|
Mikołaj Syska, Krytyka Polityczna: Jakie uczucia dominują u ciebie przed wyborami prezydenckimi?
Katarzyna Bratkowska: Poczucie absurdu, zażenowania i rozbawienia. Podobne, jak u większości ludzi, których znam.
Ostatnio prof. Anna Giza-Poleszczuk w „Gazecie Wyborczej” opowiadała o badaniach, które miały pokazać, jakie emocje towarzyszą Polakom podczas wyborów. Okazało się, że jest to głównie poczucie bezradności i rytuału. Respondenci mówili, że wybory służą wyłącznie do zmiany pozycji polityków, a nie do decydowania o czymkolwiek ważnym dla państwa. Coraz więcej osób nie widzi żadnego dobrego kandydata i nie wie, jak się zachować 20 czerwca.
Jeszcze do niedawna wielu ludzi było gotowych postawić rozpaczliwy krzyżyk przy kandydacie PO przeciwko kandydatowi PiS-u. Teraz to się zmieniło. Kandydata, który ma realne szanse wygrać i stanowi tak zwane mniejsze zło, nie widzę. Dla mnie Komorowski jest nie do przyjęcia z powodu polityki ekonomicznej PO, ale to samo dotyczy wszystkich kandydatów poza Bogusławem Ziętkiem. Poza tym Komorowski zapracował sobie również na uczucie politowania. Jego poglądy w tak zwanych sprawach obyczajowych, poglądy na rolę kobiety, żałosne wierszyki dotyczące parytetów, myślistwa, i wreszcie spoty, w których przemawia językiem starego feudała-sarmaty - wszystko to oglądam jak kabaret. Genetyczny Polak, pochodzący z całej Polski, posiadający dom na wsi, dzieci, posiadający żonę, która je MU urodziła i która podaje MU kolację… Do tego obrazka brakuje jeszcze tylko skóry niedźwiedziej i starego dobrego sługi Grzegorza. To nie jest język konserwatywny, ale jakiś czerep rubaszny. Niektórzy publicyści zamknięcie sceny politycznej tłumaczą tym, że tak naprawdę główne partie i kandydaci odpowiadają nastrojom społecznym większości i Polacy sami nie oczekują żadnej alternatywy. Co o tym myślisz?
Odpowiedź na pytanie, czy Polakom odpowiadają główni kandydaci moglibyśmy poznać, gdyby Polacy w ogóle mieli szansę poznać innych kandydatów. Ile to jest 30 czy 40 procent z 40 procent głosujących? Głosuje mniejszość. Weźmy też pod uwagę, że główni kandydaci napędzają wzajemnie swoje notowania, wielu ludzi (chociaż coraz mniej) pójdzie głosować na mniejsze zło, to działa w obie strony. Ci, którzy się boją (i słusznie) genetycznego neoliberała Komorowskiego, zagłosują na Kaczyńskiego. Ci, którzy się boją powrotu IV RP, zagłosują na Komorowskiego. Ile zebraliby głosów, gdyby prowadzono uczciwą merytoryczną kampanię? I gdyby ludzie oduczyli się wybierać kandydata tak jak wybierają dezodorant? Komorowski i Kaczyński mają ledwo po jakieś dwa do czterech milionów głosów. Na jednym billboardzie Borys Szyc robi klik klik, tuż obok, na drugim Jarosław stawia na Polskę. To wszystko się zlewa.
Polityka to już wyłącznie pojedynek na spoty, plakaty, happeningi? Nie ma co liczyć na merytoryczną dyskusję?
W polityce, w kampanii rządzą dokładnie te same rynkowo-reklamowe zasady, co w handlu. I to obecnemu układowi politycznemu sprzyja. W kampanii wygrywają pieniądze i chwyty. A ludzie czekają, aż dostarczy się im jakiegoś kilkunastoprocentowego kandydata, bo nie chcą marnować głosu.
Nie ma szans na alternatywę?
Żeby mieć jakieś szanse przebicia się na tej skomercjalizowanej scenie politycznej, potrzebna jest kasa, a nikt z poza tego polityczno-finansowego układu pieniędzy na kampanię mieć nie może, bo i skąd? Skąd ma się wziąć nowy kandydat? Ma spaść z nieba? Dla mnie każdy głos oddany na kogoś z obecnego układu sił politycznych jest głosem zmarnowanym. Przez niechęć do „marnowania” głosów (każdy chce mieć udział w wygranej, nawet kiepskiej, i każdy woli reklamowany dezodorant) marnujemy polityczny potencjał. Nie tworzymy żadnej alternatywy, przeżuwamy przeżute, odtwarzamy te samą układankę. Dobrze wykorzystany głos to głos, który wspiera coś, w co wierzymy. Większe dobro, a nie mniejsze zło.
Kazimiera Szczuka powiedziała mi, że w polskiej polityce mamy do czynienia z samopowielającymi się agentami Smithami z Matriksa, politykami bez wartości, bez merytorycznego przygotowania.. Właściwie bezideowość stała się ideą. A może Polakom to wystarcza, oczekują od państwa po prostu świętego spokoju?
