NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Bendyk: Czyje jest miasto? |
|
|
Edwin Bendyk* w rozmowie z Magdaleną Błędowską
|
|
17.06.2011 |
Magdalena Błędowska, Krytyka Polityczna: Według pana władze polskich miast mają jakąś wizję ich rozwoju, czy jest to raczej domena zarządzania bądź administrowania?
Edwin Bendyk: Problem polskich miast, jak zresztą całego kraju, polega na tym, że nie mają one czegoś, co nazywam zdolnością strategiczną. Pojawia się już tak zwana orientacja strategiczna, czyli świadomość konieczności myślenia w dłuższej perspektywie czasowej, planowania rozwoju w dłuższym horyzoncie niż tylko najbliższy budżet. Nie oznacza to jednak zdolności strategicznej, czyli samodzielnego wyznaczania celów, które byłyby optymalne dla lokalnej czy ogólnokrajowej społeczności, i ich realizowania. Dla mnie najlepszym przykładem takiej niezdolności jest całe napięcie wokół Euro 2012. Kiedy wsłuchamy się w argumenty za zaangażowaniem Polski w to przedsięwzięcie, kiedy posłuchamy przedstawicieli rządu, ministra infrastruktury czy ministra sportu, to okaże się, że główny argument „za” polega na tym, że dzięki Euro 2012 szybciej zaczęliśmy realizować inwestycje, które i tak powinniśmy byli zrobić. Wynika więc z tego, że bez takiego impulsu jak Euro 2012 nie wybudowalibyśmy na przykład pewnych odcinków autostrad. Stąd pytanie – jak spowodować, by w Polsce powstały drogi, które powinny połączyć miasta nieuczestniczące w Euro 2012? Podobnie jest na poziomie samych miast – argumentacja jest zbliżona.
Rozmawiając z prezydentami miast zaangażowanych w rozgrywki, spotkałem się z argumentacją, że budują stadiony, bo zaspokajają w ten sposób naturalne pragnienie mieszkańców. Realizują potrzebę nadganiania, pogoni za pewnym ideałem, który widzieliśmy w czasach, kiedy jeździliśmy dorabiać się za granicę. Zobaczyliśmy, jak wygląda miasto zachodnie, miasto dobrobytu. Takie miasto ma parki, puby czy stadion – i my chcemy tego samego u nas. Nie zastanawiamy się, dlaczego akurat w Bawarii są stadiony – może dlatego, że jest tam piłka nożna? Z jednej strony pokazuje to stosunkowo niewielką sprawczość systemu zarządzania w Polsce, z drugiej zaś imitacyjność modeli rozwoju, co razem powoduje, że przyszłość naszych miast – jeżeli ta sytuacja się nie zmieni – nie wygląda według mnie najlepiej.
Dlaczego według pana wizje zysków i atrakcji związanych z całą infrastrukturą budowaną na Euro 2012 są chybione?
Wielokrotnie uczestniczyłem już w dyskusjach na temat Euro 2012, między innymi we Wrocławiu, i kończyły się one zawsze w ten sposób. Ja sam, jak również inni uczestnicy sceptyczni wobec tej idei, przytaczaliśmy wszystkie chyba możliwe racjonalne argumenty, wynikające choćby z doświadczeń podobnych imprez z ostatnich trzydziestu lat – z olimpiad, Euro i mundiali – które pokazują, że nikt nigdy na tym nie zarobił. Może „nigdy” to za duże słowo, ale nie były to bez wątpienia słuszne i dobre inwestycje. Generalnie wnioski z ekonomiki sportu pokazują, że nie powinno się angażować pieniędzy publicznych w tego typu infrastrukturę, gdyż nie przynosi ona bezpośrednich efektów, a jednocześnie powoduje tak zwane opportunity costs, a więc koszty utraconych możliwości. Te pieniądze, które poszły na stadion, można byłoby wydać na coś innego, bardziej prorozwojowego. Ponieważ tak się nie dzieje – tracą wszyscy.
