórczych. Operując „dawną nowomową” (która najwyraźniej w ogóle nie zestarzała się w korporacyjnej mentalności macherów z polskich brygad Ernst&Young), daje się krótko zdefiniować polityczny biznes plan minister Kudryckiej: uprawianie nauki musi stać się elementem sił wytwórczych, a system edukacyjny jako część społecznej „nadbudowy” należy sfunkcjonalizować pod kątem warunków reprodukcji „bazy”. „Neoliberalna” minister Kudrycka chce dostosować szkolnictwo wyższe do wymogów „bazy” ekonomicznej – rozumuje więc po stalinowsku, chociaż zapewne o tym nie wie. Stalinowskie szkolnictwo wyższe było zorientowane na potrzeby kapitalizmu państwowego, podczas gdy profesor Kudrycka chce je zredukować do wymogów kapitalizmu wolnorynkowego. Nie wiem tylko, czy propagowanie stalinizmu przez panią minister zgodne jest z konstytucją RP.


Ilkowski: Amerykański model jest bardzo zróżnicowany. Wskaźnik skolaryzacji jest bardzo duży, ale spora część uczelni to są szkółki niedzielne o bardzo niskim poziomie. Jest to odtwarzanie kadr dla biznesu, który kształci wąsko wyspecjalizowaną siłę roboczą dla samego siebie. I to spotkało się z protestami przeciwko robieniu z uczelni fabryk wiedzy.


Wrócę do inflacji wykształcenia. Może komercjalizacja i odpłatność studiów byłyby sposobem na ograniczenie liczby studentów? Postulat odpłatności też się pojawia w propozycji MNiSW.


Ilkowski: Ale my nie chcemy ograniczać liczby studentów, tylko chcemy, żeby ludzie studiowali w dobrych warunkach, żeby byli podmiotami, mogli podążać za własnymi zainteresowaniami. Pomysł odpłatności za drugi kierunek studiów uderza w nauki humanistyczne, w których granice między działami są dość płynne. Podawane argumenty za odpłatnością są wyjątkowo obłudne. Mówi się, że skoro studenci i tak w większości pochodzą z rodzin uprzywilejowanych, to powinniśmy wprowadzić opłaty. Gdy Stalin wprowadzał czesne w ZSRR w 1940 roku, to tłumaczył, że ogólne bogactwo społeczne wzrosło, więc ludzi stać na płacenie. Zamiast pomyśleć, jak zwiększyć dostęp do edukacji wyższej osób z nizin społecznych, myśli się o skasowaniu ostatnich elementów równości, rzekomo w imię równości.


Ostrowski: „Reforma” szkolnictwa wyższego jest przygotowywana w oderwaniu od ogólnej sytuacji szkolnictwa w Polsce. Istnieje Polska A, B, być może, także C i D. Zamiast prowadzić świadomą politykę oświatową, obejmującą całościowo proces edukacyjny od najmłodszych lat po studia wyższe, słuchamy argumentów, że na studia dzienne na uczelniach publicznych dostają się osoby z owej Polski A, w związku z czym należy wprowadzić odpłatność dla wszystkich, bo to jest sprawiedliwe. Czy, mówiąc metaforycznie, sytuacja Janka Muzykanta zmieni się, gdy on i jego rówieśnik z bogatej rodziny będą musieli płacić za studia? Nie, bo on nadal będzie funkcjonował w tej gorszej Polsce. Ta kwestia w gruncie rzecz dotyczy legitymizacji liberalno-demokratycznego państwa praworządnego. Jego podstawą jest zasada równości szans. Odpłatność za studia spowoduje, że jeśli ktoś będzie dysponował odpowiednimi środkami, to będzie studiował, co, rzecz jasna, nie tylko nie zmieni sytuacji, w której masowo dziedziczy się wykluczenie edukacyjne, ale pogorszy ją, de facto likwidując równość szans już na elementarnym poziomie ekonomicznym związanym z pochodzeniem społeczno-regionalnym.


Wiele osób krytykuje proces boloński, uważając, że również przyczynia się do negatywnych tendencji w szkolnictwie wyższym.


Ilkowski: To prawda. Proces boloński doprowadził do tego, że doktoranci są traktowani jako studenci, a nie jako młodsi pracownicy naukowi. Do tego doktoranci na wielu wydziałach nie mają w ogóle stypendiów, więc muszą pracować poza uniwersytetem. Proponowane przez minister Kudrycką zmiany tylko ten stan rzeczy konserwują.


Proces boloński wiąże się też z rosnącą biurokratyzacją, pracownicy mają coraz więcej papierków do wypełniania. Do tego dochodzi absurdalna standaryzacja. Jako wykładowcy musimy oceniać, ile czasu student ma poświęcić na przygotowanie się do zajęć, co jest biurokratyczną fikcją.


Kozłowski: Odwrotna tendencja jest w Stanach. Od kolegów z USA wiem, że powoli zaczyna się odchodzić od systemu filadelfijskiego, czyli gradacji pism naukowych pod względem prestiżu. Najnowszy pomysł na naukę w Stanach to jest jej odformalizowanie.


