Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Castells: Musicie stworzyć własny model rozwoju |
|
|
Manuel Castells w rozmowie z Michałem Penkalą
|
|
10.09.2009 |
—
Michał Penkala: Chyba wszyscy zgodzimy się, że obecny kryzys ekonomiczny ujawnił, jak kruche jest to, co nazywa pan Automatonem [1], czyli globalna sieć rynków finansowych. Jakich zmian spodziewa się pan, w celu zapewniania stabilności tego systemu w przyszłości?
Manuel Castells*: Większość ludzi żyje złudzeniem, że świat może być dalej taki sam, jak przed 2007 rokiem, że produkcja ciągle będzie rosnąć i będzie napędzana rosnącą produktywnością, związaną z Nową Ekonomią i gigantyczną kreacją kapitału dzięki rynkowi derywatów. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że 2/3 wzrostu w USA i Europie było napędzane rosnącym popytem konsumpcyjnym, który z kolei opierał się na kredycie, łatwo zrozumiemy, dlaczego świat nie może dalej rozwijać się w taki sposób. Kredyty mieszkaniowe były oczywiście znaczącą częścią tego procesu, ale tylko częścią. Jeśli spojrzeć głębiej, okaże się, że do kryzysu najbardziej przyczynił się rynek instrumentów pochodnych.
Dlatego w tej chwili powinniśmy, po pierwsze, pobudzać gospodarkę wydatkami publicznymi, po drugie, a może przede wszystkim, uregulować rynek derywatów. Jednak wraz z takimi regulacjami banki nie będą w stanie pożyczać tyle samo, co dotychczas. Skończy się tani kredyt, a z nim zwiększony popyt konsumpcyjny. To z kolei wywoła powstanie nowego modelu - post-informacyjnego kapitalizmu. Nadal będzie to kapitalizm, ale dużo bardziej zależny od państwa i wydatków publicznych.
Doświadczamy głębokiej zmiany, w USA znacjonalizowano największą firmę produkcyjną, największą firmę ubezpieczeniową i 3 z 4 największych banków. Od twardego kapitalizmu Ameryka przesunęła się w stronę modelu socjaldemokratycznego. W założeniach są to zmiany przejściowe, Obama chce reprywatyzować najszybciej, jak się da, ale na innych zasadach niż dotychczas. Dlatego np. przemysł samochodowy nie będzie już taki, jak kiedyś, większą wagę zyskają kwestie wydajności paliwa, ochrony środowiska itd. Podobnie zmienią się banki i firmy ubezpieczeniowe. Kapitalizm zmienia się bezpowrotnie, niezależnie od tego, co o tym w tej chwili myślimy. Oczywiście wyobrażenie sobie tego nowego systemu jest na razie trudne, ale przejdziemy do niego. Podobnie jak w czasie Nowego Ładu w latach 30. i 40: ludziom wydawało się, że chodziło tylko o przywrócenie dotychczasowego modelu, tymczasem był to już nowy kapitalizm.
Sądzi pan, że reformy wdrażane przez pojedyncze kraje mogą być skuteczne?
Oczywiście, sprawne regulacje będą wymagały międzynarodowej kooperacji. Jeśli regulacje wprowadzą np. tylko USA, a Europa i inne kraje już nie, to kapitał zwyczajnie przepłynie tam, gdzie prawo będzie mniej restrykcyjne. Potrzebujemy rozwiązań o globalnym zasięgu, przed którymi nie uchylą się światowi eksporterzy kapitału, Chiny ani producenci ropy.
Obama bardzo wyraźnie podkreśla potrzebę globalnych regulacji, ale nie dysponujemy dziś żadnym globalnym regulatorem. Dlatego interesująca jest propozycja powołania Rady Banków Centralnych zgłoszona przez Gordona Browna, nawiasem mówiąc, fatalnego polityka. Byłaby to sieć krajowych banków centralnych wspierana przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz Bank Rozrachunków Międzynarodowych, a zatem instytucja działająca nieco inaczej, niż tradycyjni regulatorzy na poziomie kraju.
