|
Michał Sutowski, Krytyka Polityczna: Wrześniowy szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie zapowiadany jest jako jedno z najważniejszych wydarzeń polskiej prezydencji. Ale czy w kontekście ostatnich wydarzeń w Afryce i na Bliskim Wschodzie jesteśmy w ogóle w stanie uczynić politykę wschodnią tematem interesującym dla całej Europy?
Andrzej Brzeziecki: Należałoby pewnie zacząć od tego, że sam ten szczyt odbywa się w Polsce niejako przypadkiem. Pierwotnie mieli go organizować Węgrzy w Budapeszcie, ale przełożono go na jesień z obawy, że na szczyt w maju przyjechałoby mało wysokiej rangi gości. Sytuacja jest faktycznie niekorzystna – jeśli przeanalizujemy doniesienia medialne z ostatnich miesięcy, to można odnieść wrażenie, że Europa Wschodnia nikogo nie obchodzi. Uwaga jest skoncentrowana głównie na kwestii imigrantów z krajów Maghrebu i rewolucjach na Bliskim Wschodzie. Trudno się temu dziwić, wydarzenia tam są naprawdę dramatyczne.
A zatem nic z tego?
Zbyt pochopnie godzimy się w Polsce z pewną europejską anomalią, którą bierzemy za normę. Mianowicie z naszej perspektywy Unia koncentruje uwagę na różnych obszarach przede wszystkim przy okazji wstrząsów, gwałtownych wydarzeń – tak było w przypadku Ukrainy w 2004 roku, gdzie Polska odegrała zresztą kluczową rolę. Podobnie było z Gruzją w roku 2008, gdy zaangażowała się Francja i koalicja państw Europy Środkowej i Wschodniej, i to samo dzieje się dziś, kiedy chodzi o Afrykę Północną. Tak na co dzień Unia jednak nie działa i nie chce działać. Może warto w trakcie naszej prezydencji pokazać, że unijną politykę umiemy uprawiać także tam, gdzie jest spokojnie. A w Europie Wschodniej możemy dziś działać długofalowo, prowadzić rozbudowane działania dyplomatyczne i ekonomiczne, do których niekoniecznie potrzeba myśliwców. I to w obszarze, który jest niejako naturalnym kierunkiem unijnego zainteresowania.
W tym punkcie mam wątpliwości. Stagnacja procesów integracyjnych na Wschodzie to zjawisko widoczne od kilku lat. Unia nie chce już rozwiązywać swoich problemów przez „ucieczkę do przodu”, to jest dalsze rozszerzenie, tak jak to miało miejsce w latach 90.
Tego dylematu nie rozstrzygniemy ostatecznie w trakcie naszej prezydencji, ale być może to dobra okazja, aby przynajmniej otworzyć uczciwą debatę na temat tego, jak widzimy przyszłość Europy Wschodniej. Już kiedy powstawało Partnerstwo Wschodnie, pojawiały się niewypowiadane głośno – z powodu pewnej poprawności politycznej – wątpliwości, czy na przykład kraje kaukaskie to jeszcze Europa. Z kolei Polska sugerowała tym krajom, a także Ukrainie i Mołdawii, że Partnerstwo mogłoby być pierwszym etapem ścisłej integracji. W dalekiej perspektywie – być może nawet członkostwa.
Sugerowała na wyrost?
O to być może należy w czasie prezydencji głośno zapytać. Czy Unia Europejska widzi te kraje ściśle zintegrowane czy raczej związane umowami stowarzyszeniowymi albo współpracą handlową? A może chcemy po prostu mieć na Wschodzie klub względnie stabilnych państw, na tyle kompatybilnych z Zachodem, żeby dało się z nimi prowadzić racjonalnie interesy? Nie wykluczam, że tego typu podejście może przeważać.
Do tego mamy potężny kryzys wewnętrzny strefy euro, grożący rozpadem bądź podziałem Unii. W tej sytuacji niektórzy, jak na przykład Jerzy Łukaszewski na łamach „Znaku”, postulują tymczasowe przynajmniej odpuszczenie kierunku wschodniego w naszej polityce.
To zrozumiałe, że będziemy się koncentrować na najpilniejszych kwestiach – unii walutowej i imigracji. Ale z drugiej strony od Europy Wschodniej nie można się odizolować. Wystarczy przypomnieć, jak długi odcinek wspólnej granicy Unia ma z krajami Europy Wschodniej. W jednym z niedawnych raportów Europolu Ukraina znalazła się w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o przemyt do UE.
A jakie były jego konkluzje?
No właśnie. Obecna atmosfera sprzyja raczej przywracaniu kontroli na granicach wewnętrznych strefy Schengen – a także odsunięciu w czasie liberalizacji reżimu wizowego w stosunku między innymi do Ukrainy. A na ułatwieniach wizowych dla Ukraińców nam zależało.
Wygląda na to, że trudno liczyć na szybką integrację tego obszaru. Naszym priorytetem przez całe niemal ostatnie dwudziestolecie było „mieć Zachód na Wschodzie”. Ale może kraje na wschód od naszej granicy wcale nie mają na to ochoty?