Wszystkie kampanie, wszystkie publiczne debaty, które docierają do większej ilości ludzi, służą wyłącznie tworzeniu światopoglądowego i pojęciowego bajzlu. I podtrzymywaniu starych, sztucznych podziałów. Jednak jeżeli mamy mówić o tym, co dominuje, to dominuje niechodzenie na wybory. Wiekszość uprawnionych do głosowania nie ma zamiaru fatygować się do urn. Dlaczego? Z upodobania do status quo? Czy raczej z poczucia bezsensu?
Badania pokazują, że chyba jednak to drugie.
No właśnie, bardzo wiele Polaków i Polek wie, czego chce. Ale od lat uczą się, że ich zdanie nie ma żadnego znaczenia. Kilka milionów podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie aborcji? Projekt ustawy o parytetach? Wielotysięczna Manifa domagająca się godnej pracy, godnej płacy, sieci przedszkoli, żłobków… i co? I nic. Jeśli my, wąska, uprzywilejowana skądinąd grupka, musimy walczyć z poczuciem bezsensu, to co mają powiedzieć inni ludzie? Czy kobiety z Wałbrzycha chcą tylko spokoju? One chcą mieć dach nad głową. Czy bite kobiety chcą spokoju? Tak, ale spokoju od oprawcy, czyli większej aktywności państwa. Czy pracownice Tesco chcą tylko spokoju? Chcą przeżyć i nie przeżywać upokorzeń. To nie prawdziwe ludzkie potrzeby mają wpływ na wynik wyborów, ale manipulacje medialne, chwyty marketingowe, pieniądze, reklama, brak zrozumienia i beznadzieja.
Jak w takim razie działać, żeby odmienić tę zdemoralizowaną przestrzeń publiczną?
Walczyć z mitami - demitologizowac. Politycy żyją w świecie interesów, ale posługują się mitami, a media to kupują i żyją w całkowicie zmityzowanym świecie. Mamy gadki o tym, gdzie stało zomo, o świętości Wawelu, korupcji, jakimś enigmatycznym reformowaniu państwa, o nowej Irlandii, o nowych relikwiach i beatyfikacjach, o skandalach, przekrętach, nadmuchiwanych, ale społecznie nieistotnych aferach, i świętowanie 20 lat transformacji, z okazji zwycięstwa nad „totalitaryzmem” oraz gołymi hakami i octem w PRL-u. Skądinąd fascynuje mnie, jak ludzie przeżyli tyle lat na hakach i occie…
Mam wrażenie, że ludzi trochę zaczyna to męczyć.
Może masz rację. Programy publicystyczne osiągają szczyty nieistotności. Aż człowiek chciał by wskoczyć do telewizora, do studia i przekłuć ten balon. Kiedyś na jakiejś pikiecie pod sejmem proponowałam, żeby zamiast relacji z sejmu dla społeczeństwa, zafundować posłom relacje z życia na zewnątrz. To, że kampania i wybory są farsą, to tylko efekt myślenia mitami. Gdzie się podziała lewicowa inteligencja z poczuciem społecznej odpowiedzialności? Nie ma, boją się widma haków i stalinizmu. Pod apelem o głosowanie na Bogusława Ziętka podpisali się Noam Chomsky i Ken Loach (lista podpisów jest zresztą bardzo długa i ciekawa) - a u nas? Gdzie w Polsce znajdzie się poważany intelektualista czy intelektualistka, którzy poparliby kandydaturę wieloletniego, sprawdzonego działacza związkowego o lewicowych poglądach, który jako jedyny jasno wypowiada się nie tylko w kwestiach ekonomicznych, ale także w kwestiach dotyczących prawa do aborcji czy legalizacji związków jednopłciowych? Boją się, bo przecież też mają swoje interesy, bo chcą publikować w „Wyborczej”, występować jako eksperci w TVN, bo boją się obciachu, bo to zbyt radykalne. Bo to jest zmarnowany głos. I tak marnujemy rok po roku, zamiast zacząć coś budować. Zamiast zacząć głosować po to, żeby tworzyć nową siłę polityczną.
Co w takim razie mamy zrobić?
Przekonywać ludzi, żeby dali szansę komuś nowemu. Ale dysponujemy jedynie portalami czytanymi przez tzw. środowisko, fejsbukiem, listami dyskusyjnymi i długimi nocnymi Polaków rozmowami. W tej chwili jedyną nadzieję widzę w sojuszu pracowniczo-związkowo-inteligenckim. A ściśle, jeśli chodzi o nasze środowiska, w uświadomieniu sobie, że głosowanie nie jest przymusem wyboru mniejszego zła na teraz, tylko inwestycją na przyszłość.
Katarzyna Bratkowska* - działaczka feministyczna, współzałożycielka Porozumienia Kobiet 8 Marca, historyczka literatury, wykładowczyni na Gender Studies, w Wyższej Szkole Dziennikarskiej, nauczycielka w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym im. Jacka Kuronia
KOMENTARZE I ROZMOWY PRZEDWYBORCZE
Kazimiera Szczuka: Wygra myśliwy. Niestety Paweł Huelle: Wygrać z trumiennym upiorem Kinga Dunin: Byle nie na Kaczyńskiego i Komorowskiego Jacek Żakowski: Polska najważniejsza, Polacy się nie liczą Grzegorz Laszuk: Policzmy tych, którzy nie mają na kogo głosować Magdalena Środa: O władzę się nie prosi Michał Syska: Patriotyzm genetyczny „Gazety Wyborczej” Michał Syska: Czy chodzi pan do kościoła, panie kandydacie?
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...