Kiedy pojawiły się już wszystkie te argumenty, padała odpowiedź czysta i emocjonalna: sport to nie rozwój. Sport i polityka to sfera emocji – lud tego chce, dlatego to robimy. Takie założenie potwierdza jedynie wcześniejszy argument dotyczący przyszłości polskich miast. Jeżeli przyznajemy, że polityka i sport, czy raczej polityka dyktowana poprzez emocje związane ze sportem, mają determinować przyszłość miast i kraju, to przyszłość tę widzę czarno.
Co wynika z budżetów miast w 2011 roku? Jakie są ich założenia – i czy w ogóle je widać? W co samorządy inwestują, a w co nie?
Nasze miasta mają świadomość, że dochodzą już do progu możliwości finansowych – tak przynajmniej myślę, bo pod względem zarządzania finansami są one dość, a nawet bardzo racjonalne. Niektóre miasta już ten próg osiągnęły. Budżet Wrocławia z 2011 roku jest budżetem oszczędności związanych z tym, że jego możliwości zadłużania doszły do granicy i nie można dalej iść w tym kierunku. Inne miasta nabierają świadomości, że po pierwszej Perspektywie Finansowej Unii Europejskiej skończy się napływ dużych pieniędzy europejskich i – jako że patrzyłem na wieloletnie plany finansowe naszych miast – widać, że w latach 2013 – 2014 strumień pieniędzy na inwestycje gwałtownie zmaleje. Trudno to sobie w tej chwili wyobrazić, gdy widzimy nasze miasta rozkopane. Nagle z miliarda złotych na inwestycje rocznie w dużym mieście poziom ten spadnie do stu milionów, co de facto oznacza remonty ulic i wymianę żarówek, niewiele więcej. To jest problem, z którym na pewno już trzeba się zmierzyć.
Natomiast inną kwestią jest to, jak ten problem będzie rozwiązywany. Obawiam się, że będziemy stosować naszą zwyczajną metodę: gdy pojawią się inne potrzeby, zasoby komunalne będą prywatyzowane. To jest najprostszy sposób na uzyskiwanie dodatkowych środków. Oczywiście będą też gorączkowe próby uruchamiania czegoś, co się nazywa się partnerstwem prywatno-publicznym, czyli de facto półprywatyzacji przestrzeni publicznej. Doświadczenia międzynarodowe pokazują, że to nie działa najlepiej w interesie publicznym. Zazwyczaj kończy się albo faktyczną prywatyzacją, albo miasto nie traci kontroli nad zasobami, lecz skutek społeczny jest taki, jak gdyby tę przestrzeń sprywatyzowano – jest ona de facto skomercjalizowana. Znowu: miasta tracą zdolność strategiczną, bo muszą na bieżąco zarządzać kryzysem, który je czeka.
Pogarszają się również perspektywy wpływów. Między innymi ze względów demograficznych, zarówno czysto biologicznych, czyli tendencji związanych z rozrodczością, jak i tendencji urbanizacyjnych, tzn. migracji ludności do przedmieść, które powodują, że maleje miejska baza podatkowa. Razem tworzy to dosyć groźną wizję, która rzeczywiście wymaga rozwiązań strategicznych albo zarządzania bieżącego. To z kolei rodzi niebezpieczne konsekwencje, bo kiedy zarządza się w warunkach kryzysowych, to podejmuje się decyzje, które podjąć najłatwiej, czyli na przykład ogranicza nakłady na kulturę i wszystkie inne miękkie czynniki, które akurat mają największe znaczenie strategiczne.
W co w takim układzie powinny według pana inwestować polskie miasta? Czym powinna być i jakie funkcje powinna spełniać współczesna metropolia, żeby być miastem wszystkich mieszkańców? Zastanawia mnie, czy istnieje na to jeden wzór, czy też każde miasto w każdym regionie powinno opracować swoje własne schematy działania.
Szukając pomysłu na miasto, trzeba zadać najpierw pytanie: czym jest miasto? W przeszłości miasto nowoczesne związane było z przemysłem; źródłem jego siły była zdolność produkcyjna, wytwarzanie towarów, których dostarczały fabryki w mieście albo w jego otoczeniu. Samo miasto było maszyną do życia, której zadaniem była reprodukcja społeczeństwa do tego, by mogło spełniać funkcje ekonomiczne. Ten model miasta odszedł w przeszłość. Dzisiaj mamy do czynienia z miastem poprzemysłowym, postindustrialnym, którego specyfika polega na tym, że ono całe jest fabryką – jednostką produkcyjną.
