NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Balicki: Nie stójmy w miejscu |
|
|
Z Markiem Balickim rozmawia Jakub Szafrański
|
|
09.12.2011 |
Jakub Szafrański: 9 grudnia weszła w życie nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Będzie można teraz odstąpić od ścigania osoby złapanej po raz pierwszy na posiadaniu niewielkiej ilości narkotyków na własny użytek. Czy to wystarczy do zmiany nawyków prokuratury i policji, które dzięki łapaniu okazjonalnych użytkowników podwyższały sobie statystyki?
Marek Balicki: Trudno to przewidzieć. Głosowałem za tą nowelizacją, bo każdy krok w dobrym kierunku jest pożądany, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że w niewielkim stopniu zmienia ona stan prawny. Wcześniej też można było umarzać postępowania. Według badań prof. Krajewskiego 60-70 procent spraw, którymi zajmowały się sądy, dotyczyło posiadania zaledwie kilku gramów marihuany. Niska szkodliwość społeczna jest w tych wypadkach ewidentna i jako takie nadają się one do umorzenia.
Na pewno nowelizacja nie wpłynie na sposób działania policji: zatrzymywanie i przeszukiwanie, na ulicy czy w domu. A jest to tylko jeden ze złych skutków naszej represyjnej ustawy. Posiadanie broni bez zezwolenia jest także penalizowane. A przecież policja nie zatrzymuje ludzi na ulicy w celu przeszukania, chociaż broń może być użyta przeciw innym osobom i jest rzeczywiści niebezpiecznym narzędziem. Tymczasem dzisiaj przeszukuje się młodych ludzi, żeby znaleźć narkotyki, które bezpośrednim zagrożeniem nie są.
Nowelizacja zakłada też, że prokurator będzie mógł przerwać wykonywanie kary lub od niej odstąpić, jeśli oskarżony podda się leczeniu. To oznacza więcej obowiązków dla służby zdrowia.
To jest bardzo ważny zapis w przypadku osób uzależnionych, ale przypomnijmy, że większość skazanych nie potrzebuje leczenia, co najwyżej jakichś działań o charakterze profilaktyczno-edukacyjnym. W potocznym rozumieniu, jeśli ktoś używa środków psychoaktywnych, to jest narkomanem. Takie myślenie ciąży niestety również na regulacjach ustawowych.
Przerzucenie większej odpowiedzialności na służbę zdrowia jest w porządku, o ile nie wymaga się, by w pewnym momencie zastąpiła pomoc społeczną. A to ostatnio nagminne. Osoby potrzebujące leczenia w związku z problemem narkotykowym są zazwyczaj również społecznie zmarginalizowane. Stacjonarne ośrodki dla uzależnionych pełnią nierzadko funkcję schronisk, a przecież nie o to chodzi. Tu potrzebne jest odpowiednie działanie w ramach pomocy społecznej, ale już nie w szpitalu czy przychodni; pomocy społecznej trzeba udzielać tym ludziom tam, gdzie żyją na co dzień. Nie spotkałem się jednak z tym problemem w dyskusjach o narkotykach.
To jaki pana zdaniem powinien być postulat minimalny w polityce narkotykowej?
Depenalizacja, czyli powrót do rozwiązań sprzed 2000 roku: zgadzamy się, że posiadanie niewielkich ilości narkotyków na własny użytek jest czynem zabronionym, ale nie ma kary za jego popełnienie. Trzeba to tylko rozbudować o to, czego nie było do 2000 roku i z czego Ministerstwo Sprawiedliwości świadomie zrezygnowało przy okazji tej ostatniej zmiany ustawowej: czyli określenia maksymalnej ilości najczęściej używanych narkotyków, której posiadanie nie byłoby karane, w postaci tabeli wartości granicznych. W przeciwnym wypadku po jedenastu latach obowiązywania restrykcyjnej ustawy aparat ścigania mógłby uznać, że na przykład dwa gramy marihuany to już jest więcej niż „niewielka ilość”.
Ale to nie jest optymalne rozwiązanie?
