|
Michał Borowy, Krytyka Polityczna: Jak się panu podobają propozycje walki z deficytem budżetowym, które rząd ogłosił jakiś czas temu? Podwyżka podatku VAT, zamrożenie płac w administracji czy wprowadzenie reguły wydatkowej (głoszącej, że wydatki budżetu państwa mogą rosnąć co roku maksymalnie o wskaźnik inflacji plus 1 proc.).
Ryszard Bugaj: Raczej mi się nie podobają. Choć bliżej mi do propozycji rządowej niż do tego, co proponuje w obecnej sytuacji Leszek Balcerowicz. Nie uważam, żeby należało zadusić deficyt do samego dna albo bardzo szybko i radykalnie go ograniczyć. Natomiast zgadzam się, że jest on niepokojąco wysoki i powinniśmy go zredukować. To, co zaproponował rząd, nie jest na miarę tego wyzwania. Inna sprawa, że rząd zapewne chce zrobić drugą rundę i uzyskać więcej pieniędzy…
Co pan ma na myśli?
Plany podwyższenia VAT o kolejne procenty.
Propozycja rządu nie podoba mi się z jeszcze jednego powodu. Określiłbym rządowy plan jako próbę sięgnięcia po niewielkie pieniądze do bardzo wielu płytkich kieszeni. Tymczasem w porównaniu z krajami Europy Zachodniej polski system obciążeń publiczno-prawnych zawiera bezprecedensowo rozległe przywileje dla grup zamożnych. Ten kryzys daje rządowi szczególnie dobrą okazję do osiągnięcia celów fiskalnych, a jednocześnie zmniejszenia nierówności w obciążeniach podatkowych. Rząd mógłby teraz sięgnąć do niewielu, ale za to bardzo głębokich kieszeni.
Jakie konkretne rozwiązania pan proponuje?
Chociażby sięgnięcie do podatków dochodowych, a także do parapodatków, jak często są nazywane składki ubezpieczeniowe. Mało kto ma świadomość, że w Polsce system składek jest niezwykle przychylny ludziom o wysokich dochodach, a bardzo nieprzyjazny mało zarabiającym.
Pomysł reguły wydatkowej wydaje mi się dość absurdalny. Jest z ducha hayekowski. Hayek przekonywał kiedyś, żeby powołać „rząd mędrców”, którego decyzje przez 10 lat nie podlegałyby demokratycznej kontroli. Rząd taki oczywiście wykonywałby to, co Hayek uważał za korzystne dla gospodarki. Założenie, że wydatki publiczne nie mogą wzrosnąć o więcej niż 1 procent ponad stopę inflacji jest absurdalne. A gdyby ułożyło się tak, że w ciągu następnych pięciu lat będziemy mieli sześcioprocentową stopę wzrostu, a inflację na poziomie dwóch procent? To mało prawdopodobne, ale wersji mniej „skrajnej” na szczęście wykluczać nie trzeba. Wówczas wydatki też nie mogły by wzrosnąć o więcej niż trzy procent rocznie? To jest chore. Mogą być przecież ważne powody (choćby dobra „okazja” do zrealizowania wielkich inwestycji infrastrukturalnych), aby wydatki wzrosły szybciej.
Inna sprawa, że czas dobrej koniunktury nie został wykorzystany dla „sanacji” finansów publicznych. Przeciwnie, PiS (przy wsparciu PO), wprowadził zmiany, które zaowocowały obniżką dochodów publicznych w granicach 40 mld zł – bez istotnych korzyści dla rozwoju gospodarczego.
Jestem przeciwny redukowaniu deficytu do zera czy próbom jego gwałtownego zmniejszania – nie ma takiej potrzeby ani takiej realnej możliwości. Często jest uzasadnione, żeby państwo – jak wielkie przedsiębiorstwo – realizowało pewne funkcje w szerszym zakresie niż pozwalaja na to aktualne dochody. Jeżeli gospodarka się rozwija, to ciężar długu nie musi rosnąć. Natomiast jestem obecnie przeciwny zwiększaniu zadłużenia. „Rynki” mogą nas ukarać za to, podwyższając koszt pozyskiwania pieniędzy. Być może w pewnych okolicznościach wzrost wydatków powinien być nawet mniejszy niż 1 procent ponad inflację? Ale samo wprowadzenie reguły wydatkowej będzie w praktyce wymuszać automatyzm działania, wiązać ręce decydentom w polityce gospodarczej. Aby uzasadniać taki krok, trzeba się wykazać kompletnym brakiem zaufania do decyzji obywateli, którzy przecież powinni mieć pośredni wpływ na politykę państwa. Jeśli boimy się lub nie chcemy, aby system wykonywał wolę społeczeństwa, to może należałoby demokrację w ogóle ubezwłasnowolnić, nie tylko w sprawie wydatków? To są oznaki myślenia antydemokratycznego.
