 Czytaj pierwszą część rozmowy: Pozbawiliśmy społeczeństwo rozumu Jakie kwestie powinny się koniecznie pojawić w debacie publicznej? Co jest szczególnie ważne z punktu widzenia lewicowej agendy? Sprawą zasadniczą jest uaktywnienie społeczeństwa – jego bierność to efekt grzechu pierworodnego lat 80. i transformacji. To społeczeństwo zostało po prostu wykastrowane: najpierw stan wojenny, a potem rok 1989. To prawda, że nastąpiła wówczas gigantyczna eksplozja energii przedsiębiorczości. Ale jednocześnie - w wyniku restrukturyzacji gospodarki - pracę straciło ponad 5 milionów osób. Rozwiązanie Komitetach Obywatelskich i profesjonalizacja polityki też doprowadziło do wygaszenia społecznej energii.
Transformacyjne elity przestraszyły się najwyraźniej groźnej energii samoświadomego ruchu pracowniczego. Badania nad pierwszą Solidarnością prowadzone m.in. przez Alaina Touraine’a pokazały jasno, że „Solidarność” to nie był jakiś tam ruch roboli. W roku 1981 to była bardzo złożona i samoświadoma struktura, oparta na zasadach podmiotowości i godności. Dlaczego osiem lat później z robotników na nowo zrobiono roboli, przestraszono się ich?
Koszty ekonomiczne transformacji są przyczyną obecnej bierności?
Nie mam wątpliwości, że istnieje korelacja między aktywnością zawodową a polityczną. Już Tischner mówił – a w tej kwestii całkowicie się z nim zgadzam – że praca jest formą dialogu, formą komunikacji społecznej. I jeśli człowiek w tym dialogu nie uczestniczy, to nie angażuje się również politycznie. Problem w tym, że takiej aktywizacji wszyscy się dziś boją… Należałoby zacząć „od dołu”, czyli od przywrócenia ludziom kompetencji obywatelskich – a to oznacza głównie kompetencje kulturowe. Język, symbole, sztukę, zdolność uczestniczenia w debacie – tutaj się nie da pójść na skróty. Stąd fundamentalna rola edukacji kulturalnej.
Druga kwestia to projekt, który powstałby na bazie tych odzyskanych kompetencji. Potrzeba wizji, że jesteśmy w stanie zrobić coś wspólnie, że mamy jakiś cel, który przekracza tylko wielość nieskoordynowanych interesów, których emanacją jest rynek. Ten cel – określony np. w perspektywie dwudziestu lat – musi się jakoś wiązać z wyzwaniami w skali makro. Tylko że o nich również nie rozmawiamy – o ociepleniu klimatu, o problemach z energetyką, dla których choćby częściowo rozwiązaniem mogłoby być uspołecznienie. Nie chodzi o jakiś dydaktyzm, ale o włączanie globalnych wyzwań do założeń projektu. O powiedzenie, że skoro już musimy modernizować infrastrukturę energetyczną, zmieniać system edukacji, inwestować w kulturę – to róbmy to z jakimś dalekosiężnym celem w głowie.
Jakim na przykład?
Może przeczytajmy na początek naszą własną Konstytucję? Tam jest napisane, że podstawą ustroju gospodarczego Polski jest społeczna gospodarka rynkowa oraz to, że kierujemy się w naszej polityce zasadą zrównoważonego rozwoju. Może taki cel, traktowany jako pewien metapoziom dla wszystkich opcji politycznych – obok działalności oddolnej – byłby w stanie wyzwolić potrzebną energię społeczną?
Dziś ta energia jest uśpiona, marnotrawiona w obszarach różnorodnych wykluczeń. Ten stan jest, co gorsza, zalegitymizowany przez naszą kulturę! Transformacja ekonomiczna zgrała się u nas doskonale ze zmianą kulturową – w stronę wzorca indywidualizmu, ale także akceptacji i stygmatyzacji wykluczenia. W Polsce dokonał się proces odwrotny do tego, z którym mamy np. do czynienia w Brazylii za rządów Luli. Zrozumiano tam, że nie da się zlikwidować wykluczenia ekonomicznego bez włączenia ludzi poprzez kulturę. Na tym polega cała rewolucja latynoamerykańska – w miastach takich, jak Bogota, Medellin, Kurytyba czy Porto Alegre nie rozdaje się biednym worków z pieniędzmi. Pomaga się im odzyskać godność i podmiotowość właśnie przez uczestnictwo w kulturze – wówczas mają oni szansę zacząć odbudowywać swoje życie. To właśnie należy uczynić w Polsce – przywrócić ten solidarnościowy „moment etyczny”, jak nazwał rzecz Touraine. To jest naturalna agenda polityczna dla lewicy.
