NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Bendyk: Pozbawiliśmy społeczeństwo rozumu Drukuj
Z Edwinem Bendykiem rozmawia Michał Sutowski   
02.11.2010

Michał Sutowski, Krytyka Polityczna: Jak zdefiniowałbyś najważniejszy podział polityczny w Polsce? Jaki spór organizuje naszą debatę publiczną? Pisałeś kiedyś, że Polakom dostępne są tak naprawdę dwie oferty: popnacjonalizm i popkosmopolityzm…


Edwin Bendyk: Ta propozycja wynika z obserwacji, że w sferze publicznej coraz mocniej dominują kody kultury popularnej. Klasycznym przykładem są tegoroczne obchody 600 rocznicy bitwy pod Grunwaldem, były one próbą zbudowania wrażenia jakiejś wspólnoty, politycznej i symbolicznej w oparciu o masowe widowisko, z całym popkulturowym sztafażem: tysiące członków rycerskich bractw rycerzy rekonstruujących bitwę, ponad sto tysięcy widzów, prezydenci krajów zwycięskiej pod Grunwaldem koalicji i pretensje, dlaczego prezydent Litwy odwiedziła księcia Witolda, a Komorowski olał Jagiełłę. Minister kultury odpalił bombardę, Narodowe Centrum Kultury wydało komiksy i grę karcianą, a także kilka książek. Poppatriotyczna konwencja narzucona przez Muzeum Powstania Warszawskiego staje się standardem.

W te same wakacje w Cieszynie odbywał się Eurocon, europejski konwent fantastyki, gdzie też na ulice wylegli przebierańcy z równa pieczołowitością, jak członkowie bractw rycerskich rekonstruujący stroje z Gwiezdnych Wojen i innych klasycznych dzieł fantastyki. I w Cieszynie, i pod Grunwaldem nie zabrakło żołnierzy Imperium w charakterystycznych białych pancerzach. Te same narzędzia, podobne kody kultury popularnej, choć służące ekspresji innych tożsamości. Widząc skuteczność, z jaką mobilizują ludzi, trudno się dziwić, że polityka także sięga po te same narzędzia komunikacji. Nic w tym złego, o ile jest to tylko narzędzie, a nie maska zasłaniająca brak projektów.

Tylko tyle widać w głównym nurcie?

Główny nurt stał się częścią zyskujących na znaczeniu w gospodarce postindustrialnej przemysłów kultury, z takimi polskimi specjalnościami jak przemysł pogardy, przemysł nienawiści, przemysł obciachu. Tyle widać, nie widać natomiast tematów istotnych z punktu widzenia długoterminowej strategii. Brakuje wizji rozwoju, jego celów i zasad. Brakuje wizji państwa. Nie mamy poważnej debaty na temat kształtu polskiej modernizacji…

Czyżby? Przecież dziś już wszyscy są modernizatorami: PO, Palikot, nawet Jarosław Kaczyński. To słowo-fetysz.

To prawda – niedawno „Rzeczpospolita” zorganizowała dyskusję, w której padła teza, że w Polsce Kościół katolicki jest główną siła napędzającą modernizację. Z kolei podczas ostatniego Kongresu Obywatelskiego Dariusz Karłowicz z „Teologii Politycznej” przekonywał, że w Polsce to nie sekularyzacja, lecz katolicyzm mobilizują ludzi do pozytywnych, prorozwojowych i prospołecznych działań. Nie zgadzam się oczywiście z takimi tezami, ale chciałbym, żeby o modernizacji w Polsce dyskutować, używając szerokiego spektrum argumentów.

