Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Balicki: Nie chcę robić misia z prezydentem Drukuj
Marek Balicki* w rozmowie z Magdaleną Błędowską i Eweliną Latosek   
21.05.2010
Magdalena Błędowska: Kampania ruszyła już na dobre. Ostatnio mogliśmy przeczytać kilka deklaracji wyborczych publicystów – od prawa do lewa. Jadwiga Staniszkis przekonywała, że Jarosław Kaczyński jest liberałem i świetnym kandydatem, także dla biznesu, Adam Michnik nawoływał do głosowania na Komorowskiego w „imię demokracji”, a Michał Sutowski dowodził, że obaj główni kandydaci to tak naprawdę większe zło, zwłaszcza dla lewicy. Pan już wie, jak będzie głosował?

Marek Balicki: Ani jeden, ani drugi nie jest dobrym kandydatem. Bronisław Komorowski reprezentuje Polskę neoliberalną. Na dodatek został wyłoniony w najgorszym możliwym trybie: ktoś go po prostu wskazał. Ktoś, czyli lider rządzącego ugrupowania. Można tu mówić o swego rodzaju rodzącej się oligarchii, nie biznesowej – jak w Rosji, a politycznej, chociaż może bardziej trafnym określeniem byłby nowy paternalizm. Wskazany kandydat ma oczywiście realizować politykę rządu. W Łazienkach Donald Tusk powiedział – i nawet niektórym komentatorom to się podobało – że Komorowski reprezentuje tradycję szlachecką. Zdumiewające… To już nawet nie jest XIX wiek, kiedy kształtowały się nowoczesne społeczeństwa. Jak zagłosować na takiego kandydata w republikańskim państwie? Wydaje się, że Komorowski nie ma własnego zdania w żadnej sprawie. Chciałby tylko ze wszystkimi dobrze. A ja nie chcę robić misia z prezydentem w imię jakiejś polityki miłości, bo on ma inne zadania konstytucyjne. Choć oczywiście nie powinien wywoływać wojen. A Jarosław Kaczyński w sprawach podstawowych nie różni się wiele od Komorowskiego.

Magdalena Błędowska: Nie wierzy pan w scenariusz, że Jarosław w jakimś stopniu będzie kontynuował politykę Lecha Kaczyńskiego w kwestiach społecznych i wetował niektóre neoliberalne z ducha ustawy?

Lecha Kaczyńskiego znałem osobiście od 1980 roku. Niewątpliwie różnił się od brata. Pamiętajmy jednak, że to PiS pod rządami Jarosława Kaczyńskiego obniżył składkę rentową, to PiS zlikwidował podatek od spadku i to PiS zadecydował o obniżeniu i spłaszczeniu podatku od dochodów osobistych. Tak zwykle wygląda polityka w wykonaniu neoliberałów. Doprawdy niewiele już brakuje, żeby wprowadzić podatek liniowy. To wszystko stało się na krótko przed tym, kiedy środki budżetowe okazały się bardzo potrzebne. I będą potrzebne coraz bardziej. Niedługo trzeba będzie zaciskać pasa, ponieważ istotnie zmniejszono obciążenie podatkowe ludzi o najwyższych dochodach. I to w stopniu niebywałym, nawet na tle krajów takich, jak Wielka Brytania, nie mówiąc już o Niemczech. Dlaczego więc Jarosław Kaczyński miałby być wrażliwy społecznie? Tak jak SLD w latach 1993 – 1997 kontynuował politykę z początku lat dziewięćdziesiątych, tak PiS w pewnym sensie antycypował politykę liberalnej Platformy. Może nawet Platformie zabrakłoby odwagi, żeby aż tak obniżyć podatki… Do tego Kaczyński może wzmocnić potrzebę silnej władzy, generując różne lęki w społeczeństwie, a w efekcie zapotrzebowanie na paternalistyczny styl rządzenia, z ograniczeniem praw i swobód obywatelskich. To zresztą już się dzieje. Mieliśmy tego przedsmak w czasie rządów PiS-u. 

Magdalena Błędowska: To jak w tym kontekście ocenia pan manewr postawienia na czele sztabu Joanny Kluzik-Rostkowskiej? Trudno jej odmówić wrażliwości społecznej. Ona jest taką centrową, a także bardziej prokobiecą twarzą PiS-u.

No tak, ale już Poncyljusz jest bardziej liberalny niż większość pisowców. Spokojnie zmieściłby się w głównym nurcie Platformy. Postawienie na czele sztabu Kluzik-Rostkowskiej było raczej pewną PR-owską strategią wizerunkową. Zresztą ona pytana, czasami zbyt kąśliwie, o swoje poglądy, odpowiada: tak, różnimy się z prezesem w wielu sprawach. Tym samym potwierdza, że nie reprezentuje poglądów Kaczyńskiego.