Bardziej racjonalna byłaby dekryminalizacja, czyli stwierdzenie, że posiadanie niewielkich ilości nie jest przestępstwem. Jeśli jednak pozostajemy przy depenalizacji, to z tabelą wartości granicznych. Są już konkretne propozycje legislacyjne w tej sprawie, uwzględniające nawet wyjściowe wartości, na przykład piętnaście gramów, jeśli chodzi o marihuanę. Takie wartości są ustalone w większości krajów Unii Europejskiej.
Dopiero wtedy nastąpi faktyczna zmiana: pokażemy, że nie interesują nas represje, tylko model profilaktyczno-społeczno-leczniczy rozwiązywania problemów związanych z narkotykami.
A to jest do wywalczenia jeszcze w tej kadencji Sejmu?
Tak.
Ruch Palikota mówi w mediach o legalizacji marihuany.
To oznaczałoby legalizację obrotu narkotykami. Ten postulat jest dzisiaj nierealny i służy Palikotowi raczej do politycznego marketingu.
Może jednak opłaca się go wysuwać i ostatecznie zgodzić się na mniej?
Nie, to szkodliwe, bo wchodzimy w rozważania ekstremalne: albo pełna legalizacja, albo karanie. Przy takim postawieniu sprawy większość Polaków opowie się za karaniem, a politycy nie będą skłonni do racjonalnego podejścia. I będziemy stać w miejscu. Ale nie spodziewam się, że Palikot zacznie od zgłoszenia projektu legalizacyjnego, bo byłoby to niezgodne z międzynarodowymi konwencjami.
Depenalizacja z określeniem wartości granicznych plus legalizacja medycznego użycia marihuany – to bardzo proste i możliwe dzisiaj rozwiązania. Gdyby Ruch Palikota zszedł na te rozsądne pozycje, to byłoby to znacznie bardziej korzystne społecznie.
A która z pozostałych partii mogłaby wesprzeć takie rozwiązania?
W SLD gotowy do rozmów jest Ryszard Kalisz; wypowiedzi Millera są niejednoznaczne. Również w Platformie Obywatelskiej jest duża grupa osób, którym bliskie są rozwiązania zdroworozsądkowe. I to od niej będzie teraz wszystko zależeć.
Krzysztof Kwiatkowski, były minister sprawiedliwości, którego trudno posądzić o lewicowo-liberalne odchylenie, dostrzegał potrzebę usunięcia sprzeczności w prawie dotyczących medycznego użycia marihuany. Poparcie dla zgłoszonej przeze mnie w zeszłej kadencji Sejmu poprawki deklarowała też reszta Platformy, ale ostatecznie zrezygnowali ze względu na zbliżającą się wówczas kampanię wyborczą i zarzuty PIS-u, że „mafia ustawia prawo”. Merytorycznie byłem zrozumiany, zadecydowały przyczyny PR-owe.
Na czym właściwie polegają te sprzeczności?
To absurd, że morfina, która może powodować uzależnienie i szkody dla organizmu, może być przepisana przez każdego lekarza, a marihuana – choć nie stwierdza się przypadków uzależnienia – nie. To kwestia wolności i praw człowieka: państwo nie może stosować zakazów tak wyraźnie naruszających zasadę proporcjonalności. Aspekt medyczny jest też ważny, bo zmienia przeświadczenie, że narkotyk to wyłącznie wcielone zło, a alkohol jest OK.
W dyskusjach o polityce narkotykowej używa się różnych argumentów: prawnych, społecznych, ekonomicznych i zdrowotnych. Które z nich są najskuteczniejsze?
Wszystkie są bardzo ważne, ale jest jeden rozstrzygający: państwo musi oceniać co jakiś czas, czy jego polityka przybliża nas do założonych celów. Taka ocena została dokonana i wiemy, że represyjne i restrykcyjne podejście do narkotyków nie przynosi efektów. To zresztą tylko połowa prawdy – ale już wystarczy, by zmienić prawo.
A jaka jest druga połowa?
