Katarzyna Fidos, Krytyka Polityczna: Czy zauważyła Pani, że skończyła się żałoba narodowa?
Nie. Może dlatego, że nie oglądam telewizji ani nie słucham radia. Wychodzę z założenia, że jeśli coś ważnego się dzieje, to ludzie mi powiedzą. O katastrofie dowiedziałam się od moich studentów. Jedyne, co słyszę, to komentarze na temat przebiegu żałoby, nie jej końca. Odwiedziłam przyjaciółkę mojej niedawno zmarłej mamy. Do obiadu włączyła telewizor i zauważyłam jak to, co ludzie mówią między sobą, poza oficjalnym obiegiem, różni się od tego, co się odbywa na ekranie. To jest nadzwyczajne.
Na czym polega różnica?
Ludzie mówią o racjonalnych przyczynach katastrofy. Zastanawiają się, czy pilot mógł być pod presją i dokonać próby lądowania wbrew własnemu rozsądkowi. Słychać też pytania, skąd ktoś ma tyle wolnego czasu, żeby stać po dziesięć godzin w kolejce do trumny pod Pałacem Prezydenckim. Otwarcie mówi się o tym, że władzę nad formą obchodzenia żałoby przejął Kościół. Można usłyszeć też dowcipy typu: „Nowe danie w menu? Kaczka po Smoleńsku”. Nie chodzi o to, że lud jest bez serca, tylko o to, żeby odreagować nadmiar celebracji.
Zaczynamy się rozliczać. Pojawiają się pytania o właściwe przeżywanie żałoby, wymienia się Nas i Was. Zastanawiam się, gdzie przebiega linia podziału? My, czyli poprawni? Wkrótce wygrani? I wy, czyli ci, którzy analizowali to wydarzenie z perspektywy racjonalnej…
…i tym samym złożyli świadectwo własnej niestosowności. Sąsiad opowiedział mi o dziennikarkach płaczących w telewizji. Pytał, po co one to robiły. Nie ujmując autentyczności przeżycia, mam wrażenie, iż rozpłakanie się w telewizji pozostanie dowodem, że się tę żałobę przeżyło stosownie.
Żałoba to bardzo niebezpieczny stan ducha. Czyni nas egotykami. Osoba w żałobie może pozwolić sobie na zachowania skrajne, także niesprawiedliwe i aroganckie. Może się spodziewać, że ujdą jej one na sucho, bo doświadczyła straty. Psychologia uczy, że są dwie podstawowe reakcje na żałobę. Jedną jest wyobcowanie ze świata żywych, czyli depresja. Ale można też zareagować neurotycznie i chcieć kogoś pobić. Tylko najpierw trzeba określić przeciwnika. To ten, który się wyśmiewał z Kaczyńskiego, nie doceniał go w przeszłości. A dziś, proszę, stał się odpowiedzialny za jego śmierć. W czerwcu okaże się, czy skończy się na dzieleniu, czy PiS znajdzie sposób, żeby tych, którzy żałobę przeżywali nieodpowiednio, jakoś dodatkowo „pobić”.
Czy to wszystko oznacza, że jesteśmy zmęczeni ponoszeniem odpowiedzialności za nasze decyzje polityczne? Kilka razy nam się nie udało. Zmęczyliśmy się demokracją?
Demokracja się nie udaje. Przyjemniej jest żyć w państwie totalitarnym, gdzie ktoś inny za nas dokonuje wyboru. Można wtedy nieustająco oskarżać władzę. Kiedyś mieliśmy „czerwonych”, oni kierowali naszym życiem, a my przenosiliśmy na nich odpowiedzialność za własne niedostatki. Demokracja jest trudna w tym sensie, że nie mamy kogo tak kompletnie obwiniać. Przeciwnicy polityczni tylko częściowo spełniają to zadanie. Demokracja to jest proces, który pozostawia uczucie niedosytu i trzeba nauczyć się z tym żyć.
To postawa specyficzna dla Polaków?
Otóż w kulturze amerykańskiej prawie dekadę temu doszło do podobnego kryzysu. Myślę o ataku terrorystycznym na World Trade Center 11 września 2001 roku. Też poskutkował narodową żałoba, która została momentalnie wykorzystana przez George’a W. Busha do jego militarnych planów. Naród amerykański ostatecznie zregenerował się z pomocą mitu, który celebruje życie i takie działania, które umożliwią sukces szerszym warstwom obywateli. Doszło do odnowy, której symbolem stał się Obama.