Zadanie polega na uświadomieniu sobie, w którym miejscu w globalnym systemie wytwarzania wartości znajduje się ta fabryka, gdzie polskie miasta – każde z osobna, gdyż nie ma tu jednej matrycy – znajdują się w światowym łańcuchu kreowania wartości: bliżej czy dalej centrum. Niestety, wszystko wskazuje na to, że znajdują się one zdecydowanie dalej od centrum, procesy zaś, które centrum kreuje, związane z modelami wytwarzania wartości, stylów życia itd., są nam narzucane w większym stopniu, niż my sami chcielibyśmy je kreować. Nasza zdolność kreacji stylu życia jest niewielka, naszą pasją jest naśladowanie, odzyskiwanie tego, co udało się na Zachodzie, a nie wymyślanie własnych wzorów. To powoduje, że w efekcie stajemy się odbiorcami. Przy braku zdolności strategicznej sprawia to, że przestrzeń miejska jest dzisiaj rekonfigurowana tak, żeby optymalnie służyć produkcyjnej zdolności całego miasta jako elementu globalnego systemu gospodarczego.
Przytoczę kilka konkretnych przykładów. Kiedy patrzymy na to, jak dzisiaj funkcjonują instytucje kultury czy instytucje sportu – które były i powinny być instytucjami publicznymi, należącymi do sfery publicznej – to okaże się, że służą one akumulacji kapitału ludzkiego. Nie mówimy dzisiaj o rozwoju osobowym czy jednostkowym, tylko o rozwoju kapitału ludzkiego. Rzeczywiście tak się dzieje. Jeżeli pójdziemy do dowolnego domu kultury, okaże się, że większość dostępnych tam zajęć jest płatna. Infrastruktura jest publiczna, natomiast zajęcia są płatne, bo taka jest logika inwestycji. To się opłaca, mieszkańcy to przyjmują, bo zgadza się to z logiką inwestycji w siebie. Dzisiaj środkiem produkcji jest ciało i umysł, w związku z czym wszyscy podskórnie, nierefleksyjnie to akceptują. Podobnie jest z infrastrukturą sportową. Znakomicie poprawiła się jakość infrastruktury sportowej w miastach, chociażby dlatego, że przy szkołach powstały za unijne pieniądze nowe obiekty. Są one jednakże znacznie trudniej dostępne niż stare brudne hale czy sale gimnastyczne. Ze względu na koszt utrzymania tej infrastruktury są one najczęściej udostępniane za pieniądze albo służą na zajęcia realizowane w reżimie dyscyplinarnym (np. sport wyczynowy).
W polskim mieście coraz mniej jest takich przestrzeni, w których można by się spotkać bezproduktywnie, dla samego spotkania, bez udziału pieniądza. Dzieci nie mają takiego miejsca. Mogą iść do domu kultury, by się czegoś uczyć, czyli inwestować w kapitał ludzki. Mogą iść do klubu sportowego, ale po to, żeby być najlepszymi sportowcami na świecie, a nie po to, żeby pograć w piłkę. Natomiast boiska do gry w piłkę dla samej gry w piłkę już nie ma. Zamiast tego jest parking, a sala gimnastyczna w szkole jest niedostępna, bo wynajmuje się ją za pieniądze dla tych, którzy poprawiają swoją formę itd. Nagle miasto stało się machiną do generowania kapitału ludzkiego, natomiast przestrzeni do czasu wolnego czy czasu bezproduktywnego, do spotkania dla spotkania, jest coraz mniej.
Mam tu zresztą pewne osobiste doświadczenie. Jako ojciec dzieci w wieku od gimnazjalnego do licealnego spotkałem się z tym, że dzieciaki w gimnazjum w dużej warszawskiej dzielnicy nie mają się gdzie spotykać. Jest mnóstwo miejsc do tego, żeby spotykać się we wspomnianym już reżimie produktywistycznym. Oferta dotycząca akumulacji kapitału jest duża – można uczęszczać na płatne zajęcia z angielskiego, grać za pieniądze w tenisa lub grać za pieniądze na gitarze. Natomiast jeśli dzieci chcą się spotkać dla siebie, to okazuje się, że jedynym w miarę bezpiecznym miejscem publicznym jest znajdujący się na osiedlu cmentarz. Tam się spotykają, to jest jedyne miejsce, gdzie nie ma regulaminu, nie ma zadań do wykonania. Pokazuje to, do jakiego doszliśmy absurdu.