A co z „twardą” infrastrukturą? Wydaje się, że rząd ma tutaj duże, długofalowe projekty, mało tego – zaczyna je wprowadzać w życie.
To prawda, choć wynika to w dużej mierze z logiki naszego członkostwa w UE – długoterminowy charakter inwestycji wiąże się z warunkami odbioru środków z funduszy strukturalnych. Staliśmy się częścią organizmu, który wymusił na nas takie myślenie.
Mieliśmy na początku do czynienia ze słynną koncepcją „rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego”. Ta koncepcja wciąż obowiązuje, ale ewoluuje w ciekawy sposób. Dziś mówi się o metropolii sieciowej i o kraju, w którym widać ponad 30 ośrodków: 12 o statusie metropolii i 21 mniejszych ośrodków miejskich, które razem pokryłyby siatką cały kraj. Już nie tylko zatem Lublin, Szczecin czy Białystok, ale także Elbląg czy Olsztyn zostałyby włączone do systemu. Dociera w końcu świadomość, że rozwój jest bardziej złożony, niż chcieliby miłośnicy Richarda Floridy, którego koncepcje być może świetnie sprawdzają się w USA, ale w Europie już niekoniecznie.
To znaczy?
Trzeba docenić mniejsze ośrodki, które są w stanie zająć jakąś niszę i w jej ramach stać się rozwojowym centrum. Dobrym przykładem jest Rzeszów – w naszych kategoriach to metropolia, choć w skali europejskiej to oczywiście drobiazg. To miasto doskonale rozwija infrastrukturę, również dzięki inwestycjom rządowym, z lotniskiem na czele. Wykorzystało zasoby z przeszłości – inwestycje z okresu PRL, a nawet z czasów budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego, przechowano powstałe dzięki przemysłowi kompetencje. Wystąpił oczywiście splot wielu czynników – także dobra współpraca miejskich władz z biznesem – ale to przede wszystkim przykład, że nie tylko wspomaganie dużych ośrodków ma sens.
PO się nam wysubtelniło?
W jakimś stopniu tak. Mówi się choćby o remoncie odcinka drogowego Lublin – Białystok – o budowaniu korytarzy komunikacyjnych między ośrodkami dotychczas niedowartościowanymi. Ale jest i druga strona medalu – koordynacja na poziomie krajowym leży zupełnie. Najlepszym przykładem jest kolej, w której przypadku nie tylko nie ma postępu, ale jest po prostu degradacja. Ilustrowałem to kiedyś przykładem: gdy stoję na peronie stacji w moich Gołąbkach, to przy pomocy telefonu komórkowego jestem w stanie zarezerwować bilet na samolot do Paryża, kupić bilet do muzeum i zarezerwować nocleg w tamtejszym hotelu. Tylko nie mogę sprawdzić, czy dojadę na czas z Ursusa na Okęcie. Przy wszystkich remontach linii – które same w sobie da się przeżyć – nie zadbano o rzecz stosunkowo najtańszą. A zarazem kluczową dla współczesnej cywilizacji.
Dostęp do wiarygodnej informacji?
Tak, informacji, która po prostu pozwala skoordynować ludzkie działania. Ale brak wizji chyba jeszcze wyraźniej widać na przykładzie polityki miejskiej. Jak wiele można zdziałać w tej materii pokazuje przykład wspomnianego już Medellin. To miasto w trakcie jednej kadencji Sergio Fajardo, burmistrza-wizjonera przemieniło się ze światowej stolicy mafii narkotykowej w globalną metropolię. Za priorytet uznano właśnie upodmiotowienie wykluczonych przez kulturę – a pierwszym krokiem było odzyskanie przestrzeni publicznej. Nie tylko poprzez budowę bibliotek publicznych czy szkół, ale także parków, placów i miejsc spotkań dostępnych dla wszystkich. A u nas wciąż mało kto traktuje przestrzeń publiczną jako instrument budowania podmiotowości społeczeństwa. Może dlatego, że w większości przypadków władza – na poziomie centralnym, ale i lokalnym – boi się tej podmiotowości.
Bo zapłoną samochody?