W ostatnich latach rozwiało się wiele naszych iluzji. Chyba zbyt łatwo żywiliśmy złudzenia o nieuchronnym zbliżeniu naszych sąsiadów, zwłaszcza Ukrainy, do Unii. Niejako a priori założyliśmy, że Europa Zachodnia musi stanowić dla nich atrakcyjny model do naśladowania. Przejawem tego miały być zarówno oficjalne deklaracje polityków, jak i stan świadomości społeczeństw. Po wielokroć przypominano w Polsce, że na Ukrainie „euroremont” jest synonimem unowocześnienia, pozytywnie rozumianej modernizacji i awansu. Tymczasem dziś widać, że zarówno elity, jak i duża część społeczeństw wciąż pragną zachodniego dobrobytu, ale już niekoniecznie wszystkich rozwiązań politycznych i społecznych. Zresztą pewna część tamtejszych społeczeństw już żyje w „europejskim” dobrobycie…
Dobrobyt tak, wartości nie?
Stosunkowo najgłębsza ewolucja w stronę modelu zachodniego nastąpiła w Mołdawii i ten kraj jest najbliżej ścisłej integracji z UE. Białoruś w ogóle nie zgłasza europejskich aspiracji i niewiele możemy na to poradzić, Azerbejdżan właściwie też – jest przekonany, że surowce rozwiązują wszystkie jego problemy. A Ukraina, zwłaszcza pod rządami Partii Regionów, nauczyła się kokietować obie strony – Rosję i Unię. Czuje się nie najgorzej, będąc jednym z boków trójkąta, i zdaje sobie sprawę, że nadmierne zbliżenie z którąkolwiek ze stron sprawi, że z tego trójkąta wypadnie. I co ważne – oni czują się dość podmiotowo w stosunku do UE. Radosław Sikorski celnie wskazywał kiedyś, że Ukraińcy nie rozumieją naszej postawy podporządkowania.
Chodzi o „paradygmat dostosowania” Polski do Unii, na przykład w trakcie negocjacji?
Tak, oni są przekonani, że z Unią można i należy się targować, że to jest swoisty handel. Coś za coś. Inna sprawa, czy wynika to z rozpoznania długofalowego interesu Ukrainy, czy może raczej interesu poszczególnych grup oligarchicznych, które w razie „nadmiernego” dostosowania kraju do unijnych standardów mogłyby wiele stracić.
W tych targach Ukraina nie potrzebuje już polskiego „adwokata”, co jest dla nas dość przykre…
Warto zapytać, do jakiego stopnia ta „adwokatura” była naszą projekcją, pewnym wyobrażeniem, które wprawiało nas w dobre samopoczucie. Oczywiście, fakt że jako pierwsi na świecie uznaliśmy niepodległość Ukrainy w roku 1991, jest niepodważalny. Istotna była również polityka Aleksandra Kwaśniewskiego: po zabójstwie Georgija Gongadze był niemal jedynym politykiem Zachodu, który rozmawiał z prezydentem Kuczmą. To pomogło utrzymać Ukrainę w zachodnioeuropejskiej orbicie i oczywiście zaowocowało skuteczną akcją w czasie pomarańczowej rewolucji.
Ale to wszystko były sytuacje ekstraordynaryjne. Nigdy nie mieliśmy narzędzi, by na co dzień odgrywać rolę analogiczną do tej, jaką Niemcy odgrywały wobec Polski w latach 90. – a takie mieliśmy aspiracje.
Nieuzasadnione?
Pewne znaczenie miała nasza polityka pojednania historycznego. Ona też pozwala przybliżyć Ukrainę do Europy. Ale to w zasadzie wszystko. Nie potrafiliśmy związać Ukrainy z nami pod względem gospodarczym – mówiąc krótko, nie jesteśmy w Kijowie mocnym graczem. I to do tego stopnia, że nie tylko trudno tu o „adwokaturę”, ale nawet realizacji własnych interesów nie jesteśmy w stanie zagwarantować. Jeśli Ukraina potrzebuje do czegoś Europy Zachodniej, to zwraca się bezpośrednio do Paryża, Brukseli czy Berlina. Poważna asymetria jest nawet w mediach – w Polsce zainteresowanie Ukrainą jest dużo większe niż Ukrainy nami. Trudno się też Kijowowi dziwić, Polska to nie Niemcy – jeden z motorów UE i największy płatnik do budżetu Wspólnoty.
Czy to wszystko oznacza, że Ukraina ma szanse realnie prowadzić politykę „wielowektorową”?
Polityka „wielowektorowości” ma długą tradycję i chyba ciągle przyszłość. Janukowycz próbuje grać na dwie strony i robi to całkiem sprawnie. Przypomnijmy sobie kwietniowe wizyty w Kijowie: najpierw Putin przywiózł ofertę unii celnej z Rosją, Białorusią i Kazachstanem, a zaraz po nim przyjechał premier Tusk. Putin wyjechał z kwaśną miną, a ukraińskie media w podsumowaniach tygodnia mogły pokazać, że to Europa jest priorytetem. A jednocześnie Ukraińcy płacą Rosji trybut, jak sądzą, głównie symboliczny – koncesje na rzecz języka rosyjskiego czy w przypadku Floty Czarnomorskiej na Krymie. Ukraińcy inaczej niż my patrzą na Rosję. Zarówno niebiescy, jak i pomarańczowi uważają, że z rosyjskimi politykami, z którymi znają się od dekad, zawsze można się jakoś „dogadać”.