Na inny aspekt tego absurdu wskazują nieopublikowane jeszcze badania przygotowane przez jedną z dużych korporacji, które miały opisac „stan” Polaków – to, o czym marzą i jak myślą o stylach życia. O ile więc w przestrzeni miejskiej panuje kult produktywizmu, a miasto stało się machiną ekonomiczną od samej fasady, gdzie pierwszą ideą jest idea marki, a cały rozkład aktywności miasta jest zorganizowany wokół działań produktywnych, służących rozwojowi różnych kapitałów, o tyle ukryte marzenia mieszkańców są zupełnie inne. Polacy marzą o jednym – wyspać się, mieć czas dla siebie, przestać wreszcie ganiać od jednego zajęcia do drugiego, gdzie poprawia się formę, swoje intelektualne i fizyczne parametry. Po prostu być sobą, zmarnować trochę czasu. To jest to ukryte marzenie.
Rafał Dutkiewicz napisał artykuł dla „Rzeczpospolitej” o swojej wizji miasta. Powołuje się na koncepcje Richarda Floridy. Czy ten kierunek w myśleniu jest według pana słuszny?
Można powiedzieć, że jest to obiektywna prawidłowość historii – miasta przemysłowe poszły w kierunku miast poprzemysłowych i teraz możemy znaleźć odpowiednie teorie, które te zmiany tłumaczą. Możemy na przykład sięgnąć po niedawno wydaną po polsku książkę Richarda Floridy Narodziny klasy kreatywnej. Florida stał się nagle guru zarówno wśród władz polskich miast, jak i na poziomie rządowym. W Polsce 2030 znajdujemy odwołanie do jego książki. Jego teoria jest już dosyć stara, bo dziesięcioletnia, i krytykowana z wielu stron. Coś zdecydowanie się zmieniło po 2008 roku, po wielkim kryzysie – sam Florida napisał bardzo ciekawą książkę Great Reset. Pojawiła się krytyka koncepcji miasta jako korporacji, jako fabryki, koncepcji, która w jakimś sensie opisuje obiektywną tendencję, bo miasto rzeczywiście jest dzisiaj fabryką, ze względu na postindustrialną zmianę charakteru gospodarki.
Ale pojawiła się też krytyka pewnego sposobu zarządzania, zdeterminowanego przez rynek. Istnieją różne projekty. Dla przykładu – projekt Glasgow 2020. Brytyjski Demos postanowił zbadać mieszkańców Glasgow – odpowiednika polskiej Gdyni czy Gdańska – miasta poprzemysłowego, którego władze szukały nowego pomysłu i stwierdziły, że oprą się na koncepcjach Richarda Floridy. W miejscu zanikającego przemysłu miał powstać sektor przemysłów kreatywnych, miasto miało stać się atrakcyjne dla tak zwanej klasy kreatywnej. Podobna strategia powstała w swoim czasie w Łodzi. Demos wpadł na pomysł, żeby zapytać samych mieszkańców o to, jakie są ich potrzeby, czego chcą. Okazało się, że myślą o czymś zupełnie innym. W ogóle nie widzą swojej przyszłości w przemysłach kreatywnych, bo większość mieszkańców to zredukowani bezrobotni czy zdegradowani pracownicy dawnych fabryk. Nie mają oni żadnych związków z ewentualnymi przemysłami kreatywnymi. Myślą o zupełnie innych rzeczach. Chcieliby, żeby miasto wyglądało inaczej.
Istnieją na świecie przykłady przełamywania tej produktywistycznej miejskiej logiki?