Tak – to obraz, jaki naszym politykom jeży włos na głowie. Mają przed oczami francuskie przedmieścia, w których ta podmiotowość zyskuje cechy, powiedzmy, nazbyt spektakularne, mają też przed oczami Stuttgart, gdzie masa ludzi wystąpiła przeciwko zawłaszczeniu przestrzeni publicznej przez podmioty komercyjne. Ale najbardziej się chyba boją tego, że w mieście mogłoby manifestować nie pięć tysięcy przywiezionych autokarami związkowców, ale np. sto tysięcy ludzi? Na Zachodzie takie sytuacje to norma – a przeniesienie tego na nasz grunt wymusiłoby zasadniczą zmianę w polityce.
Kultura, przestrzeń publiczna w miastach, rozwój średnich ośrodków – wystarczy na lewicowy program?
Mówiliśmy już o infrastrukturze, zwłaszcza o energetyce – to idealne pole dla lewicowej polityki. Brakuje u nas wymiaru, który w krajach zachodnich, choćby w Danii, od kilku dekad jest traktowany jako podstawowy. Infrastruktura może nie tylko rozwijać gospodarczo regiony, ale też służyć budowie… kapitału społecznego. Jeśli się ją odpowiednio zaprogramuje. W Polsce mieliśmy chyba tylko jeden taki przypadek, który zresztą wszedł już do podręczników. Myślę o programach telefonizacji wsi z przełomu lat 80. i 90. Powstało wiele inicjatyw społecznych, które jednak po zakończeniu zadania rozpadały się, a wybudowaną infrastrukturę przejmowała, której warunkiem było założenie przez mieszkańców wsi spółdzielni. Większość z nich rozpadała się zaraz po wykonaniu swojego zadania, a ich majątek przejmowała ówczesna Poczta Polska, Telegraf, Telefon, której sukcesorką była Telekomunikacja Polska.
W jednym znanym mi przypadku spółdzielnia powstała do telefonizacji kontynuowała działalność – było to w Dolinie Strugu, pod Rzeszowem. Tamtejszy lider przywiózł know-how z USA – nie tyle nawet technologię, co wiedzę o zarządzaniu. I do tego świadomość – zupełnie obcą polskim elitom – że w USA 100 milionów ludzi jest zrzeszonych w spółdzielniach. Oni nie tyle przetrwali, co zbudowali bajkę niemal – w roku 1995 mieli szkołę podłączoną do internetu. Obok tego rozwinęli działalność spożywczą, mają piekarnię, etc – w czterech gminach, które weszły do projektu, są dziś dużo wyższe wskaźniki zatrudnienia niż w okolicy.
Kapitał społeczny przechodzi w gospodarczy?
Nie wszędzie i nie automatycznie. Ale to była niewątpliwie wielka szansa – zmarnowana na początku lat 90. wskutek liberalnego doktrynerstwa, które faworyzowało niemal wyłącznie stricte prywatne formy własności. Obecnie mamy kolejną szansę – w związku z gigantycznymi inwestycjami w modernizację systemu energetycznego. Można je przeprowadzić na dwa sposoby. Rząd planuje inwestycje w wielkie, scentralizowane systemy zaopatrzenia w energię – a przede wszystkim elektrownię atomową, która jest projektem prestiżowym i bardzo, wbrew pozorom, wygodnym dla rządu. Alternatywna opcja to system zdecentralizowany, oparty na licznych spółdzielniach. Na takiej zasadzie działają np. farmy wiatrowe w Danii, które wykreowały bardzo dużą ilość miejsc pracy. U nas wciąż traktuje się energetykę jako obszar, z jednej strony, strategicznego bezpieczeństwa państwa, z drugiej zaś – jako inwestycję gospodarczą. Najczęściej to po prostu emanacja interesów tych grup, które są wystarczająco silne by je wyartykułować.
A kto może być podmiotem takich działań? Kto ma te wszystkie słuszne wizje przełożyć na realny projekt polityczny? Partie polityczne, jeśli interesują się tymi kwestiami, to raczej przypadkiem.
Próba Palikota pokazuje, jak wątłe są możliwości. On przecież próbował zmobilizować grupę stosunkowo najbardziej aktywnych – tych, którzy bez impulsów z zewnątrz gotowi są walczyć o różne „konkretne sprawy”. Dobrym tego przykładem była akcja „Ratujmy maluchy”, zorganizowana głównie przez rodziców z klasy średniej zgodnie ze swoim interesem. Bo uprzywilejowane społecznie i kulturowo rodziny nie potrzebują wcześniejszej edukacji dzieci. Inny przykład, to wspólna walka przeciwko nadużyciom banków przy ryzykownych transakcjach, jak opcje walutowe czy niesprawiedliwie egzekwowanych hipotekach. Wówczas poszkodowani również postanowili się zorganizować przeciwko bankom – ze sporym sukcesem.