Ewelina Latosek: A nie jest pan zdziwiony tą swoistą zamianą ról w tej kampanii? Jarosław Kaczyński milczy albo waży słowa, za to Komorowskiemu, a zwłaszcza jego Komitetowi Honorowemu, zdarzają się ostatnio coraz częściej bardzo dziwne słowne szarże.

Kiedy głośno krzyczał Kaczyński, to nie było tak bardzo słychać Niesiołowskiego czy Palikota. Gdy zamilkł, to w pewnym sensie obnażył Platformę. Ale PO jest taka, jaka była. Nie wierzę, żeby to miało istotne znaczenie dla wyniku. Ciekawe zresztą, czy PiS utrzyma ten ton – to będzie interesujące w kontekście wyborów parlamentarnych. 

Magdalena Błędowska: A jak pan odbiera tę powtórkę retoryki z 2007 roku, którą słyszymy także z ust lewicowych polityków, takich jak Nałęcz: „wszystkie ręce na pokład”, „brońmy się przed IV RP” i głosujmy na Komorowskiego?

Osłabia to Napieralskiego. W dłuższej perspektywie istnieje niebezpieczeństwo, że takie wypowiedzi będą jeszcze bardziej wiązać ludzi o lewicowych przekonaniach z Platformą. I być może po dwudziestu latach demokracji to właśnie PO zagospodaruje bardzo szeroki i bardzo zróżnicowany elektorat. I będzie mogła robić swoje, ponad naszymi głowami. 

Magdalena Błędowska: To co pan zrobi, jeśli w drugiej turze spotkają się Komorowski z Kaczyńskim? 

Pewno nie wybiorę żadnego z nich, ale oddam głos. On też będzie miał znaczenie. 

Ewelina Latosek: Jaki będzie, pana zdaniem, los ważnych dla lewicy spraw, takich jak edukacja, służba zdrowia czy usługi publiczne? Jest jakaś szansa, żeby powstrzymać marsz Platformy ku komercjalizacji i prywatyzacji tych dziedzin w którymkolwiek z powyborczych scenariuszy?

Moim zdaniem nie będzie tu większych różnic między głównymi kandydatami. Lech Kaczyński miał własne, uporządkowane przemyślenia w tych ważnych społecznie kwestiach. Korespondowały one z poglądami części posłów PiS-u, choć trudno powiedzieć, czy w jakimś stopniu nie wiązało się to ze swoistą kontradyktoryjnością parlamentu, z tym, że zawsze musiał być spór między dwiema stronami – PO i PiS. Jarosław Kaczyński może teraz wyciągnąć służbę zdrowia jako nierozwiązany problem, bo to jest ważny temat. Ale nie jestem pewien, czy jako prezydent wetowałby akurat te ustawy. Nie mamy zresztą żadnej wiedzy, jaki jest zdrowotny program PiS-u.

To jest też ciekawe pytanie do Grzegorza Napieralskiego. Kiedy przewodniczącym klubu SLD był Wojciech Olejniczak, to było już właściwie uzgodnione, że ustawy zdrowotne zostaną poparte, a weto prezydenckie odrzucone. Odwołano mnie wówczas z funkcji wiceprzewodniczącego Komisji Zdrowia, wysyłano też sygnały do mediów, że w zasadzie potrzeba tylko kilka poprawek, żeby wypracować kompromis z PO. Dopiero Napieralski się z tego wycofał.

Temat edukacji przedszkolnej podjęła teraz z własnej inicjatywy Platforma… 

Magdalena Błędowska: Tak, panuje zgoda co do tego, że edukacja przedszkolna jest bardzo ważna. Pozostaje jednak kluczowa kwestia finansowania tych placówek. PO najchętniej zaproponowałaby tu kolejny „outsourcing”, tak żeby obywatele wzięli te przedszkola w swoje ręce i sami je zakładali, odciążając państwo.

W tej sprawie czuję się w części odpowiedzialny, bo na początku lat 90., gdy zaczęto zamykać przedszkola publiczne, byłem posłem ugrupowania – jak to się wówczas mówiło – proreformatorskiego. W latach 80. rodziło się ponad 700 tysięcy dzieci rocznie i prawie wszystkie miały dostęp do przedszkoli. Teraz rodzi się ich tylko 400 tysięcy, a mamy ogromny niedobór miejsc. Odczuwamy efekty polityki z początku transformacji i temat powrócił. Nawet liberalni komentatorzy dostrzegają jego wagę. Tyle że bez finansowania przez państwo nie da się tego problemu rozwiązać.