W sensie praktycznym ważny jest nie tyle spór o pojęcie modernizacji, które rzeczywiście stało się fetyszem, lecz debata o przyszłości. Jak ma wyglądać Polska za 10-20 lat? Jak ma wyglądać rozwój zapewniający poprawę jakości życia wszystkim, a nie tylko niektórym? Premier dał do zrozumienia, że przyszłość go nie interesuje. Co prawda w jego Kancelarii pod wodzą Michała Boniego powstał raport „Polska 2030”, dokument w sensie politycznym ciekawy, choć bardzo ułomny w sensie proponowanej diagnozy okresu transformacji, jak i wizji dalszego rozwoju -  krytyczną analizę publikowałem w „Krytyce Politycznej”.

Bez spójnej, akceptowanej przez społeczeństwo wizji przyszłości każda reforma będzie cząstkowa, będzie zwykłą emanacją aktualnych interesów najsilniejszych aktorów, z obozem władzy na czele, a niekoniecznie wyrazem interesu publicznego. Doskonałym przykładem jest służba zdrowia – tak długo, jak jej reforma nie będzie funkcją ogólnie wyznaczonych celów rozwojowych, będzie służyła – świadomie bądź nie – interesowi ideologicznemu lub gospodarczemu obozu władzy. Kod ideologiczny nakazuje wprowadzić instrument komercjalizacji i prywatyzacji, co jest zbieżne z gospodarczym interesem wielu środowisk biznesowych bliskich partii władzy. Nie mówię, że reforma służby zdrowia robiona jest po to, by jakaś oligarchia uwłaszczyła się na publicznym majątku, nie mogę jednak nie dostrzegać takiego zagrożenia w przyszłości. Nie to potencjalne zagrożenie jest jednak niebezpieczne, lecz wynikająca z niego państwa i wizja usług publicznych, akceptująca de facto prywatyzację i odspołecznienie sektora publicznego. Obawiam się uruchomienia podobnych mechanizmów w innych sferach, jak edukacja, energetyka.

A czy można znaleźć jakiś wspólny mianownik dla obecnych planów reform? Czy rządowe pomysły w obszarze np. polityki kulturalnej czy wspomnianej przez ciebie oświaty, da się zredukować do jakiegoś schematu czy doktryny? Czy słowo „neoliberalizm” byłoby nadmiernym uproszczeniem?  

  

Chyba tak – w tej kwestii sporo się zmieniło, szczególnie w ciągu ostatniego roku. W „obozie wewnętrznym”, środowisku ludzi będących w pobliżu obozu rządzącego, nastąpiły poważne przewartościowania – najlepszym tego przykładem jest Michał Boni. Mocno zmienił język, widać że wsłuchał się w dyskusję i krytyki po publikacji „Polski 2030”. Dziś chętnie dyskutuje, a nawet jest inicjatorem działań w kwestiach, na które wcześniej wydawał się impregnowany i których nie chciał włączyć do swej agendy. 

Dotyczy to zwłaszcza kwestii otwartości zasobów administracji publicznej, kultury i nauki. Dziś Boni mówiąc o „impecie cyfrowym” jako jednym z wehikułów modernizacji mówi także o tym, że wolny dostęp w sieci do tych zasobów może być instrumentem wyzwolenia ogromnej energii społecznej. Został już powołany zespół roboczy, który ma stworzyć grunt pod odpowiednie zmiany legislacyjne. Pomysł, że zasoby sieci sfinansowane ze środków publicznych powinny być dostępne wszystkim za darmo jeszcze niedawno był traktowany, jako „lewacki”, komunistyczny niemal. A dziś – przynajmniej na poziomie dyskursu – został on przyjęty jako własny.
Bardzo wyraźnie widać to w sferze kultury – gdy nieco ponad rok temu toczyły się debaty o Narodowym Instytucie Audiowizualnym i mediach publicznych, ideę, że zasoby archiwalne telewizji publicznej miałyby być ogólnodostępne w sieci, traktowano jako aberrację. Dziś minister kultury mówi o tym, jak o oczywistej zasadzie.

Mówimy na razie o „debacie”. A czy są szanse na zmiany instytucjonalne w tym kierunku?