Ciekawym przykładem są miasta latynoamerykańskie. W ogóle w Ameryce Południowej trwa wielka rewolucja społeczna. Jej elementem jest próba odzyskania przestrzeni miejskiej, zainspirowana pytaniem o to, czyje jest miasto. Czy miasto jest terytorium, którym rządzić powinna aktywna politycznie, to znaczy posiadająca duży kapitał kulturowy i przez to zdolna do gromadzenia zasobów, klasa średnia, która wtedy tak zarządza przestrzenią miejską, że spełnia ona jej oczekiwania? Czy też miasto powinno służyć wszystkim obywatelom, aktywnie pełniąc na przykład funkcje redystrybucyjne, które polegałyby na włączaniu ludzi z obszarów wykluczonych? Przykłady Kurytyby, Porto Alegre czy Medellin pokazują, że możliwa jest ta druga odpowiedź, że można tak przekonfigurować politykę, że nie będzie ona tylko wynikiem bezpośredniej gry interesów, w której wygrywają ci, którzy są bardziej kompetentnymi graczami politycznymi i mają większy kapitał kulturowy. Co ciekawsze, na takiej polityce mogą zyskać wszyscy. Nie byłoby tak, że bogatsi byliby stratni. Można tak zmienić racjonalność zarządzania, aby polityka włączania biednych i likwidacja regionów wykluczenia sprzyjała całej korporacji, jaką jest miasto.
W Polsce jeszcze do tego nie dojrzeliśmy. Władze ciągle uważają, że skoro mają legitymację demokratyczną, gdyż już po raz trzeci wielu prezydentów miast wygrało, i to w pierwszej turze, to oznacza to, że powinny spełniać oczekiwania swojego elektoratu. Jeżeli jednak spojrzymy na strukturę tego elektoratu, na to, kto zapewnił im zwycięstwo, kto jest aktywny, to okaże się, że realizuje się takie inwestycje, które rzeczywiście podtrzymują i reprodukują ten elektorat, a nie całą tkankę miejską. Rozwija się więc miasta według koncepcji Richarda Floridy, która jest koncepcją bardzo klasową i związaną tylko z fragmentem rzeczywistości społecznej. Sam Florida nigdy nie ukrywał, że skutkiem jego koncepcji jest z jednej strony rozwój pewnych warstw społecznych, a z drugiej degradacja innych sfer miasta. Koncepcja ta oznacza bowiem, że klasa kreatywna, żeby funkcjonować, musi mieć wokół siebie bardzo zdegradowane otoczenie, pełne tanich usług różnego typu. Widzimy to w polskich miastach – ludzi, którzy żyją ze śmieciowych pensji, na przykład nianie, które obsługują pracowników klas średniej itd.
Ale dlaczego tej funkcji angażującej, integrującej ludzi z różnych warstw społecznych nie mogą spełniać wielkie projekty, czyli festiwale kulturalne i filmowe? Pan wrzuca te przedsięwzięcia do kategorii „promocja miasta”.
Patrzymy na te miasta – i one się rozwijają, pokazują to obiektywne wskaźniki, chociażby wzrost miejskiego PKB. Wrocław jest klasycznym przykładem dynamicznie rozwijającego się gospodarczo miasta. Skąd więc te pretensje? Trudno zaprzeczyć, że mnóstwo dzieje się w przestrzeni kultury. Gutek przywiózł swoje filmy, jest festiwal teatralny, mnóstwo imprez. Wrocław Global Forum, teraz Europejski Kongres Kultury. Kwestia dotyczy jednakże celowości tych działań. Czy one służą do tego, żeby wzmacniać funkcje metropolitarne, czyli takie, które powodują, że to miasto, jako korporacja, ze swoją marką, funkcjonuje w pewnym obiegu światowym? A jeśli tak, to po co? Jeżeli zadaniem polityki ma być wyrównywanie szans, likwidacja wykluczenia itd., to można je realizować, organizując Europejski Kongres, inwestując w tego typu przedsięwzięcia, tylko trzeba mieć świadomość końcowego celu – tego, jak przełożyć efekt wzmocnienia marki miasta na zmniejszenie sfery wykluczenia. Inaczej wszystko to służy tylko integracji z jednej strony wizerunku miasta, a z drugiej obozu władzy i elektoratu. Zaspokaja się tylko jego potrzeby kulturalne. Festiwale teatralne służą wizerunkowi, ale ich odbiorcą jest tylko niewielka część mieszkańców. Podobne działania mogą więc prowadzić do różnych celów.
