|
—
Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Minister Spraw Zagranicznych Izraela Avigdor Lieberman poinstruował dyplomatów, by przekonali zachodnie rządy do złagodzenia krytyki prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka. Co jest tak niepokojącego w egipskich protestach?
Szlomo Ben Ami*: Nie tylko Izrael jest przestraszony. Proszę sobie wyobrazić, co muszą czuć inne niedemokratyczne kraje arabskie – Syria, Arabia Saudyjska, Libia, Algieria. To one będą następne w kolejce, a nie Izrael.
Natomiast niewątpliwie władze Izraela boją się, że proces demokratyzacji w Egipcie może się skończyć ustanowieniem islamskiego reżimu. Głównym problemem wspólnoty międzynarodowej jest to, że tkwi ona w starym paradygmacie, zgodnie z którym alternatywą w świecie arabskim dla świeckich rządów autorytarnych są republiki islamskie. Widać to było w Algierii na początku lat 90.: wolne wybory w 1991 roku wyniosły do władzy islamistów. Przy aprobacie państw europejskich przejęła wówczas władzę algierska armia. Widać to na przykładzie Hamasu: w demokratycznych wyborach wygrał Hamas, więc Fatah rozwiązał parlament. Widać to nawet na przykładzie Iraku, gdzie Amerykanie obalili świeckiego dyktatora, na którego miejsce powstała szyicka republika. I jeśli sytuacja na Bliskim Wschodzie nie zmieni się radykalnie, Irak stanie się państwem satelickim Iranu.
Jestem przekonany, że to, co się dzieje w Egipcie, jest czymś innym, nowym. W Egipcie może powstać świecka demokracja z islamistycznym komponentem w postaci Bractwa Muzułmańskiego. Już pod rządami Mubaraka Bractwo miało około 20 proc. poparcia, w demokracji może mieć nawet więcej. Ale w ogólnej równowadze sił politycznych może powstać bardziej nowoczesna egipska demokracja. I mam nadzieję, że tak się stanie.
Z informacji medialnych można odnieść wrażenie, że na ulicach miast egipskich niemal nie wznosi się haseł islamistycznych. Dominują antyrządowe.
Trzeba mieć świadomość, że dyktatorskie rządy Mubaraka opierały się na realnym lub wyobrażonym zagrożeniu fundamentalizmem. To był pretekst, którym uzasadniał i usprawiedliwiał swoje autokratyczne rządy przed Zachodem i dzięki któremu zdobył wsparcie. Przekonywał, że z jednej strony utrzymywał pokój z Izraelem i był regionalnym pośrednikiem między Izraelem a Palestyńczykami z Autonomii i z Hamasu. Z drugiej zaś, że powstrzymywał islamski fundamentalizm w Egipcie. W takiej sytuacji nie dziwi brak Bractwa Muzułmańskiego na ulicach. Gdyby wśród demonstrujących pojawiły się hasła islamistyczne, to tylko by potwierdziły wersję Mubaraka i mogłyby go ocalić.
Szlomo Avineri w „Haarecu” napisał, że reakcja Liebermana w rzeczywistości mogła dawać Arabom do zrozumienia, że pokój był zawarty nie między Izraelem a Egiptem, a Izraelem a Mubarakiem. Wzywał premiera Izraela Benjamina Netanyahu, by przemówił do narodu egipskiego i przekonał, że pokój zawarto między państwami. Uważa pan, że Izrael może utrzymywać pokojowe relacje z demokratycznym Egiptem? Obecny rząd chyba w to wątpi.
Izrael powinien i – moim zdaniem – może utrzymywać pokojowe stosunki z nieautorytarnym Egiptem. Izraelska prawica tkwi w paradoksie. Gdy my na lewicy negocjowaliśmy z Arabami, oni mówili, że bez demokracji w państwach arabskich pokój z Arabami jest niemożliwy. Gdy arabskie społeczeństwa pragną demokracji, prawica reaguje histerycznie.
