NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Gdula: Wizerunki zamiast argumentów Drukuj
Z Maciejem Gdulą rozmawia Magdalena Błędowska   
20.07.2011

billboard120.jpgMagdalena Błędowska, Krytyka Polityczna: Trybunał Konstytucyjny ogłosił wyrok w sprawie zakwestionowanych przez PiS przepisów nowego kodeksu wyborczego, który miał obowiązywać od jesiennych wyborów parlamentarnych. Uznał m.in. za niekonstytucyjny zakaz płatnych spotów wyborczych i partyjnych billboardów. Jak odebrałeś tę decyzję?

Maciej Gdula: Liczyłem, że z tych zaskarżonych zmian w kodeksie akurat zakaz kampanii medialnych i wielkoformatowych reklam wyborczych zostanie utrzymany. Przede wszystkim dlatego, że przepis ten mógł choć trochę wpłynąć na sposób funkcjonowania polskiej polityki. Warto się zastanowić, co tak naprawdę dały nam kampanie medialne – moim zdanie nie sprawiły, że polska polityka stała się lepsza. Wręcz przeciwnie: raczej nas ogłupiały, drenowały ludzi zainteresowanych działaniem politycznym. Decyzja Trybunału utrzymuje status quo, czyli tendencję, że polityka jest od nas coraz dalej i jest w niej coraz mniej argumentów, a coraz więcej emocji.

Co do wyjaławiającego wpływu wielkich kampanii na debatę publiczną nie ma sporu. Chciałabym jednak przyjrzeć się bliżej argumentacji PiS, która stała za zaskarżeniem tego zakazu. Z jednej strony można się uśmiechnąć, słysząc skargi drugiej najsilniejszej w Polsce partii, której działacze non stop obecni są w mediach, że ich wolność wypowiedzi jest ograniczana. Ale czy nie ma w tym mimo wszystko jakiegoś racjonalnego jądra? Czy nie jest tak, że Platforma, jako partia rządząca, ma z założenia przewagę informacyjną i ograniczenie opozycji dostępu do mediów uczyniłoby polityczny przekaz w Polsce właściwie jednogłosowym?

Tu są dwa wątki. Pierwszy dotyczy tego, na ile ten zapis zmieniłby konkretną kampanię wyborczą w 2011 roku, prowadzoną w obecnym układzie politycznym. Mam wrażenie, że – paradoksalnie – utrzymanie tego zakazu byłoby bardzo na rękę Prawu i Sprawiedliwości. Pojawienie się przekonania, że oto opozycji nakłada się kaganiec, byłoby dla niego bardzo korzystne. PiS wcale nie potrzebuje przestrzeni do wyrażania swoich poglądów, bo nie ma żadnych wyraźnych poglądów. Nie widzę w przekazie tej partii spójnego projektu politycznego, pomysłu na Polskę, który bardzo by się różnił od tego, z którym szła do wyborów w 2007 roku. PiS jest partią ofiar, buduje swoją pozycję na odgrywaniu umęczonej opozycji. Mogłaby uznać Trybunał za kolejną gnębiącą ją instytucję. A tak ma problem: będzie musiała zrobić „normalną” dużą kampanię i budować jakiś przekaz. Choć myślę, że nie jest do tego zdolna, jest w coraz większej rozsypce.

A jaka była kalkulacja PO? Czy za – skądinąd słusznym – argumentem, że zakaz płatnych spotów i billboardów ograniczy marnotrawienie publicznych środków i umerytoryczni polityczną debatę, nie kryło się cyniczne przekonanie, że „nic na tym nie stracimy”, bo i tak z racji pełnionych funkcji, a także poglądów dużej części mediów mamy zapewnioną w nich obecność?

To jest właśnie drugi problem: na ile w ogóle ograniczenie kampanii medialnej i billboardowej ustanawia automatycznie dominację partii rządzącej? Teoretycznie kiedy nie ma możliwości wykupienia dodatkowego czasu antenowego i powierzchni na billboardach, rządzący, którzy i tak cały czas pojawiają się w mediach, mają lepszą pozycję. Ale to działa tylko w sytuacji, kiedy przekaz medialny jest homogeniczny, wszystkie kanały nadają mniej więcej to samo i nie ma możliwości tworzenia alternatywnych źródeł informacji. Tak w Polsce nie jest, czego dowodzi wielki sukces „Gazety Polskiej” i „Uważam Rze”. Choć oczywiście najlepiej by było, gdyby funkcjonowały pluralistyczne media publiczne, dbające o w miarę równy przekaz. Poza tym, gdy sytuacja w kraju jest w miarę stabilna, pojawianie się rządzących w mediach jest im na rękę. Jeśli jednak sytuacja się odwraca i ludzie uważają, że kraj jest rządzony źle, to publiczna obecność władzy działa na jej niekorzyść. Tak więc to wcale nie jest takie oczywiste, że jak kogoś jest dużo w mediach, to dobrze mu to robi.