Problemy ze stworzeniem takiej sieci nie będą jednak tylko technicznie, przede wszystkim będzie to proces polityczny. Chodzi o to, jaki kraj zdobędzie pozycję dominującą nad pozostałymi dzięki tym instytucjom regulacyjnym, podobnie jak wcześniej USA zdobyły światową hegemonię dzięki instytucjom ustanowionym w Bretton Woods. USA nie są w stanie odgrywać dłużej roli hegemona, Obama zdaje sobie z tego sprawę i dlatego wcale tego nie chce. Musimy zastanowić się, w jaki sposób zbudować system, który uwzględni przesunięcie światowej władzy do dużych gospodarek Azji i wciąż relatywną słabość ekonomiczną Chin. Musimy pamiętać, że 25 proc. światowego PKB powstaje w USA, a tylko 5 proc. w Chinach. Oczywiście Chiny, choćby z racji wielkości swojej populacji, wykazują dużą dynamikę wzrostu, opiera się ona jednak na wzroście eksportu, który z kolei uzależniony jest od poziomu konsumpcji w USA oraz w Europie. Powiedziałbym nawet, że Chiny są o wiele bardziej wrażliwe na kryzys, ponieważ zależą od tego, co dzieje się w centralnych gospodarkach, także w Japonii. A np. japoński PKB skurczył się w ciągu roku o 10 proc..
Kryzys w UE jest bardzo poważny, Hiszpania ma ogromne bezrobocie, kurczy się niemiecka gospodarka, irlandzka całkowicie się załamała. Czy UE można postrzegać jako pojedynczy węzeł globalnej gospodarki?
Raczej jako klaster węzłów, ponieważ sytuacje poszczególnych krajów UE są bardzo różne. UE ma zintegrowany rynek, ale brak jej skoordynowanej polityki gospodarczej. W walce z kryzysem nie pomagają małe uprawnienia Europejskiego Banku Centralnego oraz zróżnicowane taktyki rządów narodowych. O ile europejska gospodarka jest zintegrowana, o tyle polityka gospodarcza już nie.
Im bardziej gospodarki opierały się na bańce na rynku nieruchomości, tym mocniej ucierpiały w kryzysie. Dlatego kryzys przebiega tak ostro w Irlandii i Hiszpanii. Co ciekawe, w Hiszpanii bezrobocie sięga 20 proc., ale ludzie nie wyszli jeszcze na ulicę, tak jak stałoby się to z pewnością w USA. Wszystko dlatego, że hiszpański system to państwo dobrobytu z mocnym oparciem na pomocy rodzinnej, np. młodzi ludzie mieszkają ze swoimi rodzicami nawet do 30 roku życia. Ludzie cierpią z powodu bezrobocia, ale nie narusza to ich podstawowych potrzeb, bo mogą liczyć albo na rodzinę, albo państwo.
Poważne trudności zaczną się za około dwa lata, kiedy bezrobotnym skończy się prawo do zasiłków. Hiszpańska gospodarka już teraz skurczyła się o 5 proc., w kolejnym roku według optymistycznych prognoz spadek produkcji wyniesie 1 proc. , czyli miejsc pracy nie przybędzie. W 2011 spodziewany wzrost ma wynieść 2 proc., jeśli wszystkie czynniki będą sprzyjać Hiszpanii, a to czysta fantazja. Co więcej, wzrost produkcji nie jest równoznaczny ze wzrostem zatrudnienia, które następuje dopiero w kolejnej fazie cyklu. W takich warunkach, z 20-procentowym bezrobociem, będziemy mieli do czynienia z rozwarstwieniem społecznym i, jak zwykle, z prawicowym populizmem, atakami na imigrantów, dochodzeniem do władzy konserwatystów, powrotem tych wszystkich „sił ciemności”.
Paradoksalnie to właśnie konserwatyści w krajach europejskich używają socjaldemokratycznej polityki do pobudzania gospodarki, dlatego są relatywnie popularniejsi. Sami socjaliści nie robią nic, bo właściwie przestali istnieć. W Niemczech zostali zdominowani przez Angelę Merkel, we Francji doszło wręcz do całkowitej ich dezintegracji. O dziwo ludzie akceptują konserwatystów, ponieważ mogą oni zapewnić jako taki porządek i chronić przed imigrantami, których boi się cała Europa. Jednocześnie zapewniają wsparcie państwa, regulacje, subsydia itd., całą socjaldemokratyczną politykę.
W Europie generalnie panuje model państwa dobrobytu, ale wielu ludzi uważa, że powinniśmy zmierzać w kierunku „modelu Doliny Krzemowej”, wolnego rynku i swobodnych przepływów kapitału. Czy model amerykański jest nie do uniknięcia?