Różnica między mitem polskim i amerykańskim jest zasadnicza. Polski mit narodowy nie koncentruje się na wartościach związanych z osiąganiem dobrobytu. W centrum znajduje się Chrystus, mesjasz narodów, którym Polska się staje, gdy składa siebie na ofiarę za inne narody. Tylko co dalej? Jako że polski mit nie uwzględnia tego, co mamy w amerykańskiej Deklaracji Niepodległości - prawa do jednostkowego szczęścia, nasza wizja jedności wymaga wręcz podporządkowania jednostkowych interesów tym grupowym. Jednoczymy się zatem w tym, co Maria Janion nazywa egoizmem ofiary.
Gdzie popełniamy błąd?
W katastrofie zginęli przedstawiciele różnych środowisk. Tę różnorodność pochodzenia i proweniencji politycznych uczestników lotu do Katynia kompletnie pominięto podczas żałoby narodowej. Tymczasem we współczesnej demokracji nacisk stawia się jednak na celebrację różnić w obrębie większej jedności. Ponieważ w samolocie zginęli przedstawiciele różnych kościołów, można było też zwrócić uwagę na różnorodność wyznaniową. Przede wszystkim jednak niepokoi mnie to, że przedstawiciele kościoła rzymsko-katolickiego, którzy podjęli się zorganizowania żałoby państwowej, nie skupili się na własnej żałobie. Stracili wszak ważnych przedstawicieli. Nadzwyczajne jest to, że hierarchowie kościelni nie przeżywają swojej żałoby. Przeżywają za to żałobę polityczną.
Być może urzędnicy kościelni kompensują sobie brak własnej żałoby religijnym charakterem żałoby ogólnej?
Ale niebezpiecznie jest przeżywać cudzą żałobę zamiast własnej. Chyba że naprawdę jest tak, jak pisze Eugen Drewerman [niemiecki teolog i psychoanalityk], iż jaźń kleru nie jest podobna do naszej, bo całkowicie rządzi nimi superego, które wymaga zupełnego podporządkowania interesom Kościoła. Dlatego nie wiedzieliby nawet jak przeżywać „własną” żałobę. Przynajmniej nie oficjalnie.
Jaki obraz Polaka wyłania się z naszego sposobu przeżywania żałoby?
Nieracjonalny. Polski żałobnik, stawiany nam jako wzór, wyklucza ze swej świadomości refleksję na temat racjonalnych przesłanek katastrofy. Nie wolno mu zastanawiać się, jak w przyszłości można podobnej sytuacji uniknąć. Może powinniśmy wesprzeć pilotów, którzy pewnie są tą sytuacją przerażeni. Piloci powinni być w stanie powiedzieć głośno, że mają prawo sprzeciwiać się życzeniom dygnitarzy. Dostrzegam też możliwości przeżycia tej żałoby jako refleksji po śmierci neurotycznego ojca narodu. Kaczyński rządził paranoicznie, rozbudzając podejrzliwość wobec poszczególnych grup zawodowych, intelektualistów, lekarzy, prawników, spisków gejowskich i Unii Europejskiej. Prawdopodobnie zginął, wymuszając lądowanie we mgle, bo nie chciał odłożyć na później przyjemności znalezienia się w centrum uwagi podczas historyczno-militarno-religijnego przedstawienia.
Z 96 osób lecących samolotem pewnie mało kto chciał złożyć siebie w ofierze czyjejś wizji politycznej. Paradoksalnie, częścią tej wizji była nieskrywana przez ostatnią dekadę antyrosyjskość rządów i prezydentury Kaczyńskiego. Tarcza antyrakietowa, której pozbawił polskich polityków Obama, miała chronić nas przed atakiem ze wschodu, czyli od strony Rosjan. Ta podejrzliwość, momentami przemieniająca się w histerię, mogła kierować decyzjami tuż przed próbą lądowania. Nie będzie nam Rosjanin z wieży kontrolnej mówił, gdzie mamy lądować. Nie będziemy go słuchać, nie będziemy nawet starali się go zrozumieć.
Można powiedzieć, że polscy oficerowie, którzy zginęli w Katyniu, też nie chcieli umierać. Ale jednak oni zginęli podczas wojny. Tym razem udało nam się zrobić sobie krzywdę, chociaż nie było żadnej wojny. To jest nadzwyczajne. Zrobiliśmy to samym sobie.
Czy to upublicznianie żalu nad stratą narodową nie jest sposobem zwrócenia na siebie uwagi?
Tak, oczywiście. My Polacy nie mamy żadnego znaczenia ani jako kraj, ani jako jednostki. Jedziemy do Anglii podawać frytki i potem kupujemy sobie za to mieszkanie w Polsce. W ramach NATO jesteśmy dostarczycielami mięsa armatniego. George W. Bush, broniąc się swego czasu przed oskarżeniem, że żaden ważny kraj nie został jego sojusznikiem w wojnie w Iraku, powiedział: „A Polska?”, na co uczestnicy dyskusji roześmieli się. Dzięki żałobie przez chwilę możemy poczuć się jak za dawnych lat. W czasach „Solidarności”, w czasie stanu wojennego… Znowu przydarzył nam się moment wielkości, jak wówczas, gdy doprowadziliśmy do upadku bloku sowieckiego. Polak modlący się, Polak żałobnik, przywraca sobie i współtowarzyszom poczucie godności. Bo my cierpimy godnie.