Taka, że obecne prawo nie tylko nie działa, ale na dodatek przynosi dodatkowe szkody. I chodzi nie tylko o przepisy karne. Bo pośrednim skutkiem modelu restrykcyjno-represyjnego są problemy z rozwojem programów redukcji szkód. Mamy w kraju trzysta zgonów rocznie, którym można by zapobiec dzięki terapii substytucyjnej – czyli podawaniu metadonu czy buprenorfiny, które są również opioidami, ale nie mają w działaniu komponenty euforyzującej, jak na przykład heroina, a pozwalają się od niej uwolnić. Dzisiaj ludzie umierają, czekając w kolejce na to leczenie, bo jest obłożone absurdalnymi restrykcjami i są mu niechętne ośrodki prowadzące terapię na zasadzie „drug free”. Nielegalne opiaty można kupić na ulicy, ale metadon traktowany jest przez państwo jak bomba atomowa.
Jednocześnie wydajemy pieniądze na metody, które są nieskuteczne, ale pasują nam ideologicznie, jak stacjonarna terapia w ośrodkach, która polega na całkowitej abstynencji. Te ośrodki skutecznie lobbują u lokalnych władz, pokazując, że u nich przecież leczy się narkomanów, i nikt tego nie podważy. Tymczasem ta terapia odbywa się bez standardów postępowania i oceny efektów, a czasem z naruszeniem praw jednostki – no i nie działa.
Wreszcie koszty społeczne: zamknięta i starzejąca się grupa opiatowców w wyniku ignorancji utożsamiana jest z okazjonalnymi użytkownikami miękkich narkotyków – młodymi ludźmi, którzy uczą się lub pracują, a zamiast bardzo szkodliwego alkoholu okazjonalnie używają marihuany. Są przeszukiwani, aresztowani, odbywają kary. Stają się przestępcami. Dlaczego alkoholu i papierosów, które wyrządzają nieproporcjonalnie większe szkody niż marihuana, nie tylko się nie zakazuje, ale jeszcze czerpie z obrotu nimi zyski pod postacią akcyzy?
Kto to wszystko wytłumaczy posłom?
Organizacje pozarządowe – działające oddolnie – i autorytety. Rozpoznawalne, szanowane postacie. Wałęsa, Szymborska i Kwaśniewski, którzy podpisali się pod listem otwartym w sprawie liberalizacji polityki narkotykowej, to dobry początek. Jeśli celebryci, to tacy, którzy są traktowani poważnie, żeby nie dodawać temu problemowi ekstrawagancji i błahości. Kształtowaniu racjonalnych postaw w społeczeństwie szkodzą na przykład masowo oglądane przez Polaków seriale. We wrażliwych politycznie kwestiach, jak narkotyki, in vitro czy aborcja, reprodukują one stereotypowe myślenie.
Żeby skutecznie rozmawiać z posłami, trzeba dobrze nakreślać cele. Hasło „palić, sadzić, zalegalizować” zamyka dzisiaj dyskusję i drogę do polityków, bo wokół marihuany narosły bardzo silne przesądy. Lepiej im przypominać, że w latach 50. i 60. nadmierne ograniczenia w dostępie do alkoholu powodowały ogromne szkody w postaci zgonów i uszkodzeń wzroku, bo ludzie kupowali alkohol na czarnym rynku, a nierzadko był to alkohol metylowy pochodzący z kradzieży. Dzisiaj alkohol może jest zbyt łatwo dostępny, ale zatrucia alkoholem metylowym w zasadzie się nie zdarzają. Sukces dopalaczy też w dużym stopniu wynikał z nadmiernej restrykcji w stosunku do marihuany.
Doświadczenia ostatnich lat w polityce narkotykowej potwierdziły znany od dawna fakt, że ludzie zawsze będą używać substancji psychoaktywnych. Żadne zakazy i kary tego nie zmienią. Polityka narkotykowa oparta na represjach i restrykcjach okazała się nieskuteczna we wszystkich krajach. Natomiast można zmienić podejście i główny nacisk położyć na redukcję szkód. Daje to pozytywne efekty w tak różnych krajach, jak Portugalia i Szwajcaria. Dlaczego Polska nie miałaby pójść tą drogą?
*Marek Balicki - dyrektor Szpitala Wolskiego w Warszawie, były minister zdrowia
Na podobny temat
|
|
|
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...