Ewelina Latosek: Wracając do wyborów: jak pan ocenia pozostałych kandydatów?

Mają niewielkie szanse na wejście do drugiej tury. SLD wystawiło swojego przewodniczącego, który w ostatnich tygodniach wypowiadał się rozsądnie w wielu sprawach, ale nie przedstawił jeszcze całościowej koncepcji funkcjonowania państwa ani wizji prezydentury. Niewiele mówi o głównych problemach w polityce zagranicznej i wewnętrznej, przed którymi stoi Polska, ani o tym, co powinno podlegać wetowaniu przez prezydenta. Nie rysuje wyraźnej alternatywy dla tego, co się dzieje w kraju, w kontekście konstytucyjnej zasady sprawiedliwości społecznej. 

Ewelina Latosek: Nie był pan zdziwiony, że Napieralski w ogóle zdecydował się kandydować? Co właściwie chce ugrać?

Byłem zaskoczony, bo Napieralski dotychczas nie próbował zaistnieć na scenie politycznej jako wyrazisty lider z własnym programem i misją. Ta kampania jest pierwszym takim wejściem. Ryzykownym, bo niestety z góry skazanym na słaby wynik. Już przy Szmajdzińskim zastanawiano się, ile zdobędzie głosów, a przecież dzięki latom urzędowania, pełnienia ważnych funkcji, miał on ugruntowaną pozycję na scenie politycznej.

Magdalena Błędowska: Może wygrana Komorowskiego nie będzie jednak dla lewicy takim złym scenariuszem. Mając pełnię władzy, PO będzie musiała zacząć naprawdę rządzić, poczynić konkretne kroki, bo nie będzie miała już alibi w postaci wetującego prezydenta. Może to otworzy wreszcie pole dla lewicy, pozwoli jej się jakoś – krytycznie i wyraźnie – ustawić. Choć to oczywiście trochę myślenie na zasadzie „im gorzej, tym lepiej”.

Tego nie jestem pewien. Jeśli chodzi o parlamentarną lewicę, to – o ile dobrze rozumiem oczekiwania przynajmniej części działaczy SLD – nastawia się ona w następnej kadencji na koalicję z Platformą. Tymczasem już w 2012 roku PO będzie zmuszona ostro ciąć wydatki publiczne. Jeśli SLD się na to zgodzi, a w koalicji nie będzie innego wyjścia, będzie to koniec instytucjonalnej lewicy w polskim sejmie. A bez koalicji się nie obejdzie, bo PO nie uzyska raczej bezwzględnej większości. Na razie weszliśmy w okres niekończącej się kampanii wyborczej: teraz prezydenckiej, po wakacjach samorządowej, a od nowego roku – parlamentarnej. Z tego też powodu PO nie zabierze się za „naprawianie” państwa, skoro przez ostatnie trzy lata nie ruszyła żadnych zasadniczych spraw, może poza kwestią emerytur. Będzie wykonywać jedynie ruchy pozorne, wizerunkowe. Znowu premier powie, że jutro wprowadzamy euro, czy coś w tym stylu. Tak więc nie podzieje się tu nic takiego, co dawałoby lewicy szersze pole manewru.

Ewelina Latosek: Monowładza PO nie wzbudzi żadnego oporu?

Już teraz wzbudza. Mówi o tym wielu komentatorów. Jest więc pewna szansa, że jeśli wybory prezydenckie wygra Komorowski i PO zdobędzie pełnię władzy, to w parlamentarnych nastąpi wychylenie wahadła w drugą stronę. Dlatego – paradoksalnie – dla PiS najlepszy będzie dobry wynik Kaczyńskiego, ale przegranie wyborów prezydenckich. Zapewni sobie w ten sposób „pakiet kontrolny” w przyszłym parlamencie.

Ewelina Latosek: A czy to połączenie Platformy z SLD nie stworzy miejsca dla jakiegoś nowego lewicowego gracza? Widzi pan szansę na odblokowanie naszej sceny politycznej?