Ale to nie są grupy nastawione na całościowe projekty?
To po pierwsze, a gdyby nawet były nastawione na projekt, to na pewno nie lewicowy! Najbardziej aktywna część polskiej klasy średniej jest formacją neokolonialną – ona od roku 1989 brała udział w kolonizacji tego kraju, tzn. w produkowaniu różnicy i wykluczenia. To oni okupują strzeżone osiedla, to oni też niszczą publiczny system edukacji, wykorzystując go – dzięki swemu kapitałowi kulturowemu – do kreowania społecznej różnicy. Brakuje w Polsce silnego aktora, który skierowałby ten system w stronę niwelowania nierówności, czemu zresztą oficjalnie ma służyć! Państwo nie jest w stanie wymusić zmian, tak jak choćby rząd amerykański, który w swoim czasie odgórnie nakazał dowożenie części dzieci do szkół poza miejscem zamieszkania – by nie tworzyć gett. U nas ci rodzice, którzy wiedzą czego chcą, wymuszają na dyrekcji rozmaite rozwiązania w ich interesie – np. segregację wewnątrz szkoły. Kategoria interesu społecznego w ogóle zaniknęła – nawet ludzie z lewicy uważają za oczywiste podejście pt. moje dziecko jest najważniejsze. Znaturalizowano zjawisko pogłębiania społecznej segregacji przez szkołę – pamiętamy wysyłanie przez polityków dzieci do prywatnych szkół za czasów rządów Millera, analogiczne do tego, co robił Tony Blair.
Czyli na klasę średnią nie mamy co liczyć?
Niespecjalnie. Już Elizabeth Dunn w książce Prywatyzując Polskę pokazała, że to jest grupa, która dokonuje wewnętrznej kolonizacji i bardzo silnie identyfikuje się z systemem. Nasi okupanci bywają gorsi od tych zewnętrznych… Liczę raczej na model brazylijski, tzn. na możliwość stworzenia lewicy poza establishmentem. Pytanie brzmi, czy w Polsce można stworzyć ruch, który podejmie próbę mobilizacji wykluczonych poprzez udział w kulturze…
Czy to nie jest błędne koło? Żeby wykluczeni mogli się upodmiotowić, potrzebowaliby np. innego systemu edukacji. Do jego zmiany potrzeba inicjatywy politycznej – obecne partie nie są tym zainteresowane. Z kolei duży ruch społeczny wymagałby masowego dostępu do kompetencji kulturowych, które dać może chyba tylko edukacja…
Doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że bardzo trudno jest wprowadzić zupełnie nowego aktora na scenę polityczną – to niestety musi być jakaś partia, żeby wprowadzić zmiany legislacyjne. A wśród istniejących? W przypadku SLD problemem jest żałośnie niski poziom intelektualny. Poza tym odnoszę wrażenie, że taka perspektywa na przyszłość – jakieś masowe upodmiotowienie społeczeństwa – nie tylko nie mieści się w ich wyobraźni, ale jest obiektywnie sprzeczne z ich własnym interesem. Groziłoby im wówczas usunięcie ze sceny, nastąpiłaby głęboka wymiana elit. Jesteśmy wciąż niewolnikami transformacyjnego paradoksu – elity boją się zainspirować poważniejszą zmianę, gdyż ta obniżyłaby ich własny status.
Czy nie jest tak, że dziś jesteśmy zdolni wyłącznie do mobilizacji w oparciu o kryteria estetyczne, o kody popkultury? Czy słynny happening pod krzyżem nie jest „prawdą systemu”? Prawdą w tym sensie, że nie ma już szans na wielkie projekty a jedynie na chwilowy, przygodny spektakl w oparciu o dostępne kody popkultury?
