|
Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Jedna czwarta tegorocznych maturzystów oblała maturę z matematyki. W zeszłym roku nie było tak źle. Ranking PISA z 2009 roku pokazuje, że ze znajomością matematyki ówcześni piętnastolatkowie radzili sobie całkiem nieźle, wypadli lepiej niż gimnazjaliści w 2006 roku. Skąd się bierze słaby wynik tegorocznych maturzystów? Prof. Ireneusz Białecki*: Nauczanie matematyki raczej się nie pogorszyło z roku na rok. Prędzej zmieniły się kryteria. Wiceszef Centralnej Komisji Egzaminacyjnej Mirosław Sawicki powiedział, że może tym razem „aparat był zły”. Trzeba też pamiętać, że wyniki z roku na rok nie są porównywalne, choćby dlatego, że zestawy zadań są inne. Zadania testowe często mierzą, czy program został poprawnie opanowany. Moim zdaniem to nie jest dobre podejście. Najważniejsze pytanie brzmi: jak standardy nauczania i ułożony na ich podstawie program mają się do prawdziwego życia, tzn. do tego, co trzeba umieć z matematyki, żeby dawać sobie radę w pracy lub móc studiować. Granica „zdał – nie zdał” jest bardzo umowna. Trudno jest przyjąć z całą odpowiedzialnością, że powyżej jakiegoś poziomu znajomość matematyki jest konieczna. Konieczna do czego? Do porównywania lokat w bankach? Bo przecież nie do mnożenia – teraz niemal każdy ma kalkulator w telefonie.
Matematyka jest niepotrzebna?
Jest potrzebna, żeby umożliwiać abstrakcyjne myślenie, planowanie strategii życiowych. Jest przydatna choćby w życiu obywatelskim, gdy trzeba sobie wyobrazić, że likwidowanie długu publicznego to przeniesienie go na następne pokolenia. Jest przydatna przy rozumieniu złożonych wskaźników, ich wag, algorytmów, na których coraz bardziej opiera się racjonalizacja usług publicznych czy polityka Unii Europejskiej. Ale proszę wybrać minimum, w które powinien być wyposażony człowiek po maturze, żeby być dobrym obywatelem. Moim zdaniem takiego minimum nie ma, a jeśli jest, to polega przede wszystkim na przyswojeniu sobie umiejętności uczenia się matematyki. Matura z matematyki ma służyć przede wszystkim rekrutacji na studia. Na różnych kierunkach rozmaitych szkół ustanawia się różne wymagania. W najlepszych – przyjmuje się jedynie najlepszych z górnego decyla wyników. Natomiast skoro nie sposób określić pakietu wiedzy czy umiejętności bezspornie koniecznych do życia dorosłego, po co posługiwać się terminologią „zdał – nie zdał”? Jedna czwarta oblanych matur z matematyki jest sprawą umowną. Po co stygmatyzować tę grupę młodych ludzi? Lepiej na rozsądnych warunkach (może odpłatnie?) pozostawić każdemu szansę poprawy swojego wyniku. Mirosław Sawicki powiedział, że wyniki z matur to może być wina słabszego rocznika.
Młodzież to nie wino. Nie sądzę, żeby akurat tym razem trafiła się duża grupa uczniów mniej utalentowanych. To może nauczyciele w tym roku gorzej przygotowali uczniów?
Nie sądzę. Nauczyciele przygotowują do rozwiązywania zestandaryzowanych testów, bo są rozliczani z wyników testów. Uczą „pod testy”, tak samo jak uczyli w roku poprzednim. Może w tym roku ktoś w komisji chciał, żeby w testach znalazły się zadania, których nie ma w zbiorach – i z tym przedobrzono. To nie znaczy, że ten, kto oblał w tym roku, będzie słabiej obliczał, ile straci, jeśli weźmie kredyt we frankach. Może to jednak problem z polskim systemem edukacji, że nie uczy myśleć nieszablonowo?Jakiś czas temu jeden z profesorów przeprowadził eksperyment, w którym, podczas rozmów z dziećmi mimochodem mówił, że 2 + 3 to 7. Dzieci, które jeszcze nie chodziły do szkoły, protestowały. Dzieci, które miały za sobą jakiś czas edukacji szkolnej – milczały.