Chyba jedyne uzasadnienie wprowadzenia takiej regulacji to przekonanie obecnego rządu, że naród oszaleje i wymusi samobójczą politykę zadłużania kraju bez jakiegokolwiek ograniczenia. Że nie będzie słuchał rozsądnych rad. Nie ma powodu, żeby coś takiego zakładać.
Pan uważa, że zmiany te uderzą w najbiedniejszych…
Nie tylko w najbiedniejszych. Także w średnich, choć trudno zrobić dokładny bilans. VAT ma to do siebie, że obciąża przede wszystkim konsumpcję. Ludzie o niskich zarobkach wydają większość swoich dochodów, a bardzo niewiele oszczędzają. W związku z tym VAT z natury uderza w najuboższych.
Inna kwestia to struktura tych podwyżek: jednocześnie podwyższa się VAT na żywność nieprzetworzoną (np. na jaja) i obniża na żywność przetworzoną (np. na szynkę) - jak to zadziała? Nie potrafię oszacować konsekwencji tej zmiany. Wszystko jednak wskazuje na to, że podwyżka VAT-u na żywność nieprzetworzoną uderzy przede wszystkim w osoby z małych ośrodków miejskich oraz ze wsi, gdzie dochody są niskie, a ludzie kupują stosunkowo dużo żywności nieprzetworzonej. Natomiast w wielkich miastach ludzie są zamożniejsi i kupują raczej żywność przetworzoną, na którą stawki zostają obniżone. Pewnie więc ta podwyżka VAT-u szczególnie dotkliwie uderzy w ludzi najbiedniejszych, chociaż samo to uderzenie nie będzie potężne. Podobnie zresztą, jak korzyści dla finansów państwa.
Można spotkać się z opinią, że ludzie o najniższych dochodach i tak zaopatrują się na bazarach, których VAT nie obejmuje…
Moim zdaniem to kompletny margines. Na bazarach sprzedaje się towary, których produkcja jest w gruncie rzeczy dosyć droga. Dostawcy tańszej, masowej produkcji rolnej, z powodów technicznych, obsługują głównie supermarkety, większe sklepy, giełdy towarowe etc. Natomiast nie znam nikogo, kto mógłby na to pytanie odpowiedzieć precyzyjnie. Zawsze będą to tylko intuicje.
Co sądzi pan o propozycji zrównania stawek VAT, wysuniętej przez prof. Filara?
Moim zdaniem to szalone pomysły. W obecnej sytuacji limitem dla wzrostu gospodarczego jest popyt na produkty krajowe. Jeśli chcemy osiągnąć wzrost dochodów sektora finansów publicznych, żeby ograniczyć deficyt, to trzeba to zrobić przy pomocy takich działań, które najmniej w ten popyt uderzą. Jeśli wyrównamy stawki VAT, to cały przychód, jaki w ten sposób uzyskamy, będzie jednocześnie kwotą utraconego popytu. Myślę, że prof. Filar jest tak bardzo przekonany o zaletach wyrównania stawki podatkowej i tak nie ma zrozumienia dla sytuacji bytowej ludzi o niskich dochodach, że gotów jest się na to zdecydować.
W moim przekonaniu o wiele lepszym pomysłem byłaby podwyżka stawek podatku dochodowego dla grupy zarabiającej najwięcej. Zresztą, są one bezprecedensowo niskie w skali Europy. W żadnym kraju na zachód od Polski nie ma tak niskich obciążeń podatkowych dla wysokich dochodów. Gdybyśmy się na to zdecydowali, to po pierwsze duża część z tej dodatkowej kwoty i tak została by zaoszczędzona (bo ludzie o wysokich dochodach mają wysoką skłonność do oszczędzania). Po drugie, osoby o wysokich dochodach dużą część zarobków wydają na wyroby luksusowe pochodzące z importu. Istnieje w wydatkach coś co się nazywa zapadką (broni się uzyskanego wcześniej standardu). Zaryzykowałbym takie stwierdzenie: jeśli będą mieli do dyspozycji mniejszy dochód, to ograniczą raczej luksusową konsumpcję zewnętrzną, czyli więcej kupią w kraju. I może się okazać, że taka zmiana nie wywiera żadnego wpływu na wielkość popytu, a daje przyrost dochodów w sektorze publicznym.
W propozycji FOR pojawiło się twierdzenie, że nie ma nic złego w zmniejszaniu wydatków na edukację, gdyż powinny być one dostosowane do spadającej liczby uczniów.