Zacznijmy od tego, że większość ludzi ma mylne wyobrażenie o Dolinie Krzemowej. Dolina Krzemowa wzięła swój początek od dotacji rządowych i uniwersytetu działającego na zasadach non-profit. Cały park technologiczny nie powstał samoistnie, lecz dzięki pracownikom Uniwersytetu Stanforda, dzierżawiącym ziemię innowacyjnym firmom za dolara rocznie. Oprócz tego, w latach 50. i 60. USA mocno inwestowały w zbrojenia, i w ten sposób zabezpieczały rynek nowych technologii. Pentagon kupował dosłownie wszystko, bo nadrzędnym celem było prześcignięcie Sowietów. Dolina Krzemowa zawdzięcza więcej nierynkowej logice, niż sądzi większość ludzi.
Jednak oprócz modelu Doliny Krzemowej istnieją też inne. Przypadek Finlandii, jako alternatywnego modelu społeczeństwa informacyjnego, pokazuje, że państwo dobrobytu może zapewniać dobre podstawy do rozwoju technologii. W Nowej Ekonomii kluczowym zasobem są ludzie oraz ich zdolności innowacyjne, dlatego tak ważna staje się edukacja. W Kalifornii system szkolnictwa, oprócz uniwersytetów, jest jednym z najgorszych w USA, dużo gorszym niż w Europie. Dlatego USA muszą importować wykwalifikowanych pracowników.
Natomiast w Finlandii zainwestowano głównie w edukację, nowe technologie, uniwersyteckie ośrodki badawcze oraz postawiono na organizację rynku telekomunikacyjnego. Nokia nigdy nie rozwinęłaby się bez pomocy państwa, skandynawskich standardów telekomunikacyjnych oraz dostępu do sieci wykwalifikowanej siły roboczej, która w dodatku była elastyczna, jeśli chodzi o warunki pracy i relacje w przemyśle, bo miała zapewnione świadczenia w wypadku bezrobocia. W USA, w przemyśle wysokich technologii prawie nie ma związków, natomiast w Finlandii uzwiązkowienie wynosi 80 proc. I nie dość, że nie wpłynęło to negatywnie na produktywność, to jeszcze poprawiła się jakość siły roboczej. W Dolinie Krzemowej jednym z głównych problemów jest ochrona zdrowia, publiczna edukacja itd. - w Finlandii wszystkie te usługi są zapewnione przez państwo.
Nie utrzymuję, że model fiński jest lepszy z definicji, ale istnieją różne modele i każde społeczeństwo musi znaleźć swój. Przejście do kultury wysokich technologii i gospodarki opartej na wiedzy jest nieuniknione, ale to, jaką drogę wybiorą poszczególne kraje, jest otwartą kwestią.
Chiny również się zmieniają, przyjmując specyficzny model kapitalizmu, w którym państwo organizuje konkurencję chińskich, kierowanych przez rząd przedsiębiorstw na arenie międzynarodowej. Bardzo podobne procesy zachodziły np. w Korei, Japonii czy na Tajwanie. Tworzono tam system, w którym kluczową rolę gra państwo, wspierając kapitalizm i umożliwiając ekspansję krajowych firm na globalne rynki. Także teraz radzenie sobie z kryzysem spoczywa na barkach rządów. Te kraje, które pozostaną bierne, doprowadzą swoje gospodarki do katastrofy.
Wspomniał pan, że fiński model oparty jest na specyficznej kulturze solidarności, być może z powodu relatywnej homogeniczności społeczeństwa. Czy inne kraje mogą przyjąć model, który sprawdził się w odmiennej kulturze? Innymi słowy, jak bardzo model rozwoju uzależniony jest od kultury danego kraju?
Kultura nie determinuje całkowicie ścieżki rozwoju, ale na pewno trzeba uwzględnić lokalne uwarunkowania, także instytucjonalne, przy planowaniu polityk rozwojowych. Gdyby Finlandia, tak jak Dolina Krzemowa, próbowała oprzeć się na imigrantach, system byłby zwyczajnie nieefektywny. Każdy kraj musi adaptować rozwiązania, na których się wzoruje, do własnego środowisko kulturowo-instytucjonalnego.