Powiedziałeś, że PiS-owi na rękę byłaby raczej porażka w tej sprawie – na razie jednak triumfują. I chyba mają powód, bo Trybunał, twierdząc, że zakaz kampanii medialnych i billboardowych ogranicza prawo obywateli i partii do informacji, właściwie uznał ich racje. Wyszło więc trochę na to, że wolność wyrażania poglądów w Polsce i równość udziału w debacie publicznej mierzy się tym, czy reklamówki PiS są w telewizji i na ulicach…

Zgadza się, ale ten wątek da się eksploatować najwyżej przez tydzień: że Trybunał de facto potwierdził, że to PiS miał rację, a z drugiej strony, że Platforma chciała jakoś naruszyć wolność słowa, dostęp do informacji itd. Ale po tym tygodniu trzeba będzie coś w tę przestrzeń medialną wrzucić. I to będzie duży problem dla PiS-u. Niedawna „kampania informacyjna” potwierdziła, że Jarosław Kaczyński nie za bardzo ma o czym mówić. Będzie podejmował jakieś decyzje, ale nie wiadomo jakie, oprócz tego, że mają być odważne.

Chodziło mi bardziej o psychologiczny efekt tego wyroku TK: czy nie utwierdza on potocznego przekonania, że do prawdziwej debaty politycznej wystarcza głos mainstreamowych partii, choćby w postaci reklam.

Rzeczywiście, ten wyrok stabilizuje sytuację na rynku politycznym. Możemy się spodziewać, że partie zadzwonią do sprawdzonych speców od wizerunku i kampanię zrobi się mniej więcej podobnie jak siedem poprzednich. Nie zapominajmy też o prezencie, którym kampania jest dla komercyjnych mediów – one też są elementem tego układu.

Dodajmy, że nie zmienią się relacje między samymi partiami. Utrzymanie zakazu reklam wyborczych automatycznie budowałoby mocny podział między rządzącymi i opozycją, co pokazała „kampania informacyjna”. PiS i SLD zdecydowały się na nią, bo bały się, że zmiana w kodeksie wyborczym ograniczy im komunikację z wyborcami w starym stylu, do tego chciały zagrać na tym napięciu związanym z łamaniem przepisów – być taką niesforną opozycją. A tak, skoro nic się nie zmieniło, SLD będzie się przesuwać w stronę PO i kampania rozegra się według scenariusza „PiS kontra reszta świata”. To jest mało pociągające i bardzo przewidywalne, za to na rękę Tuskowi.

A może nie warto było się łudzić, że oficjalny zakaz spotów i billboardów cokolwiek zmieni w polskiej polityce, skoro przy okazji „kampanii informacyjnej” mieliśmy pokaz tego, jak sprytnie partie potrafią go obejść?

Zgoda, jeśli chodzi o tę zbliżającą się kampanię: toczyłaby się ona właśnie według schematu naginania przepisów, puszczania oka. Ale tego nie dałoby się już zrobić w następnej, która siłą rzeczy byłaby lepsza. Musiałaby przebiegać według innej logiki, bo nie da się robić ciągle tych samych sztuczek, tak jak reklamy piwa „bezalkoholowego” nie mogą być wiecznie pociągające dla publiczności.

Naprawdę uważam, że wciąganie ludzi do kampanii, choćby poprzez wieszanie plakatów, niweluje ten fatalny w skutkach dystans między nami a politykami. Nie twierdzę, że bezpośrednia kampania jest lekiem na wszystko, ale mimo wszystko bardziej angażuje, zmusza wyborców do opowiedzenia się po którejś stronie, nie pozwala być zupełnie obojętnym i traktować polityków jako oddalonej, skorumpowanej grupy, na którą można tylko pluć. Bardziej wymagające warunki prowadzenia polityki są dla społeczeństwa lepsze.

A czy z punktu widzenia kogoś, kto dystansuje się od głównego, w dużej mierze sztucznie wykreowanego sporu politycznego między PO i PiS, jest sens zajmować się „odgórnym” regulowaniem sceny politycznej w Polsce? Może bardziej racjonalna jest oddolna presja, za pomocą ruchów społecznych i kongresów obywatelskich, bo kodeks wyborczy czy ordynacja jakości polskiej polityki i tak nie zmienią.

Pytanie, czy to rzeczywiście jest taka wyraźna alternatywa: partie albo ruchy oddolne. Ja jej nie widzę. Dużo łatwiej będzie działać oddolnie, jeśli będzie się miało cywilizowanych partyjnych partnerów, którzy też mają „doły”: aktywistów, plakaciarzy. Dużo łatwiej będzie prowadzić debatę publiczną, także tę oddolną, „na ulicy”, jeśli partie „odgórnie” zostaną zmuszone do używania raczej argumentów niż wizerunków. Tak więc tego typu zmiany w przepisach byłyby pozytywnym wzmocnieniem dla obu stron.

  

Komentarze
Dodaj nowy
Jazkotkiem  - Na szczecie jest Internet   |22.07.2011 13:12:55
Wczoraj kontemplując lubelskie ulice uświadomiłam sobie, że zaraz będzie
brzydko, będą tektury z naklejonymi plakatami pouwiązywane drutem do słupów i
ogrodzeń. Po porostu brzydko i pstrokato. Na szczecie jest Internet i na tych
plakatach pojawią się adresy stron internetowych, na których będzie można
poznać kandydata bliżej, może nawet się dowiedzieć o jakimś spotkaniu, zadać
pytania.
Jazkotkiem  - Internet   |22.07.2011 13:25:20
Wczoraj kontemplując lubelskie ulice uświadomiłam sobie, że zaraz będzie
brzydko, będą tektury z naklejonymi plakatami pouwiązywane drutem do słupów i
ogrodzeń. Po porostu brzydko i pstrokato. Na szczecie jest Internet i na tych
plakatach pojawią się adresy stron internetowych, na których będzie można
poznać kandydata bliżej, może nawet się dowiedzieć o jakimś spotkaniu, zadać
pytania.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 20.07.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.02426 Seconds