Taki problem nie pojawia się nagle. Kiedy dzieci zaczynają naukę, to operują zdrowym rozsądkiem i 2 + 3 intuicyjnie nie wychodzi im 7. Natomiast szkoła uczy między innymi tego, że profesor ma rację.Ze szkoły chce się zrobić wytwórnię kompetencji rozumianych technicznie, instrumentalnie, jako sprawności przypisanych określonym obszarom wiedzy. Szkoła w coraz mniejszym stopniu wyposaża w umiejętności wskazujące, jak dobrze żyć, tworząc pomyślność własną i pomnażając pomyślność innych. Ponadto obserwuję, że wśród moich studentów zanikają kanony i hierarchie, które bywają dobrym przewodnikiem po wiedzy w dyscyplinach społecznych. Na przykład Marks albo Bourdieu to myśliciele innego formatu niż naukowcy z podrzędnych polskich uczelni, których referaty są dostępne w internecie. Ale najpierw trzeba to przyjąć na wiarę. Dobre skądinąd zasady równego szacunku dla każdego powodują, że szkoła traci swoje funkcje pedagogiczne, które polegają na przekazywaniu kanonów i hierarchii. Do tego dochodzą postawy krytyczne. I to postawy krytyczne wobec zastanych hierarchii i kanonów są problemem? A może to kwestia nowych technologii? Według niedawno opisanych przez „Rzeczpospolitą” wyników badań PISA na temat poruszania się w internecie, polscy gimnazjaliści nie wiedzą, jak dzięki temu medium wyszukiwać odpowiednie informacje.
W polskiej szkole poziom kadr nie jest bardzo wysoki, a ich dobór wciąż opiera się na selekcji negatywnej, nic dziwnego, że nie ma dobrych informatyków. W Szwajcarii, Niemczech czy w Finlandii, gdzie nauczyciele są dobrze opłacani, są dobrzy nauczyciele, również informatyki, i na pewno uczą przydatnych umiejętności, a w każdym razie takich, na których opiera się test PISA. Nie wiem, czy podczas polskich lekcji informatyki mówi się na przykład, na jakim mechanizmie opiera się najpopularniejsza wyszukiwarka Google: po wpisaniu szukanej frazy na samej górze wyskakują strony najczęściej odwiedzane, a nie najtrafniejsze czy najpoprawniejsze. Jeśli tego się nie wie, można odbierać świat w zdeformowany sposób. Kiedy korzysta się z internetu, pracuje się w wielu oknach. Niektóre wyniki amerykańskich badań mówią, że młodzi ludzie coraz słabiej posługują się myśleniem liniowym czy jednotorowym. A ono w wielu przypadkach się przydaje. Natomiast mają lepsze umiejętności komunikacyjne. W kształtowaniu wartości coraz większą rolę ogrywają instytucje pozaszkolne. Wraz z tym jak rośnie podmiotowość dziecka (co skądinąd – jak wiadomo – nie jest rzeczą złą) maleje rola rodziny, a zwłaszcza szkoły. Czym w takim razie szkoła powinna być? Czym ją zastąpić lub co zrobić, żeby z powrotem stała się tym, czym była?
Nie wiem, czy szkoła może lepiej przekazywać etos albo całościowy obraz świata. W tej roli lepiej sprawdza się przedszkole. To w okresie przedszkolnym kształtują się struktury poznawcze umysłu, kryteria wartościowania i aspiracje. Szkoła i edukacja odwołują się do istniejących zasobów wiedzy. Te zaś rosną w zawrotnym tempie, wiedza jest coraz bardziej pokawałkowana, oparta na wyspecjalizowanych językach, odbijających rozmaite perspektywy i interesy. Ponadto upowszechnia się przekonanie, że nie ma jednego obowiązującego opisu czy objaśnienia rzeczywistości. Są różne opisy i interpretacje i każda z nich jest równie dobra jak inne. Nie jest to dobra sytuacja do tworzenia programów nauczania. Powinna być też lepsza koordynacja między szkołą i instytucjami pozaszkolnymi – telewizją czy internetem – w kształtowaniu tzw. kultury wyższej (o ile takie pojęcie jeszcze ma sens), by na tym zbudować sobie system wartości, który można przykładać do różnych dziedzin życia. Dobry smak, dobry gust są przecież drogowskazami w życiu. Tylko nie wiem, czy takie ujednolicenie przekazu jest możliwe w społeczeństwie demokratycznym, rządzonym reklamą. Wrócę jeszcze do matematyki. Ostatnio jeden z dzienników doniósł, że polscy studenci matematyki nie potrafią rozwiązać podstawowych zadań.