Myślę, że dla państw europejskich lepsza jest droga fińska, ale należy też pamiętać o postkomunistycznych doświadczeniach Europy Wschodniej. Ludzie są naturalnie nieufni wobec państwa i mogą odrzucać wszelkie programy kierowane przez rząd. Klasyczne socjaldemokratyczne państwo opiekuńcze nie musi być tutaj najlepszym rozwiązaniem. Z drugiej strony, model Doliny Krzemowej jest jeszcze gorszy, biorąc pod uwagę choćby nastawienie do imigrantów w krajach postkomunistycznych.
Musicie stworzyć własny wzorzec rozwoju, oparty raczej na rodzimych czynnikach wzrostu. Taka ścieżka wymaga dużych wydatków ze strony państwa, zapewnionej opieki zdrowotnej, publicznego szkolnictwa wysokiej jakości, inwestycji w badania i rozwój itd. Musimy spojrzeć ponad ideologią i dostrzec, że owszem, polska gospodarka jest neoliberalna, ale polityki rządowe, zdrowie, edukacja - już nie. Intuicja podpowiada mi, że to, w którą stronę pójdzie Polska, zależy od sposobu, w jaki wyrażą się lokalne dążenia rozwojowe.
W czerwcu mieliśmy w Warszawie Paradę Równości, która pokazała z jak silną opozycją konserwatywną, katolicką spotyka się ruch LGBT w Polsce. Według pana teorii ludzie, szukając ochrony przed niestabilnością globalizacji, zwracają się w kierunku wartości wspólnotowych. Jak globalizacja i ruchy społeczne wpływają na siebie nawzajem? Ich interakcje pomagają czy opóźniają transformację do społeczeństw informacyjnego?
To zależy od tego, jakie cele ma dany ruch społeczny, do jakich zmian chce doprowadzić, czy ma charakter postępowy. Jasne jest natomiast to, że ludzie, wobec niepewności globalizacji, potrzebują zbiorowych identyfikacji, stabilnych systemów wartości, także opartych na religii i nacjonalizmie. W Polsce jest to doskonale widoczne. Obrona przed globalizacją prowadzi do wzmacniania konserwatywnych tożsamości, które zawsze były tu silne. Z drugiej strony część populacji będzie skupiała się wokół takich ruchów jak LGBT i wokół tego budowała swoją świadomość. W ten sposób określą to, kim są w świecie ciągłej dezintegracji. Między religijną i gejowską tożsamością jest oczywisty konflikt.
W latach 70. i 80. społeczność gejowska w USA, silnie działająca w San Francisco, była postrzegana nie tylko jako niemoralna, zboczona, ale wręcz nierealistyczna w swoich dążeniach do legalnego istnienia. Zaraz potem społeczeństwo dramatycznie się zmieniło, nastąpił gigantyczny postęp, jeśli chodzi o prawa gejów, nie tylko w USA. W Hiszpanii mamy to samo, wpływ Kościoła na społeczeństwo jest coraz słabszy. 67 proc. Hiszpanów popiera małżeństwa jednopłciowe, dużo więcej niż w USA. Nie dlatego, że ludzie są specjalnie progejowscy, ale dlatego, że akceptują sposób, w jaki inni chcą żyć. Zatem w ciągu ostatnich 20-30 lat nastąpił ogromny postęp w świadomości społecznej. Ta zmiana łączy się bezpośrednio z wpływem ruchów społecznych artykułujących swoje interesy.
Inny ruch społeczny, który zwrócił ostatnio uwagę całego świata, to zwolennicy Obamy. Czy uważa pan, że taki ruch może zmienić instytucje, wywrzeć wpływ na politykę państwa?
Ostatnio udało się im wybrać prezydenta USA, więc całkiem dobrze idzie im zmienianie instytucji. (śmiech) To nie do końca był ruch społeczny, raczej coś, co nazywam „polityką rebeliancką” (insurgent politics). Ja tę różnicę definiuję następująco: ruch społeczny zmienia wartości i postawy, a ruch polityczny, „rebeliancki” instytucje, a zarazem wyrasta z marginesów systemu politycznego, a nie z mainstreamu. Oczywiście zmiana wartości pomaga zmieniać instytucje, ale trzeba rozróżnić te zjawiska. Kampania Obamy była zapowiedzią nowego sposobu uprawiania polityki. Internet odegrał tu kluczową rolę, bez uwzględnienia wpływu Internetu nie da się jej zrozumieć. Obama zmobilizował młodych ludzi, których większość partii nie potrafi zmobilizować. Kampania internetowa trafia do młodych ludzi, którzy żyją w sieci, zaś tradycyjne sposoby docierania do elektoratu są przez nich ignorowane. Z drugiej strony, z racji tego, że młodzi zostali zmobilizowani właśnie jako młodzi hasłami nadziei i zmiany, natychmiast je podchwycili i zaczęli działać w internecie.