Jak tę żałobę przeżywano by w Stanach?
Tam by tego nie przeżywano. Nie wsadzono by 96 osób do jednego samolotu. Wracając jednak do tragedii 11 września, George W. Bush wykorzystał ją do rozbudzenia uczuć nacjonalistycznych. Rozbudził w obywatelach reakcję neurotyczną – pobić kogoś. Użył sformułowania „wyprawa krzyżowa”, ogłosił świętą wojnę. PiS zdaje się wzorować się na metodach manipulacji medialnej, którą opracował strateg i doradca Busha, Karl Rove. To czysta spekulacja, ale gdyby do podobnej tragedii doszło za rządów Obamy, to sądzę, że zróżnicowanie polityczne pasażerów samolotu byłoby tak samo ważne, jak to, że zginęli, lecąc w jednej sprawie. To pozwoliłoby na refleksję zarówno o pojedynczych ludziach, jak i o narodzie, gdzie każdy ma inne korzenie i niepowtarzalną historię. Nie ukrywano by tego, że Izabela Jaruga-Nowacka była feministką i że jej program kompletnie nie zgadzał się z programem rządu Kaczyńskiego.
O żeńskich ofiarach katastrofy mówi się, że „były dobre”…
Bo dobra kobieta to martwa kobieta… teraz są martwe, więc są i dobre. Jarugę-Nowacką za życia można było nazwać feministycznym betonem. Po śmierci musi jednak dojść do wygładzenia jej wizerunku, aby można ją było włożyć do albumu wspomnieniowego i nie pamiętać, o co jej naprawdę chodziło. Nie wiem, kiedy można się będzie znowu spodziewać polityczki podobnego formatu. To wielka strata. Ostatnio kobiety w polskiej polityce zaczęły otwarcie mówić o tym, jak bardzo musiały walczyć, żeby zostać potraktowane poważnie. Nie dość, że trudniej jest im się przebić, to tym, które zostały, nie będzie łatwo wystartować z programem prokobiecym w kontekście żałoby narodowej.
Polak w żałobie pokazuje nam się zatem jako nieracjonalny, ważne są dla niego przeżycia o charakterze mistycznym, a wspólnotę polityczną tworzą według niego mężczyźni. Jeśli ten wizerunek choć częściowo jest zgodny z prawdą, to jak racjonalnie wykorzystać to w polityce? Jak mogłaby sobie z tym radzić lewica?
Nie tworzyłabym zastępczych mitów. Skupiłabym się na celach ekonomicznych, aby zminimalizować warstwę ludzi o zbyt niskich dochodach, czyli tych, których nie stać kompletnie na nic i dla których jedyną rozrywką może być udział w zbiorowej histerii. Dopóki będziemy mieli tę klasę, do niej będą się zwracać Kościół i populiści.
Jak będą wyglądały wybory prezydenckie?
Trzeba będzie uważać, żeby nie dać się pobić.
A fenomen jedności społeczeństwa? Wydawało się, że ujawnił się w żałobie. Jest jakaś nadzieja, że jesteśmy w stanie, żyjąc w jednym kraju…
Podoba mi się interpretacja martyrologicznych wydarzeń Agaty Bielik-Robson, która pisze, że Polacy biorą udział w żałobnych celebracjach, bo odkupują w ten sposób poczucie winy związane z tym, że na co dzień wybrali dobrobyt i normalność. Jest więc nadzieja. Moi najmłodsi studenci chyba w ogóle nie mają takiego problemu, nie przychodzi im do głowy, że można poczuć się źle dlatego, że jest nam dobrze. A co do nas, czyli reszty… Jedność nasza może się objawić w pracy nad wyeliminowaniem przejawów tego zabójczego poczucia winy. Idąc za wzorem amerykańskim, moglibyśmy na przykład stworzyć swoją deklarację niepodległości i wpisać do niej prawo do szczęścia.
*Izabela Filipiak - pisarka, eseistka, felietonistka, autorka m.in. książek Absolutna amnezja, Twórcze pisanie dla młodych panien, Obszary odmienności. Rzecz o Marii Komornickiej. W latach 2003-2009 wykładała na Uniwersytecie w Berkeley, obecnie pracuje w Instytucie Anglistyki na Uniwersytecie Gdańskim.
Na podobny temat
|
Pani Kingo studiowałam na warszawskie...
...to się viking chyba wreszcie poczu...