Tak, i to dość poważne. Co najważniejsze jednak, od czasu ostatniego Kongresu Kultury mówi się coraz częściej o odpowiedzialności państwa za szanse uczestnictwa obywateli w kulturze. Dostrzeżono wreszcie, że partycypacja w życiu publicznym i politycznym, w demokracji po prostu, wymaga określonego poziomu kompetencji kulturowych, od umiejętności czytania począwszy. W tej sferze po dwudziestu latach transformacji mamy głęboki kryzys. Mówiąc nieco kolokwialnie – sporą część społeczeństwa pozbawiliśmy rozumu.

Dziś widać wyraźnie np., że polskie problemy z upowszechnieniem internetu nie wynikają już jedynie z niedostatków infrastrukturalnych. O wiele większym problemem jest obecnie brak umiejętności i chęci – ponad 80 proc. ludzi w wieku 50+ nie korzysta z internetu, to ponad 10 mln osób! Oczywiście, bez internetu żyć można, lecz coraz trudniej, bo do sieci przenosi się coraz więcej sfer życia, praktycznie z całą kulturą i edukacją. Tzw. wykluczenie cyfrowe oznacza w konsekwencji także pogłębiające się wykluczenie społeczne i kulturowe. W XXI wieku spadło w Polsce czytelnictwo do poziomu poniżej 50 proc. osób, które sięgają choćby po jedną książkę rocznie i zmalała liczba osób chodzących do kin i teatrów (mimo że wzrosła liczba sprzedanych biletów).

Wszystkie te oznaki świadczą nie tylko o degradacji kulturowej, lecz o poważnym kryzysie kompetencji demokratycznych, jakby powiedzieli Francuzi.

Zostaje pytanie, czy ta świadomość znajdzie przełożenie na realne programy polityki kulturalnej.

Zapowiedzi są ciekawe, programy Biblioteka Plus, Dom Kultury Plus, czy szerzej program Kultura Plus pokazują chęć systemowego podejścia do problemów kultury. Znowu jednak wszystko będzie zależeć z jednej strony od realnych nakładów na realizację tych programów, z drugiej od praktyki realizacyjnej. Przez jakiś czas widać było pokusę, żeby oddzielić kwestię gwarancji dostępu do pewnych usług publicznych w obszarze kultury od modelu świadczenia tych usług. Miałoby to polegać na tym, że publicznymi zasobami biblioteki lub galerii sztuki nie musi administrować koniecznie podmiot publiczny, lecz może to robić podmiot komercyjny lub organizacja pozarządowa.
W podobny sposób władze publiczne pozbywają się problemów z bibliotekami publicznymi w Stanach Zjednoczonych. Są wciąż finansowane ze środków publicznych, ale administrowane przez firmy prywatne.

Z jakim skutkiem?

Różnym – z tego, co czytałem opinie są podzielone, ale znaczna część społeczeństwa nie jest z tego zadowolona. Zatraca się w ten sposób dawny, misyjny etos tej instytucji. Mówiąc o reformach w sferze kultury musimy pamiętać, że cały czas mówimy o sferach finansowo „bezpiecznych” dla rządu, wydatki na kulturę w Polsce stanowią niespełna pół procenta budżetu.

A może „postęp” dokonuje się tylko w stosunkowo marginalnych – z punktu widzenia wydatków – sferach? Ostatnie pomysły na reformę szkolnictwa wyższego i całej oświaty nie wyglądają już tak optymistycznie. Minister edukacji zaproponowała niedawno, żeby w ramach odpowiedzi na niż demograficzny… łączyć przedszkola z podstawówkami a gimnazja z liceami. Zastosowano wyłącznie kryterium kosztowe, nie bacząc na bardzo złe skutki społeczne tego rozwiązania.