To dzisiaj zasadnicze pytanie – czy jest to w ogóle możliwe i kiedy? Teraz Tusk rozdaje karty. W jednym z ostatnich wywiadów powiedział: „Ja na to nie pozwolę”. Nieważne, o co dokładnie chodziło – premier nie powiedział, że nie pozwoli na coś swoim urzędnikom, tylko nam, obywatelom demokratycznego państwa. Takie wypowiedzi wytwarzają niedobry klimat. W społeczeństwie nasilają się różne lęki. Katastrofa w Smoleńsku bardzo je wzmocniła. O tym się głośno nie mówi, ale ta tragedia pogłębiła spadek zaufania do państwa. Bo jeśli spada samolot z prezydentem, to co się może przydarzyć zwykłym ludziom? Pojawia się potrzeba, żeby ktoś wreszcie zrobił z tym porządek i zadbał o nas. I na tym gra i Jarosław Kaczyński, i Donald Tusk – jak się okazuje, bardzo utalentowany ojciec narodu, tyle że w wersji soft.Z niepokojem obserwuję nasilanie się różnych zjawisk: bogaci odgradzają się od biednych, wszyscy zamykają się u siebie, nie ma demokracji uczestniczącej, a władza lokalna odwraca się od mieszkańców zaraz po wyborach. Do tego brakuje nam lewicowych tradycji, bo organizacje, które funkcjonowały przed wojną, zniszczył komunizm. A przecież cały nurt socjalistyczny w Polsce był osadzony na różnych instytucjach, dziś byśmy powiedzieli: organizacjach pożytku publicznego. To dzięki nim trwa PSL, przekraczając próg w kolejnych wyborach.

Magdalena Błędowska: Może pierwszym krokiem powinny być zmiany w ordynacji wyborczej?

Tak, trzeba skończyć z komercjalizacją wyborów – płatnymi reklamami w mediach elektronicznych i gazetach, billboardami. Trzeba zapewnić wszystkim partiom takie same możliwości promowania się, niezależnie od ich zasobności. Tak jak we Francji, gdzie powierzchnia wydzielona na plakaty jest taka sama dla anarchistów i gaullistów. Trzeba też obniżyć próg wyborczy. Obecny, pięcioprocentowy, został wprowadzony przez Sejm I kadencji, który był strasznie rozbity. Tylko że lekarstwo zastosowano w podwójnej dawce i zablokowano scenę polityczną. Ciężko się teraz z tego wycofać, bo partie parlamentarne nie chcą dopuścić innych. Ale to i tak będzie dopiero pierwszy krok.

Komorowski, mówiąc o zwołaniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego, użył niepokojącego sformułowania „czwórprzymierze”. Świadomie odwołał się do historycznego języka, typowego dla władzy paternalistycznej, a nie demokratycznej. Oto mamy czwórprzymierze i nikt inny nie jest nam potrzebny. Nawet więc na poziomie języka wyklucza się ludzi z procesu demokratycznego. A to wszystko dzieje się w trakcie kampanii prezydenckiej, w której dziesięciu kandydatów zebrało po co najmniej 100 tysięcy podpisów. Tusk jest mistrzem w wykluczaniu. Stale powtarza: „my na to nie pozwolimy”, „my zrobimy to najlepiej”. Daje nam kandydata na prezydenta, który wprawdzie nie jest doskonały, ale przecież ludzie zrozumieją, że to dla ich dobra… A my spoglądamy po sobie i zastanawiamy się, co robić, skoro nie podoba się nam ani protegowany premiera, ani jego główny rywal. To dwaj oligarchowie, którzy grają na tym samym instrumencie, tylko dla trochę innych słuchaczy.

Magdalena Błędowska: Wprowadzenie pewnych formalnych zmian do ordynacji wyborczej można sobie dość łatwo wyobrazić. Ale w jaką lukę miałaby wejść taka nowa lewicowa partia, skoro najróżniejsze potrzeby społeczeństwa – i tej jego „wygranej”, i „przegranej” części – są teraz dość skutecznie zagospodarowywane przez dwóch największych aktorów, czyli PO i PiS?

Podstawowe pytanie brzmi: jaka idea przewodnia mogłaby skupić ludzi wokół lewicowych postulatów i programu. To musi być coś zupełnie innego, niż prezentują Platforma i PiS. Przede wszystkim trzeba odzyskać wiarygodność. Jej brak to zasadniczy kłopot SLD, jedynej nominalnie lewicowej partii mającej jakiś aparat i struktury terenowe. Sojusz przekonuje już tylko tych, którzy widzą w nim potencjalną ścieżkę do kariery, i „tradycyjnie” lewicowy elektorat. Ale on topnieje. Skoro zmniejsza się ogólna liczba głosów, to znaczy, że on odchodzi. Do tego Sojusz ma bardzo eklektyczny program, nie oparł go na jasnych wartościach i zasadach. 