Obama potrafił także doskonale wykorzystać Internet do zbierania funduszy na bardzo lokalnym poziomie. Jest to o tyle ważne, że źródła finansowania definiują na wstępie to, jaką politykę możesz prowadzić. Obama odmówił finansowania ze strony różnych lobby i dzięki temu mógł zwrócić się do ludzi, udowodnić, że jest niezależny i będzie działał w ich imieniu. Dlatego właśnie zebrał najwięcej funduszy w historii wyborów w USA, 700 mln dolarów w ciągu dwóch kampanii. Na drugim miejscu jest Bush z 400 mln. Obama przekonał 3,5 mln donatorów, żeby wpłacili średnio po około 200 dolarów. Niewielkie pieniądze od wielu okazały się skuteczniejsze niż wielkie pieniądze od nielicznych. Wszystko zależy od tego, czy jesteś w stanie przekonać odpowiednio dużo osób. Myślę, że kampania i wybór Obamy pokazują, jak zmobilizowani młodzi ludzie są w stanie wpływać na politykę, ale oczywiście takie sytuacje nie zdarzają się często.
Podczas kampanii Obama otaczał się ludźmi związanymi z nowymi technologiami, przyjmował wsparcie od Google, Cisco, HP, eBay itd. Prezydentura Obamy będzie kolejną „kadencją Doliny Krzemowej”?
Niezupełnie. Musimy zrozumieć, na czym polega kultura Doliny Krzemowej – to sposób organizacji skierowany przeciwko tradycyjnemu kapitalizmowi korporacyjnemu, bardziej zbliżony do wizji kapitalizmu Schumpetera. Dlatego sojusz pomiędzy tymi przedsiębiorstwami i Obamą jest jak najbardziej naturalny. Poza tym liczą oni na wysokie inwestycje w nowe technologie, taki „keynesizm XXI wieku”, dostosowany do warunków Nowej Ekonomii. A zatem, po pierwsze, mogą oni znaleźć wspólny język z Obamą, po drugie, widzą w nim wielką szansę dla rynku nowych technologii.
Anne Applebaum, jedna z czołowych amerykańskich komentatorek, nawiasem mówiąc żona polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, uważa, że główną twierdzą kapitalizmu jest teraz Europa, nie USA. Czy to nie paradoks, że w czasie kryzysu to właśnie USA zwracają się ku aktywnej polityce gospodarczej? Czy USA pod przewodnictwem Obamy mogą stworzyć nowy model innowacyjności, podobny do skandynawskiego?
USA raczej nie pójdą w kierunku modelu skandynawskiego z przywiązania do idei przedsiębiorczości, samoorganizacji i ponoszenia ryzyka własnych działań. Obama nie stworzy wielkich państwowych czempionów, raczej warunki do innowacyjnych działań i indywidualnej przedsiębiorczości. Z drugiej strony USA muszą nadrobić podstawowe braki w polityce społecznej, takie jak choćby powszechne ubezpieczanie zdrowotne. Wynika to jednak z tego, że w USA państwo dobrobytu jest minimalne, o ile w ogóle istnieje. Obama to rozumie, ale jego modelem nie jest skandynawskie państwo opiekuńcze.
Z kolei klasyczny, dziewiętnastowieczny kapitalizm najbardziej przypominają systemy krajów Europy Wschodniej. W Europie Zachodniej chęć regulacji jest o wiele większa, także w celu wspierania rozwoju nowych technologii. Zarówno Sarkozy, Merkel, a nawet Cameron, kiedy dojdzie do władzy, będą popierać zdecydowane interwencje państwa. Zatem w Europie Zachodniej mamy państwo opiekuńcze, USA nadrabiają tutaj pewne zaległości, natomiast Europa Wschodnia najbardziej przypomina leseferystyczny kapitalizm i prawdopodobnie szybko zauważy negatywne konsekwencje takiego podejścia do gospodarki. Państwa bałtyckie już to odczuły, ale niebezpieczeństwo udało się zażegnać przy relatywnie niewielkiej pomocy zewnętrznej. Kiedy to samo stanie się w Polsce, nie będzie tak łatwo. Funkcjonuje pogląd, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy powinien być przygotowany do udzielenia dużej pomocy Polsce. Ten argument był używany przy zwiększaniu funduszy MFW.