Studenci matematyki i informatyki Uniwersytetu Warszawskiego regularnie zdobywają laury w olimpiadach informatycznych organizowanych w USA. Najlepsze uczelnie mają duży potencjał, by szkolić dobrych matematyków. Natomiast jest dużo szkół niepublicznych, które uczą na naprawdę niskim poziomie. Po tym, jak zrezygnowano z obowiązkowej matury, podupadł tez poziom matematyki w szkołach średnich. Ten obowiązek przywrócono dopiero dwa lata temu. Od moich kolegów matematyków z UW słyszę, że wiedza uczniów jest bardzo zróżnicowana, choć przecież na ten wydział dostają się osoby z górnego decyla najlepszych maturzystów z matematyki. Wiele razy słyszałem, że w pierwszych miesiącach studiów konieczne są zajęcia wyrównawcze. Ale to pokazuje tylko, że trzeba poprawiać standardy nauczania matematyki, żeby ten zasób wiedzy był bardziej wyrównany. Badania PISA pokazały, że choć polscy uczniowie mają całkiem dobrą wiedzę z matematyki, w porównaniu z najlepszymi krajami myślą zbyt schematycznie, a za mało twórczo. W krajach anglosaskich matematyki uczy się w sposób bardziej intuicyjny, w Polsce wciąż opieramy się na pisaniu wzorów na tablicy i rozwiązywaniu zadań. Jednak za mało znam się na tych sprawach, by stawiać diagnozy. Może problemem jest natury systemowej? Z powodu braku szkolnictwa zawodowego na studia trafiają ludzie bez motywacji i z przypadku? Mam wrażenie, że brakuje robotników wykwalifikowanych, natomiast wykształcenie wyższe się chyba dewaluuje.
Dyplom szkoły wyższej daje lepszą pozycję na rynku pracy. Bezrobocie wśród osób z wyższym wykształceniem jest ciągle niższe – nie mówię tutaj o świeżych absolwentach. Z dyplomem ma się średnio wyższe zarobki. Kobiety bardziej zyskują na wykształceniu uniwersyteckim niż mężczyźni. Niektórzy tym tłumaczą fakt, że 70 proc. studiujących na UW to kobiety. Na uniwersytety pchają też tłumy młodych ludzi silnie rozpowszechnione przekonania przybierające wręcz formę ideologii, że żyjemy w gospodarce opartej na wiedzy, w społeczeństwie informacyjnym, że o przewadze konkurencyjnej decyduje kapitał ludzki, kapitał intelektualny, innowacyjność, potencjał komunikacyjny i sieciowy… W rezultacie studiuje ponad połowa każdego rocznika młodzieży. Nie ma siły, żeby średni poziom studentów nie był niższy niż wówczas, gdy studiowało ich 20 proc., czyli jeszcze nie tak dawno. Co nie znaczy, że ludzie nie powinni się uczyć; zdobyta wiedza i umiejętności tak czy inaczej się przydają. Jeśli chodzi o szkoły zawodowe, to trudniej teraz uczyć dobrze sprawności zawodowych przydatnych w pracy – wiedza i technologia rozwijają się zbyt szybko. To, co dziś trzeba wiedzieć i umieć w pracy, trzeba wprowadzić do programów szkolnych i egzaminów zawodowych. Kiedy to się zrobi, często nowa wiedza jest już zdezaktualizowana. Poza tym wiadomo, że ludzie zmieniają profesję średnio siedem razy w ciągu życia. Tradycyjna szkoła zawodowa często jest z tego punktu widzenia marnowaniem pieniędzy, a taka edukacja kosztuje więcej niż w szkole ogólnokształcącej. Gdy robiłem remont mieszkania, zatrudniłem z 15 różnych osób, kafelkarz, hydraulik, stolarz… i nikt nie kształcił się w zawodzie, który wykonywał! Jednak są kraje, w których coraz więcej osób rezygnuje ze studiów na rzecz pomaturalnych kursów zawodowych. Coraz więcej dziedzin opiera się na znajomości informatyki; tworzeniu