Pytanie brzmi, gdzie jeszcze produkowane są języki umożliwiające porozumiewanie się. Wydaje się, że nie ma już takiego miejsca poza kulturą popularną. Wszelkie „wysokie”, uniwersalne, scalające kody, mity i języki się rozsypały – także dlatego, że państwo zaniechało np. kultywowania mitu Oświecenia w edukacji. Pozostała nam kultura popularna – choć pozostaje jeszcze kwestia tego, czy za tymi spektaklami, za bitwą pod Grunwaldem, wspomnianym zjazdem miłośników science-fiction czy za happeningiem pod krzyżem stoi jakaś substancja. Złożoność problemu dobrze widać na przykładzie kampanii Barracka Obamy. Z jednej strony mobilizowano masy poprzez kulturę popularną, media masowe, telewizję, poprzez całą socjoinżynierię kognitywną, o której pisał choćby George Lakoff w The Political Mind. Stosowano metafory, które uruchamiać mają najbardziej atawistyczne skojarzenia. Z drugiej jednak strony Obama był świadomy, że to nie wystarczy, że sama mobilizacja emocji nie przynosi jeszcze zmiany politycznej. Do tego potrzebny jest dyskurs i debata racjonalna. Wykorzystano do tego internet, w którym debata jest hiperracjonalna – polega przecież na wymianie tekstów. Były zatem dwie osie: najpierw chodziło o dotarcie do masowego odbiorcy, poruszenie jego emocji. Ale później potrzebna była problematyzacja – scalenie wielości interesów partykularnych poprzez dyskurs. Chodziło o to, by Obama stał się ucieleśnieniem woli ogólnej, tak jak rozumiał ją Ernesto Laclau – nie tylko na poziomie emocji i symboli, ale również poprzez stworzenie pojęciowego łańcucha ekwiwalencji łączącego wielość interesów w jeden projekt polityczny. Obok populistycznego spektaklu, w którym Obama uczestniczył, toczyła się również dość wyrafinowana debata. U nas dostrzega się najczęściej tylko jeden wymiar tej kampanii. Albo traktujemy Obamę jak bezwolną lalkę skonstruowaną na potrzeby mediów, albo też dostrzegamy tylko wymiar sieciowy – uważamy, że na Facebooku można zrobić rewolucję polityczną. Oczywiście, że nie można! Muszą być emocje, następnie dyskurs a do tego wszystkiego jeszcze „ucieleśnienie” – na inaugurację Obamy w Waszyngtonie przyszły 2 miliony ludzi. Możemy zagrać tak samo?
Nie ma innego wyjścia. Polityk musi odwoływać się do emocji, ale też musi pracować nad dyskursem intelektualnym. Widać to także na przykładzie Francji – poziom debaty wśród socjalistów i zasoby, które angażują oni w intelektualną produkcję politycznych argumentów są po prostu niebywałe. Toczą się wielkie spory o to, jak uniknąć „blairyzmu”, za który lewica w całej Europie zapłaciła tak wysoką cenę. Rozważa się, jak przy obecnym kształcie struktury społecznej można walczyć z wykluczeniem. Jak zbudować możliwość reprezentowania ogólniejszych interesów od strony lewicowej w warunkach rozpadu grupowych identyfikacji. Wreszcie – jak włączyć „zielone” projekty do wizji socjalistycznej. Dawna, industrialna doktryna socjalistów była pro-wzrostowa po to, żeby było z czego redystrybuować środki „w dół”. Obecnie próbuje się przedefiniować wzrost lub zastąpić go kategorią „rozwoju”. To wszystko nie oznacza oczywiście, że spór we Francji ma charakter czysto merytoryczny – debata intelektualna pozostaje w ciągłym napięciu ze starciem interesów.
Co robić? Gdzie widzisz możliwość politycznej realizacji takich postulatów?
Sądzę, że po tym, jak Platforma Obywatelska wygra kolejne wybory, pojawi się ciśnienie na stworzenie czegoś nowego, być może z kilku stron. Na pewno mogą powstać klony PO, różniące się od niej pewnymi niuansami, inaczej rozkładające modernizacyjne akcenty. Istnieje spora grupa ludzi podobnych do Palikota – osiągnęli już wystarczająco dużo w biznesie, więc mają ochotę realizować się na polu politycznym. To grupy niezależne – ale oczywiście nie lewicowe. Na lewicy sprawa jest trudniejsza. Klasa średnia i profesjonaliści jeszcze nie odczuli kryzysu, nie czują się poszkodowani, tak jak we Francji. A nawet jeśli, to i tak wciąż legitymizują ten system. We Francji to zresztą dotyczy także młodzieży – 25 procent licealistów przekonanych jest obecni o konieczności akcji rewolucyjnej. Oni oczywiście nie obalą systemu, ale to świadczy o powszechnej świadomości, że konieczna jest zmiana.