Kiedy brakuje wiarygodnej perspektywy integracji, Unia traci dużą część ze swej soft power, miękkiej siły oddziaływania. Na Ukrainie pogarsza się sytuacja, jeśli chodzi o prawa człowieka i prawa obywatelskie. Czy możemy jakkolwiek wpłynąć na ten stan rzeczy?
Pojawiło się wiele negatywnych zjawisk i tendencji. Dotyczy to projektów ordynacji wyborczej utrudniającej życie opozycji czy nowych zapisów w doktrynie wojennej Ukrainy mogących posłużyć za instrument represjonowania mediów i dziennikarzy. Do tego dochodzą trudności niezależnych organizacji pozarządowych. Partia Regionów wymyśliła, że nie mogą być finansowane z zagranicy. Pozycja Ukrainy w rankingu Freedom House się obniża. O tym trzeba mówić głośno, ale obawiam się, że poza ewentualnym naciskiem ekonomicznym niewiele możemy zrobić.
Czyli Europie brakuje instrumentów oddziaływania na Wschodzie? W 2008 w Gruzji Rosja powiedziała „sprawdzam”. I wygrała. Może potrzeba nam zupełnie nowej architektury bezpieczeństwa w Europie?
Akurat konfliktu gruzińskiego nie postrzegam jako wielkiej porażki UE. Była to raczej kompromitacja takich organizacji jak OBWE. W każdym razie nie jest to problem bezpieczeństwa samej Unii. Pamiętajmy, że Gruzja znajduje się kilkaset kilometrów od najdalszych przyczółków UE, a przyczyny konfliktu były złożone. Prezydent Saakaszwili dał niestety Rosji doskonały pretekst do interwencji, poza tym strona rosyjska mogła się powołać na precedens Kosowa…
A czy Partnerstwo Wschodnie stanowi – albo musi stanowić – projekt konfrontacyjny wobec Rosji?
W żadnym razie. Unia ma prawo wprowadzać takie projekty, a Kreml musi zrozumieć i uznać prawo swych sąsiadów, niepodległych w końcu państw, do prowadzenia suwerennej polityki zagranicznej. Zarazem Rosjanie są, jak sądzę, świadomi, że niezależnie od sytuacji w poszczególnych krajach Partnerstwa, i tak są dla Zachodu numerem jeden. Na to uprzywilejowanie Rosji wskazuje wiele czynników, nie tylko oficjalne deklaracje polityków. Weźmy chociażby Partnerstwo dla Modernizacji – ono oznacza transfer technologii z Zachodu do Rosji na zasadach współpracy wyłącznie gospodarczej. Nie ma mowy o żadnym uwarunkowaniu wsparcia, na przykład w obszarze praw człowieka czy instytucji liberalnych. A już Partnerstwo Wschodnie wymaga określonych dostosowań instytucjonalnych. Zresztą – wydaje mi się, że Rosjanie nie wierzą w zdolność Unii do dalszej ekspansji na Wschód…
Co w takim razie Polska może zrobić w trakcie prezydencji?
Nie należy mieć złudzeń, że może wiele zrobić. Rola prezydencji jest ograniczona. Nie spodziewajmy się realnych działań i szybkich efektów. Prezydencja za to może i powinna służyć do budowania pewnej atmosfery wokół Europy Wschodniej. Można starać się o dwie rzeczy. Po pierwsze, włączyć w aktywne tworzenie Partnerstwa Wschodniego więcej państw środkowoeuropejskich, na przykład Czechy i Węgry. One brały udział w przygotowaniach projektu, ale poczuły się w pewnym sensie odstawione na boczny tor, kiedy Polacy i Szwedzi odtrąbili wspólny sukces, zapominając o wkładzie innych państw. Nam oczywiście chodziło wtedy o pokazanie naszej zdolności koalicyjnej, wykraczającej poza region. A druga kwestia dotyczy przydatności Unii Europejskiej na Wschodzie. Unia ma doświadczenie w rozwiązywaniu sytuacji kryzysowych. Sądzę, że naszym głównym zadaniem powinna być teraz współpraca z Mołdawią i praca nad uregulowaniem – wspólnie z Rosją i samymi zainteresowanymi – kwestii konfliktu w Naddniestrzu. Mołdawia i separatystyczne Naddniestrze to obszar mały, ale właśnie dlatego szybko widać efekty. To, co na Ukrainie byłoby kroplą w morzu potrzeb, w skali mołdawskiej będzie czymś wymiernym. Tym bardziej że i w elitach, i społeczeństwie kraju utrzymuje się wysoki poziom akceptacji dla UE. Warto tego nie przespać.
*Andrzej Brzeziecki – dziennikarz i publicysta specjalizujący się w polityce wschodniej, redaktor „Nowej Europy Wschodniej”
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...