|
Coroczny przedszkolny dramat |
|
|
Jan Smoleński
|
|
13.01.2010 |
W kwietniu zeszłego roku MEN ruszył z kampanią namawiającą rodziców do posyłania dzieci do przedszkoli. Cezary Żak apelował do rodziców: Daj dziecku szansę. Od zeszłego poniedziałku, momentu rozpoczęcia zapisów na rok szkolny 2010/2011, pod przedszkolami działy się dantejskie sceny. Jeśli ktoś myślał, że wraz z komuną skończyły się kolejki, to się pomylił, bo np. w Bydgoszczy zdesperowani rodzice czekali przez całą owinięci kocami z termosami w rękach. Czyżby to była zasługa kampanii MEN? Niestety nie. Przedszkoli w Polsce jest po prostu dramatycznie mało.
Problem niedoboru przedszkoli – i jeszcze większego niedoboru żłobków – zaczął się w roku 1994, od kiedy to do prowadzenia takich placówek zostały zobowiązane samorządy lokalne. Wierzono, że gminy lepiej odpowiedzą na potrzeby lokalnych społeczności. Okazało się jednak, że doprowadziło to tylko do masowej likwidacji przedszkoli i żłobków, pod pretekstem oszczędności. Doprowadziło to do sytuacji, w której, według Eurostatu, w 2008 roku do przedszkoli chodziło raptem 28 proc. dzieci w wieku przedszkolnym. Unijna średnia to 84 proc. Jeśli chodzi o żłobki, sytuacja jest jeszcze gorsza. Np. w Częstochowie działa tylko jeden żłobek.
Ta sytuacja ma szereg negatywnych konsekwencji. Po pierwsze brak przedszkoli i żłobków przyczynia się do większej dyskryminacji kobiet. Z powodu wciąż pokutującego w Polsce przekonania, że opieka nad dziećmi jest obowiązkiem matek, ojca zaś zarabiać, często wybierają one rezygnację z pracy. To właśnie wykorzystują pracodawcy, tłumacząc, że niższe zarobki kobiet mają swoje „ekonomiczne uzasadnienie”. To z kolei przekłada się na ich świadczenia emerytalne. Przypomnijmy też, że to właśnie młode pary najbardziej zagrożone są w Polsce ubóstwem. Utrzymywanie rodziny przez jedną osobę niwelowaniu tego zagrożenia nie pomaga. Po drugie przyczynia się to do przechodzenia na wcześniejszą emeryturę, bo to na instytucji babci opiera się opieka małych dzieci w Polsce. W takim wypadku marchewki w postaci – wciąż jeszcze będącego na papierze - programu 50+, ani kij, czyli ustawowe wydłużanie wieku emerytalnego, niewiele zmienią. Po trzecie niedobór przedszkoli i żłobków przyczynia się do utrwalenia podziałów klasowych w Polsce. Przy braku równego i powszechnego dostępu do dobra wspólnego jakim jest edukacja, zdobywać je będą ci, których będzie na nie stać.
Sytuacja taka na krótką metę może być korzystna dla pracodawców. Podziały klasowe można wykorzystywać do płacenia całym rzeszom ludzi głodowych stawek. Urlopy wychowawcze są pretekstem do wyzysku kobiet. Mężczyzna będący jedynym zarabiającym w rodzinie jest również lepszym nabytkiem dla pracodawcy: szuka przede wszystkim stabilnego zatrudnienia.
Na dłuższą metę jednak jest to dla wszystkich poważny problem. Powszechne instytucje opieki nie tylko pozytywnie wpływają na „kapitał ludzki”, przede wszystkim sprzyjają wzrostowi zaufania społecznego i zaufania obywateli do państwa, które wywiązuje się ze swych obowiązków opiekuńczych.
Swoją kampanię MEN tłumaczył faktem, że w wielu miejscach rodzice nie chcą wysyłać dzieci do przedszkoli. Kolejki świadczą jednak o tym, że to nie chęci brakuje a przedszkoli. I biorąc do serca słowa ze swojej kampanii, ministerstwo powinno wziąć odpowiedzialność za edukację przedszkolną dzieci.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 14.01.2010 )
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...