To prawda – na tym przykładzie widać, że kiedy od diagnozy, nieraz całkiem trzeźwej, przechodzi się do konkretnych rozwiązań, na poziomie instytucji i związanych z nimi wydatków – priorytety są zupełnie inne. Gdyby o edukacji – nie tylko kulturalnej – faktycznie myślano w kategoriach strategicznych, to za deklarowanymi priorytetami szłyby określone środki finansowe. Tymczasem znajdują się one jedynie w pojedynczych, wyjątkowo drażliwych politycznie obszarach – np. nauczyciele otrzymali podwyżki. Ta grupa pokazała, że jest zorganizowana, potrafi zaprotestować i ma swoją reprezentację…

Ale to chyba nie znaczy, że należy im zabrać…

Nie! Bardzo dobrze, że dostali podwyżki. Ale to jest zalepianie plastrem ran chorego od podstaw organizmu. Taki PR: oto dbamy o edukację, bo przecież nauczyciele jako jedyni dostali podwyżki. Natomiast brakuje myślenia strategicznego – i to już na poziomie rozpoznania problemów. Z kolejnych Diagnoz społecznych wynika jasno, że polski system oświaty kreuje postawy patologicznego indywidualizmu. Więc w ramach zalepiania problemu plastrem wprowadza się w gimnazjum obowiązek przygotowywania kilku projektów, które uczniowie muszą wykonać zbiorowo. Cała reszta pozostaje bez zmian – a patologie mają przecież charakter systemowy. Ich źródłem jest np. infrastruktura polskiej oświaty – choćby sposób działania wydawnictw pedagogicznych, który przypomina praktyki mafijne. Nie da się zmienić programu nauczania bez kontroli jakości podręczników – a dziś ich produkcja, a zwłaszcza dystrybucja ma charakter silnie korupcyjny, opiera się wyłącznie na zdolnościach marketingowych wydawców. Władza publiczna praktycznie nie jest w stanie się temu przeciwstawić. Podobnie działa gigantyczny rynek korepetycji i kursów przygotowawczych. Na te wszystkie patologie przylepiamy plaster – cały system sprzyja patologicznemu indywidualizmowi, więc go „zrównoważymy” nakazem wykonania kilku zbiorowych projektów.

Zanim powrócimy do kwestii konkretnych polityk rządu, chciałbym wyjaśnić jedną kwestię. Czy obecny konflikt PO z liberalnymi ekonomistami wynika właśnie z częściowego zwrotu w stronę bardziej prospołecznej polityki? Czy może jest raczej tak, że Michał Boni i jego dylematy to tylko konstrukt medialny, obliczony na wywołanie wrażenia, że Platforma ma wizję i rozmach intelektualny, że myśli długofalowo? Może odejście od liberalnej doktryny to tylko chwilowy efekt desperackich prób łatania dziury budżetowej bez utraty poparcia w sondażach?

Należałoby chyba zacząć od stanu polskiej ekonomii – eksperci spierający się obecnie z rządem związani są praktycznie z jedną szkołą, nazwijmy ją szkołą Leszka Balcerowicza. Ich poglądy, że politykę gospodarczą kraju można dziś sprowadzić do cięcia wydatków publicznych, obniżania podatków i kosztów pracy to tylko jeden, a nie jedyny z możliwych punktów widzenia.

Druga kwestia to intelektualny zwrot w pewnych kręgach bliskich rządowi – niewątpliwie część zaplecza PO odkryła niektóre nowe na świecie trendy w podejściu do gospodarki i część z nich zdecydowała się je przyswoić – zwłaszcza przekonanie, że państwo w pewnych warunkach może być pożytecznym i skutecznym aktorem w gospodarce. Znowu jednak pojawia się stary problem, na ile to intelektualne odkrycie nie jest wynikiem dostrzeżenia, że pokrywa się dość dobrze z interesem partii władzy i jego zaplecza. Doskonale widać to na przykładzie energetyki, a konkretnie  sporu wokół zakupy Energii przez PGE. Był to spór doktrynalny – dotyczący pryncypiów doktryny liberalnej, ale także kwestii ochrony rynku i praw konsumenta. Pytanie – czemu to posunięcie ma służyć? Dobrze, że państwo będzie graczem, który włączy się inteligentnie w grę na rynku – np. przez konsolidację i tworzenie silnego podmiotu, zdolnego do udziału w konkurencji z międzynarodowymi, w większości państwowymi de facto państwowymi graczami dominującymi na rynku energetycznym. Co jednak dalej: utrzymanie podmiotu publicznego, czy jego prywatyzacja w przyszłości, gdy już osiągnie odpowiednią wartość dzięki publicznym transferom lub gwarancjom. Czy zamierzamy zatem – tak jak np. we Francji – budować podmioty gospodarcze o charakterze publicznym, czy może jest to przygrywka do późniejszej prywatyzacji i budowy polskiej oligarchii?