A przecież można by zacząć od zasady równości i sprawiedliwości zapisanej w konstytucji. Dla większości obywateli w tak ważnych sferach życia, jak edukacja czy opieka zdrowotna, równość dostępu jest sprawą zasadniczą. Coraz większym problemem, o czym nie mówią premier i minister Boni, staje się niedobór usług opiekuńczych. Brakuje ich już teraz, a co będzie w najbliższych latach, kiedy nastąpi gwałtowny przyrost populacji 65-latków i osób starszych? Społeczeństwo polskie szybko się starzeje, znacznie szybciej, niż działo się to w zachodniej Europie w ostatnich dziesięcioleciach.

Niestety nasze państwo nie ma strategii, która stwarzałaby szansę na rozwiązanie tych problemów. Polityka społeczna, zdrowotna i edukacyjna to tak naprawdę polityka podatkowa, która w Polsce jest fatalna, dlatego, mimo niezłej kondycji naszej gospodarki, nie ma z czego tych usług finansować. System podatkowy musi służyć korzystnym transferom społecznym, rozsądnemu niwelowaniu nierówności. Od tego przecież zależy rozwój gospodarczy w przyszłości. Dołóżmy do tego sferę wolności obywatelskich, naturalną dla lewicy, a także dramatyczny problem braku mieszkań dla ludzi o niskich i średnich dochodach. Gdy dodamy jeszcze „zieloną politykę” i wycofanie wojsk z Afganistanu, to bez wątpienia można będzie zacząć tworzyć spójny ideowo program nowoczesnej lewicy.

Ewelina Latosek: Tylko jak do tego programu przyciągnąć ludzi?

Trzeba zacząć od szczebli lokalnych. Do sejmu od razu wejść się nie da. Można jednak spokojnie ruszyć z takim programem w większych miastach. Istnieje tu wystarczający potencjał. Tylko że – jak w roztworze nasyconym – potrzebne jest jądro krystalizacji. Ktoś musi podnieść sztandar.

Magdalena Błędowska: Od jakiegoś czasu obserwujemy kształtowanie się różnych ruchów społecznych – czy to internautów broniących wolności i prywatności, czy to studentów walczących z komercjalizacją uczelni. Te ruchy często wpisują się w tradycyjne lewicowe postulaty. Może więc właśnie one będą zalążkiem nowej lewicowej siły na polskiej scenie politycznej?

Ale trzeba by je jakoś zebrać. Na razie wypełniają ileś nisz. Widać, że gdy narastają problemy, to się zamykamy we własnych kręgach, wokół własnych, ograniczonych spraw. Trzeba więc wyprowadzić ludzi z tych nisz, bo razem możemy być bardziej skuteczni. Najłatwiej zrobić to na poziomie lokalnym. Zobaczmy, że nawet w bardzo tradycyjnej Wielkiej Brytanii burmistrz Londynu mógł być „czerwony”. Zatem budujmy lokalne struktury, a raczej sieci – bo mamy już inny świat. One pomogą zdobyć władzę. Bo bez realnej władzy niewiele można zrobić.

Magdalena Błędowska: Optymistyczny jest fakt, że ludzie widzą, co się dzieje, rozpoznają swoje interesy i zaczynają się organizować. Obawiam się jednak, że Platforma znajdzie sposób, żeby te pojedyncze ruchy rozpracować. I w ramach swojej ekspansji będzie nimi grała.

To prawda. Widzieliśmy to chociażby przy okazji protestów przeciwko kontrolowaniu internetu. Internauci zostali rozbrojeni po mistrzowsku. Gdy ukonstytuował się ruch przeciwko konkretnym projektom, Platforma bardzo szybko i miękko odpuściła. Jeśli popatrzymy na takie inicjatywy, jak Masa Krytyczna czy Manify, to widzimy, że wprawdzie znalazły swoje trwałe miejsce, ale stały się elementem nieustannego teatru, który się wokół nas rozgrywa. Mają swój koloryt i klimat, ładnie wyglądają w telewizji, ale de facto wzmacniają obecny układ sił. Brakuje im dynamiki, bo nikt nie określa głównego celu: jakiego społeczeństwa pragniemy. Choć ostatnia Manifa była już trochę inna. To budzi nadzieję.


*Marek Balicki - minister zdrowia w rządach Leszka Millera i Marka Belki, współzałożyciel SdPl, obecnie poseł niezrzeszony; dyrektor Szpitala Wolskiego w Warszawie, z zawodu psychiatra.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 22.05.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Powered By PageCache
Generated in 0.67062 Seconds

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: unable to connect to :80 (php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known) in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273