NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Czerwińska: Dla niektórych feminizm jest wciąż zbyt radykalny |
|
|
Z Anną Czerwińską* rozmawia Jakub Szafrański
|
|
22.12.2011 |
Jakub Szafrański: Feminoteka kończy dziesięć lat. To doskonały pretekst do podsumowania działalności.
Anna Czerwińska: Feminotekę założyła w 2001 roku Joanna Piotrowska. Feministyczna księgarnia internetowa i serwis o inicjatywach kulturalnych miały być po prostu jej sposobem na życie. Ale feminizm zawsze był niszowy, a działalność w tym obszarze nie przynosiła zysków, więc Joanna w 2005 roku przekształciła Feminotekę w fundację. Zbiegło się to w czasie z rozpadem Ośrodka Informacji Środowisk Kobiecych OŚKa i do Feminoteki przeszedł zespół z nim związany.
W 2002 roku powstała też Krytyka Polityczna. To był jakiś szczególny czas dla organizacji społecznych?
Rok 2001 rozbudził nadzieje. Po pierwsze, zbliżał się termin akcesji do Unii Europejskiej. Wytworzyło się poczucie, że zdarzą się rzeczy wspaniałe, że Polska w jednej chwili przyjmie zachodnie standardy w sprawach równouprawnienia. Była też obietnica dotacji; byłyśmy pewne, że organizacje kobiece dostaną w końcu przyzwoite środki na rozwój. Po drugie, SLD wygrało wybory i wiele z nas stało się niemal etatowymi konsultantkami projektowanych zmian – po dziesięciu latach zaczęto się liczyć ze zdaniem ruchów kobiecych.
Takie akcje, jak Przedwyborcza Koalicja Kobiet, umożliwiły nam aktywne zaangażowanie w politykę. Domagałyśmy się parytetów, uczestniczyłyśmy w spotkaniach wyborczych, odpytywałyśmy partie z zagadnień, które dotyczyły praw kobiet i równości. SLD i UW wprowadziły 30-procentowe kwoty na listach i to była autentyczna zmiana, do parlamentu dostało się więcej kobiet niż w którejkolwiek kadencji okresu transformacji. Jedną z obietnic SLD była liberalizacja prawa aborcyjnego, miała zostać zaproponowana ustawa antyprzemocowa i nowe prawo antydyskryminacyjne. Na nowo powołany urząd pełnomocnika rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn powołano Izabelę Jarugę-Nowacką.
A kiedy przyszło rozczarowanie?
Razem z kolejnym kompromisem z Kościołem katolickim – liberalizacja ustawy antyaborcyjnej została przehandlowana za poparcie Kościoła dla akcesji do UE. Napisałyśmy list stu kobiet do Parlamentu Europejskiego, apel dotyczący problemu aborcji w Polsce, ale okazało się, że ani konsultacje społeczne, ani dyrektywy unijne nie są dla władzy wiążące. Parlament Europejski na list nie odpowiedział i rząd mógł nas zwyczajnie olać. To na fali tego rozczarowania powstali Zieloni i inne ruchy społeczne odżegnujące się od pseudolewicowego rządu. To była wielka klęska SLD.
Następnym ciosem było wycofanie się amerykańskich grantodawców z wspierania organizacji społecznych, gdy pojawiły się pierwsze pieniądze z Unii. Do tego – wbrew nadziejom – w pierwszym rzucie organizacje kobiece nie dostały z UE nic. Szybko zaczęły bankrutować; najpierw te niewielkie, w małych miastach, którym środków albo nie przyznano, albo nie mogły ich wziąć ze względu na przerastający je wymagany wkład własny. Organizacje, które dostały dotacje później, wykańczały nieregularne transze. Projekty wymagały zatrudniania ludzi na etacie, a pieniądze przelewano czasem w odstępach półrocznych. Tymczasem ruch kobiecy od zawsze jest biedny i nikt miał finansowych zabezpieczeń niezbędnych w takich sytuacjach.
Feminoteka też miała wtedy kłopoty?
Byłyśmy zdeterminowane i miałyśmy asa w rękawie: unijny projekt Gender Index, rozpoczęty jeszcze w ramach OŚKi. Przedsięwzięcie skierowane było do pracodawców, realizowałyśmy je z konfederacją Lewiatan. Zapłaciłyśmy zresztą za to cenę wizerunkową, bo chodziło o to, żeby do przedsiębiorców mówić o równouprawnieniu ich językiem, a więc: równość to zysk. Ale miałyśmy podstawę, żeby się rozkręcić. Działania związane z Gender Index wykorzystałyśmy też do tego, żeby zwrócić uwagę na przemoc wobec kobiet w miejscu pracy i problem molestowania. To były wtedy kompletnie pomijane w Polsce kwestie.
Nasza akcja zbiegła się z wybuchem afery „praca za seks” w Samoobronie. Skojarzyłyśmy ją z podobną sprawą z USA: w obu przypadkach główną linią obrony oskarżonych było podważanie wiarygodności pokrzywdzonej. W Stanach na znak solidarności z czarnoskórą asystentką pewnego senatora działaczki nosiły przypinki z napisem „Wierzę Anicie Hill”. My zrobiłyśmy konferencję pod tytułem „Wierzę Anecie Krawczyk”.
Nie byłyście zaskoczone, że planując oddolne działania przeciwko molestowaniu i przemocy, stanęłyście naprzeciwko sprawy, w której główne role grali najważniejsi politycy w kraju?
