Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Erbel: Miasto jako tor przeszkód Drukuj
Joanna Erbel w rozmowie z Joanną Jałowiec   
01.11.2009

Joanna Jałowiec: Jest Pani zwolenniczką konsultacji społecznych towarzyszących kształtowaniu miejskiej przestrzeni. Po co nam demokratyzacja? Czy nie lepiej przyjąć, że w mieście są organy odpowiedzialne za proces tworzenia lub nadawania nowego oblicza miejskim placom, rzeźbom, ulicom, budynkom?

Joanna Erbel: Gdyby rzeczywiście było tak, że władzom lokalnym przyświeca przede wszystkich dobro każdego z użytkowników przestrzeni miejskiej i gdyby posiadały wszystkie informacje potrzebne do skutecznego zarządzania przestrzenią publiczną, to można by rozważać, czy demokratyzacja jest tu potrzebna. Jednak póki co nie jest spełniony żaden z tych warunków. Dotychczasowa praktyka zarządzania przestrzenią pokazuje, że rzadko kiedy komfort przebywających w niej różnych grup ludzi jest sprawą najważniejszą. Znacznie częściej wpływ na kształtowanie tkanki miejskiej ma obecna polityka historyczna, ekonomiczny interes deweloperów albo nadmierny pośpiech związany z koniecznością rozliczenia grantów na rewitalizację. Zdarza się również, że nawet przy dobrej woli urzędników nie dysponują oni wiedzą konieczną dla stworzenia przestrzeni dobrej jakości. Dlatego potrzebują merytorycznego wsparcia osób, które znają daną przestrzeń, bo w niej przebywają na co dzień, i które znają swoje potrzeby dotyczące poruszania się po mieście. Dotyczy to zarówno rowerzystów, osób niepełnosprawnych, ciężarnych kobiet, jak i rodziców z dziećmi. Brak uwzględnienia ich potrzeb prowadzi do sytuacji przestrzennego wykluczenia, bo miasto, zamiast być przestrzenią, w której się chętnie przebywa, staje się torem przeszkód.

Nawet jeśli jest to pożądane, to i tak trudno włączyć całą społeczność w dyskusję. Zawsze będzie się wypowiadać jedynie pewna reprezentacja danej grupy.

- Zgadzam się. Prawie niemożliwe jest włączenie wszystkich członków danej społeczności. Miastami, w którym demokracja uczestnicząca się sprawdziła, było brazylijskie Porto Alegre (na poziomie planowania budżetu) oraz kilka innych miast w Ameryce Południowej i w Indiach. Jednak alternatywą nie jest odebranie prawa mieszkańcom i mieszkankom do zabierania głosu w dyskusji i oddanie spraw miasta w ręce urzędników i ekspertów, ale stworzenie takich mechanizmów podejmowania decyzji, które dążyłyby do włączenia jak największej liczby różnych głosów.

Czyli?

- Takimi mechanizmami mogą być zarówno konsultacje społeczne, otwarte posiedzenia rad dzielnic, tworzenie komisji dialogu społecznego zrzeszających przedstawicieli różnych organizacji pozarządowych, włączanie projektów zgłaszanych przez ruchy społeczne, jak i otwarcie na propozycje artystów działających w przestrzeni miejskiej oraz nieustanna czujność i życzliwość wobec wszystkich innych ingerencji w tkankę miejską.

Co oznacza według Pani pojęcie partycypacja społeczna?

- Partycypacja społeczna jest udziałem członków społeczeństwa w procesie podejmowania decyzji, które dotyczą i w pośredni, i w bezpośredni sposób. Na poziomie miasta polega na różnych działaniach, których celem jest przekształcenie przestrzeni miejskiej albo zachowanie jej w takiej postaci, w jakiej w danym momencie się znajduje. Partycypacja może przejawiać się w różnych formach: w pisaniu petycji, projektach obywatelskich, głosach na forach internetowych, zakładaniu stowarzyszeń i fundacji na rzecz jakiejś sprawy, w postaci demonstracji, wieców, performansów czy innych akcji w przestrzeni publicznej, ale również tych działań, które określane są mianem wandalizmu.

Pytanie tylko, czy zechcemy, jako społeczeństwo, brać w tym udział…

- Problemem może być brak poczucia wpływu. Spotykałam się nieraz z opiniami, że po co cokolwiek robić, skoro istnieje niewielka szansa, że to zostanie wprowadzone w życie w takim kształcie, w jakim to sobie życzymy? Po co protestować i zostać odesłanym z kwitkiem, skoro można poświęcić czas na życie prywatne? To słuszne obawy, bowiem wciąż wiele z projektów, które są społeczne konsultowane, zostaje w szufladzie albo przybiera całkiem innych kształt. Jednak warto pamiętać, że każdy protest, każda akcja przesuwa granice tego, co normalne i oczywiste. Niekiedy punktowe działanie może z czasem całkowicie zmienić logikę myślenia o danej kwestii. W Warszawie szczególnie spektakularne były losy projektów Joanny Rajkowskiej - palmy na rondzie de Gaulle’a (projekt „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich”) i stawu na pl. Grzybowskim, „Dotleniacza”.