Ostrowski: W Polsce na negatywne zjawiska związane z procesem bolońskim nakłada się wewnętrzny problem, jakim jest niesłychanie silne lobby uczelni niepublicznych, którym bardziej opłaca się generować własną kadrę naukową, niż ściągać ją z uczelni publicznych. To prowadzi do sytuacji, w której powstają kolejne tak zwane punktowane czasopisma, a zamieszczenie w nich dwóch, trzech artykułów „parametryzuje się” w taki sposób, że „warte” są one tyle, co napisanie dobrej książki. Ale ocena wartości książki wymaga już skomplikowanej procedury – choćby w ramach obecnego systemu habilitacyjnego. Dlatego w nowej ustawie usiłuje się od niego odejść. Wkrótce awans naukowo-etatowy będzie wiązał się z prostym sumowaniem punktów; czytanie tekstów przez różne gremia stanie się zbędne. Taki system zniechęci do pisania dużych prac naukowych, bo to przestanie się opłacać! Minister Kudrycka – niezależnie od intencji - stanie się symbolem śmierci polskiej humanistyki. Czy rzeczywiście chcemy mieć doktorów habilitowanych, a nawet profesorów w zakresie nauk humanistycznych, bez ich książek na bibliotecznej półce? 


Ilkowski: Jednym z argumentów na rzecz komercjalizacji jest to, że ma ona odbiurokratyzować edukację wyższą. Jednak widzimy, że to bzdura, bo postępuje i komercjalizacja, i biurokratyzacja. Komercjalizacja staje się coraz częstsza w innych krajach i w wielu miejscach to spotyka się z protestami studentów. W Polsce te protesty dopiero się zaczynają.


Na jesieni Związek Nauczycielstwa Polskiego miał zorganizować demonstrację przeciw komercjalizacji i niedofinansowaniu szkolnictwa wyższego. Nie odbyła się. Teraz też głównie protestują studenci, ale jest ich niewielu.


Ilkowski: Z powodu żałoby ogłoszonej w województwie mazowieckim centrala naciskała na nas, byśmy przełożyli demonstrację.


Ostrowski: Niestety, zmiany w szkolnictwie wyższym dokonują się przy zaskakującej bierności społecznej. Jakbyśmy wstydzili się protestować przeciwko urynkowieniu edukacji, jakby protest miałby być przyznaniem, że nie radzimy sobie w wyścigu szczurów. Kiedy kilka lat temu w Grecji powstał projekt ustawy dopuszczający powstawanie uczelni prywatnych, studenci wyszli na ulice, gwałtownie protestując, gdyż słusznie uważali, że logiczną konsekwencją stanie się komercjalizacja studiów i odpłatność. Dopóki nie zacznie się traktować protestów społecznych, także obywatelskiego nieposłuszeństwa, jako naturalnych reguł gry, dopóty na zlecenie ministerialnych mecenasów prywatne firmy w rodzaju Ernst&Young będą w Rzeczpospolitej pisać ustawy i rządzić, bawiąc się w globalną inżynierię społeczną. A wszak w Polsce nie tylko od Karla Poppera nauczyliśmy się, jak katastrofalnie kończy się taka radosna twórczość janczarów postępu.


dr Filip Ilkowski  – członek Rady Zakładowej Związku Nauczycielstwa Polskiego w Uniwersytecie Warszawskim, działacz Pracowniczej Demokracji i Inicjatywy Stop Wojnie, wykłada na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.


dr Janusz Ostrowski  – członek redakcji „Kronosa”, wykłada filozofię społeczną i filozofię prawa w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego.


dr Tomasz Kozłowski  – członek ZNP, zajmuje się filozofią prawa, common law oraz prawodawstwem unijnym na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

 

 

 

Komentarze
Dodaj nowy
Mandark  - protesty   |18.02.2011 23:26:41
Pisać to ludzie związani z KP lubią (zwłaszcza kiedy nie trzeba się wysilić na
konkrety, o czym świadczy ten tekst), ale czy na protestach organizowanych przez
DZS ktoś się od was pojawił? Zrobiliście coś, żeby tę akcję rozreklamować?
janostas  - Bełkot   |22.02.2011 11:37:22
Śmiech mnie pusty ogarnia, kiey słyszę teksty w stylu niesłychanie silne lobby uczelni prywatnych albo że uczelnie prywatne są przyczyną inflacji wiedzy. Czemu do dyskusji
nie został zaproszony nikt z uczelni prywatnych, ale
takich "naprawdę", które nie są przybudówką dorabiających
sobie na boku Panów z uniwersytetu. Dzisiaj jest tak, że to właśnie
państwowe uniwersytety mają monopol na pieniądze i jest im wygodnie,
żeby uczelnie prywatne miały niski poziom, bo pracownicy (szczególnie z
wydziałów humanistycznych)mogą sobie tam do woli dorabiać bez obawy,
że ich ktoś zwolni za to, że mają wszystko w tyłku. Niech sobie jeden z
drugim zobaczy, jak to dobrze rywalizować z komunistycznym państwowym
uniwersytetem, który za pieniądze podatników produkuje chłam edukacyjny
w otoczce humboldtowskiej. Reforma Kudryckiej jest powierzchowna i
wybiórcza, ale to co prezentują dyskutanci jest powierzchowne i wybiórcze
do sześcianu.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 16.02.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.13083 Seconds