Czy faktycznie chodzi zatem o redystrybucję środków publicznych w prywatne ręce?

To jest właśnie pytanie. Energetyka wymaga przecież ogromnych inwestycji, w związku z przestarzałą infrastrukturą, ale także wymogami pakietu klimatyczno-energetycznego. Nie ma oczywiście żadnych dowodów, że ktoś taką decyzję podjął. Warto jednak zadawać pytania kontrolne, a także pytać o ewentualną alternatywę – np. uspołecznienie sektora energetycznego. W Stanach Zjednoczonych dostawy energii zdominowane są przez spółdzielnie odbiorców, podobnie jest w wielu krajach Europy.

A jak na tym tle wygląda Palikot? Zacznijmy od tego, czy on w ogóle może być traktowany jako osobny byt polityczny?

To nawet nie jest ruch populistyczny, bo populizm głosi jakieś hasła natury ogólnej, które – choć puste znaczeniowo – zdolne są mobilizować polityczną energię. Gdy obserwuję dyskusje w sieci pod tekstami o Palikocie, to widzę, że najbardziej aktywni są ci, którzy wierzą, że politykę da się zredukować właśnie do jego strategii. Że można ją prowadzić niemal wyłącznie w internecie, skrzyknąć się na jakiś happening. I że to wystarczy. Bez struktury partyjnej, nawet bez normalnego programu opartego na jakimś zamyśle intelektualnym i systemowej diagnozie problemów. U Palikota mamy po prostu zestaw kilku kwestii, które bolą Polaków i są dość widowiskowe, ale nie dotykają głębszych przyczyn, jakie za nimi stoją. Nie chodzi nawet o to, że nie ma żadnych postulatów społecznych, ale nawet antyklerykalizm jest czysto happeningowy. Nie odnosi się do całości stosunków państwa z Kościołem, nie ma mowy o religii w szkołach, ani tym bardziej głębokiej wizji przedefiniowania całej naszej tradycji.  

  

Rozmawiał Michał Sutowski. 

  

Wkrótce druga część rozmowy, m.in. o tym, czego Polska powinna się uczyć od krajów latynoamerykańskich. 

Komentarze
Dodaj nowy
kot   |02.11.2010 08:57:23
Bendyk podniósł,
kilka spraw.
1. Oddawanie rynkowi istotnych sfer życia
społecznego prowadzi do zaniku myślenia strategicznego.
Klasyczne myślenie
neoliberalne wyklucza możliwość modernizacji. Rozumianej inaczej niż: ciągle za
mało rynku, za dużo państwa. Z tą formuła obudziliśmy się jak z ręka w nocniku.

Przez ostatnie dwadzieścia lat reformą nazywano oddawanie rynkowi sfer
zarządzania na poziomie centrum.Pozbywano się w centrum kłopotów: na poziomie
myślenia, działania i obciążeń budżetowych. Państwo jako centrum popadało w
autyzm.,,Rynek zrobi to za nas i to lepiej,, było złotym kluczem, którym
próbowano otwierać każde drzwi. Aż do momentu gdy okazało się,że coś tu nie
gra. Zrobiła się modna modernizacja.
kot   |02.11.2010 10:08:19
Również lepsze, bo bardziej konkretne, jest pytanie o to jaka ma być Polska za
5-1o lat niż słowo fetysz modernizacja,
które znacząc wszystko nie znaczy
nic.