Co dzięki nim zyskano?

- Palma sprawiła, że otworzyła się możliwość pojawiania się w przestrzeni miasta niestandardowych obiektów i przedefiniowała tożsamość miasta. „Dotleniacz” z kolei zachęcił do przebywania poza własnym mieszkaniem grupy starszych ludzi, których wcześniej nie było tam widać, oraz zmobilizował ich, żeby walczyć o to, żeby projekt został na placu na stałe. Co więcej, był jednym z głównych impulsów, które sprawiły, że władze miasta zobaczyły, że istnieje społeczna potrzeba konsultowania projektów, która nie może zostać zignorowana.

Dlaczego mieszkańcy mają opory, by włączać się do dyskusji na temat przestrzeni?

- Zwykle wynika to z tego, że nie ma odpowiednich kanałów komunikacyjnych. Nie istnieje takie medium, który zmobilizuje wszystkich. W tym momencie słychać różne głosy. Jednak największe przebicie mają te, które pochodzą od osób, które umieją czytać ustawy, komentować plany zagospodarowania miejscowego, mówią tym samym głosem co urzędnicy i mają czas, żeby chodzić w popołudniowych godzinach na zebrania różnych rad czy komisji. Czyli posiadają odpowiedni kapitał kulturowy, a do tego dużo wolnego czasu - takich osób nie ma wiele. Słychać również głosy z internetu, ale póki co nie można mówić, żeby to była główna siła nacisku. Istnieją również inne formy zabierania głosu - poprzez samo działanie. I nie chodzi mi tylko o wcześniej wspomniane demonstracje i wiece, ale o sam fakt używania (albo nieużywania) danej przestrzeni albo danego kanału komunikacji.

W jaki sposób można ich zachęcić?

- Jednym ze sposobów byłoby zwiększenie liczby prawomocnych kanałów komunikacji, które byłyby dostosowane do kompetencji użytkowników. Dla tych, którzy siedzą w internecie - cyfrowo, dla innych - przez tradycyjną pocztę albo przez wychodzenie urzędników do parków czy kawiarni. Na poziomie miasta ważne jest tworzenie trójwymiarowych modeli, które dla osób bez wykształcenia technicznego są znacznie bardziej czytelne niż dwuwymiarowy plan zagospodarowania. Innych sposobem może być otwarcie się na akcje artystyczne w przestrzeni publicznej, które pozwolą mieszkańcom miasta ucieleśnić inny układ społeczno-przestrzenny. Ważne jest również włączanie aktywności społecznej w formie zabawy - ostatnio bardzo popularne są gry miejskie dotyczące szerokiego spektrum zagadnień: od wiedzy o mieście i historii po konsultacje społeczne. O to, jakie mogą być inne formy, trzeba pytać jak najwięcej ludzi przy rozmaitych okazjach, i to nie w formie „Jak Pan/Pani sądzi, co może skłonić ludzi do większej aktywności społecznej?”, ale „Jak zapytać Pana/Panią o zdanie, żeby Pan/Pani odpowiedziała?”.

To jak zapytać Joannę Erbel?

- Ja bym chciała, żeby wszystkie ważne informacje (po odpowiednim przefiltrowaniu oczywiście) trafiały do mnie e-mailem oraz żeby było jak najwięcej artystycznych działań w przestrzeni publicznej, na które można przyjść i samą obecnością zaświadczyć, że są ważne. A pani?

Do mnie przemawia rozwiązanie zastosowane przy konsultacjach w parku Skaryszewskim [drugi co do wielkości park w Warszawie - przyp. red.], czyli punkt dostępny dla wszystkich mieszkańców, którego nie sposób nie zauważyć. Wracając do głównego wątku. Czy są przedsięwzięcia, które mogą coś zmienić?

- Tak. I jest ich coraz więcej. Z jednej strony jest to zwiększająca się liczba festiwali w przestrzeni publicznej, które są otwarte dla przypadkowego widza - jak Artboom w Krakowie czy Festiwal Przemiany w Warszawie, które odbywają się pod patronatem władz miasta. Zmienia się również sposób komunikowania się urzędów z obywatelami i obywatelkami. Projekt „Wzmacnianie mechanizmów partycypacji społecznej” realizowany przez Centrum Komunikacji Społecznej jest jednym z nich. Jego celem jest nie tylko stworzenie w przestrzeni wirtualnej forum, na którym będą się mogli wypowiadać mieszkańcy, ale ponadto przeszkolenie urzędników, żeby umieli słuchać. Z kolei pojawia się coraz więcej inicjatyw oddolnych w postaci formalnych i nieformalnych grup, które nie mają oporów, żeby wchodzić w dialog z władzami.