Porozumienia pokojowe między Egiptem a Izraelem najpewniej zostaną utrzymane przez przyszłe władze egipskie. Z jakiego powodu świecka demokracja – nawet ze sporym udziałem islamistów – miałaby chcieć wojny z Izraelem? Egipt ma poważne problemy wewnętrzne. Nowy rząd będzie zajęty konsolidacją demokracji i rozwojem gospodarczym. Pokolenie fejsbuka, które wyszło na ulice, nie poprze rządu, który zamiast zaspokajać frustracje całego pokolenia pójdzie na wojnę z Izraelem. Izrael nie jest problemem w egipskiej polityce zagranicznej. Dużo większym problemem jest Sudan. Południowy sąsiad Egiptu się rozpada, a secesja południa to tylko symptom szerszego problemu. Odłączenie się Południa oznacza dla Egiptu poważny problem w postaci dystrybucji wód Nilu. Izrael zawsze wierzył, że gdy Iran zdobędzie broń atomową, to od razu odpali ją na Izrael. To kompletny nonsens. Bycie radykalnym nie koniecznie oznacza bycia nieracjonalnym.
I jeszcze jedna rzecz. Egipska armia będzie odgrywać ważną rolę w nowym reżimie niezależnie od tego, co się stanie. I jest to jedna z wielu sił, którym nie zależy na wojnie z Izraelem. To jest prozachodnia armia. Najwyżsi oficerowie edukowali się i szkolili na zachodnich akademiach.
Czy wydarzenia w Egipcie – skoro wywołały niepokój wśród Izraelczyków – nie wzmocnią pozycji prawicowych polityków w rodzaju Liebermana?
Myślę, że wprost przeciwnie. Zajścia w Egipcie to moment niepokoju dla każdego: sąsiadów Egiptu, samych Egipcjan, dla całej społeczności międzynarodowej. Nikt przecież nie może przewidzieć, jak to się skończy. Ja wierzę, że wydarzenia spowodują radykalną zmianę na lepsze. Izrael musi się przyzwyczaić do sytuacji, że nie jest jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie. I jest to wspaniała informacja dla całego regionu.
Jak wydarzenia w Egipcie wpłyną na relacje palestyńsko-izraelskie?
Demokratyczny Egipt będzie mógł bardziej naciskać na Izrael niż reżim Mubaraka. To będzie kraj o zupełnie innej wadze w stosunkach międzynarodowych.
A czy nie spowoduje to wzrostu napięcia w regionie?
Obecny impas nie jest dobry ani dla Izraelczyków, ani dla Palestyńczyków. Jeśli Egipt stanie się państwem demokratycznym, to wyjdzie to procesowi pokojowemu na dobre. Potrzebujemy silnego trzeciego uczestnika, by rokowania palestyńsko-izraelskie przyniosły jakiekolwiek rezultaty.
Dlaczego i Hamas, i władze Autonomii Palestyńskiej nie poparły wydarzeń w Egipcie?
Bo to również autokracje i boją się protestów na swojej ziemi. Z jednej strony Europa ma romantyczną wizję palestyńskiego nacjonalizmu i ta wizja przesłania fakt, że władze palestyńskie – nie tylko Hamas w Gazie, ale też Fatah na Zachodnim Brzegu – to są typowe arabskie autokracje. Mahmud Abbas jest dobrym człowiekiem, ale jego urzędowanie nie ma demokratycznej legitymacji. Wybory powinny się odbyć rok temu, parlament nie funkcjonuje. Abbas i premier Autonomii Salam Fajjad rządzą dekretami, władze mogą aresztować ludzi bez stawiania im zarzutów. Z jednej strony międzynarodowa pomoc przynosi Palestyńczykom nadzieje, ale z drugiej autokracja i korupcja dają powody do frustracji. Proszę sobie wyobrazić, co czują ci obywatele, którzy w dużej części przyjechali z Tunezji, gdy rozpoczął się proces pokojowy. Wtedy władze obiecywały państwo. Państwa nie ma, jest za to autokracja i korupcja. Dlaczego ludzie mieliby to wspierać?
* Szlomo Ben Ami – ur. w Maroko były Minister Spraw Zagranicznych i Minister Bezpieczeństwa Wewnętrznego Izraela, obecnie wiceprezydent Międzynarodowego Centrum na Rzecz Pokoju w Toledo. Studiował na Uniwersytecie w Tel Awiwie i Oxfordzie. Autor Scars of War, Wounds of Peace: The Israeli-Arab Tragedy. W wyborach do Knessetu w 2009 roku poparł lewicową partię Meretz.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...