|
Dziś w Irlandii referendum ws. traktatu lizbońskiego. Sondaż sprzed miesiąca mówił co prawda, że aż 25 proc. Irlandczyków nie wiedziało, jak zagłosują w tej sprawie, jednak z kolei 46 proc. deklarowało, że oddadzą głos na „tak”. Jeśli dołoży się do tego spektakularną porażkę w wyborach do Europarlamentu naczelnego przeciwnika traktatu lizbońskiego w Irlandii - Declana Ganleya, można się spodziewać, że tym razem nie uda się mu zmobilizować wystarczającej liczby ludzi do głosowania przeciw.
Choć traktat najpewniej przejdzie referendum pomyślnie, nie ma powodów do hurraoptymizmu. Prawdą jest, że dzięki nowemu traktatowi Unii coraz bliżej do federacji. Prawdą jest również, że niektóre zawarte w nim zapisy, m.in. o obywatelskiej inicjatywie ustawodawczej, czynią Unię bardziej demokratyczną. Niestety traktat w żadnej mierze nie jest krokiem w stronę Europy socjalnej, a Karta Praw Podstawowych, dokument, który czynił z Unii bardziej egalitarną wspólnotę polityczną, została zdegradowana do swego rodzaju dodatku, który jedne kraje członkowskie przyjmują, a inne nie. Warto przypomnieć, że obecnie to właśnie o jedno z takich rozwiązań rozbija się cała sprawa. Wystarczy tu wspomnieć irlandzkie związki zawodowe, żądające odpowiednich gwarancji ochrony praw pracowniczych. Ta kwestia będzie najprawdopodobniej języczkiem u wagi. Jeśli Irlandczycy powiedzą traktatowi „tak”, oznaczać to będzie, że uznali gwarancje w tej sprawie za przekonujące. Jeśli zagłosują na „nie”, będzie to oznaczało, że uznali je za niedostateczne.
Jednak tak naprawdę, po długim okresie redukowania sprawy traktatu do „robienia wszystkiego, żeby Irlandia go przyjęła”, każdy wynik referendum będzie zadowalający. Długie przepychanki wokół traktatu pokazały, że w ten sposób nie załatwi się istotnych problemów Unii Europejskiej.
W kolejce czekają: łamiący prawa człowieka Frontex, hamujący integrację i podważający solidarność UE dumping socjalny (tolerowany i przez Trybunał Sprawiedliwości, i przez Komisję), wspólna polityka zagraniczna czy polityka energetyczna… Oprócz tego Unię czekają jeszcze problemy globalne - kryzys gospodarczy i żywnościowy oraz zmiany klimatyczne. Traktat w swych założeniach miał ułatwić uporanie się z takimi kwestiami. (A w kontekście tego ostatniego zagadnienia okazało się niedawno, że rynkowy mechanizm, który miał pomóc w redukcji emisji CO2, stał się przedmiotem oszustw podatkowych na olbrzymią skalę.) Ale bierność unijnych instytucji wobec kryzysu spowodowała powrót do narodowych strategii radzenia sobie z nim. Nieocenioną rolę odegrała tu Komisja Europejska pod wodzą Jose Manuela Barroso.
Obecne wysiłki by traktat koniecznie ratyfikować, mają zakryć tę - nazwijmy rzecz po imieniu - porażkę. Pokazują one też, że traktat przestał być Traktatem, który miał stworzyć Unię Europejską (wciąż oficjalną nazwą jest Wspólnota Europejska) jako wspólnotę polityczną. Dla europejskich urzędników i polityków stał się swego rodzaju fetyszem, a dla zwykłych ludzi - kolejnym dokumentem, który trzeba przepchnąć, żeby tam, w Brukseli, eurourzędnicy mogli łatwiej rozwiązywać swoje problemy.
Dziś zamiast uganiać się za kolejnymi fetyszami i w ten sposób budować iluzję wspólnoty, powinniśmy odbudować nasze marzenie o Unii. I możemy to zrobić tylko poprzez wspólne rozwiązywanie naszych problemów.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...