To oczywiście prawda, przy założeniu, że te wydatki były do tej pory wystarczające. Jestem skłonny w to wątpić. Mamy np. bardzo dużą liczebność klas, polska szkoła wciąż nie robi wystarczających wysiłków, aby zapobiegać odstawaniu edukacyjnemu części uczniów. Niż demograficzny to dobra okazja, aby to naprawić. Redukowanie teraz wydatków na edukację to pomysł fatalny. Tym bardziej, że w wielu dziedzinach mamy do czynienia z wyuzdaną, ostentacyjną konsumpcją, która mogłaby być troszeczkę ograniczona (np. luksusowe dobra nabywane właściwie wyłącznie ze względu na „prestiż”). Widać to choćby na ulicach Warszawy, po których jeździ nieprawdopodobna ilość dwu i pół tonowych SUV-ów, które nie tylko zanieczyszczają środowisko (spalając nawet 20 litrów na 100 km), ale nie służą niczemu poza ostentacją. Czy naprawdę musimy uderzać w coś, co dla rozwoju społeczeństwa i dla demokracji ma zupełnie kluczowe znaczenie? Cięcia w edukacji to powinna być absolutnie ostatnia rzecz.
Zresztą, nie zgadzam się też z tym, co FOR pisze o tzw. becikowym. Może to nie jest najlepsze narzędzie, ale kiedy likwidowalibyśmy becikowe, to przecież nie po to, żeby usunąć jakiekolwiek instrumenty polityki ludnościowej, tylko żeby w miejsce tych, ustanowić inne, lepsze. Francja i Szwecja, jedyne dwa kraje w Europie, które nie mają dramatycznych problemów z demografią, przeznaczają na politykę ludnościową gigantyczne środki. My także przed takim wyzwaniem stoimy, w najlepiej pojętym interesie długofalowego rozwoju.
FOR skrytykował także program „Rodzina na swoim”, twierdząc, że przyczynia się do tworzenia bańki spekulacyjnej oraz wzrostu cen mieszkań, więc powinien raczej nazywać się „Deweloperzy na swoim”.
Tu jestem skłonny trochę się zgodzić. Polska polityka związana z sektorem mieszkaniowym jest silnie nakierowana na posiadanie własnego mieszkania, a zdecydowanie mniej na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych. Wydaje mi się, że jest potrzebna taka polityka, która stwarzałaby możliwość standardu mieszkaniowego w mieszkaniach wynajętych. Marzyło mi się kiedyś, żeby budowano, z silnym wsparciem społecznym, standardowe mieszkania nieluksusowe. Ludzie mogliby je stosunkowo tanio wynajmować, a w długim okresie wykupywać. To by zachęcało do odpowiedniej eksploatacji. Nic się w tej sprawie nie robi. Właściwie małpujemy w Polsce model amerykański, z tym że przy jeszcze niższym zaangażowaniu państwa niż za oceanem.
Jak pan ocenia propozycję Marka Borowskiego, aby próg powyżej którego nie są już odprowadzane składki na OFE osób najbogatszych podnieść z 30-krotności średniej pensji do 40, czy 50-krotności?
Podzielam ten postulat, wielokrotnie go formułowałem. Chciałbym tylko zauważyć, że kiedy wprowadzono obecne rozwiązanie, Marek Borowski nie protestował, a był wówczas marszałkiem sejmu z nadania Leszka Millera. Reformę systemu ubezpieczeń społecznych przeprowadził przecież rząd Millera. Ówczesny klub Unii Pracy, któremu przewodniczyłem, był jedynym, który głosował przeciw reformie w takim kształcie.
Obniżenie składki rentowej oraz zniesienie 40% progu dla najbogatszych zostało przeprowadzone w czasie, gdy pan był doradcą prezydenta Kaczyńskiego.
Tak, to prawda. Zawsze to krytykowałem - publicznie i wobec prezydenta. Chciałbym też zauważyć (co już sygnalizowałem), że trzy decyzje o fundamentalnym znaczeniu, czyli zniesienie podatku spadkowego (ewenement w skali świata), obniżenie stopy podatku dochodowego z 40 do 32 %, a także decyzja pani Zyty Gilowskiej, która zmniejszyła składkę rentową, przyniosły wielki ubytek w dochodach sektora finansów publicznych i są jedną z przyczyn obecnych kłopotów. Uchwalono to „ponad podziałami” (protestów Marka Borowskiego nie pamiętam)!
*Ryszard Bugaj - doktor nauk ekonomicznych, pracuje w PAN, były przewodniczący Unii Pracy, był społecznym doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego do spraw ekonomicznych
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...