Dobrze,ze Bendyk zwraca uwagę na
zachowania i program Palikota, który
jest,
żeby połączyć początek z końcem jego wypowiedzi, klasycznym produktem
epoki pop.
I zdumiewa mnie jak na taki lep daje się łapać np filozof - Środa
KrzysztofMazur   |02.11.2010 15:55:10
Podwyżki dla wszystkich nauczycieli i ustalane wynagrodzeń przez ministerstwo i
rząd to czysty absurd.Każdy nauczyciel uczy inaczej i powinien inaczej zarabiać.
Wynagrodzenia powinien ustalać dyrektor szkoły, ewentualnie w porozumieniu z
właścicielem, tj. gminą.
Podobnie powinno być z łączeniem szkół, programami
nauczania, egzaminami wstępnymi i maturami. Oddać wszystko samorządom. Państwo
potrafi tylko stworzyć zbiorową odpowiedzialność, w której dobry nauczyciel jest
frajerem, bo i tak podwyżki nie dostane, a leniwy cwaniak jest chroniony.
KrzysztofMazur   |02.11.2010 15:57:39
Dzięki tzw. połączeniu PGE z Energą rząd dostał 7,5 miliarda zł i tylko o to
chodziło.
KrzysztofMazur   |02.11.2010 15:59:37
Uspołecznić należałoby banki, zakazując udzielana kredytów z pieniędzy klientów.
Sejmowy Spirytus  - Wtórny analfabetyzm   |02.11.2010 21:54:07
Ciekawa rozmowa. Odnośnie czytelnictwa: problemem jest nie tylko spadek ilości
czytanych książek, ale również wdrażanie licealistów przez system nowej matury
do wtórnego analfabetyzmu polegającego na nawyku odczytywania treści pod klucz.
Skutkuje to patologiami na płaszczyźnie wyższej edukacji: ludzie nie potrafią
formułować własnego zdania, a jedynie odwołują się do podręcznikowych
streszczeń.
Maturzystka2009  - Zgadzam się z Sejmowym Spirytusem   |04.11.2010 21:57:46
Jak osoba, która ma za sobą nową maturę zgadzam się w 100%.
Ludzie nie myślą…
Niestety umiejętność logicznego myślenia zanika. Obawiam się, że jeśli nie
podejmiemy poważnych środków by temu zaradzić za kilkanaście lat możemy wychować
sobie takie społeczeństwo, że strach się bać!
jóźwik  - Palikot -kwadratura koła   |06.11.2010 15:18:46
Bendyk wytyka Palikotowi, że brakuje mu głębokiej wizji przedefiniowania całej naszej tradycji. A może jednak
to, co Palikot robi, jest na gruncie naszej praktyki
politycznej optymalne? Nie można, ot tak, w imię ideałów, nagle zrywać więzi z bazą. Więzi, które, to nie ulega wątpliwości, w gruncie rzeczy wynikają z
niskiego poziomu kompetencji kulturowych. Krawiec kraje, jak mu materiału staje.
perez   |06.11.2010 21:30:08
a widzisz kocie-oddawano rynkowi przez tyle lat rozne sfery zeby nie obciazac
budzetu. W tej chwili mamy katastrofalne zadluzenie; ciekawe gdzie bysmy teraz
byli gdyby rynkowi nie oddawano?
Bartek  - Banki   |06.11.2010 21:49:55
Bardzo podobało mi się zdanie powyżej, jakoby banki miały przestać udzielania
kredytów z depozytów klientów.
Ehh… Szkoda, że nasze społeczeństwo jest tak
mało wyedukowane ekonomicznie.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 02.11.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.20839 Seconds