stron internetowych, zbieraniu zamówień umiejętności tworzenia projektów. Tego można nauczyć się na studiach, ale także praktycznie – na kursach. Edukacja zawodowa powinna się opierać na umiejętnościach, które da się wykorzystać w wielu różnych dziedzinach, żeby umożliwić ludziom łatwiejsze przekwalifikowanie się. Oczywiście nie wszystkie umiejętności są transferowalne – można je wykorzystywać w różnych zawodach. Są także umiejętności specyficzne dla zawodu krawca, szewca czy zegarmistrza. Źle się stało, że w Polsce nastąpił odwrót od kształcenia zawodowego – jeszcze niedawno tylko około 10 proc. rocznika się decydowało na edukację zawodową i byli to najsłabsi uczniowie.Trzeba też pamiętać, że te same zawody można projektować rozmaicie. Pracownika z pogardzanego niegdyś zawodu śmieciarza łatwo można sobie wyobrazić jako kogoś pracującego w masce i rękawiczkach, znającego się na recyclingu, ekologii, sprawnie poruszającego się na rynku ofert i zamówień związanych ze swoją dziedziną. W gruncie rzeczy chodzi o to, w jakiej mierze dana praca, zawód, stanowisko jest samodzielne, na ile samemu planuje się swoje zadania, działa samodzielnie, uruchamia własną przedsiębiorczość. W wielu zawodach autonomia, samosterowanie schodzi w dół hierarchii. Jednak póki co przykład bardziej rozwiniętych krajów UE wskazuje, że nadal jest duże zapotrzebowanie na pracę nisko kwalifikowaną lub bez kwalifikacji. Prowadzi to do importu pracy, imigracji trwałej lub okresowej i tworzy wiele innych znanych problemów. Ten najazd na szkoły wyższe po części wynika z „potrzeb” rynku pracy. Stwierdzenie, że teraz nawet na magazyniera trzeba mieć wpisany w CV dyplom uniwersytecki, jest tylko drobną przesadą.
Niemcy i Szwajcarzy mają system kształcenia zawodowego, w Szwajcarii cieszy się on prestiżem. W krajach anglosaskich z kolei szkolnictwa zawodowego jako części szkoły średniej – prawie nie ma. Wiedza techniczna i kwalifikacje zawodowe są przekazywane po szkole średniej na różnego rodzaju kursach lub na studiach. Jaki model byłby lepszy dla Polski? Szkolnictwo zawodowe w Polsce do tej pory było słabe. Obecnie kształcenie zawodowe wychodzi poza szkołę; coraz więcej umiejętności i kwalifikacji zdobywa się w sposób niesformalizowany w rozmaitych formach dokształcania. Coraz ważniejszy staje się dobry, sprawnie działający system certyfikacji; poświadczania kwalifikacji i umiejętności zdobywanych w inny sposób. Dobry system sprawdzania umiejętności i kwalifikacji i nadawania uprawnień zawodowych może mieć korzystny wpływ zarówno na rozwój kształcenia zawodowego, jak i na rynek pracy. Jeżeli system ów będzie czytelny, a wydawane certyfikaty – uznawane we wszystkich krajach Unii, może to pobudzać inicjatywę do samodzielnego, elastycznego planowania własnej kariery zawodowej zgodnie z potrzebami rynku i własnymi zainteresowaniami. Ale to wszystko jest jeszcze sprawą przyszłości.
*Ireneusz Białecki – prof. UW, kierownik Zakładu Ewaluacji i Studiów nad Edukacją w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych. Redaktor naczelny półrocznika „Nauka i Szkolnictwo Wyższe”, członek prezydium Komitetu Naukoznawstwa PAN. Zajmuje się nierównościami w dostępie do edukacji, polityką edukacyjną, ewaluacją edukacji, szkół wyższych i polityki naukowej.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...