Jak opisałby pan relację między władzą centralną a samorządami? Ostatnio pojawił się spór wokół rozporządzenia ministra Rostowskiego. Ministerstwo chce ograniczyć możliwości zaciągania kredytów i pożyczek przez samorządy. Państwo też ma jakąś wizję rozwoju tych miast. Na ile ono pomaga czy współpracuje z samorządami? A może władze miast zwyczajnie robią to, co chcą czy też to, co wydaje im się dobrym rozwiązaniem?
Metropolie zawsze były dziwnym tworem. Miasta, które stają się metropoliami, które zaczynają funkcjonować we własnym obiegu, są po prostu samodzielnymi bytami, przedmiotem zainteresowania sił, nie tylko politycznych, lokalnych czy krajowych, ale również globalnego kapitału. Nagle władze miasta zaczynają być silnymi aktorami, i to z punktu widzenia logiki władzy państwowej zaczyna być niebezpieczne. Państwo zaczyna więc zachowywać się ambiwalentnie. Z jednej strony, jako odpowiedzialne za rozwój całości, wie, że biegunami rozwoju kraju są miasta. W Polsce świadomość tę ujawnia doktryna rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego opisana w Polsce 2030. Z drugiej jednak strony widać nieufność centrali i realne działania polegające na tym, by miasta pilnować, by nie dać im podskoczyć, w obawie, że lokalni politycy mogą stać się nagle zbyt silnym źródłem władzy. Klasycznym przykładem był konflikt związany z prezydentem Wrocławia, który ujawnił w pewnym momencie ambicje gry na scenie krajowej. Został on dość szybko zdyscyplinowany. Tak będzie zawsze, nie ma tu nic nienaturalnego.
Być może, paradoksalnie, szczęściem polskich miast jest to, że ze względu na niedorozwój infrastruktury, która umożliwiłaby ściślejszy związek z Warszawą – bo po prostu fizycznie nie sposób się do stolicy dostać – muszą one szukać innych strategii, myśleć w kategoriach funkcjonowania jako autonomiczne podmioty. Dla mnie dobrym przykładem tej ucieczki do przodu, ponad te bariery infrastrukturalne i lokalne, jest Rzeszów. Nie wpadł w różne pułapki typu Euro 2012, bo był za mały, a z kolei jego kompetencje lokalne, pewne umiejętności, tradycyjne walory, energia miejscowych elit były na tyle duże, że umożliwiły mu przeskok ponad Warszawą do światowego obiegu gospodarczego, co stało się podstawą lokalnej polityki rozwojowej.
To ciekawy projekt, gdyż próbuje zawrzeć pewien aktywny element polityki społecznej – często w konflikcie z neoliberalną filozofią, która panuje obecnie w Unii Europejskiej. Jeden z konfliktów w Rzeszowie, o ile dobrze pamiętam, dotyczył bezpłatnej infrastruktury dostępu do internetu. Władze miasta jako jedne z pierwszych – jeżeli nie pierwsze w Polsce – zbudowały bezpłatną sieć dostępową do internetu, co, jak się okazało, było niezgodne z wytycznymi unijnymi. Stanowi to przykład tego, że faktyczna odległość od Warszawy może pomóc, bo służy mobilizacji wewnętrznej.
Tak czy inaczej, wszystko wskazuje na to, że miasta będą podmiotami rozwoju jako megakorporacje. Pytanie tylko, jak będą zarządzane – czy będą korporacjami nastawionymi na zysk, czy raczej spółdzielniami wszystkich mieszkańców służącymi do tego, żeby optymalnie organizować swoją przestrzeń.
Wywiad (z niewielkimi zmianami) ukazał się w opracowaniu Miasto postindustrialne. Problemy społeczne, perspektywy rozwoju, wydanym przez Ośrodek Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a.
*Edwin Bendyk – dziennikarz, publicysta, członek redakcji tygodnika „Polityka”. Dyrektor Ośrodka Badań nad Przyszłością w Collegium Civitas w Warszawie. Autor książek Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), Antrymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009).
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 18.06.2011 )
|
|
|
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...