Skąd się bierze taka świadomość? Czy tylko stąd, że we Francji, podobnie jak w Niemczech krytyka kapitalizmu ma tak długą i bogata tradycję? Czy chodzi o tradycyjne wpływy dyskursu lewicowego w debacie publicznej?
Przyczyną jest oczywiście kryzys kapitalizmu – największy od lat 30.
Ale my też mamy kryzys! Czy może wszyscy uwierzyli w opowieść o „zielonej wyspie”?
My mamy kryzys od dwudziestu lat i nauczyliśmy się z tym żyć. Powiem więcej – niektóre wskaźniki są dziś najlepsze od połowy lat 90. W Polsce sytuację patologiczną zalegitymizowano jako sukces. Dziś już około 30 procent pracowników zatrudnionych jest na umowy czasowe – przegoniliśmy nawet Hiszpanów. I nie ma żadnej niemal możliwości zwrócenia uwagi na to, że jest to patologia – więcej ludzi w USA ma stałe umowy o pracę. A my wciąż mówimy, że rynek pracy w Polsce jest za sztywny! Siła dominującego dyskursu jest ogromna – i dopóki go nie naruszymy, niewiele będzie można zrobić. Poziom refleksji krytycznej jest u nas bardzo słaby – nie mówię nawet o własnej produkcji treści, ale choćby o imporcie tego, co powstaje w USA i Francji. Ja nie domagam się, żebyśmy w masowych nakładach wydawali Yana Mouliera Boutanga czy Bernarda Stieglera. Mamy znacznie poważniejsze braki, jak choćby fundamentalne prace Luca Boltanskiego czy noblistki Elinor Ostrom. Mamy własną świetną tradycję skutecznie wypchniętą na margines, by wspomnieć choćby Edwarda Abramowskiego i całą tradycję demokratycznego socjalizmu. W końcu tradycja „Solidarności” zawłaszczona przez prawicę. To wszystko trzeba przeczytać na nowo.
To nadbudowa. A baza? Czy jest jakaś tendencja społeczna, która może przynieść „rewanż rzeczywistości”? Czy widzisz gdzieś proces, który może rozsadzić obecny ideologiczny matrix?
Mam coraz silniejsze przekonanie, że przyszłość jest kobietą. Jak pisali na początku tego stulecia Ronald Inglehart i Pippa Norris, nadchodzi wzbierająca fala. To fala świata kobiet: wszystkie wskaźniki statystyczne pokazują, że przez świat przetacza się rewolucja, zostają osiągnięte kolejne punkty przełomu: w USA już ponad połowa pracujących to kobiety, a na stanowiskach kierowniczych (z wyjątkiem najwyższych pozycji) przewaga ta została osiągnięta już dawno. Po kryzysie gwałtownie przepisuje się podręczniki zarządzania. Dotychczas kobiecość oznaczała zestaw cech miękkich i emocjonalnych, racjonalność uznawano za cechę męską. Teraz na odwrót, to faceci napędzani testosteronem zachowują się bezmyślnie, a kobiety okazują się bardziej zdolne do podejmowania racjonalnych decyzji. Zmiana dyskursu jest ciekawa, bo oznacza zmianę hegemonii kulturowej i zapowiada nieuchronne przejęcie faktycznej władzy przez kobiety. Również w Polsce. Ta nowa kultura związana z nadejściem świata kobiet będzie najprawdopodobniej kulturą nowego ducha kapitalizmu, jaki wyłoni się w ciągu najbliższej dekady w wyniku pokryzysowej, zielonej modernizacji.
Nie mam wątpliwości, że jeśli wcześniej nie powstaną inne źródła energii zmian w Polsce, to ruch kobiet będzie miał decydujące znaczenie dla przebudowy i rozszczelnienia sceny politycznej i wprowadzenia nowych tematów i idei. Z badań Ingleharta i Norris wynika, że wśród młodych kobiet w większości krajów objętych systemem badań World Values Survey dominują sympatie lewicowe. Również w Polsce. Są więc wszystkie elementy układanki, teraz trzeba jedynie wzmocnić ten proces przez ofensywę intelektualną polegającą, jak wspominałem w poprzedniej odpowiedzi, na ponownym przeczytaniu lewicowych tradycji, jak i współczesnej myśli krytycznej w nowym kontekście i zaproponowaniu na ich podstawie projektu uwzględniającego nadchodzącą falę świata kobiet.
Rozmawiał Michał Sutowski.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...