Jak to wygląda w innych krajach?

- W Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych stosowane są rozwiązania, o których wspomniałam wyżej. Z tym że dzieje się to na znacznie większą skalę, a osoby zaangażowane w dyskusję łączy przekonanie, że miasto należy do ludzi, i nie tylko mają prawo z niego korzystać, ale również obowiązek protestować, gdy przestrzeń publiczna zostaje prywatyzowana, grodzona czy odbiera w inny sposób. Obecnie Berlin boryka się kłopotami finansowymi, które wynikają ze zbyt rozrzutnego zarządzania miejskim budżetem. Jednak nie oznacza to, że interes społeczny przegra z czysto ekonomicznym. Widać to na przykładzie pustostanów. Aktywiści próbują przekonać władze miasta, żeby zamiast sprzedawać teren prywatnym inwestorom, przekazały je wspólnotom, które przekształcą dany budynek w miejsce użyteczności publicznej (np. otwierając restauracje, żłobki, sklepy czy galerie) i na przestrzeni lat z czynszów przekażą znacznie więcej pieniędzy niż zyskałoby miasto na jednorazowej sprzedaży, a co więcej - przyczynią się do integracji wspólnoty lokalnej.

Są jeszcze akcje artystyczne zwracające uwagę na problem przestrzeni miejskiej.

- Akcje artystyczne, w przeciwieństwie do projektów zagospodarowania przestrzeni, posiadają wymiar utopijny. Nagle przez chwilę możemy doświadczyć tego, co wydawało się niemożliwe. Potem, nawet jeśli to mija, zostaje doświadczenie, do którego możemy się odnieść. Poza tym w przeciwieństwie do przekazów zwerbalizowanych mogą być interpretowane na wiele różnych sposób i przez to być atrakcyjne dla różnych grup społecznych. Na przykład murale Twożywa można czytać jako dzieło sztuki współczesnej, obraz wizualny na ścianie albo alternatywę dla odrapanej farby, którymi nikt przez lata nie chciał się zająć czy wiele innych.

  

A może problemem jest mentalność urzędników? Nawet najlepsze mechanizmy nie przyniosą efektu, jeśli druga strona będzie niechętna realizacji tego, czego chce opinia publiczna. Tak było np. w przypadku wyboru miejsca, gdzie miała stanąć rzeźba Igora Mitoraja. Mieszkańcy wskazali na plac przed dworcem PKP. Artysta nie zgodził się na tę lokalizację, prezydent Majchrowski mu uległ…


- Z doświadczenia wiem, że wśród urzędników mniej więcej połowa jest otwarta na mieszkańców, nie boi się nowych sytuacji i wprowadza nowe rozwiązania. Często jednak nie mają siły przebicia, więc ważne jest, żebyśmy ich wspierali, zapraszali na spotkania, rozumieli ograniczenia formalne. Co do sprawy z pomnikiem Mitoraja, to uważam, że opinia mieszkańców powinna zostać uszanowana, zwłaszcza w momencie, gdy zostali poproszeni o wyrażenie opinii. Sprzeciw artysty nie powinien mieć tutaj decydującego znaczenia. W ten sposób władza przekłada interes jednej osoby nad mieszkańców miasta.

W Krakowie mamy ostatnio problem z inicjatywami budowy, bez konsultacji, kolejnych pomników, które budzą opór mieszkańców. Jak rozwiązać ten problem? Co mogłoby w tej kwestii zrobić miasto?

- Pytać mieszkańców. Zrobić spotkanie, wysłuchać głosów. Być otwarte na alternatywne projekty.

Jaki fragment miejskiej przestrzeni w Krakowie najbardziej się Pani nie podoba?

- Najbardziej plac przed dworcem i Galerią Krakowską, jak i to, że wyjście z dworca prowadzi wprost do galerii, dając niewielką alternatywę dla kogoś, kto nie wie, w którym momencie należy skręcić, by ją ominąć. Sądzę, że zmarnowany jest plac na Podgórzu, gdzie zamiast ławek albo innych sposobów zaaranżowania przestrzeni ustawiony jest rząd wysokich metalowych rzeźb krzeseł, które zniechęcają do spędzenia tam więcej czasu. Problemem wydają mi się również ścieżki rowerowe, zwłaszcza ta idąca od kopca Kościuszki, która niespodziewanie kończy się w tunelu pełnym rozpędzonych samochodów.

Rozmowa ukazała się w krakowskim wydaniu „Gazety Wyborczej” 30 października 2009.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 01.11.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 7.38919 Seconds