W tej chwili Chiny są największym eksporterem komputerów, telefonów komórkowych, odtwarzaczy MP3. W roku 2020 mogą wydawać 2,5 proc. PKB na badania i rozwój, między 1999 i 2005 zwiększyły liczbę osób kończących studia z tytułem licencjata pięciokrotnie, do 2010 będą miały więcej osób ze stopniem naukowym doktora z nauk przyrodniczych i technicznych niż USA. Z drugiej strony Chiny pozostają w tyle choćby za Indiami, jeśli chodzi o rozwój oprogramowania komputerowego. Czy Chiny zmierzają ku stworzeniu społeczeństwa ery informacyjnej, a może autorytarne tendencje chińskiego reżimu zablokują ten proces?
Chiny nie są na razie zaawansowane, jeśli chodzi o rozwój nowych technologii, nadal polegają na USA i Europie. Chiny w tej chwili przypominają Japonię wiele lat temu i będą miały podobne problemy. Japonia w latach 90. „uderzyła w mur” - musiała rozwijać się dzięki własnym technologiom i nie mogła, bo jej system uniwersytecki nie był do tego przygotowany i nie jest nadal. Podobnie jest w Chinach. Mają doskonałych techników i inżynierów, ale nie naukowców. Wszystkie najnowsze osiągniecie w genetyce, nanotechnologii itd. pochodzą z Europy i USA. Chiny idą tą samą drogą, co Korea, Japonia czy Tajwan, czyli tańszego robienia tego, co już zostało wymyślone i eksportowania do bogatych krajów. Różnica polega na tym, że nawet jeśli tylko 1/3 Chińczyków tworzy jakiś popyt wewnętrzny, to jest to gigantyczny rynek zbytu, podobnie w Indiach.
Oba kraje mają dobre publiczne szkolnictwo, czego nie można powiedzieć o USA. Chiny odstają jednak, jeśli chodzi o szkolnictwo wyższe. Indie w mniejszym stopniu, ale dotyczy to małego ułamka populacji. W Indiach działa 5 najlepszych na świecie instytutów technologicznych, jeśli chodzi o informatykę, ale to tylko 5 takich ośrodków w kraju z 1,2 mld mieszkańców. W dodatku większość indyjskich naukowców pracuje w Dolinie Krzemowej i tam wytwarza innowacje.
Zatem oba te kraje, żeby przejść do epoki informacyjnej, muszą zmienić swoje szkolnictwo wyższe. W tej chwili chińskie uniwersytety są bardzo zhierarchizowane i zbiurokratyzowane, nie wytwarzają innowacji, a raczej dyscyplinę. Konfucjanizm opiera się właśnie na absolutnej podległości zwierzchnikowi, co zupełnie nie służy innowacjom. Kultura Doliny Krzemowej to właśnie sprzeciwianie się zasadom. Chiny mogą dużo produkować i eksportować, ale nie staną się liderem innowacji.
[1] Koncepcję gospodarki światowej (zdominowanej przez globalne sieci rynków finansowych) jako „globalnego Automatonu” (ang. global Automaton) Castells rozwija w tekście Castells, M.: „Information Technology and Global Capitalism”, (w:) Hutton, W., Giddens, A.: „Global Capitalism”, The New Press, New York, 2000.
*Manuel Castells (ur. 1942) - hiszpańsko-amerykański socjolog,
znawca problematyki miejsckiej oraz współtwórca teorii społeczeństwa
sieci, jeden z najbardziej wpływowych badaczy społecznych 2. poł. XX
wieku, autor wielu książek, m.in. Kwestia miejska (1972), a także monumentalnej trylogii The Information Age, z której dotychczas dwa tomy: Społeczeństwo sieci oraz Siła tożsamości przetłumaczono na język polski.
W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazała się książka Manuela Castellsa i Pekki Himanena Społeczeństwo informacyjne i państwo dobrobytu (Warszawa 2009).
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 10.09.2009 )
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...