Przyzwolenie na takie zachowania przenosi się z góry na dół i odwrotnie; to całościowy problem. Feminoteka została wtedy bardzo mocno zaatakowana z różnych stron. Sama nasza obecność w mediach budziła w wielu osobach potrzebę konfrontacji. To się przenosiło również na życie osobiste; wzięłam potem udział w rozprawie sądowej Anity Krwaczyk, to było bardzo mocne doświadczenie. Wtedy ugruntowało się nasze przeświadczenie, że przemoc seksualna jest bardzo istotnym tematem i w tym kierunku musimy iść.
W swoich działaniach szukacie partnerów w parlamencie czy raczej w innych organizacjach społecznych?
Szukamy, gdzie się da, ale to nie jest proste. Nie chcemy pisać wniosków pod konkretne granty, staramy się jedynie o te, które faktycznie są zgodne z naszymi celami. Poza tym feminizm nadal jest dla wielu zbyt radykalny. Jak lewicowość. Feminoteka, jako jedna z bardzo nielicznych, jest organizacją jawnie feministyczną, a radykalną w takim względzie, że są sprawy, w których nie sposób iść na kompromis. Przemoc wobec kobiet, walka ze stereotypami, historia kobiet – na tych polach nie ustępujemy. To odrzuca potencjalnych sojuszników, w tym polityków. O środki rządowe aplikujemy tylko w ostateczności, ponieważ jako organizacja monitorująca działania parlamentu chcemy zachować niezależność. Współpracujemy głownie z innymi organizacjami czy instytucjami i firmami, które nie boją się poprzeć problematyki, którą się zajmujemy.
Śmierć Izabeli Jarugi-Nowackiej była pod tym względem dużą stratą?
Nic nie jest w stanie zastąpić doświadczenia polityczek, które zginęły w tamtej katastrofie. Umiejętność poruszanie się pomiędzy kolesiami załatwiającymi interesy – to buduje się latami. Dzisiaj bardzo cieszymy się z „naszej” trójki w parlamencie, czyli Roberta Biedronia, Wandy Nowickiej i Anny Grodzkiej.
Wejście ugrupowania Palikota do Sejmu daje szansę, że konsultacje społeczne znowu będą ważne?
Nigdy nie będzie już tak, jak w czasach przedakcesyjnych. Nasze społeczeństwo obywatelskie jest tak samo fatalne jak zawsze, ludzie nie chcą się angażować. Siłą ruchów obywatelskich na całym świecie staje się dzisiaj protest i ulica. Kilka lat temu mówiłam dziewczynom z Manify, że ta formuła się wyczerpała, ale okazuje się, że wręcz przeciwnie – dzisiaj na ulicy uwiarygadniają się postulaty. Nie oznacza to jednak, że będzie łatwo. Wydaje się, że nie ma powodu, dla którego Polacy mogliby wyjść na ulicę. To rodzaj źle pojętej, a bardzo mocno promowanej przez media i władze neutralności. Trudno uwierzyć, że w tym kraju wydarzyła się „Solidarność”. Pamiętam likwidację funduszu alimentacyjnego przez Jolantę Banach: dotknęła mnóstwa kobiet w całym kraju, wywołała ich wściekłość, a na ulice wyszły małe grupy bezdzietnych aktywistek. To jakiś lęk przed wejściem w przestrzeń publiczną.
Ta świadomość jakoś wpływa na waszą strategię?
Być może w dalszym ciągu należy się skupić na prostej edukacji: nie bij żony, nie bij dzieci. Będziemy też wzmacniać się instytucjonalnie: nowa siedziba, nowa witryna internetowa i nowa strona Muzeum Historii Kobiet. Zależy nam na też wzmocnieniu wydawnictwa.
Na pewno będziemy działać na ustawodawców. Trzeba tworzyć zespoły monitorujące komisje sejmowe, zastąpić dziennikarzy w tym, co niestety już dawno zarzucili. Dla większości mainstreamowych mediów kwestia równości nie jest istotna. No i musimy pracować z „naszymi” posłankami i posłami.
A jest coś, czego jeszcze nie wiedzą? Wywodzą się przecież ruchów takich jak wasz.
Wiedza teraz im nie wystarczy. Znaleźli się w miejscu, gdzie mieli się bardzo dużo spraw. Trzeba ich odciążać, dać im do ręki gotowy projekt, wytłumaczyć. Posłowie muszą spotykać się z ludźmi, którzy chcą tylko zrobić sobie z nimi zdjęcie, często wystarcza im czasu najwyżej na to, żeby zapoznać się z kolejnością głosowań.
Co można wywalczyć w tej kadencji w kwestii praw kobiet?
Akcja „Tak dla Kobiet” to duży sukces, ale przy obecnym układzie sił nie sposób liczyć na liberalizację ustawy aborcyjnej. Nominacja Gowina i ruchy w ministerstwach to prosty sygnał, że Platforma zrobi to, co chce, nie oglądając się na nikogo. Jest szansa, że po zmianie na stanowisku pełnomocniczki ds. równego traktowania uda się ruszyć kwestię przemocy i przemocy seksualnej wobec kobiet. Chodzi m.in. o wypracowanie sensownej procedury w przypadku gwałtów, a także o to, by znowelizowana ustawa była realizowana, a prawo w tym obszarze respektowane. Będziemy też naciskać, żeby Polska podpisała konwencję Rady Europy w sprawie przemocy wobec kobiet. W naszym kraju cały czas przemoc nie ma płci, a z tym problemem nie można walczyć, jeśli nie zwróci się uwagi na fakt, że stereotypy płciowe są jedną z przyczyn przemocy.
*Anna Czerwińska – absolwentka filozofii i Gender Studies UW, była członkini Porozumienia Kobiet 8 Marca i innych feministycznych grup nieformalnych. Od 2005 roku związana z Feminoteką
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 22.12.2011 )
|
|
|
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...